Dzikie wojaże

Lepsze od gór…

Pisane w piątek, 25.05.18

Lubię wolne dni w środku tygodnia. I wolny przepływ myśli z rana też lubię. Wczoraj miałam dzień wyprawowy, dziś wyciągam nogi, przeglądam zdjęcia, popijam kawę i czuję się bardzo usatysfakcjonowana i wypoczęta. Jestem takim dziwnym stworzeniem, które odpoczywa, męcząc się. Ale to tak porządnie, do (yyyyyyyy, ciśnie mi się brzydkie słowo, określające ten stan, szukam synonimu i nie mogę znaleźć! 😀 ) utraty tchu i sił! 😉 Obeszłam małą metaforą i obyło się bez zbędnej ekspresji. 😉

W okolicach Kazbegi robi się coraz bardziej zielono. Jak mnie to niesamowicie cieszy, aż żyć się chce! Wszystkie niesnaski i pretensje turystów (sezon zaczyna nabierać kolorów! :P) można puścić płazem, ponieważ mam pewność, że za trzy dni skoczę sobie w góry, wiatr wywieje mi z głowy wszystkie złe myśli, przy okazji adrenalinka naładuje mi akumulatory i znowu będę radosna i pełna energii do działania 😀

_DSC3506.JPG
Zielone Kazbegi i wstydliwy osiołek.

Mam jedną myśl o pracy w turystyce, jaką muszę się z Wami podzielić. Jakim paradoksem jest, że jednego dnia dostaję od trzech chłopaków czekoladę za radę i bycie miłą, a drugiego sypie się na mnie grad piorunów od sfrustrowanej Meksykanki. Większość ludzi, która do nas przychodzi, jest naprawdę miła – w końcu są na wakacjach, po co więc denerwować i siebie, i innych? Lepiej to olać i cieszyć się tym, że nie pada deszcz. Niestety, nie wszyscy tak myślą i dla niektórych do rangi sportu urasta zmieszać kogoś z kupą krowy na ulicy. Cóż, są krzesła i parapety, a ja od dziecka lepiej dogadywałam się ze zwierzętami. 😛 Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi gorzkimi pierdołami, lepiej iść w góry i zjeść wafelka, co właśnie zrobiłam wczoraj. 😉

Pogoda z rana nie nastrajała do wielkich wypraw, ale mimo wszystko wzięłam plecak, Nikusia, kurtkę i paczkę wafelków i ruszyłam przed siebie. Byle dalej, byle wyżej, byle odpowiednio się zmęczyć 😀 Zrobiłam sobie wycieczkę w stronę Kuro. Ten monumentalny masyw o wysokości maksymalnej ponad 4000 m robi zawsze piorunujące wrażenie. Groźny, z ostrymi ścianami i sypiącymi się ze zboczy kamieniami, kusi swoim rozmachem. Żeby wejść na Kuro, trzeba obejść całą grań i atakować od drugiej strony. Do zrobienia, nie powiem, biorąc pod uwagę to, że wczoraj, tak po prostu, byłam chyba niemalże w połowie drogi 😉 Cały sezon przede mną! Od górki do górki, po skałkach i kamieniach i tak sobie wędrowałam po grani. Ciągle było: o, to jeszcze ta jedna wyżej. Nie, tam też wejdę! Jeszcze ta, tam też jest prosto! Po czym nawet nie zorientowałam się jak daleko i wysoko już zaszłam. Jak zwykle gorzej jest z zejściem, w pewnych momentach wyzywałam siebie od narwanych wariatów, dla których nie ma przeszkód, ale jakoś dałam radę i przez to dziś cudownie się czuję! 😉 A jakie plenery odkryłam!!!! I całe zbocza, porośnięte rododendronami. Zobaczyć kwitnące kaukaskie rododendrony , to był jeden z największych fetyszów mojej wyprawy na Kaukaz, taki must see! Sezon na ich kwitnienie powolutku się rozpoczyna, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie i będą kwitły całe zbocza, a ja pójdę tam o złotej godzinie i to będzie PE-TAR-DA! 😀 nie mogę się doczekać 😀

_DSC3183.JPG
Kaukaskie rododendrony.

W Kazbegi coraz więcej ludzi. Sezon nabiera tempa. 😛 Fascynująca jest jedna sprawa – codziennie przemieszczamy się do centrum, idąc do pracy. Widzą nas i nie uwierzę, że nie rozpoznają – jednak trochę różnimy się od Gruzinek, chociażby ubiorem: ich jest zawsze czarny, a nasz kolorowy. Z resztą – ich kobiety nie chodzą po ulicach. Chodzą jedynie turystki, którymi też nie jesteśmy! To już ponad miesiąc, a i tak każdego dnia słyszymy: WY KUDA? W TBILISI? TAKSI NIE NADA?! Co ciekawe, obrotny taksówkarz nie zapyta Cię prosto w twarz, o nie. On odezwie się dopiero wtedy, jak przejdziesz. Co najmniej jakby chciał zobaczyć plecak lub ocenić tyłek 😀 Kiedyś szłam sama i jak co dzień było:

-Taksi nie nada?                                 

-Niet, spasiba!

-BIESPLATNA!!!!

Nie wiem, co byś ty chłopie ugrał na bezpłatnej taksówce dla mnie, ok, więc po raz kolejny grzecznie podziękowałam i zamiast do Tbilisi taksówką za darmo skierowałam się prosto do pracy. 😉 Albo jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wracamy do domu, a z samochodu po rosyjsku odzywa się kazbecki dżygit: „Cześć, co słychać?” My nic, idziemy. On bierze, podjeżdża bliżej, zajeżdżając nam niemalże drogę. „Cześć, co słychać?” – szczerzy zęby. Odzywa się Ania:

– Ale dlaczego chcesz z nami rozmawiać i siedzisz w aucie?

-A dlaczego mam wychodzić?

-Bo to dziwne?

Tak, Gruzini mają dziwne zwyczaje, związane zwłaszcza z samochodami. Oni jeżdżą nimi nawet do sklepu, który jest oddalony od domu o 50 metrów, serio. 1,5 kilometra to dystans nie do przejścia, w góry chodzą wariaci, im wystarczy, że dojadą, gdzie dojadą – przecież dla dżygita nie ma dróg nie do przebycia! Zesraj się, a nie daj się, hej! 😀 😀 😀 Kiedyś prawdziwi dżygici mieli prawdziwe konie, teraz mają mechaniczne 😉 Same przeboje są z nimi, co tu dużo mówić!

Jest znane rosyjskie powiedzenie, że „lepsze od gór mogą być tylko góry”, jednak ostatnio Elena,  którą miałam przyjemność poznać, rodowita moskwiczka powiedziała mi: „Aga, zapamiętaj to sobie. LEPSI OD GÓR MOGĄ BYĆ TYLKO GÓRALE!” Wot i wsjo, spasiba za wnimanije! 😀 😀 😀

PS. Tak jak obiecałam ostatnio – jest bardziej zielono na zdjęciach! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s