Dzikie wojaże

Jestem świrem. Dwa pięciotysięczniki w cztery dni.

Cel? Niekoniecznie. Raczej uwieńczenie drogi. Jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałabym, że kiedyś stanę na szczycie dwóch kaukaskich gigantów. Nad brzegiem Bajkału – owszem, ale jakieś niebotycznie wysokie wierzchołki?? Prawda, góry kochałam od zawsze, ale nie byłam wariatem, gotowym na jakieś ekstremalne wyzwania. Gruzja zmieniła w tym aspekcie wszystko. Żyjąc w Kazbegi od 13.04, Kazbek każdego dnia wabi mnie swym urokiem. To przecież taka trzy razy większa Babia Góra, którą co rano podziwiam z okna mojego rodzinnego domu. Przygotowywałam się więc mentalnie na spotkanie z Mkinvartsveri od połowy kwietnia i coraz śmielej myślałam o tym, że może i mi uda się stanąć na jego szczycie. Nadzieja matką głupich, a że głupi ma zawsze szczęście… 😉 Fizycznie – byłam jak kozica gotowa do skoku. Mówisz „DAWAJ!”, a ja stoję pierwsza w szeregu. Pierwszy raz na Przełęczy Arsza, jeszcze w śniegu po kolana, pierwsze spotkanie z lodowcem, pierwsza noc na Meteo, pierwsze przekroczenie granicy 4000 m n.p.m….Małymi kroczkami, ale „tylko do przodu i ani kroku w tył!”Technika strategiczno-oblężnicza. Wystarczy spuścić (Kozicę!!) z uprzęży i hoop, już jest. 😉 Takie przynajmniej miałam wrażenie, dlatego całą sobą chciałam się przekonać na własnej skórze JAK TO NAPRAWDĘ JEST.

„Szykuj się na Kazbek” – powiedziała mi kiedyś Ewa. Agusia oczy jak pięć złotych, w tęczówkach odbija się Lodowy Szczyt i nie może się doczekać! Szłam jako lider 23-osobowej grupy. Biegałam pomiędzy namiotami i każdego pytałam o samopoczucie, co wywoływało niemały zaciesz wśród grupy – oraz zdziwienie, skąd czerpię tyle energii 😉 Spędziliśmy dodatkowy dzień na Meteo, dzięki czemu nie tylko aklimatyzacja przebiegła dużo bardziej pomyślnie, ale i idealnie wstrzeliliśmy się w okno pogodowe. W międzyczasie jadłam arbuza z chłopakami z Bezpiecznego Kazbeku (<3) i piłam herbatę za herbatą. Ostatniego wieczoru miałam ogromny dylemat, czy w ogóle kłaść się spać – atak szczytowy rozpoczyna się zazwyczaj o godzinie 2 w nocy. Byłam tak podekscytowana, że gadałam jak najęta i daleko mi było do mojego śpiwora. 12:30 – nie wiadomo, czy mówić „dzień dobry”, czy „dobranoc”, zaspana jem śniadanie (zwał jak zwał) – kisiel wymieszany z owsianką (najlepsza bomba energii!). Cztery warstwy ubrań, słaby blask czołówki oświetlający drogę, krok za krokiem i ruszamy. CAVEDID, jak to mówią Gruzini. Na wysokości Czarnego Krzyża (ok. 4000 m)  mijamy ostatnie namioty – przed nami już tylko lodowiec. Nocą większość szczelin jest niewidoczna – to znaczy – człowiek nie zwraca na nie uwagi i dopiero, gdy musi  nad przepaścią, serce samo podchodzi do gardła. Dopiero wracając, mieliśmy okazję w pełni dojrzeć potęgę lodowca. Naprawdę, nie wyobrażam sobie iść tam samej, bez sprzętu, co niestety robią setki ludzi, zupełnie lekceważąc wszelakie zasady bezpieczeństwa. Tak złudnej rzeczy jak szczeliny na lodowcu nie ma.

Idziemy, mozolnie pnąc się do góry. W pewnym momencie nasz przewodnik zaczął nucić znaną kaukaską piosenkę „Jedziem, jedziem na diskoteku w sąsiednie sieło”. Mijająca nas grupa Rosjan przejęła pałeczkę i wkrótce wszyscy wspinali się w rytmie dyskoteki. 😉 Potem się dziwić, że jakieś dziwne rzeczy chodzą mi po mojej rudej głowie i nie mogą się wydostać!

Od wschodu słońca, który spotkał nas w okolicach Plateau (4400m), wszystko stało cieplejsze i piękniejsze. Wstąpiły we mnie nowe siły i świadomość, że teraz nic już mnie nie powstrzyma. Oczywiście będąc związanym na linie z innymi ludźmi trzeba stale zdawać sobie sprawę z tego, że w razie problemów jednego członka grupy zawrócić muszą wszyscy – ja czułam się tak wyśmienicie, że modliłam się tylko o siłę dla pozostałych! 😉 Na szczycie stanęło niemalże 100% grupy – aż 18 z 19 osób.

Tyle czekałam na tą chwilę. W sumie sama nie wiem, czego się spodziewałam na szczycie. Łez? Tańca radości? Było jedynie krótkie „O kurwa” i dziki oczopląs. I cicha duma, że dałam radę,. Małe rude, a zuch. Za to po powrocie do Meteo biegałam jak najarana, skończyłam arbuza (o matko, ależ taki arbuz smakuje po Kazbeku! Najlepsza rzecz pod słońcem!) i czułam, że wyglądam niczym wesoły kundelek, merdający ogonkiem. Zdaję sobie sprawę, że z góry byłam na wygranej pozycji. Dobra aklimatyzacja, pogoda jak żyleta, ciepło, doświadczeni przewodnicy… Przy takich okolicznościach nie mogło się nie udać. Przekonałam się „jak to jest”, ale tak naprawdę dalej nie wiem, „jak to jest”, bo takie warunki jakie miałam, trafiają się raz na miesiąc. Albo i dwa. Kolejne potwierdzenie tezy w moim życiu, że głupi ma zawsze szczęście. Co by się nie działo. I jeszcze wszyscy przewodnicy, którzy z nami szli, zgodnym chórem stwierdzili, że Aga to „nienormalnaja i prosto supier dziewuszka” – najlepszy komplement, jaki może usłyszeć kobieta, która właśnie wróciła z pięciotysięcznika 😉

Oczywiście najważniejsze w zdobyciu szczytu jest bezpieczny powrót. Wracając do Kazbegi chłopaki uczyli mnie mohewskiego – lokalnej gwary. Tak naprawdę nie jestem pewna poprawności tłumaczenia, oni uwielbiają robić sobie ze mnie jaja i ogromnie to ich bawi, gdy się potem denerwuję. Stwierdzili, ze mimo lisiej fizjonomii wcale nie jestem jak lis – zwykle brakuje mi chytrości. Więc w sumie jestem pewna, że wciskali mi kit. 😀

Zeszliśmy z Kazbeku i już kolejnego poranku ruszyliśmy w stronę Elbrusa.

Wyjazd do Rosji był dla mnie darem od losu i totalnym zaskoczeniem. Takim sto razy większym niż Kazbek. Tego się nie spodziewałam, gdy Ewa w połowie lipca powiedziała mi: „Musisz wysłać paszport do Polski i wyrobić wizę. Pojedziesz na Elbrus.” Znowu zrobiłam oczy jak pięć złotych i w duchu zaczęłam skakać z radości. Elbrus! Rosja!!!!! Nigdy nie pozbędę się miłości i sentymentu do tego kraju – w końcu pięć lat studiów równo ryje banię ;) Wreszcie mogłam sobie posłuchać czystego brzmienia rosyjskiego, a nie kaleczących Gruzinów, którzy mówią: „Eto haroszyj gałowa, paczemu ON balit?

Prócz wizy, największa trudnością w podróży do Rosji jest oczekiwanie na granicy, ale nawet to poszło bardzo sprawnie – trzy godziny to naprawdę nic (przypomniałam sobie moje 12h, kiedy wracałam z Kijowa). Witamy w Rosji, po raz trzeci. Ekstrim uze naczalsa!!! Marzyłam zobaczyć Kaukaz od strony rosyjskiej – mówisz i masz. Całą drogę, mimo deszczu, wchłaniałam widoki i cieszyłam się jak dziecko. Już tak długo jedynymi górami, jakie widziałam, były regiony Kazbegi, więc Osetia i Kabardino-Bałkiria były dla mnie miłą i zupełnie zaskakującą odmianą. Lasy, których w Gruzji nie ma dużo i dzika przestrzeń – to jest to, co zrobiło na mnie największe wrażenie.

Elbrus to wygasły wulkan. Czytałam kiedyś ciekaw artykuł Góreckiego, w którym opisywał, że Elbrus się budzi, a gdy wybuchnie, całkowicie zmieni panoramę Kaukazu i wszystkich sąsiadujących krajów. Ma dwa wierzchołki i jest ogromnym masywem. Oraz bardzo komercyjnym. Na wysokość 4900 m może wywieźć ratrak, a jeszcze wyżej – skuter śnieżny. Wystarczy zapłacić. Oczywiście 700 m przewyższenia do pokonania pozostaje, ale to i tak duże ułatwienie. Sporym wyzwaniem jest za to zimno. Znowu mieliśmy pogodę-żyletę, ale mimo to i tak chłód dał się we znaki. Jeszcze nigdy w życiu nie miałam na sobie tyle warstw, a wcale nie było mi za ciepło! Ot, tak w sam raz. Wschód słońca był bajkowy i znowu dodał skrzydeł. Na szczycie Elbrusa byliśmy juz o 6:50 lokalnego czasu. To było jak postawienie kropki nad i. Wyżej w Europie nie ma już niczego!!! 5642 m n.p.m. Przepiękny widok na Wysoki Kaukaz: Uszbę, Szcharę, Czeget, Dych-Tau… dla takich widoków warto się wysilać. Znowu prawdą okazuje się powiedzenie, że „życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością momentów, kiedy zapiera oddech”.

_DSC8028.JPG
Aga na szczycie Elbrusa (5642 m n.p.m) Wyżej w Europie już się nie da!

Czy czuję się zdobywcą? Nie, w żadnym razie. Alpinistką? Daleko mi, w pożyczonych butach i gore-texie. Czuję się jednak cholernie szczęśliwym i (na dziś dzień!) spełnionym człowiekiem. Tym większe podziękowania należą się Mountain Freaks! Wspominałam już, że kocham swoją pracę i możliwości, jakie mi daje? A że zawsze wychodzę z założenia, że jak dają, to trzeba brać… korzystam więc, jak tylko mogę! 🙂

4 myśli w temacie “Jestem świrem. Dwa pięciotysięczniki w cztery dni.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s