Dzikie wojaże

Porcja ciepłych złudzeń

Z Comą na głośnikach wspominam, jak kosmicznie dłużył mi się marzec zeszłego roku. Nie byłam wtedy ani razu w górach, pogoda była do bani i tak jakoś miałam ochotę się wystrzelić w kosmos. „Dla mnie też za długa zima i zła”. W tym roku o niebo lepiej. Pomijając fakt wojny na Ukrainie i drogiej benzyny. Za to ogłosili koniec pandemii, tak dla balansu. 😆

Babia Góra, 5 minut od domu

Myślę, że Tłusty Czwartek tego roku zapamięta większość z nas. Kiedy my tu sobie jemy pączki oblane lukrem na śniadanie, obiad i podwieczorek, a w sąsiednim państwie, w sercu Europy wybucha wojna. Było to dla mnie bardzo ciężkie, ponieważ, można powiedzieć, znam ludzi z obu stron frontu. Rosjan – otwartych, gościnnych, z którymi można było porozmawiać o przepisie na ciasto, jak i literaturze, ale i Ukraińców – tak samo – otwartych, gościnnych. To ludzie tacy jak my. A tu nagle wojna. Rosja, „moja” Rosja atakuje Bogu ducha winną Ukrainę. Zaczyna się propaganda, a ja, przeglądając rosyjskie nagłówki nie wierzę w to, co widzę. Znajomy przewodnik spod Elbrusa przyznał, że jest mu wstyd, że ma rosyjski paszport. Wstrząsnęło mną to wszystko, cały pierwszy tydzień żyłam tylko tym, „co na wojnie”, żal mi było zwierząt w zoo i na ulicach, żal mi było nawet zniszczonego samolotu Mrija (nomen omen – „mrija” to po ukraińsku „marzenie”)! W końcu stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć, bo nie jestem w stanie funkcjonować, a umartwianie się nic nie da, bo doszłam do wniosku, że widząc coś takiego jeszcze bardziej trzeba się cieszyć tym, co się ma. I doceniać, bo można to wszystko stracić przez jednego szaleńca w kilka minut. Poszłam sobie kiedyś w tygodniu na Babią Górę, spizgało mnie konkretnie, przeczyściło łeb i wróciłam do siebie. Dzisiaj jedynie szybki research, najlepiej w postaci memów. Moim hitem są definitywnie te z traktorami i czołgami, ale wielkie brawa również dla Gruzinów, którzy na prośby Rosjan o dotankowanie okrętu na Morzu Czarnym odpowiedzieli, jak to oni, z humorem: Cóż, jak się skończy paliwo, to będziecie musieli wiosłować…

Tatry z Babiej Góry i smog w dolinie

Pierwszy weekend marca, tuż po odświeżeniu i resecie głowy, wybrałam się z Matim na wschód słońca na Babią Górę. Myśleliśmy najpierw o wschodzie na Kasprowym, ale że była sobota godzina 19, na ustalenia trochę późno, bo wypadałoby jechać tak o 22, padło na Babią. A bo zimą w tym roku nie byłam, a że w sumie blisko, no to jazda. Kurde. Trzeba było jechać na ten Kasprowy. Babia tego dnia była po prostu za nisko. W totalnej mgle, choć oko wykol, a na kamerkach TOPR w Tatrach – piękne słońce, a w dole inwersja. Morze chmur. Ale jakoś tak stwierdziłam – no i dobre. Tak miało być. Ważne, że wyszłam z domu i się wyrwałam. W sumie to śmiać mi się chciało. Miałam omrożone rzęsy (mimo, że nie było zimno), a ludzie na szlaku w drodze powrotnej się zatrzymywali i mówili: o jeju, jakie ma pani piękne rzęsy! Miałam bekę, bo w życiu nie słyszałam komplementu na temat swoich rzęs, które raczej do zbyt okazałych nie należą! 😂

Zgredek ze zmrożonymi rzęsami

Na wschód słońca na Kasprowy pojechaliśmy tydzień później. Pobudka 23:20, wyjazd o północy. Mocna kawa i można działać (ta kawa w drodze to powoduje, że śrubki mi wskakują na właściwe obroty i jestem jak nakręcona). Wschód wschodem, ale tak stoję i patrzę się na piękną Świnicę w zimowej szacie – zdjęcia bez szału, bo jakoś tak nie mogłam się skupić … Pokręciłam się, pomyślałam i skończyłam na taternickim wierzchołku Świnki. 😄 Łaaaa, co za ogień! Tego mi trzeba było! Taką zimę to ja lubię 🤩 Oczywiście przeżyłam pierwsze zjaranie tego roku. Jak na połowę marca – takie konkretne. Potrzebowałam witaminki D, ale to już taka dawka końska! Tak, zapomniałam kremu z filtrem. Nie uczę się na błędach, tak aż do kolejnej powtórki.

Naładowana adrenaliną i pozytywną energią już w niedzielę wieczorem powtarzałam sobie, że tylko spokojnie, byle do piątku… Pogoda piękna, więc grzech nie wykorzystać! I tak jakoś z rozpędu kolejny weekend też pojechałam w góry. Nie ma to jak pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitać w Tatrach i to w tak zimowej scenerii! 😉Spełniłam swój mały górski cel – Zadni Granat zimą. Uwielbiam widoki z Orlej Perci, nie mają sobie równych! Nie widziałam ich aż od końca października – stęskniłam się! Plażing smażing na Granacie, ludzie płacą za solarium, a ja to mam za free. Mądrzejsza jednak o zeszłotygodniowe doświadczenia spakowałam krem, więc mogłam opalać się bez ryzyka flagi na czole. Dupa. Co z tego, że ryj w miarę posmarowałam, jak spaliło mi szyję (jakby mnie kto przyduszał) i ręce (bo było tak ciepło, że miałam podwinięte rękawy)? Nie, definitywnie nie uczę się na błędach – i tak za każdym razem coś mnie jednak zaskoczy. Przypomniało mi się, jak w Gruzji spaliłam się pod kolanami, a będąc w Baku odbiły mi się wiązane sandały. 1,5 godziny na szczycie, a mogłabym tak do zachodu zostać, tak było fajnie. Oczywiście zdjęć tysiąc pięćset, bo przecież kolory się zmieniają, chmurki przemieszczają, wychodzi dusza impresjonisty, a potem szukaj najlepszego kadru! Ładowanie baterii – in progres… 🔥

Marzec jeszcze iście zimowy, jakoś ta wiosna nie może się wykaraskać, ale zaczęły się powoli prace ogródkowe i rozsady – trzymajcie kciuki za ciepły sezon i moje dzielne arbuzy! Ostatnio miałam też fajne spotkanie z sarnami – poszłam kawałeczek w pola, stałam za krzakiem tarniny, a tuż przede mną stado 13 osobników. Napatrzeć się i nacieszyć nimi nie mogłam! Pomiędzy pracą a weekendowymi wypadami w góry udało się również przeciupać na rowerze całe 104 km po swoich okolicznych górkach-pagórkach. Trza cisnąć, forma sama się nie zrobi. Ostatnio w rozmowie z kim (już nie pamiętam z kim, za dużo gadam) stwierdziłam, że zima fajna, ale mimo wszystko ja już czekam na suchą skałę. – Co to jest Sucha Skała? Gdzie ten szczyt?

Doczekałam się wreszcie zmiany czasu. Miała być po raz ostatni, ale ponoć weszła ustawa, że Unia Europejska ma podjąć decyzję, który czas pozostawia do roku 2026. Przedłużone ze względu na pandemię i wojnę – jako argumenty na wszystko… W każdym razie – godzina 19 i dopiero zachodzi słońce! To bardzo budujące – i ileż czasu po pracy, który można dobrze zagospodarować! Starczy i na ogródek, i na rower, i na zachody słońca… Nie jechałam w Tatry, ale ujrzawszy w niedzielę rano z ogródka Babią Górę – wreszcie wróciła szalona przejrzystość – pierwsze co, to poszłam w pola, po czym postanowiłam, że ja tego tak nie zostawię, nie usiedzę i po szybkiej kalkulacji pojechałam z Eweliną na Potrójną. Biedne dziecko miało się uczyć do matury z matematyki (z matematyki na humanie – bez komentarza……………….), a zła starsza siostra je drastycznie wyrwała z tego transu i nakazała żwawy spacer na jakąś górkę! 😉 Potem jednak bardzo cieszyła się, że się ze mną wybrała, bo było pięknie. Gdybym ja miała taką starszą siostrę, która by mnie tak wyciągała… 😆

Babia Góra z Potrójnej

Przeleciał marzec szybko. W prognozach na najbliższe dni jakieś załamanie pogody na horyzoncie – no tak, kwiecień plecień, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i jakoś to przetrwać… A z drugiej strony nabrałam smaczka na zimowe Tatry, może uda się zrealizować jeszcze jeden mały cel… Tak na majówkę w zimowych warunkach na przykład 😆 Bo to, że śnieg będzie leżał do końca czerwca, to standard. Pożyjemy zobaczymy. Życie uczy, że plany to można mieć…

W każdym razie – wiosna jest bliżej niż dalej, jest praktycznie tuż za rogiem i tylko czeka, by buchnąć całą mocą zieleni i nadziei! Tego się trzymajmy!

PS. Co do tego zdjęcia:

Mama: Jak to zdjęcie zrobiłaś? Przecież nie padało. Pokazujesz inną rzeczywistość.

Aga: Nie, ja tylko ją czaruję. Spryskiwaczem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s