Dzikie wojaże

Urodzinowy Paryż

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że nie lubię w dzień urodzin siedzieć w domu lub nie daj Boże w pracy (tfutfu), to najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… W tym roku zawiało mnie bardzo nietypowo – bo na Zachód. Do Paryża.

Agusia i Wieża Eiffla

Francja jest moim 23. Krajem, który odwiedziłam. W sumie to tak się trafiło z tym Paryżem – odwiedziłyśmy (oczywiście z Eweliną) naszego Wujka, który tam mieszka i pracuje. Wiadomka – z lokalsem najlepiej! Nikt inny tak nie zna dobrych knajp, ciekawych zakamarków i ogólnie nie pokaże miasta!

Prawdę mówiąc nie miałam żadnych oczekiwań co do Paryża. Pomijam fakt „pandemii” i tego, że dopóki nie usiadłam w samolocie, nie byłam pewna niczego, nawet się więc nie nastrajałam. Podróżowanie „w czasach zarazy” jest inne, do końca nie wiadomo, czy uda się wyjechać.

Oczywiście, jak to bywa, nawet na lotnisku jeszcze w to nie wierzyłam! Na przypale, albo wcale. Wchodzimy do budynku na Balicach – samolot Ryanair Beauvais (czyt. BOWE) przekierowany – odlot z Katowic, bo mgła. Skomentowałam to ironicznym uśmieszkiem. Oj mój losie-losie, tak chcesz ze mną walczyć? Ok, transportują nas wreszcie jak prosięta do tych Katowic. Po drodze mgła choć oko wykol. Znowu sobie myślę – no ni ciula, nie wylecimy dzisiaj! Oj mój losie. Wszystko mi na przekór! Koniec końców, by nie przeciągać tych moich zmagań z losem, usiadłam w tym samolocie – z ponad 3 godzinnym opóźnieniem!!! – westchnęłam głęboko, a wraz z rozgrzewaniem się silników już wszystko poszło, pojechało (kocham ten dźwięk, powoduje we mnie ciary i wrzenie krwi) nareszcie mogłam zacząć CIESZYĆ SIĘ PODRÓŻĄ! Yeah! Po dwóch latach wreszcie lecę samolotem i aż chce mi się z tego powodu ryczeć! Całe dwa lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do Kijowa – dwa lata… Och, ileż emocji. Dopiero więc jak wzbiliśmy się w przestworza, ponad mgłę, ponad chmury – uderzyło nas czyste słońce i ujrzeliśmy wystające, błyszczące czubki Tatr (!) – coś pięknego! Wystarczyło tylko unieść się ponad. Im wyżej, tym lepiej – ZAWSZE!

Jeszcze nie wierzymy, że lecimy!

A tak BTW – w międzyczasie oczekiwań tak sobie siedzę i ze stoickim spokojem czekam cierpliwie na odprawę, czytam książkę i stwierdzam, że tęsknię za brzmieniem obcego języka. Nagle gdzieś pośród głosów wybija się gruziński. Nie rozumiem, ale rozpoznaję słowa po intonacji, oderwana od czytania podnoszę głowę – no oczywiście, że gruziński! Tęsknię za tym ich darciem, charczącymi spółgłoskami, intonacją – co za chora miłość!

Wracając do Paryża.

Lotnisko BOWE to totalna dziura. Serio. Bywałam już w dziwnych miejscach na świecie, typu lotnisko Kutaisi czy dworzec autobusowy we Lwowie czy Budapeszcie, ale takiej dziury jak jedno z trzech lotnisk Paryża to nie widziałam. Nie dość, że na końcu świata (ok, rozumiem), to nawet obsługi nie było 😄 szok. Jak można przejść bez kontroli dokumentów, O SPRAWDZENIU CERTYFIKATÓW COVIDOWYCH NIE WSPOMINAJĄC! Wpuścili nas do Francji ot tak. Jako certyfikat szczepionki mogłabym mieć wydrukowany kod QR z paczki chipsów lub opis miodu wielokwiatowego z etykietki Pasieki, cokolwiek. Żeby było śmieszniej – pierwszy i ostatni raz certyfikat szczepień, który nam dokładnie sprawdzili i zeskanowali pokazałyśmy idąc do kibla przy kinie w galerii (bo te w galerii były już zamknięte). Komedia, jak dla mnie.

Sami widzicie, z jakimi przygodami, ale w końcu dotarłam do tego Paryża. Poderwałam się na widok wielkiego megalopolis i wyrastającej figurki Wieży Eiffla – znaku firmowego francuskiej stolicy, jakby nie patrzył. W ramach ciekawostki – Wieża Eiffla miała być tylko tymczasową instalacją przeznaczoną do rozbiórki po 20 latach. Wybudowano ją na Światowe Targi w 1889 roku. Ma wysokość 324 metrów, składa się z 18 tysięcy metalowych części zespolonych 2,5 milionami nitów i waży 10100 ton. Stoi do dzisiaj, urosła do rangi symbolu i ma się bardzo dobrze.

Żelazny symbol Paryża

Jak już wspominałam, nie miałam żadnych oczekiwań względem Paryża. Dużo słyszałam opinii – jest nawet pojęcie „syndrom paryski” – że ludzie spodziewają się efektu wow, a tu dupa blada, Paryż nie spełnia oczekiwań. Dlatego ja się na nic nie nastawiałam. I to było dobre podejście!

Planowałam wcześniej urodzinowego food tripa do Włoch, wyszła Francja – tego też się nie spodziewałam, ale i to okazało się niezłym food tripem! Od pierwszego wyjścia na ulicę – zwabił mnie zapach, przykleiłam się do szyb jakiejś piekarnio-cukierni (fr. BULANŻERKA) i przepadłam. POŻERA SIĘ OCZAMI. Naprawdę, patrzyłam na te wszystkie cuda-cudactwa, a ślina ciekła. Nosem w sumie też, bo piekarnie wypiekają świeże pieczywo nie raz, ale 2 lub 3 razy dziennie. Jak Francja, to oczywiście bagietki – w ramach ciekawostki: paryska bagietka stworzona została na zamówienie Napoleona. Jego kucharz miał stworzyć bułkę, która  zmieściłaby się w spodniach żołnierzy wojsk napoleońskich. Tak właśnie powstała bułka paryska o wymiarach 65×6 cm, która są do dziś chronione francuskim prawem. Dostajesz takie bagiety prosto do łapy, owinięte w papier (normalnie jak puri, chleb gruziński) – po drodze do domu zdążysz opierdzielić już połowę tej cieplutkiej i pachnącej pyszności… Wujek się śmiał, że najbardziej paryski obrazek to pięknie ubrana dziewczyna na skuterze z fajką w ręce i bagietkami wystającymi z plecaka 😄

Bagieta!

– i croissanty! O matko. Słodkożercy nie mają we Francji lekkiego życia; byłam 4 dni, chciałam spróbować i tych croissantów (wersja z czekoladą, wersja pusta), i krep (naleśników z budek na ulicach – też w papierku do łapy; lubię takie klimaty), i eklerków, i brownie, i tartaletek, i makaronków, i o mamo, wszystkiego tego pięknego, co na pewno jest też smaczne, ale:

  1. Żołądek nie jest z gumy;
  2. Portfel też nie jest z gumy – te pyszności kosztują. Dla przykładu średnio: ekler 4 euro, makaronik 1,6 euro.

Jak żyć.

W dodatku to wszystko jest tak piękne, że o matko. Chciałabym trafić do takiej paryskiej cukierni na kurs zdobienia wypieków, są perfekcyjne w każdym calu! 😍 Ale dobra, koniec mojej ody do słodyczy, choć na ten temat mogłabym tak długo, popatrzcie sami na te zdjęcia i po prostu przyznajcie mi rację! 😜

Paryż zamieszkuje ponad 2,1 mln ludzi – szczerze mówiąc zdziwiło mnie to, myślałam, że będzie to koło 7-8. (Stambuł i Moskwa nadal na prowadzeniu jako największe miasta, w którym byłam), ale i tak sprawia wrażenie wielkiego megalopolis. Może to przez ilość turystów – rocznie sięgającą do 30 mln przyjezdnych. Stolica Francji podzielona na dzielnice – obecnie jest ich 20, ułożonych w spiralę rozchodzącą się od centrum miasta. Metro liczy 14 linii, dwie kolejne są w budowie. Jasna architektura idealnie kontrastowała z szarym, grudniowym niebem. Mimo to wszystko Paryż wydał mi się nieco martwy, chłodny, bez życia – takie było moje odczucie. Francuzi chodzą jak roboty, nie rozmawiają ze sobą (ah, to wschodnie przekrzykiwanie się i pełen werwy chaos, w którym się tak odnajduję!), nie uśmiechają się… Niby porządek, czysto, ale życia brak. Pomijam fakt, że brzmienie francuskiego totalnie do mnie nie przemówiło – mówią, jakby połknęli żabę, ale ta żaba utknęła w połowie przełyku. Nie moje klimaty, a ucho mam dobre, wyczulone. 😆

Co do życia i jego braku – w Paryżu nie widziałam ani jednego kota i ani jednego psa na ulicy (mieszkańców miasta, jak w każdym innym gdzie byłam!) – ani jednego!! Za to… W Paryżu są szczury. Szczury wielkości kotów. W parku pod Wieżą Eiffla naliczyłam ich 5 – na jednym skwerze! Ciekawe bardzo. Taki widać urok 🐭

Paryż dość długo nie kojarzył mi się z żadnym innym miastem. Zero, nic. Do czasu, aż zobaczyłam Luwr. O kurde, toż to Petersburg! Ermitaż, Pałac Zimowy! Od razu to ujrzałam, skąd Piotruś car Wszechrusi wziął inspirację! 😉 Luwr – to najczęściej odwiedzane muzeum na świecie – rocznie zalicza je pawie 10 mln turystów. A owa słynna Piramida, wybudowana końcem XIX wieku na podobieństwo Piramidy Cheopsa, jest najbardziej popularnym motywem wśród Rosjanek na instagramie 😆 ja też mam tam zdjęcie, w dodatku w swoim czaderski czerwonym berecie, ale nie psułam sobie swojego górskiego profilu, wrzucając takie zdjęcie na insta! 😂

Agusia i Piramidy pod Luwrem

Największe wrażenie zrobiła na mnie Dzielnica Montmarte z górującą nad nią Bazyliką Sacre Coeur (SAKREKER).

Już w połowie XIX wieku Montmartre stał się ulubionym miejscem artystycznej cyganerii. Ten duch artyzmu unosi się tam do dziś, widać go gołym okiem! Być może dlatego tak bardzo przypadł mi do gustu, mogłabym się tam włóczyć dwa dni! Lubię takie miejscówki 😅 Oczywiście nie omieszkałam wydać całe 7 euro i wejść po 234 schodach (tak mówi internet, bo ja tego nie liczyłam!) na dzwonnicę Sakreker, by zobaczyć przepiękną panoramę Paryża.

U podnóża Montmartre znajduje się słynny paryski Plac Pigalle, gdzie sprzedawane są opiekane kasztany (pachnie nimi na pół ulicy! Ale jakoś w końcu nie spróbowałam), słynny jeszcze z jednej rzeczy – czerwonych latarni 😅 a dzisiaj po prostu pubów, sex shopów i klubów. Ktoż nie słyszał o teatrze Moulin Rouge! Ów Czerwony Młyn wyróżnia się z daleka – czadowo było zobaczyć to na własne oczy! Tak jak i słynną knajpę Le Chat Noir (LE SZANUŁA) z czarnym kotem w emblemacie – kiedyś kabaret skupiający artystyczną bohemę Paryża. Co ciekawe – pamiętam, jak w Petersburgu widziałam plakaty z Le Chat Noir i już wtedy ten kocur wpadł mi w oko!

Jeszcze jedna świetna miejscówka – z serii tych czadowych, bo bezpłatnych 😆 Galeria Lafayette – i to nie ze względu na drogie butiki Diora czy Gucciego, bo takie nigdy w życiu mnie nie jarały i jarać nie będą, ale ze względu na dach, na który można wjechać schodami ruchomymi przez kilka pięter – i na panoramę miasta, która się z tego dachu roztacza!! Moje MUST SEE W PARYŻU zaliczone! ✌️

Wnioski z urodzinowej wycieczki do stolicy Francji? Nie odczułam syndromu paryskiego. Może dlatego, że nie miałam co do niego żadnych oczekiwań, a może dlatego, że mi po prostu niewiele do szczęścia potrzeba i potrafię się cieszyć wszystkim.

Przede wszystkim – najważniejsze, że mogłam się wyrwać na kilka dni z Polski. I polecieć samolotem, bo mi bardzo tego brakowało.

Oby 2022 rok przyniósł więcej Dzikich Wojaży!!! I dłuższych podróży samolotem! 🙃 Trzymajcie się ciepło i łapcie jeszcze kilka zdjęć z Paryża!

2 myśli w temacie “Urodzinowy Paryż”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s