Dzikie wojaże

Tam w dole w dole nie ma nic

Pamiętam, jak gdzieś od połowy stycznia zaczęłam odliczać dni do wiosny. Codziennie rano witałam się z Martyną (polecam serdecznie @faktybiologiczne) słowami: „Dzień dobry, 70 dni do wiosny!” 69, 68… 3, 2, 1… Jest! Przyszła! A tu pstryk, chwila-moment i patrząc na opadające liście i słońce zachodzące już przed 18 wypadałoby rozpocząć kolejne odliczanie. Do wiosny pozostało 156 dni… To wszystko unaocznia mi jeszcze dosadniej, jak krótko trwa wiosna i lato. Ten najpiękniejszy czas, kiedy dzień jest długi, jest zielono, wszystko kwitnie, nie trzeba rano skrobać szyb w aucie (zaczęło się…) i grzać silnika… Owszem, jesień jest piękna, ale ja zawsze jestem, byłam i będę za wiosną 😉

Od ostatniego wpisu minęło trochę dni. Baaa, minęły dwa bite miesiące! Hala Gąsienicowa z różowej zmieniła się na rudo-brązową… Miałam nosa jak fix, ciągnąc początkiem sierpnia Ewelinę na Orlą – po załamaniu pogody, późniejszych opadach śniegu i oblodzeniach nie byłoby to możliwe. Nie byłoby to możliwe również z tego względu, że moja najwierniejsza towarzyszka tatrzańskich wojaży – Ewelina – rozpoczęła studia w Krakowie, więc wolne w środku tygodnia dla niej raczej nie wchodzi w grę 😄 trzymajcie kciuki, żeby się jej tam wiodło, bo już za rok-za dwa obiecała mi wyprawę w Dolomity, gdzie zagada wszystkich lokalsów! 😉

Pogoda w Tatrach trochę pokrzyżowała plany, ale cóż – na to totalnie nie mamy wpływu. I tak dużo udało nam się przejść, a tym samym zrealizować dobre kilka celów, które tak jak chociażby Mała Wysoka ciągły się za nami dwa lata! Nie ma więc na co narzekać. A! Udała mi się jedna bardzo istotna rzecz – zrealizowałam swoje postanowienie na rok 2022: weszłam na Babią Górę w mniej niż 60 minut! Tak właściwie w 57:02 minuty. Niemożliwe nie istnieje! Dobrze jest sobie stawiać cele – radość z ich realizacji jest niesamowita i daje mega pozytywnego kopa! To co, na 2023 Babia w 53 minuty? 😉

W międzyczasie od załamania pogody udało mi się też podziwiać wschód słońca na Sławkowskim Szczycie (tym samym moja Wielka Korona Tatr liczy już 3 szczyty – teraz kolej na poza szlaki!) Podejście może jest mozolne, chociaż nocą tak się tego nie odczuwa, ale zejście w niesamowitym upale to już dało w kość. Najlepsze, jak na zejściu ktoś się mnie zapytał, czy szczyt jest „już tam” i wystękał jedynie głośne: „uff!!” – ale jak się obróciłam i spojrzałam za siebie, to zdałam sobie sprawę, jak bardzo gościa okłamałam – przedwierzchołek, Sławkowski Nos jest bardzo zwodniczy 😆 Za to widoki na górze po prostu miazga, wynagradzają wszystko i naprawdę warto się pomęczyć! I znowu upatrzyłam sobie górę, w którą wpatrywałam się jak zaczarowana. O ile na przykład na Małej Wysokiej był to rogaty jak moja dusza Staroleśny Szczyt, tak na Sławkowskim spektakl skradła Pośrednia Grań. Cały czas aparat sam kierował się w tamtą stronę… Magia. Zobaczcie sami:

Potem przyszła pora na deszcze, borówki na Potrójnej zamiast zachodu, pienińskie mgły, ogólnie mówiąc niepogodę – lato zamierało, a jesień coraz bardziej brała świat w swoje władanie. Wrzesień – jeden z najpiękniejszych zazwyczaj miesięcy roku tym razem się nie popisał. Kiedy taka aura ciągnie się przez dłuższy czas, nigdzie nie jadę, nawet z rowerem kiepa, to dni zaczynają zlewać się w jedną masę, z której nawet ciężko coś wyłowić istotnego. Ble. Tuż przed wyprowadzką Eweliny do Krakowa wyhaczyłam okienko pogodowe, namówiłam ją więc na wschód słońca na Wysokim Wierchu – chyba tylko dlatego, że był o 6:40 i szłyśmy z Przełęczy pod Tokarnią po słowackiej stronie, gdzie dojście do punktu widokowego zajmuje niecałe 30 minut 😉 To był niesamowity dzień. Taki totalnie bez spiny, na luzie, a jednocześnie wypełniony atrakcjami – począwszy od tych na drogach – jak nie lis na serpentynach w Jordanowie, to cztery łanie i jeleń na środku puściutkiej drogi, to znowu kolejna łania, wyłaniająca się z mgły… Czujność i koncentracja na maxa! Mgły też zdawały się być dość gęsto wiszące nad ziemią. Na parkingu na Tokarni krzywiłam trochę nosem i stwierdziłam, że albo się to podniesie i mamy szansę na wschód życia, albo będzie siedzieć i będzie takie gówno, że nie warto było jechać dwie godziny, tak delikatnie parafrazując. Idąc, co chwila czuje oglądałam się za siebie – podnoszą się? Widać więcej? Będzie co z tego…? Pan Bóg chyba wysłuchał moich modłów – mgła zaczęła opadać i odsłoniły się czubki Tatar – o matko, co też wyszło… Mgła niczym ubita kremówka zatrzymała się na pewnym poziomie, światło dało czadu i ogólnie spektakl taki, że stałyśmy tam chyba z dwie godziny

Potem jeszcze sam Wysoki Wierch i pienińskie mgiełki na drugiej stronie… Po prostu coś pięknego, tego mi trzeba było! W ogóle zauważyłam, że po tych ostatnich opadach trawa się tak zazieleniła – było bardziej zielono, niż na wiosnę! Frytek w Durbaszce nie było (o 9 nie mieli rozgrzanego oleju, za wczas 😄), za to szarlotka na śniadanie weszła jak złoto.

Ten dzień można uznać za spełnianie dawno danych obietnic. Kiedyś obiecałam Ewe, że pokażę jej huśtawkę na Przełęczy pod Tokarnią z widokiem na Tatry – trochę to trwało, ale jak powiedziałam, tak i zrobiłam! Potem wymyśliłam pizzę w Sromowcach Niżnych – najlepszą włoską pizzę jaką jadłam na polskiej ziemi!!! L’Arte del Sud – jeszcze taki fart, bo to był ostatni weekend sezonu, przed zamknięciem na zimę. Zrobiłam taki myk, że auto porzuciłam pod Czerwonym Klasztorze na Słowacji, przeszłyśmy kładką na stronę polską, prosto do Pizzerii, pożarłyśmy jak dzikie świnie z trzęsącymi się uszami i tak samo wróciłyśmy do auta. To był dobry dzień!

Potem znowu przeszły dwa tygodnie, rozpoczął się październik, a ja cierpliwie wypatrywałam okienka pogodowego. Uzależniłam się od sprawdzania pięciu prognoz pogody rano i wieczorem, kamery topr to samo. Ale udało się – w końcu zaczęło robić się ładnie – złoto i kolorowo, czyli to, co w jesieni kocham najbardziej! A jak jesień, to najlepsza ta w Pieninach… Tradycji stało się zadość i pojechałam z Mamą i Eweliną pochłonąć trochę pienińskich widoków. A po drodze nawet kilka podhalańskich – bo pierwsze co zahaczyłyśmy o urokliwą wioskę – Gliczarów Górny, do którego pierwsze przymiarki robiłam już w styczniu, ale ze względu na porę dnia – południe – jedyne co wtedy to stwierdziłam, że to miejsce ma potencjał – idealna okazja sprawdzić nadarzyła się właśnie teraz. Dzień już krótki, ale nie dość że po robocie, to i tak udało się pochodzić i zobaczyć! Doszłam do wniosku, że kolejna baza noclegowa, jaką muszę obczaić to koniecznie Gliczarów Górny – wschód słońca z okna brzmi kusząco! W ogóle to stwierdziłam sobie tak cicho w duchu, że jakby pewnego dnia jakiś magiczny dżin chciał spełnić moje marzenie i zapytał się mnie, gdzie bym chciała mieszkać, powiedziałabym że właśnie w jakimś Gliczarowie lub innej Łapszance, z widokiem na te skalne kolosy, prosto z salonu, oprószone śniegiem, połechtane złotymi promieniami. Cóż, tyle mamy, co sobie pomarzyć 😉

Nocowałyśmy w Łapszance – stęskniłam się za tym miejscem, nie byłam tam od maja! ❤ wschód słońca zawsze klasa. Potem połaziłyśmy po Grandeusie, a na zachód skierowałyśmy się na słowacką Osturnię. Chciałam pokazać moim Dziołchom ten piękny punkt na mapie magicznego spiskiego Zamagurza.

Ci fotografowie to są dziwni – wymyślili jakąś Osturnię, parkują se przy kościele i idą na pałę przez jakąś łąkę do samej góry! Nienormalne świry! – skwitowała podejście na punkt widokowy Ewelina. Cóż – muszę przyznać, że trochę racji miała. Fama szybko się roznosi wśród wariatów z aparatami – potem się okazuje, że praktycznie każdy fotograf ma zdjęcie z jesiennej Łapszanki i z Osturni. Co lepsze – każdy kadr praktycznie taki sam – oklepane miejsca, oklepane kadry. Oczywiście, fajnie jest się dzielić z innymi widokowymi miejscami, podawać je w świat. I niby ładnie, bo może sama mam niektóre podobne ujęcia, ale jednak zawsze staram się nadać swoim fotografiom element niezwykłości. Pokazać coś innego, albo chociaż inaczej. Gonię za światłem, szukam ciekawych elementów, mogących wypełnić kadr. „Takie jak wszyscy” nigdy mnie nie interesowało, w żadnej sferze życia. Więc staram się jak mogę i to jest dla mnie większą frajdą i satysfakcją.

Korzystając z dobrej passy przedłużyłam sobie weekend i w poniedziałek również działałam. Musiałam uzupełnić swoje jesienne portfolio o jedną istotą miejscówkę – moją kochaną Litwinkę. A na deser zahaczyć o równie ważną Halę Gąsienicową, jesienią będącą równie piękną jak i w sierpniu. Potem z perspektywy Kasprowego złapałam trochę rudości Czerwonych Wierchów i pakiet szczęścia wypełniony po brzegi! Na deser po deserze jeszcze raz zahaczyłam o Gliczarów – być tak blisko, mieć dobre światło i tam nie zajechać to byłby grzech… Z tą różnicą, że zamiast na prawo poszłam na lewo, przez co całą wieś mam obczajoną 😉 Baterie uzupełnione na maksa! Od razu jaki tydzień piękniejszy się stał – i nie chodzi tylko o cztery dni robocze!

Przede mną w najbliższej perspektywie aż dwa wyjazdy – nadrabiam zaległości urlopowe i wyjazdowe. Będzie o czym pisać, także… stay tuned!

Łapcie jesienne słonko i korzystajcie z ciepełka!

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s