Dzikie wojaże

Kachetia.

Kazbegi. W centrum tego kaukaskiego wszechświata znajduje się drewniana, oszklony kiosk z pamiątkami. To tak zwana przez nas „budka kontemplacyjna”, skąd można nie tylko rozmyślać nad sensem egzystencji, ale i bacznie obserwować życie, toczące się na rynku. Kierowcy zawsze zwalniają, przypatrując się: „a kto dziś w budzie siedzi?”, turyści zagadują o narodowość (bo dlaczego nie wiem, jak mówi się po gruzińsku „do widzenia”?! Wszyscy nie mogą wyjść z podziwu) i takie tam. Kiedy pada deszcz, jak dziś, ludzie pytają: „A co robić w taką pogodę w Kazbegi?” Jak to co – iść do super knajpy i pić wino! Można też popisać, co właśnie czynię.Jestem już miesiąc w Gruzji, ale zupełnie nie czuję upływu czasu. Czuję się, jakbym funkcjonowała w jakiejś innej realności. Przyznam, że kręci mnie taka realność! Góry, dużo ludzi (ciekawych i bardziej ciekawych), byle jeszcze tak nie padało! 😉

Ostatni tydzień w ogóle minął jak z bicza strzelił – w poniedziałek po pracy wyruszyłyśmy z Anią na południe – w stronę cywilizacji 😉 Tbilisi można się zachłysnąć! Tam już lato, a u nas, w górach, ledwo się zielono zaczęło robić! Po trzech tygodniach zjechać na niziny i paradować w krótkim rękawku – to spore wydarzenie! Nawet spacer po mieście o 1 w nocy był dla nas fascynujący – jakbyśmy nagle znalazły w jakiejś orientalnej bajce…

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą...)

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą…)

Noc była ciepła (i krótka), a z samego rana ruszałyśmy już w stronę Kacheti – regionu Gruzji, słynącego głównie z wina. Gruzja jest niezwykle różnorodnym krajem – ma wysokie góry, ciepłe morze, żyzne pola, a nawet stepy i półpustynie z regionu David Gareja – właśnie to one były naszym celem tego dnia.

David Gareja to kompleks monastyrów, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Byłam tam już w lipcu, ale Ewa zasugerowała, że w maju to zupełnie inny świat, więc warto to zobaczyć. Z racji tego, że David Gareja leży na końcu planety i ciężko tam się dostać, ktoś wpadł na świetny pomysł i stworzył Gareja Line – marszrutkę, która codziennie o 11 zbiera ludzi z Tbilisi spod pomniku Puszkina i zabiera nas za 30 lari (w dwie strony) tam, gdzie dociera tylko 4×4. Świetna sprawa!

Majowe David Gareja to naprawdę inna bajka. Tak diametralnie odmienny widok, niż kosmiczne krajobrazy, jakie pamiętam z lipca, że głowa mała! Bujna zieleń, łąki łany, nic, tylko kręcić się w kółko i podziwiać z każdej strony, coś pięknego!

_DSC1638
Kosmiczne pejzaże.

Marszrutka Gareja Line odjeżdża o 16 (do Tbilisi jedzie około 2,5-3 godziny) i po 40 minutach zatrzymuje się w Udabno – wiosce na końcu świata, sztucznym tworze i wymyśle sowieckich inżynierów ( w latach 80-ych przesiedlono tam grupę swańskich górali), jedynej w promieniu wielu, wielu kilometrów. To jest fenomen, że dwójka Polaków (tak, Polacy w Gruzji są chyba najbardziej przedsiębiorczym narodem, oczywiście poza samymi Gruzinami) stworzyła tam hostel i dobrze prosperującą restaurację. To właśnie tam spędziłyśmy naszą drugą noc – chciałyśmy przekonać się, jak wygląda przywitanie dnia pośród kwitnących na żółto stepów.

Naszym kolejnym (prawdę powiedziawszy – głównym) celem było Sighnaghi, by jednak do niego dotrzeć, z Udabno musiałyśmy się dostac do Sagarejo, a stamtąd złapać marszrutkę, jadącą z Tbilisi do Sighnaghi. Skomplikowane, ale do ogarnięcia! 😀 Marszrutka z końca świata (Udabno) ponoć jeździ, ale tak naprawdę nikt nie wie skąd i o której. „Pomiędzy 8 a 9” – usłyszałyśmy. Zapytana inna kobieta pokazała na palcach „4”. HMMM. Oznaczać to może: za 4 godziny, o 4, a może jednak za 4 dni??? By nie stać w miejscu, idziemy i łapiemy stopa pośrodku stepu i na pace ciężarówki (szkoda, że nie był to wielki i burczący ZIŁ lub KAMAZ!) dojeżdżamy do Sagarejo, a stamtąd, w końcu, do Sighnaghi. Przejażdżka stopem na pace to definitywnie największa przygoda tej wycieczki! Byłam niczym piaskownica, ale mega frajda – chcę więcej! 😉

_DSC1838.JPG
Jedziemy autostopem…

Po takiej dziurze jak Udabno w Sighnaghi można się po prostu zakochać – w końcu to „Miasto Miłości”, a Urząd Stanu Cywilnego pracuje tam całodobowo. Jest to serce Kacheti – może nieoficjalnie, bo stolicą regionu jest Telawi, w którym nic nie ma, ale kulturalnie i rozrywkowo na pewno. Lubię taki klimat małych, urokliwych miasteczek. Namiastka Toskanii, w której nigdy nie byłam. Nic, tylko siedzieć na werandzie i sączyć lemoniadę, jeżeli komuś wino wychodzi już bokami 😉

W Sighnaghi miałyśmy listę „Must see” – oczywiście również z myślą o turystach. Udało nam się odnaleźć wszystko, prócz jednego punktu – cmentarza. Wieczorem Gio, nasz gospodarz, obficie polewa winem.

-Gio, my zaraz umrzemy!

-Nie umierajcie, przecież najpierw chciałyście zobaczyć cmentarz!

Wszyscy strasznie się dziwili, dlaczego tak bardzo zależy nam zobaczyć ten cmentarz. Brali nas za turystki – cmentarz jak cmentarz, co tam interesującego i dlaczego tak usilnie go szukamy? A jednak gruzińskie cmentarze są inne niż polskie – tradycją są wielkie portrety na nagrobkach – w ulubionej bluzie, przy samochodzie, na koniu – wszelkie scenki rodzajowe w wersji nagrobkowej. Poza tym, ten w Sighnaghi (w końcu go znalazłyśmy, najśmieszniejsze jest to, że przechodziłyśmy tuz obok uliczki, w którą należy skręcić) jest położony w naprawdę urokliwym miejscu i pięknie stamtąd widać góry Tuszeti – oczywiście o ile pogoda jest sprzyjająca.

Cały kolejny dzień spędziłyśmy na wycieczce objazdowej „Winnym szlakiem” – w końcu Kachetia winem słynie i płynie. Ciekawa sprawa posłuchać i zobaczyć, jaką drogę musi przejść winogrono, by stać się zabutelkowanym winem, gotowym do eksportu na przemysłową skalę. Wrażeń dużo, będzie o czym opowiadać turystom. Czasem czuję się jak jakieś guru, mające dostep do tajemnej wiedzy, o której inni nie mają pojęcia. Morał jest taki – wszystkiego trzeba najpierw spróbować na własnej skórze, by móc opowiadać o tym innym – ot, cała filozofia! 🙂

W piątek trzeba było myśleć o powrocie. Nawet jeżeli ma się samochód, tak czy siak droga w góry prowadzi przez Tbilisi. Dostałyśmy się na dworzec Didube, skąd można złapać transport Kazbegi i szukałyśmy stanowiska, z jakiego odjeżdża, gdy napadła na nas cała chmara taksówkarzy. „No tak, myślą sobie, turystki z wielkimi plecakami, może coś ugram!” Ooo nie wujku, nie ma głupich, z dziesięciokrotnie podbitą ceną!! Rozmowa na kilka głosów:

-A Wy gdzie?

-W Kazbegi!

-Oj, to dawaj na taksi! Wy tam na Kazbek idziecie?

-Nie, na marszrutce! Może w lecie!

-Oj, widać, że Wy ekstrim lubicie, widać!

Nie ustaliłyśmy jednak, niestety, czy extrem to jechać marszrutką, czy wchodzić na Kazbek? Pozostanie tajemnicą, co poeta miał na myśli 😉

Do Kazbegi, na przednim fotelu obok kierowcy czułam, że wracam jak do domu. Byle w góry, już wystarczy mi tej cywilizacji!

PS.Dziękuję za uwagę i gratuluję dotarcia do końca! Czekam na odezw tych, którym się udało! 😀 😀

2 myśli w temacie “Kachetia.”

  1. Witam w piękny dzień, udało się dotrzeć do końca tego pięknegoo artykułu i ujrzeć cudowne zdjęcia 😀 Życzę więcej takich wspomnień.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s