Dzikie wojaże

Gruzja. Po raz pierwszy, nieostatni.

Będąc jeszcze małą dziewczynką, wymarzyłam sobie, że jak dorosnę, pojadę kiedyś tydzień w pociągu tylko po to, żeby zobaczyć piękny i tajemniczy Bajkał. Z czasem do listy moich dziecięcych marzeń zaczęłam dodawać kolejne i kolejne. Część z nich została już zrealizowana i wykreślona ze spiska (jak choćby „zobaczyć zorzę polarną”), część czeka na spełnienie (ów mistyczny Bajkał i podróż Koleją Transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku).. Obiecałam sobie, że kiedy skończę studia, spełnię swoje jedno wielkie marzenie. Równie silnie jak Bajkał, wzywał mnie do siebie równie mistyczny Kaukaz. Zawsze czułam, jak mnie wabi, hipnotyzuje. Padło więc na góry Kaukazu, do którego skał został przywiązany Prometeusz…

To była najbardziej spontaniczna decyzja mojego życia: w poniedziałek rano zauważyłam ofertę, wieczorem ostatecznie podjęłam decyzję i wpłaciłam pieniądze, a we wtorek leciałam do Gruzji. Czyste szaleństwo, życiowe wariactwo! Co ja robię!!

Rozum krzyczy: WARIATKO!!!!
Serce: I DOBRZE!

Naprawdę, tak spontanicznej decyzji jeszcze nigdy chyba nie podjęłam, ale wiadomo- raz się żyje, spontaniczność okazała się najlepszym, co mogło mnie spotkać na obecnym etapie w moim życiu, tego właśnie mi było trzeba! Kaukazu mi było trzeba!

IS__DSC0738

Jestem w Kazbegi, potem w Swanetii- Mestii i Ushguli- podziwiam pasma Kaukazu Wysokiego i aż mi się płakać ze szczęścia chce. Dosłownie i w przenośni. Patrzę na te ośnieżone szczyty, a oczy pełne łez. Gapię sie jak zaczarowana, wszystkie myśli, wszystkie problemy jakoś odchodzą na bok i jestem tylko ja i Kaukaz, nic więcej.
W Gruzji wszystko było cudowne. Począwszy od lotu, który sprawił mi wielką przyjemność, poprzez towarzystwo, jedzenie, o przeżyciach i wrażeniach związanych z widokami nie wspominając.

Definitywnie i na poważnie- ZAKOCHAŁAM SIĘ. Od pierwszego wejrzenia.
Ok, od drugiego. Kiedy w Kutaisi autobusem wyruszaliśmy spod lotniska, na małym skwerze przed wejściem pasł się koń. Widzę tego konia w porannej mgle i już jestem pewna, że to będzie dobry czas. Że to moje wariactwo to była dobra decyzja.
Jeden chudy koń zwiastunem najlepszych dwóch tygodni w moim życiu. 😉

A propos. Konie w Gruzji są święte i wielbione, zwłaszcza przez górali.
Święte również są krowy, które w dzień chodzą i pasą się, gdzie chcą, a na noc samodzielnie (!) wracają do domostw. Na każdym kroku nie omieszkałam dokumentować ich poczynań.

IS__DSC0532

Gruzja podbiła i zawojowała moje serce tak silnie, jak tylko się da.
To był najpiękniejszy kraj, jaki dotychczas odwiedziłam. A że odwiedziłam ich już 19 (!!!), to wiem, co mówię! 🙂

Armenia, która również była częścią wyprawy, też jest piękna, ale serca nie podbiła tak, jak jej sąsiadka. Nie wiem, może gruzińska mentalność bardziej przemówiła mi do serca.
Lubię, gdy uśmiecham się do kogoś na ulicy, a ten ktoś uśmiech odwzajemnia. Tyle ciepła bije od Gruzinów, tyle radości, że aż miło się patrzy na ten naród.
A jak oni tańczą!!!! Wszyscy Gruzini potrafią tańczyć swoje narodowe tańce. W Polsce jest to nie do pomyślenia-kto zna jakiekolwiek kroki? A tam DOSŁOWNIE WSZYSCY.
Cudowne przeżycie- mieć świadomość, że spełniło się jedno z największych marzeń swojego życia. Z tych większych – tylko Bajkał przede mną. Teraz jestem pewna- był Kaukaz, będzie Bajkał, będzie na pewno.

Dawaj za nich, dawaj za nas i za Wieliki Kawkaz – może być (i było) także dobrym toastem.

Podnoszenie toastów– część kultury, mentalności i codziennego życia Gruzinów. To nie zwykłe „na zdrowie!”, to nie rosyjskie „dawaj!” – to wyższa szkoła picia. 😉 Toasty zawsze powinni podnosić mężczyźni. Toasty mają formę podziękowania: za miniony dzień, za wrażenia, za szczęśliwą podróż, za spotkanie… albo życzenia: za jutrzejszy dzień, za to, byśmy spotkali się znowu. Za pokój na świecie, za Polskę i za Gruzję…
I tradycyjny: „Za Was – i w odwecie – i za Nas”.
Jednakże toasty zazwyczaj przybierają formę rozbudowanej opowieści, coś na kształt historii z morałem. Dopiero po wysłuchaniu do końca, można zamoczyć usta w winie i delektować się tym pysznym, gruzińskim napojem.

Jeżeli nie chce się już pić/robić innych rzeczy, na które namawiają usilnie Gruzini, wtedy należy ENERGICZNIE KRĘCIĆ GŁOWĄ I POWTARZAĆ „ARA ARA ARA!!” Można jeszcze usilić gest, grożąc palcem. (Spróbujcie tego teraz: arararararara!)
Ara= Nie. Nie wolno. Dość. Koniec. NIEEE! 😉

Toast można podnieść również czaczą. Aajć, czacza! To dopiero napój bogów!! Prawdę powiedziawszy, czacza to nic innego jak gruziński bimber, pędzony głównie na soku z winogron, osiągający nawet 70%. Interesujące doznanie.
Z racji tego, że wino mogę kupić w Polsce (wprawdzie trzy razy droższe, ale jednak jest taka możliwość), a czaczy nie- przywiozłam sobie malutką buteleczkę i powiedziałam, że będę popijać, gdy będę miała doła. Od razu mi się Gruzja przypomni i weselej na sercu stanie 😉

Starczy już tych wprowadzeń do tematu, dygresji na temat alkoholu (nie wiem, co mnie tak wzięło); teraz chciałabym Wam pokazać i trochę opowiedzieć na temat głównych zabytków i miejsc, które udało mi się odwiedzić, będąc w Gruzji oraz w Armenii.
Będzie to także dla mnie dobrą formą zapamiętania i możliwością na uszeregowanie i ułożenie sobie w głowie, wedle zasady: co, gdzie, kiedy i jak. 


O pierwszym dniu i pasącym się koniu na lotnisku już wspominałam gdzieś wyżej.

Kierowaliśmy się w stronę Tbilisi, stolicy, po drodze zatrzymaliśmy się w Skalnym Mieście-UPLISCYCHE .
Mówią, że jest to jedna z najstarszych osad ludzkich na Kaukazie, zbudowana w V wieku na wysokim brzegu rzeki Kury, jako stolica starożytnej Iberii.
Z racji tego, że sama osada nie wzbudziła mojego zbytniego zainteresowania, postanowiłam się skupić jak zwykle na pejzażach. Jaskinie i ruiny cerkwi wydrążone w skałach, widoki lepsze.

Z Upliscyche ruszyliśmy w stronę GORI.

Pytanie za sto punktów: a kto to tam się urodził? Czyje Muzeum jest dziś centrum i największą „atrakcją” miasta? Nie wiecie?  Józio Stalin!! Czyli za czasów Gori – Iosif Dżugaszwili.

Z Gori wiąże się też nieco bardziej współczesna historia – podczas wojny gruzińsko-rosyjskiej w 2008 roku, miasto to zostało praktycznie doszczętnie zniszczone. „Pamiątki” po tym okresie i bombardowaniach, gołym okiem są widoczne nawet dziś. Wojska zatrzymały się na wysokości Mcchety (czyt. M-c-ch-ety), czyli jakieś 10 km przed Tbilisi.  Dużą rolę w pertraktacjach pokojowych odegrał wtedy polski prezydent- Lech Kaczyński- w Gruzji przez to bardzo szanowany i ceniony.

Na pytanie Gruzinów skąd jestem, odpowiedziawszy, że pochodzę z Polski, jako pierwsze skojarzenie z naszym krajem praktycznie zawsze padało nazwisko Kaczyńskiego. Ewentualnie Lewandowskiego. 

 

Kolejnym pytaniem Gruzinów zawsze było „A SKĄD TY TAK DOBRZE PO RUSKU MÓWISZ?!” – zawsze wtedy rozpierała mnie duma i byłam jak paw, taki ze mnie cwaniak, ale to już taka dygresja. ;p

Wedle legendy, w IV wieku święta Nino przyprowadziła do Gruzji chrześcijaństwo, a chrzest całego państwa odbył się właśnie w Mcchecie. Miasto to do dziś jest jednym z najważniejszych obiektów sakralnych Gruzji i pozostaje siedzibą najwyższych władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Do Tbilisi czuję  niedosyt. Zbyt szybko, zbyt mało – a to takie urokliwe miasteczko, zwłaszcza wieczorem.

Drugi dzień w Gruzji upłynął pod hasłem podboju Wysokiego Kaukazu, którego pasmo ciągnie się wzdłuż granicy z Rosją. Po drugiej stronie jest już Władykaukaz. Znakiem przybliżania się do granicy były dosłownie kilku kilometrowe kolejki tirów, stojące przy poboczu i czekające na otwarcie granicy.

Jechaliśmy GDW – Gruzińską Drogą Wojenną, wybudowaną przez Rosjan jeszcze w XIX wieku. Szalone serpentyny, powolne zdobywanie wysokości i krajobrazy, zapierające oddech.

TO TO BYŁO MOIM NAJWIĘKSZYM KAUKASKIM MARZENIEM, NAJWIĘKSZYM KAUKASKIM WYZWANIEM.

KAZBEGI.

To wtedy się głupia pobeczałam, to wtedy miałam oczy jak narkoman na haju, prawie fruwałam i cały, caluteńki czas cieszyłam się jak jakiś przygłup. Naprawdę, słowo daję!

STEPANZCMINDA, osada znana bardziej jako KAZBEGI.

IS__DSC0629

Wikipedia mówi, że: „Nazwa Kazbegi została zmieniona podczas okupacji sowieckiej w 1925 r. Miała upamiętnić lokalnego przywódcę, który po przyjęciu protektoratu Imperium Rosyjskiego nad Gruzją pomógł stłumić antyrosyjską rewolucją. W 2006 r. powrócono do pierwotnej nazwy miasta.”

Kazbegi – to stamtąd zdobywa się Kazbek, bodajże drugi (albo i trzeci?) co do wysokości szczyt Gruzji, 5033 m n.p.m. Kazbek to dla Gruzinów MKINWARCWERI, co oznacza „Zamarznięty szczyt”. (taaak, na gruzińskim można sobie połamać język!!) Niestety.

Kazbeka w Kazbegi w ten dzień widać nie było. Taka to przyroda jest, że nie zawsze pokazuje to, co byśmy chcieli. Daje to jednak okazję do ponownego przyjazdu. Najlepiej z noclegiem- przecież wiadome, że najlepsza widoczności jest o poranku!!

Kazbeka nie było, ale i tak było cudownie. Niesamowicie. Wspaniale. Magicznie.

Z przełęczy, na której znajduje się CMINDA SAMEBA (wysokośc 2170m!!) – Kościół Św. Trójcy, rozpościera się najlepszy widok na okolice- wspinaczka…Kolejne metry w górę i tylko w górę…:) W kontakcie z górami… wszystko wydaje się takie małe. I miasta, i wsie, i ludzie, i wszystkie, naprawdę wszystkie problemy… To chyba właśnie cały urok gór. Tego samego dnia był jeszcze wodospad GVELETI.  Fajny, intensywny treking w górę, po czym zalewa Cię -dosłownie- fala świeżości. Żeby móc podejść bliżej wodospadu, musiałam schować aparat. Postałam chwilę, zachwycając się świeżą bryzą, a jak odeszłam usiąść na kamień, okazało się, że cała mam przemoczone ubranie 😀 A tak przyjemnie się stało…Można się w takich miejscach zapomnieć…

Przy całej Gruzińskiej Drodze Wojennej ilość miejsc, przy których warto się zatrzymać, wyskoczyć na spacer, lub po prostu popatrzeć, jest znaczna. Liczne świątynie i fortyfikacje obronne, do tego,CAŁKOWICIE ZA DARMO genialne widoki…

Wiadome, najlepsza wtedy jest podróż samochodem, ale… ale to będzie następnym razem. 🙂 Autobus też ma masę plusów; chociażby jest wyżej i dużo widzę!

Mimo, iż przejrzystość powietrza tego dnia nie należała do sprzyjających, czego najlepszym przykładem jest Kazbek, skryty za chmurami, w drodze powrotnej pogoda poprawiła się na tyle, że naszym oczom ukazała się piękna mozaika.

Pomnik przyjaźni radziecko-gruzińskiej. Urokliwe malowidła w mozaikowej formie przedstawiały sceny z historii Gruzji, można się było poczuć niczym w zamkniętym kręgu, taki kształt to miało.

_DSC0036

Za mozaiką rozpościerała się dolina rzeki ARAGWI. W okolicy zauważyłam jeszcze ciekawy obrazek. Panowie chcieli wymienić oponę. Stało ich tam chyba z sześciu i głowili się JAK TEGO DOKONAĆ. Koniec końców co zrobili… przewrócili auto na bok. Co było dalej? Cały czas się głowili, drapiąc się po głowach: OK, A CO TERAZ?

W sumie nie wiem, jak się kończyła ta historia. Pewnie stwierdzili, że „nie ma się co spieszyć, że jakoś dadzą rady, na pewno wszystko będzie dobrze, a tak w ogóle, chłopaki, to NAPIJMY SIĘ CZACZY!” Ale to już tylko moja inwencja twórcza….;) Choć, nie powiem, bardzo prawdopodobna.

W tych okolicach znajduje się bardzo popularny ośrodek narciarski- GAUDARI– tłumnie oblegany przez wszelakie kaukaskie nacje.

Jeden Gruzin przekonywał mnie:

-Przyjedź zimą koniecznie na narty!

-Ale ja nie umiem jeździć na nartach!

-To Cię nauczymy!

-Ale ja się boję!

-Damy Ci czaczy, to się nie będziesz bać!

Niesamowite i zadziwiające jest to ich podejście do życia, doprawdy…:D

 

Kolejny dzień, trzeci z kolei, był zgoła odmienny.

Z Tbilisi, poprzez piękną KACHETIĘ (najżyźniejszy region Gruzji, to stamtąd  pochodzą najlepsze wina), dojechaliśmy aż do DAWIT GAREDŻY, kompleksu monastyrów, wykutych w skałach, które znajdują się tuż przy granicy z Azerbejdżanem.

Nocleg  czekał na nas w ACHAŁCYCHE. Tam nie widzieliśmy nic, a jedyne, z czym kojarzy mi się nazwa to rasa koni achał-tekińskich, które tak naprawdę z Achałcyche nie mają nic wspólnego, więc to jedynie moje chore wyobrażenie. 😉

 

Kolejny dzień, już 9., upłynął pod znakiem podróży do jednego z piękniejszych regionów Gruzji, znowu Wysokiego Kaukazu- SWANETII, również tu przy granicy rosyjskiej (ale po drugiej stronie niż Kazbegi; bliżej Kutaisi, aniżeli Tbilisi).

 

Gdybym miała odpowiedzieć sobie na pytanie, co podobało mi się podczas tego wyjazdu najbardziej, od razu wystrzeliłabym: KAZBEGI i SWANETIA. Ale co bardziej? Tego już nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić. W każdym bądź razie- Kaukaz Wysoki. To moje tereny, to moje przestrzenie, gdzie czułam się jak wolny ptak: nic, tylko wzbić się i szybować nad tymi pięknymi miejscami….

Już pierwsze minuty w Swanetii dały mi pewność, że BĘDZIE PIĘKNIE.

Do MESTII, docelowego miasta naszego noclegu, dotarliśmy dość późno, koło 23, także nawet nie zdawałam sobie sprawy, w jak pięknym miejscu się znalazłam. Ależ mi się w tej Mestii dobrze spało! Cudowne powietrze tam mają.

Budzę się więc… wystawiam łeb za okno…. a tam takie cuda:

IS__DSC0433

Tzn szopy żadne cuda, ale góry, góry!! Znowu tylko och i ach.

Tego dnia celem naszej wyprawy było zdobycie najwyżej położonej wioski Eurazji, USZGULI. Leży ona na wysokości 2200 m n/p/m, u stóp najwyższej góry Gruzji i trzeciego szczytu całego Kaukazu- Szchary (5068 m n.p.m).

Dojazd do Kazbegi, w porównaniu z dojazdem do Uszguli, był pikusiem. Z Mestii odległość wynosi dokładnie 46 km, jednakże marszrutką z szalonym kierowcą Gruzinem, który na zakrętach potrafił wyprzedzić trzy inne marszrutki na raz (!!!) i cały czas powtarzał, śmiejąc się w głos: JOŁKI PAŁKI ZIELONKI!! , jechaliśmy prawie trzy godziny. Szalony Gruzin stwierdził, że przejechałby to dwie godziny, ale wszyscy pasażerowie podzielali jego szaleńczy zapał i gorącą krew.

 

Charakterystyczne dla tego regionu było wznoszenie wież obronno-mieszkalnych.

Wieże takie Swanowie nazywali KOSZKAMI.

O, tu na przykład jedna taka koszka, tam za krowami:

IS__DSC0479

I uwierzcie mi. Patrząc na TAKIE GÓRY człowiek wraz ze swoimi wydumanymi problemami naprawdę jest „o taki” malutki. Jak ziarenko piasku.

Góry jednak mają w sobie niesamowitą siłę i moc. Hipnotyzują, kuszą, ale i niesamowicie uspokajają. Patrząc na nie człowiek staje się chyba po prostu bardziej szczęśliwy.

Zmierzając w stronę Szchary (naszym celem było dotarcie aż pod sam język lodowca), z zachwytem i zaciekawieniem obserwowałam, jak w zaskakującym tempie zmienia się pogoda. Ciemno, coraz ciemniej…

IS__DSC0607 (2).jpg

Deszcz nas nie ominął, ale, całe szczęście, burza już tak. Musiałam schować aparat; wyciągnęłam go z powrotem dopiero, gdy przestało padać. Coś za coś, a Nikusia trzeba szanować. :)) Droga pod Szcharę mogłaby być w bardziej sprzyjających warunkach całkiem przyjemnym, aczkolwiek trochę ekstremalnym spacerkiem. KONIEC ŚWIATA.

W takim odludziu chyba jeszcze nie byłam.(o Boże, ale cudownie!) Aga na Krańcu Świata, ot co. Rwące rzeczki i potoczki, które trzeba było pokonać, trafiły się nawet jakieś bagienka, bez porządnych traperów ani rusz.

Zadziwiające było jedno: coraz bliżej jęzora lodowca, rzeki, ostre kamienie i pełno błota, a w otoczeniu bujna, soczysta roślinność.

Na czele z barszczem Sosnowskiego. Warto dodać coś teraz na ten temat.

Jak pewnie większość wie z telewizji bądź Internetu, ta „śmiertelenie niebezpieczna” roślina, na terenie Polski usilnie i skutecznie zwalczana, swe naturalne środowisko ma właśnie na Kaukazie. Rośnie wszędzie. W Uszguli zwłaszcza. Olbrzymie baldachimy kwiatów, potężne krzaki, sięgające nawet trzech metrów, sprawiały kosmiczne wrażenie, niczym KRAJOBRAZY Z OBCEJ PLANETY. 

Wiadome, na barszcz trzeba uważać, bo może poparzyć, ale prawdę powiedziawszy Gruzini zazwyczaj bardzo się dziwili i patrzyli z niedowierzaniem: „Ta roślina jest szkodliwa? Co za brednie!  Krowy i konie się tym żywią i czy coś im dolega? My też dotykamy jej codziennie i nic nikomu się nie stało.”. Może Gruzini są jacyś uodpornieni??

Jedno jest pewne: przezorny zawsze ubezpieczony, ale nie ma też co przesadzać i rezygnować z wyprawy pod Szcharę tylko dlatego, że trzeba przedzierać się przez barszcz. Jak mawiają Gruzini- WSJO MOŻNA, NO ASTAROŻNA. /Все можно, но осторожно./

Przed nami jęzor (albo i język?) lodowca Szchary. Barszcz i inne szalenie bujne rośliny pozostały daleko w tyle, przed nami tylko wyrzucone na brzeg odłamy skalne i ostre kamienie. Chcieliśmy dotknąć śniegu, jednakże dojście okazało się nie takie proste, jak zakładaliśmy; a z racji tego, że chmury kotłowały się cały czas, a my nie mieliśmy zbyt wiele czasu, trzeba było z tego pomysłu zrezygnować.

„NASTĘPNYM RAZEM!” – pomyślała sobie wtedy Aga…:))

Siła żywiołu. Nie pozostaje nic innego, jak chylić czoła.

W tym miejscu warto poświęcić nieco uwagi jeszcze raz konikom, które w Swanetii są niemalże wielbione.

Na Wysokim Kaukazie już z dawien dawna kwitnie KULT DŻYGITA.

Dżygit- z reguły chłopak, taki powiedzmy kaukaski ideał mężczyzny: odważny, z fantazją, nad życie kochający konie- powiedziałabym- taki odpowiednik ułana. Jedzie sobie taki dżygit, kapelusz ściągnie, zawadiacko się uśmiechnie, ściągnie wodze, schyli się i zerwie gałązkę, a potem zerwie się galopem i popędzi przed siebie, że nawet aparatu nie zdąży się wyciągnąć i tyle go widział. TAKA TO KREW GORĄCA GÓRALI KAUKASKICH, aaajć. ;))

 

Co ciekawe, w Gruzji w ogóle nie można kupić pocztówek.

Widziałam je raz, na samym początku- w Tbilisi, ale były tak marne, że roześmiałam się, że moje zdjęcia są lepsze. Potem, do samego końca wyjazdu, nie widziałam już ANI JEDNEJ pocztówki. Cóż. Wywołałam więc sobie zdjęcie (to powyżej) i mam najpiękniejszą pocztówkę, jaką mogłam zdobyć. 🙂

Nawet nazwa miejscowości się tam znajduje!

IS__DSC0802

Na zakończenie tego pięknego czasu w Swanetii mieliśmy jeszcze jedną, „nadprogramową” wycieczkę: wyjazd w górę wyciagiem narciarskim.

Stwierdziłam, że „po Gruzji” praktycznie całkowicie wyzbyłam się dwóch lęków:

-lęku przed lataniem (mówiłam już, jak cudownie było??)

-lęku przed wysokością i tym, że ZARAZ SPADNIEMY

 

Adrenalina pozostaje, ale nie przemienia się ona w paraliżujący strach, a specyficzne ssanie w dołku wkrótce staje się przyjemne i nawet z zdwojoną siłą pozwala CIESZYĆ SIĘ WIDOKAMI. 

Góra USZBA, ze względu na kształt szczytu nazywana często MATTERHORNEM KAUKAZU. Zdobycie Uszby nie należy do łatwych. Słyszałam od kogoś opinię, że jak ktoś chce popełnić samobójstwo, a nie jest doświadczonym alpinistą, to może spróbować wspinać się na Uszbę. Trochę straszne, ale całkowicie prawdziwe.

A to widok z kolejki: Uszba, a w samym dole maleńka Mestia i maleńkie wieże-koszki… Mam wrażenie, że ten wjazd i zjazd kolejką był kwintesencją całej gruzińskiej wyprawy i całego „wchłaniania” Kaukazu Wysokiego.

IS__DSC0965.jpg

Zdałam sobie sprawę, że jestem cholernym szczęściarzem, móc takie rzeczy podziwiać na żywo. Dlatego fajnie jest podzielić się tym z Wami- chociażby w formie skromnych moich fotografii i krótkich opisów. 🙂

Wieczorem tego samego dnia byliśmy już nad Morzem Czarnym, w słonecznej ADŻARII.

Blee, morze. 😛 I w dodatku perspektywa trzech kolejnych dni na plaży wpływała na mój nastrój koszmarnie negatywnie. Ruda Aga z wesołej i pogodnej zrobiła się wredna i markotna. Ale spokojnie- dobrze jest mieć śróbkę w tyłku, bo zawsze jakoś tak organizowałam sobie czas, by zbytnio się nie nudzić. I wiadome, zleciało.

Region Adżarii słynie nie tylko z pięknych plaż i obecności Morza Czarnego, ale i z pysznej kuchni.Najsłynniejszą potrawą jest tu CHACZAPURI PO ADŻARSKU.

Chaczapuri- coś a’la drożdżówka, najczęściej ze słonym serem w środku, lub na wierzchu. Chaczapuri adżarskie jest zgoła inne.

Wypiekane w specjalnym piecu, kształtem przypomina łódkę. Na samym środku daje się starty, słony ser i wszystko się zapieka. Na gorące, ledwo wyjęte z pieca chaczapuri wbija się surowe jajko i w takiej formie otrzymuje się potrawę na talerzu. Przed zjedzeniem należy szybko zmieszać jajo z serem, by to pierwsze się ścięło i stworzyło coś na kształt rzadkiej jajecznicy z serem. Powiem Wam tak. Nie lubię słonych drożdżówek, jestem sładkojeżką uzależnioną od cukru, ale…

ALE TO MI SMAKOWAŁO JAK DIABLI.

Jeszcze ostatniego wieczora, tuż przed odjazdem na lotnisko, zajadałam się tym adżarskim przysmakiem, pochłaniając wszystko z talerza i starając się wchłonąć i zapamiętać wszystkie smaki, by kiedyś móc odtworzyć je w domu.

Mam nadzieję, że mi wyjdzie!! 🙂 W sumie to skompletowłam już parę przepisów (z ruskich stron je wzięłam) i zamierzam w najbliższym czasie zacząć EKSPERYMENTOWAĆ Z GRUZIŃSKĄ KUCHNIĄ! A co!! Niestety nie zrobiłam zdjęcia adżarskiego chaczapuri, nie jestem typem fotografującym potrawy przed zjedzeniem, ale dla zobrazowania znalazłam obrazek w internecie:

W Batumi też można oglądać tańczące fontanny, ale po tym, co widziałam w stolicy Armenii, Erewaniu, stwierdziłam, że te tutaj to jakieś nędzne są, ale w sumie ciekawie komponują się z nowoczesną architekturą tego super-puper kurortu nadmorskiego.

Taaaa, kurort nadmorski, ceny automatycznie dwa razy wyższe, niż w górach, ale to taki maleńki szczegół..

Fontanna czaczy.

Wedle legendy, o godzinie 19:00 ze specjalnych kraników powinna zacząć płynąc prawdziwa-najprawdziwsza czacza. Niestety. Sprawdzaliśmy to przez trzy wieczory, dziwnym trafem za każdym razem siedząc na schodkach fontanny o 19:00 i NIC NIE LECIAŁO. Bujda na kółkach!!

Jednego słowa mogę Was nauczyć:

GAUMAR-DŻOS! Na zdrowie! Nawet stosunkowo proste do wypowiedzenia, jak na gruzińskie charczenie, nieprawdaż?Gaumardżos!

 

Co dał mi ten wyjazd?

Wiele wrażeń, wiele uśmiechu i radości. Doszłam do wniosku, że jakaś spokojna (a w każdym bądź razie USPOKOJONA) z tej Gruzji wróciłam. Kaukaz dał mi masę pozytywnej energii, a od Gruzinów przejęłam fragment ich cudownej mentalności:

  • NIC SIĘ NIE MARTW I NIE PRZEJMUJ SIĘ!
  • NIC NA SIŁĘ-WSZYSTKIEMU SWÓJ CZAS!
  • I WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE!

Niczym życiowe mantry, którymi trzeba się kierować, niczym drogowskazami. Musiałam to sobie aż zapisać i zakreślić, by lepiej weszło do tego durnego łba.

 

Brawa dla tych, którzy dobrnęli do końca.

Chylę czoła i kłaniam się nisko!

 

 

Dzikie wojaże

Armenia.

ZAPRASZAM NA WYPRAWĘ DO ARMENII! :)) Na każdym kroku będę ją porównywać mimowolnie z Gruzją, ale nic na to nie poradzę. Gruzja to była miłość od pierwszego wejrzenia, a Armenia nie była już taka „łatwa i przyjemna”.

Na samym początku warto wspomnieć, że zarówno alfabet gruziński, jak i alfabet ormiański są JEDYNE I NIEPOWTARZALNE– nie ma na świecie drugich takich, ani nawet podobnych. Są po prostu unikalne i unikatowe.

Za twórcę alfabetu ormiańskiego, który obecnie składa się z 39 liter, uważa się mnicha MESROPa MASZTOCa, żyjącego w IV wieku.

Wedle legendy o stworzenie alfabetu Masztoca poprosili także Gruzini. Prosili, prosili i doprosić się nie mogli. W końcu Masztoc się zdenerwował, zrzucił na podłogę misę z makaronem, który jadł i krzyknął do Gruzinów: A MACIE SWÓJ ALFABET! Faktycznie, alfabet gruziński ma w sobie coś ze spagetti. 😉 Takie zawijasy same! Jak mi się będzie kiedyś nudzić, nauczę się alfabetu gruzińskiego (lubię makaron!!) i będę czytać napisy na sklepach i reklamy.

5

Poniżej przedstawiam Wam typową Armenię: bazary, owoce i, rzecz jasna, podobnie jak w Gruzji- mućki.

Dwa słowa o Ormianach: widać, że są całkowicie inni, niż Gruzini. Nie mają wielkich brzuchach, po których lubią się drapać, są o wiele bardziej pracowici i powiadają, że w ich żyłach płynie krew targarza:tak jest, to czysta prawda. Biznesy i biznesiki, każdy myśli o tym, jakby coś zarobić i jak wyjść na swoje. Chytre oczka, zmysł handlowca- widać to od razu. Oczywiście, też przesiadują przed sklepami, leniwie paląc papierosy, ale nie w tak rażącym stopniu i spokoju, jak Gruzini. Niby dwa sąsiednie, bardzo podobne narody, a naprawdę tak bardzo się różnią mentalnością i charakterem.

Może to też kwestia losów tych państw i dramatycznej historii, ale o tym wspomnę nieco poniżej…

Za symbol Armenii uznaje się OWOC GRANATU: jest widoczny na każdym kroku. Dużą popularnością cieszą się tu trójwymiarowe magnesiki na lodówkę, w kształcie granatu; obrazy z granatami, korale z kamyczkowych granatów…

ERYWAŃ, stolica Armenii, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z racji tego, że w Turcji jeszcze nie byłam, czułam się trochę jak w Mostarze. Dla tych, co znają klimat rodem z Imperium Osmańskiego- Erywań też należy do tego kolorytu. Orient, orient unosi się w powietrzu! Na ulicach i bazarach, na każdym kroku!

jj

Piękny jest ten Erywań, naprawdę. Warto dodać, że Erywań/Erebuni został uznany za jedno z NAJSTARSZYCH MIAST ŚWIATA: jest starszy nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w stolicy żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Bardzo silna jest jednak ormiańska emigracja. Jak mówiłam: Ormianie-wieczni tułacze, Żydzi Kaukazu…

Poniżej: KASKADY, czyli położony na wzgórzu kompleks architektoniczny. Na pierwszy rzut oka widzimy jedynie schody, jednak przy poszczegó

 

lnych kondygnacjach znajdują się wejścia do środka: znajdziemy tam Muzeum Sztuki i tematyczne wystawy, prezentujące głównie sztukę nowoczesną.

hh.jpg

 

 

W całym kompleksie (na placu i przy wejściach na poszczególne kondygnacje) znajdują się ciekawe formą i kształtem rzeźby: zajączki, konie, grube kocury, tancerki, pływacy…  Im wchodzi się wyżej, tym widok z góry i roztaczająca się przed nami panorama robi coraz większe wrażenie… Na pierwszym planie nasz wzrok pada na ARARAT- świętą górę Ormian- czytajcie dalej, opowiem o niej nieco później, bo to ważna sprawa, a całkowicie inna bajka…

jjjjj

 

Jak już wspominałam wyżej, Armenia to starożytny kraj, kolebka chrześcijaństwa, którym niejednokrotnie targały dramatyczne wichry historii. 

Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Spróbuję Wam to wyjaśnić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”- czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i pozostała jedynie pamięć o wielkich zwycięstwach i gorzkich porażkach.

Największym bólem Ormian jest ROK 1915, kiedy to w wyniku ludobójstwa Turcu wymordowali 1,5 miliona Ormian. 

W XIX wieku Armenia była podzielona pomiędzy Rosję i Turcję. Ormianie, jak już wspominałam, to naród mądry i sprytny, dlatego wiele wysokich stanowisk w Imperium Osmańskim zajmowała właśnie ormiańska inteligencja. W wyniku narastających nastrojów antyormiańskich, władze zorganizowały masowe rzezie ludzi, pochodzenia ormiańskiego. W ciągu kilkunastu tygodni, począwszy od kwietnia 1915 roku wymordowano blisko 1,5 (słownie: PÓŁTORA) MILIONA ORMIAN, czyli praktycznie 3/4 całej społeczności ormiańskiej, zamieszkującej przed wojną tereny Imperium Osmańskiego. Rzeź Ormian została uznana za pierwsze masowe ludobójstwo na całym świecie. Warto wspomnieć, że jest ona drugim, zaraz po Holocauście, najlepiej udokumentowanym pogromem ludności przez władze państwowe na danej grupie etnicznej.

  1. kwietnia każdego roku Ormianie obchodzą wspomnienie rzezi, dokonanej na przedstawicielach ich narodu. Marsze upamiętniające ich tragiczne dzieje przechodzą nie tylko w Armenii, ale i na całym świecie, w tym- w Polsce.

 

Pomnik pamięci ofiar Genocydu (tak nazywana jest inaczej Rzeź Ormian) znajduje się w centrum Erywania. W środku obiektu płonie znicz pamięci i składane są kwiaty.

m

Przyznam szczerze, że stojąc tam, czułam się jak w Oświęcimiu, w Auschwitz. To samo przerażające i mrożące krew w żyłach okrucieństwo, którego ktoś dopuścił się na całkowicie bezbronnych i zupełnie niczemu nie winnych ludziach! Na takie tragedie nie ma słów, nie ma komentarzy. Jedyne co można zrobić: NIGDY NIE ZAPOMNIEĆ. Teraz całkowicie zrozumiała wydaje się drzazga, tkwiąca w sercu Armenii. Dodam, że Armenia nie utrzymuje z Turcją stosunków dyplomatycznych i ma z nią zamkniętą granicę.

 

W centrum Erywania, tuż obok Placu Republiki, wieczorem odbywa się przepiękny pokaz Tańczących Fontann. Zawsze, gdy widzę fontanny, myślę o mojej Mamie, której wiem, że by się jej one spodobały:)

W połączeniu z oświetlonym budynkiem ministerstwa, fontanny zapewniają widzom niesamowite przeżycia i wrażenia- stoi się półtorej godziny z otwartą paszczą, podrygując w takt muzyki i się podziwia.

kk

Co ciekawe- pokazy tańczących fontann odbywają się codziennie i przychodzą na nie tłumy: nie tylko turyści, ale i rdzenni mieszkańcy miasta. Ot tak, postać, popatrzeć…

 

Teraz opowiem Wam o kolejnej bolączce Ormian, a jest to GÓRA ARARAT. Święta góra Ormian, wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji.W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

Taka to historia.

Ararat to masyw wulkaniczny, leżący w samym sercu Wyżyny Armeńskiej, pomiędzy jeziorami Wan i Sewan. Obecnie 32 km od granicy ormiańskiej i 16 km od granicy z Iranem. Masyw górski, na wierzchołkach całorocznie pokryty lodowcem, składa się z dwóch szczytów: Wielkiego (5137 m n.p.m.) i Małego Araratu (3896 m n.p.m). Coś jak Kilimandżaro- samotna góra wśród pustkowia.

Piękna jest ta góra, robi wrażenie…Piękna za dnia, a przy zachodzie słońca jeszcze piękniejsza- popatrzcie tylko na zdjęcia, które udało mi się CUDEM*** zrobić!!  (***ciężkie warunki, zdjęcia robione z drogi, z pędzącego i skaczącego po dziurach autobusu, omal sobie zębów nie wybiłam na własnym aparacie)

ly

I znowu ten smutek. Co musi czuć ten biedny Ormianin, spoglądając na swoją świętą, ukochaną górę, jednocześnie mając świadomość, że nie należy ona do niego? To tak samo czułabym się ja, gdyby moja Babia Góra w całości znajdowała się daleko po stronie słowackiej. Masakra.

 

Mała dygresja, aczkolwiek bardzo ważna. A JAK WYGLĄDAJĄ STOSUNKI Z POZOSTAŁYMI SĄSIADAMI ARMENII?

-z Turcją: brak stosunków dyplomatycznych, zamknięta granica.

-z Iranem: neutralne stosunki.

z Gruzją: poprawne, acz bez szału. Cały czas wieczne spory, kto jako pierwszy tak naprawdę przyjął chrześcijaństwo. Z humorem, ale bez szału.

-z Rosją: najlepsze z wszystkich sąsiadów- to można rzec od razu. Rosja na arenie międzynarodowej zawsze poprze Armenię, która jest tak naprawdę ślepo w nią zapatrzona… Kiedy w Turcji zestrzelono dwa rosyjskie myśliwce, w głowie zaświtała mi przerażająca myśl: przecież to byłby świetny pretekst do wywołania wojny. W dodatku Rosja z wielką chęcią poprze Armenię, nie zapominającą ani na chwilę o marzeniach o Wielkiej Armenii i Araracie…

Przerażające.

-z Azerbejdżanem: tutaj też jest kiszka. I to dużego kalibru, bo trwająca bez przerwy.

Chodzi o sprawę GÓRSKIEGO KARABACHU. Jak można przeczytać na stronie „Armenia w pigułce”:

„Azerowie, którzy po decyzji bolszewików w latach 20. XX wieku zyskali historycznie ormiański region Górskiego Karabachu, konsekwentnie tłumili wszelkie próby uzyskania szerszej autonomii bądź niepodległości przez tamtejszych Ormian. Wyższa dzietność islamskich Azerów i patriotyczny zapał karabaskich Ormian powodowały coraz większe tarcia między dwiema kulturami, aż w końcu zaczęło dochodzić do lokalnych zamieszek, a następnie pogromów ludności. Wojna rozpętała się na dobre w 1992 roku, kiedy Azerowie postanowili o odebraniu Górskiemu Karabachowi statusu obwodu autonomicznego. W odpowiedzi Ormianie z Karabachu ogłosili niepodległość, w dwa lata wypędzili zamieszkujących region Azerów i w efekcie dzisiaj Republika Górskiego Karabachu faktycznie istnieje, ale nie jest uznawana przez żadne państwo na świecie. Nawet Armenia, w obawie przed zaognieniem stosunków z muzułmańskimi sąsiadami, nie wspomina głośno o przyłączeniu Ormian zamieszkujących de facto obszar Azerbejdżanu. Efekt? Granica armeński-azerbejdżańska jest zamknięta, a turysta z wizą Górskiego Karabachu w paszporcie może zapomnieć o wjeździe do Azerbejdżanu (władze traktują to jako naruszenie suwerenności państwa).”

http://choosetravel.pl/2013/11/20/armenia-w-pigulce/

Mała rada ode mnie: żeby utrzymać dobre stosunki z JAKIMKOLWIEK ORMIANINEM najlepiej nie wymieniajcie słowa „Turcja”, ani „Azerbejdżan”. Warto to zrozumieć i zaakceptować. Po prostu tak będzie lepiej dla wszystkich…

 

Armenia słynie z licznych klasztorów, świątyni i monasterów, ukrytych wysoko w górach. Jakże odmienną budowlą jest świątynia w małej wiosce GARNI!! Pierwsze wrażenie: O KURCZE, GRECKA ŚWIĄTYNIA! 

fsf

Na środku ormiańskiego pustkowia!! Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe 🙂 jest to przykład zafascynowania Ormian architekturą hellenistyczną, jednakże świątynia została poświęcona pogańskiemu bogowi słońca- Mitrze. Co ciekawe, świątynia w całości została zburzona w wyniku trzęsienia ziemi w XVII wieku, dziś możemy podziwiać jedynie rekonstrukcję. Nieopodal Garni znajduje się przepiękne zejście do wąwozu rzeki AZAT. Przyjemny spacerek, po nieco piaszczystej dróżce, ale czegoś takiego, jak ściana, przypominająca plaster miodu, wisząca nad głową- jeszcze nie widziałam.

Pędzących po piachu terenowych ład 4×4 rownież nie widziałam- ale czad, to była moc! Jak będę chciała kupić sobie kiedyś auto, zbieram na Ładę 4×4 i sprowadzam ją z Kaukazu! 

Mućki na drodze nie zrobiły już na mnie większego wrażenia, w końcu będąc na Kaukazie już parę dni, zdążyłam do nich przywyknąć. A co tam. Normalka przecież! 

f.jpg

A oto jezioro SEWAN. Największe jezioro Armenii. Mimo, iż Armenia nie posiada dostępu do morza, ma kilka pokaźnych i cieszących się dużą popularnością wśród turystów jezior. Sewan jest jednym z najwyżej połozonych jezior świata– leży na wysokości prawie 2000m n.p.m!

Woda jest niebieściutka i, o czym warto wspomnieć- czysta i bardzo ciepła. Pod koniec lipca (pytałam) temperatura wody to około 25-28 stopni!

uolj

Piękny widok na jezioro roztacza się z okolic monastreu Sewanawank. Monaster, jakich wiele w Armenii, o czym już z resztą wspominałam. 😉

Nawiązując do świętej Góry Ormian- góry Ararat. Najpopularniejszy koniak Armenii nazywa się ARARAT. Papierosy- ARARAT. Piwo to również ARARAT. Na każdym kroku podkreślanie: Ararat jest nasz. Przynajmniej w naszych sercach, pamiętamy i nie zapomnimy.

Jednym z najlepiej zapamiętanych przeze mnie miejsc, widzianych w Armenii jest TATEW. Tatew to tak naprawdę nazwa kolejnego monasteru, różniącego się jednakże od pozostałych tym, że został on wzniesiony (w IX wieku) w bardzo trudnych warunkach- wysoko w górach, w ciężko dostępnym miejscu. Zastanawiało mnie jedno: ileż trudu kosztowało budowniczych przewiezienie surowców. Z resztą- jak to w ogóle było możliwe!! Przez takie przepaści, przez takie wąwozy! W IX wieku!!

Nowinką techniczną było wybudowanie i uruchomienie w 2010 roku kolejki o wdzięcznej nazwie SKRZYDŁA TATEWU prowadzącej do kompleksu. Co ciekawe: jest to najdłuższa na świecie kolejka linowa, o łącznej długości 5752 m.

w.jpg

Pamiętacie, jak wspominałam, że na Kaukazie wyzbyłam się wszystkich swoich lęków związanych z wysokością? Po takim Tatewie na przykład się tak stało. Bo jakby spojrzeć w dół…. Kolejka porusza się z maksymalną prędkością 37 km/h, podróż w jedną stronę trwa około 10 minut. W najwyższym punkcie kolejki wagoniki znajdują się na wysokości 320 metrów. :)))

NAJLEPSZYM LEKARSTWEM NA FOBIĘ JEST PO PROSTU… PATRZEĆ W DÓŁ I PODZIWIAĆ, o taaak, definitywnie….

Jednym z najpopularniejszych dzieł sztuki dawnej Armenii są tak zwane CHACZKARY: bogato zdobione i rzeźbione kamienne płyty z wizerunkiem ormiańskiego krzyża, symbole chrześcijaństwa. Z reguły chaczkary upamiętniały ważne wydarzenia dla kraju: bitwy, władców… Umieszczane były przede wszystkim na murach świątyń, a także często na rozstajach dróg- jako drogowskaz dla wędrowców.

Po drodze odwiedziliśmy jeszcze przepiękny KLASZTOR NORAVANK, położony w nieprzystępnej, gorącej krainie Vavots Dzor, na wysokiej skale  w wąwozie rzeki Arpa.Czułam się trochę jakbym była w Ameryce Północnej: gdzieś w okolicach Wielkiego Kanionu. Te czerwone skały sprawiały niesamowite wrażenie. Mały człowiek rzucony pośrodku gór, gdzieś niemalże na pustyni…
kihn

Gwoli podsumowania:

Cieszę się, że mogłam zobaczyć również Armenię. Mój dziewiętnasty odwiedzony kraj. Mam porównanie z Gruzją: mimo, że są sąsiadami, różnice nie tylko w mentalności, krajobrazach, ale przede wszystkim w poziomie życia widać gołym okiem. Nie wiem, czy jest to tylko i wyłącznie kwestia szczęścia, bądź też nie: los historii Armenii odcisnął bolesne piętno na jej współczesności. To trochę smutne.

Bo Armenia i wszyscy Ormianie naprawdę zasługują na dobre życie.

Dzikie wojaże

Lwów-nasz!

Lwów nasz!! -krzyczy ruda Polka, skacząc z radości na ukraińskiej ziemi.

(okrutny suchar: skojarzyło mi się z okrzykiem Rosjan: Krym-nasz! Skoro Krym jest ich, to Lwów nasz i już. 😉 )

Lwów już dawno był moim marzeniem (mówię tak o co drugim mieście, które „zaliczam”, ale Lwów naprawdę był przeze mnie wyśniony i wymarzony!!), dlatego cieszę się, że mogłam je zrealizować. Każde spełnione marzenie jest niesamowite, daje pozytywnego kopa, ale i także masę satysfakcji. To cieszy. Wróciłam jak pijana. Pijana wrażeniami, obrazami, myślami. Zachłyśnięta Lwowem.

We Lwowie byłam w kwietniu 2016 roku, niedługo stukną dwa lata, a nadal z wielkim sentymentem wspominam tą wyprawę.

Jedyne, co tak właściwie konieczne jest, wybierając się do Lwowa, to paszport. 🙂 Z Krakowa i innych większych miast jeździ sporo autobusów, nie są one jakoś bardzo drogie, dojeżdżają do samego centrum (gdy nad ranem obudzi Was stukanie kół w kocie łby, to znak: „pobudka, witamy we Lwowie!”), minusem jest jedynie czas oczekiwania na granicy. Do przeżycia. 😉
Gdybym miała skomentować Lwów jednym zdaniem, brzmiałoby ono tak: Lwów jest jak miasto, w którym czas się zatrzymał, nasiąknięte nostalgią i melancholią. I otumania, jak duszny, a jednocześnie cudowny zapach kwitnącej właśnie tarniny. Coś wspaniałego.

_DSC0218f
I znowu wracałam zakochana, z głową w chmurach.Z każdym kolejnym dzikim wojażem dochodzę do wniosku, że dla takich właśnie miłości warto żyć.
I dla chwil, kiedy zapiera dech w piersiach. 🙂

Lwów nasz!!
Przesiąknięty polskością na każdym kroku. Kopia Krakowa, która zatrzymała się w czasie. Jest jak miasto, które ktoś uderzył w plecy i przebił płuco. Żyje, ma się względnie dobrze, ale już nigdy nie zaczerpnie oddechu całym sobą. Na każdym kroku miałam wręcz wrażenie, że po raz ostatni Lwów oddychał tak w 1939 roku. I stąd właśnie ta wszechobecna nostalgia. Nawet większość ulic jest związana z polskością: ulica Kościuszki, Słowackiego, Kopernika, Powstańców Listopadowych… 

_DSC0102j
Stare kamieniczki, kocie łby i tramwaje przecinające rynek. PLOSZCZA RYNOK.
Aa, a propo. Zadziwiające miasto, doprawdy: Ja mówię po rosyjsku, koleżanka po polsku, ludzie odpowiadają po ukraińsku I WSZYSCY WSZYSTKO ROZUMIEJĄ I SIĘ DOGADUJĄ. Fascynujące. Kolejny dowód na to, że Lwów jest idealnym miastem na krótki, weekendowy wyjazd!

Jeden z punktów, który koniecznie chciałam zobaczyć jest Cmentarz Orląt Lwowskich.
Przepiękne świadectwo młodych ludzi, młodszych nawet ode mnie, którzy oddali życie za wolność i za Ojczyznę. Nie zdawałam sobie sprawy, że tych grobów jest tyle… Cisza, panująca na Cmentarzu była przeszywana radosnym śpiewem ptaków, które wśród koron starych drzew miały swoje gniazda. Ironia losu: pełnia życia wśród ciszy umarłych.
_DSC0393g

Mimo dwóch pełnych dni we Lwowie czuję ogromny niedosyt. Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, co chciałam i dlatego już teraz czuję, że muszę tam wrócić. To jest najpiękniejsze we wszystkich podróżach: mieć do czego wracać, by wchłonąć i doświadczyć jeszcze więcej, niż za pierwszym razem.
Lwów jest definitywnie miastem, które można pokochać. I gdy przeglądam zdjęcia to widzę, że nawet z wzajemnością. 😉