Dzikie wojaże

Baku. Miasto Wiatrów.

Spełniłam swoje kolejne podróżnicze marzenie. Nie tylko odwiedziłam swój 20. kraj w życiu, ale i trzeci kraj z grupy zakaukaskiej. Byłam w Baku. Swoje myśli notowałam na bieżąco, dlatego są swobodnym zapisem wrażeń i przeżyć z tego Dubaju Zakaukazia.
Dzień 1:
Baku. Miasto Wiatrów, gdzie wieje 300 dni w roku, a akurat dziś powietrze stoi, jak galaretka zawieszona w przestrzeni. A propo’s przestrzeni: jest tu jej tyle, że w porównaniu z ciepłym i swojskim już dla mnie Tbilisi, czuję się tu nieswojo. Może to bliskość morza i oddalenie od gór, może fakt, ze jestem tu sama i plątam się bez większego celu, coś jak sztuka dla sztuki, sama nie wiem. Nikt mnie nie zaczepia,nie proponuje taksówki i mimo, ze się wyróżniam, jestem tu incognito.
Ogółem Miasto robi wrażenie. Przez cały dzień jakby w półśnie, wieczorem budzi się do życia. Ludzie wychodzą na ulice, spacerują całymi rodzinami wzdłuż wybrzeża:niespiesznie, spoglądając w stronę Kaspijskiego Morza. Tak daleko mnie jeszcze nie było. Tak daleko na Wschodzie, gdzie do końca nie wiadomo, czy to jeszcze Europa, czy może już Azja i gdzie Orient unosi się w powietrzu niczym morska bryza w upalny dzień. W porównaniu z moim Kazbegi nie ma tu czym oddychać. Jest godzina 22 i dopiero teraz temperatura spadła, uwaga, do 31°C. W środku dnia jedynym słusznym rozwiązaniem jest popołudniowa drzemka. Azerbejdżan jest moim 20.krajem, który odwiedziłam. Celebruję chwile. I tęsknię za Gruzją. To czyste szaleństwo, bo wyjechałam ledwie wczoraj. Azerowie nie przepadają za spontanicznymi Gruzinami i ich lekkim podejściem do życia. Uważają, ze są pazerni i robią wszystko na pokaz.
Nie znam na tyle Azerów, by stwierdzić, jacy są oni. Na pewno się tyle nie uśmiechają. Ciemni, wysmagani słońcem, sprawiają wrażenie zahartowanych i dumnych z tego, co osiągnęli. W końcu stworzyli coś z niczego – przecież naród azerski to po prostu Turcy. Miałam ochotę pójść do gruzińskiej restauracji, ale stwierdziłam, ze to byłaby gruba przesada. Co za dużo, to niezdrowo. Odwyk dobrze mi zrobi i wrócę jeszcze z większym podkładem sil i energii do działania. I z jeszcze większym zaangażowaniem i miłością do tego zwariowanego kraju – Gruzji, rzecz jasna.
_DSC5184.JPG
Stare Baku i Flame Towers – najbardziej rozpoznawalne wieże miasta, symbol nowego porządku.
Dzień 2:
Plątam się po Iszeri Sziched – Starym Mieście. Znów się wyróżniam. Po pierwsze – jest godzina 11, a wtedy normalny człowiek ledwie się do życia budzi, a po drugie,kobiety nie spacerują same – toż to jakieś combo z mojej strony! Za nic jednak mam marketingowe chwyty Starego Miasta, błądzę sobie po urokliwych uliczkach, staram się znaleźć choć odrobinę cienia. Na szczęście ławeczki, na których można usiąść, a że są rozsiane dość gęsto, pod szerokimi koronami platanów, odpoczynek może więc być i częsty i przyjemny. Szkoda, że nie można się pod tym platanem położyć, to dopiero byłby relaks! Nie przesadzajmy jednak, w końcu jestem w stolicy poważnego kraju, który ma pod sobą porządną część światowych zapasów ropy naftowej… Upał naprawdę daje się we znaki, dlatego przenoszę się w stronę Prospektu Nafciarzy, czyli po prostu zmieniłam swój marszrut z ciasnych uliczek na szeroką, nadmorską promenadę. Tutaj miasto żyje.
_DSC5288.JPG
Baku nocą.
Dzień 3:
Drugiego wieczoru zaczęło wiać. Halny z Baku – ciężko było ustać na nogach, a co dopiero iść! Wiało tez cały trzeci dzień, ale to wiało tak, ze aż opaliło mi stopy. (Tego jeszcze w tym sezonie nie było, musiało jakoś dziwnie zawiewać). Oczywiście teraz mam czerwony krzyż, bo wreszcie mogłam ubrać sandały. Siedzę właśnie w pociągu i cierpię. Nie wspominałam, ale jako środek transportu do Baku wybrałam pociąg z Tbilisi. 20;35 i o 9 na miejscu – idealna sprawa, tym bardziej, jeżeli ktoś potrafi spać, jadąc. Przyznam szczerze, że nawet ja większość nocy przespałam, także już z rana byłam gotowa do działania i pełna sił i energii. 🙂 Dla porównania z kupe (zamykany przedział i 4 łóżka) w drogę powrotną wybrałam plackartę (przedział otwarty). Przecież i tak na dobrą sprawę się nie wyspie i tak, a skoro marzę ciągle o Kolei Transsyberyjskiej, mam dobry start. 😉 Dziś zrobiłam sobie dzień dobroci dla zwierząt i jadłam tylko słodycze. Bakława w kilku wersjach, kruche ciasto z rodzynkami, wafelki, naleśniki z czekoladą, batonik… mojej Mamie i pewnie większości osób na mój widok pewnie zrobiłoby się niedobrze od ilości cukru, ale cóż zrobić. Z uzależnieniem nie  wygra, a z racji tego, że na szczęście składają się małe rzeczy – uwielbiam sprawiać takie słodkie przyjemności! Do porzygania 🙂
Gwoli podsumowania. Super było się wybrać do Baku – zobaczyć na własne oczy i poczuć powiew Orientu. Nigdy wcześniej nie byłam jeszcze w typowo muzułmańskim kraju, dlatego wiele rzeczy zrobiło na mnie spore wrażenie – na czele z brakiem papieru w toalecie, ale za to z obowiązkowym malutkim prysznicem. 😉 Pora roku jak dla mnie odrobinę za gorąca, ale mówią, że temperatury w lipcu i sierpniu są jeszcze gorsze, dlatego najlepszą porą jest kwiecień-maj lub wrzesień-październik. Dla ludzi, planujących podróż po krajach Zakaukazia dodam, że opcja z pociągiem Baku-Tbilisi jest naprawdę godna polecenia. 13 godzin w pociągu, można się wyspać i od razu ruszać na miasto – ekstra sprawa. Trzeba jednak pamiętać, że Azerbejdżan nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z sąsiadującą Armenią, dlatego granice pomiędzy tymi dwoma państwami są zamknięte i jedyną opcją jest transfer z Gruzji, w żadnym wypadku nie z Armenii. Poza tym? Mało psów, dużo kotów, co mi się podobało, czysto, polecam Baku nocą, ale i tak NAJLEPSZA BYŁA BAKŁAWA! 🙂 

2 myśli w temacie “Baku. Miasto Wiatrów.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s