Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2019.

Podsumowanie roku 2019

Leci ten czas jak opętały. I kolejna cyferka zmienia się do przodu, a tu ledwie dwa tygodnie temu miałam urodziny. Lubię sobie powtarzać, że „rocznikowo” się nie liczy – dzięki temu zazwyczaj odejmuję sobie ten jeden rok. Tak mniej więcej do listopada. 😀

Jakoś zawsze pod koniec roku nachodzą mnie takie myśli, mające być „podsumowaniem”, a tak naprawdę będące kopaniem w archiwum w poszukiwaniu zdjęć, na które w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Choć głównie faworytów mam murowanych, a te perełki to się nawijają tak totalnie przy okazji. 😉 Sesją roku definitywnie i prosto z buta mogę nazwać moje wejście na Elbrus na początku września – mam koło 100 zdjęć i naprawdę – nie ma tam złego, co jedne, to lepsze, mogę przebierać, ile chcę!

Przeczytałam, że ludzie, robiący sobie podsumowania roku dzielą się na trzy grupy:

  • Niepoprawni optymiści
  • Niepoprawni pesymiści
  • Realiści

Ja jakoś tak co roku siadam i sobie to układam, przelewając swe myśli na papier , ale nigdy nie myślałam, do jakiej grupy siebie zaliczyć. 😀 Po prostu lubię pisać i tyle, a z resztą i tak wszystko robię dla zdjęć. Ale chyba wciąż, mimo upływu lat, jestem, a przynajmniej bardzo staram się być – optymistką. Chociaż zawsze z nutą realizmu.

2019 również upłynął głównie pod znakiem Kaukazu. Tym razem już nie sama Gruzja, a na odmianę jeszcze Rosja, co było dla mnie najlepszą nagrodą i dawało poczucie, że studia, jakie skończyłam, przydają mi się w życiu, co mnie niezmiernie cieszy! Fajnie jest łączyć pracę z tym, co się lubi, a możliwość robienia zdjęć w tak niesamowitych zakątkach świata jest tego najlepszym dowodem. Naocznym. A dzięki temu, zupełnie przez przypadek, mam już na swoim koncie 3 wejścia na Kazbek i 4 na Elbrus. 😉

Ja nie planuję. A jeżeli już, to na pewno nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Ja działam. Tak samo też jest z moim celem na rok 2020 – głośno to obwieszczę światu, gdy dojdzie do skutku, także powoli zacznę czytać i kopać jak kret, mentalnie się przygotowując, a potem… to już bum! poleci!  😉

Zupełnie niespodziewanie w tym roku spełniłam jedno ze swych największych marzeń – wreszcie, po tylu latach głośnego wzdychania, poleciałam do Moskwy!

Wtedy to ten rosyjski piorun trzasnął mnie ponownie, może nawet jeszcze bardziej, teraz to już nieodwołalnie. Myślałam, że Kaukaz to trochę wyparł, ale okazało się, że nie. 😉 Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że chcieć, znaczy móc, a żeby móc, trzeba działać, a nie myśleć, a już na pewno nie mówić. Kropka. Z zachwytem w oczach, z uśmiechem i lekką głową przechadzałam się po Moskwie, co chwila tylko ochając i achając, bo bardziej zaskakującego miasta na świecie nie widziałam. W sumie to polecam zajrzeć i poczytać sobie pełną relację tu: https://agawielinska.wordpress.com/2019/06/09/%d0%bcoskwa-jak-z-bajki/

 

Skoro Moskwa, to i Stambuł – w końcu to też była dla mnie niesamowita  podróż. Tak w ogóle, to pomysł powrotu z Gruzji do Polski samochodem można uznać za najlepszą ideę tego roku, niewątpliwie! Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła. Cała relacja tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2019/10/24/swobodne-zapiski-z-dzikich-wojazy/

Stambuł – ach, ten orient. Tu właśnie przenika się Europa i Azja, Wschód i Zachód. Jedno jest pewne – Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam. Dobrze, że przywiozłam sobie zarówno jedno, jak i drugie – czekam na czarną godzinę, by kawę przegryźć bakławą i na samą myśl i tamte wspomnienia aż mi ślinka cieknie…

_DSC3296
Smak orientu. 

A’propos – trzeba dodać, że w tym roku do mojej kolekcji przybyły dwa nowe kraje: Turcja i Rumunia! Bo to, że na Ukrainie byłam już po raz piąty (w tym Kijowie po raz trzeci!), zakraja o drobną już psychozę, ale to wszystko dla sgusionki i słodyczy! 😉 To prawie jak z Gruzją, choć to inna bajka 😛 z ilością wjazdów do Rosji również straciłam rachubę.

_DSC4757
Kijów! 

Poza tym? Przeczytałam masę książek, aż zaczęłam żałować, że nie prowadzę statystyk i to jest moje postanowienie noworoczne – zapisywać ilość książek 😀 Tak z ciekawości! Zaczytuję się nadal w serii „Metro 2033”, głównie rosyjskojęzycznej; a za odkrycie roku uznaję Jewgienija Wodołazkina i jego „Awiatora”, którego sobie czytałam w drodze przez Turcję. 😉

Tak mi się przypomniało a’propos dziwnych postanowień: kiedyś miałam taką fazkę i przez cały rok zapisywałam swoje sny. Było to… dziwne, zwłaszcza, jak odnalazłam ten notes po latach. Innym razem z pomocą aplikacji liczyłam też kilometry, ale odkąd wyjechałam do Gruzji to powstały jakieś szalone cyfry i telefon mi siadał, więc przestałam 😀 Zbierałam jeszcze opakowania z czekolad, ale to znowu na pewno dłużej niż rok było 😉 Także trochę tych dziwactw już w życiu mam, nie ze wszystkich potrafię się wyleczyć. Z każdym rokiem staję się chyba jeszcze bardziej uparta (czasem jak osioł), nie daję sobie w kaszę dmuchać i ogólnie robię to, co mi (a nie komuś) się żywnie podoba. Ni ma lekko!

No dobra, starczy tego pitolenia. Przedstawiam Wam poniżej 12 subiektywnych zdjęć – czy to dobrych, czy to śmiesznych, częściej po prostu sentymentalnych. Bo 2019 taki własnie był – pełen wrażeń.  Zrobiłam masę zdjęć, niektóre nawet mi wyszły, poznałam super ludzi i ciągle nie mam dość, baaa! Chcę tylko więcej, coraz dalej i jeszcze wyżej – mam nadzieję, że Nowy Rok mi dopomoże.   Żeby 2020 nie ustępował kroku – tego życzę i sobie i każdemu z Was z osobna! Do siego roku!!

12.png

 

 

Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

«Paszła żara!» na koniec sezonu.

Gdzieś na początku czerwca wspominałam, że jak się karuzela zacznie kręcić, to obudzę się i ją zatrzymam gdzieś we wrześniu. Dzień dobry, wrześniu!

Wróciłam po raz kolejny z Elbrusa, rzuciłam plecak na podłogę i jakoś do mnie dotarło, że chyba pora zrobić porządek w tym burdelu na kółkach, poukładać rzeczy na swoje miejsce (cały sezon miejscem tym była właśnie podłoga, po co chować, jak za dwa dni musze znowu pakować? 😀 ), umyć, wyczyścić, OGARNĄĆ. Nie wiem jeszcze jak, bo ciężko dojść do siebie i do porządku po ponad 2,5 miesiąca w stylu niewiemjaksięnazywam 😉

Od ostatniego razu, kiedy to dwa tygodnie siedziałam w Rosji i zaliczyłam dwie nieudane próby ataku szczytowego, zdążyłam objechać jeszcze Swanetię, po czym znowu wróciłam do Bałkarii i, jak to mówi rosyjska młodzież – PASZŁA ŻARAAA! (*kulminacja jakiejś sytuacji) i w pięknym stylu po raz czwarty stanęłam na szczycie Elbrusa. A po raz siódmy na szczycie pięciotysięcznika 😉 to tak w kalejdoskopowym skrócie, a jak to wyglądało naprawdę…

_DSC8419.JPG
Bajkowy warun na Elbrusie. 

Za pierwszym wyjściem pogoda była tak fatalna, że nawet nie pakowałam ze sobą aparatu – nie pozostawiała złudzeń i nadziei. Było tak do bani, że w sumie to mnie aż bawiło – ciekawe doświadczenie – nie zawsze świeci słońce 😉 Przewodnik, Saszka, skomentował tą próbę ataku szczytowego: „Zdjęcie jakie ci zrobiłem jest jedyną rzeczą, która dziś dobrze wyszła”. Zdjęcie przedstawia ubawioną mysią mordkę w szarej zawierusze 😀 Ten sam przewodnik innym razem powiedział mi kolejną złotą myśl: „A wiesz po co ludzie chodzą na górę? Z braku pieniędzy – to przewodnicy – , lub z braku mózgu – to pozostali”. Szczere i prawdziwe. Ja chyba bardziej mózgu nie mam, że sama się rwę do góry.

Kolejnym razem zawracałam z 5400 i sprowadzałam w dół do ratraka człowieka, który źle się poczuł. Przeklinałam cały świat i rzucałam piorunami nie mniej niż burza, grzmiąca gdzieś w Karaczaju, oczywiście wszystko jakoś w głębi siebie, bo nie powiem – tu nie było nic śmiesznego, ale każdy odwrót w jakiś sposób boli. Miałam za to wspaniały spektakl – wschód słońca, a gdy reszta grupy, która stanęła na szczycie opowiedziała, że u góry nie było ani grama widoczności, poczułam drobną satysfakcję i koniec końców doszłam do wniosku, że to było przeznaczenie, że zawracałam. Niebo mi to wynagrodziło.

_DSC7145AAA.jpg
Kaukaz o wschodzie słońca. 

Wróciłam razem z Anią z Rosji, zupełnie niespodziewanie trafiło nam się pięć dni wolnego, więc, nie myśląc zbyt długo, spakowałyśmy się dość na przypał i bez głębszego planu pierwszą lepszą marszrutką wyjechałyśmy z Kazbegi. 😀 miałyśmy jechać do Pankisi, do Bakuriani, do Raczy , do Lagodekhi – czyli gdziekolwiek, gdzie nas jeszcze nie było, ale koniec końców, skończyłyśmy w miejscu doskonale nam znajomym, w Mestii. To też element przeznaczenia, dobrze, że nie pojechałam w sandałkach, a miałam jeszcze buty trekkingowe! Swanetia dobra na wszystko! To był cudowny czas, ostatnie dni sierpnia, w głowie grupa Kino i piosenka „Konczitsa leto”, tak bardzo prawdziwe w ten złoty czas… Bez żadnej spiny typu „muszę tam wleźć”, „muszę to”, „muszę tamto” – po prostu carpe diem, jest pięknie. Chciałam sobie przemyśleć kilka spraw, poszłam więc rana się trochę zmęczyć nad jeziorka Koruldi, a nawet sporo dalej; w sumie jedyny wniosek do jakiego wtedy doszłam, konwersując sama ze sobą to to, że… cholernie czuć już koniec sezonu. I chcę do Domu, do Polski. A tu jeszcze 1,5 miesiąca jakoś trzeba przeczekać. Byle się coś działo, nadal się kręciło na jakiś oparach, to będzie dobrze. Najwyżej znowu skończę w Swanetii i, popijając piwo, będę wpatrywać się w Uszbę i myśleć o Tatrach. A! Wygłosiłam jeszcze jedną głęboką myśl: „jeżeli chce się iść do przodu, to nie wolno stać w miejscu”. Ale wtedy byłam już po piwie, bo pewnych rzeczy na trzeźwo w Gruzji się nie da.

A’propos! W drodze na jeziora Koruldi odkrywa się jeden z najpiękniejszych widoków na moją ulubioną Wiedźmę wśród gór, Matterhorn Kaukazu, czyli  piękną Uszbę. Oczywiście miałam nosa, wychodząc po 6 – udało mi się napatrzeć, bo potem nadeszły chmury i zakryły cały widok. I tak sobie myślę – a kawałeczek dalej Elbrus, z którego to Uszba prezentuje się równie cudownie i majestatycznie jak ze Swanetii. Byłam „za górami”, a to tak jakby w przestrzeni „pomiędzy”. I wtedy z całą siłą dotarło do mnie, że „szczęście nie znajduje się z a  g ó r a m i – ono j e s t  w  g ó r a c h.

Wróciłam ze Swanetii, dupłam rzeczy na podłogę, a do plecaka spakowałam kupę sprzętu i już kolejnego jechałam do Rosji, na Elbrus. W międzyczasie hobbistycznie poprowadziłam grupę na Czeget (ja mam tak usrane z tym Czegetem, jak z Halą Gąsienicową – tysiąc planów i myśli, a i tak kończę zawsze tam!), a czekając na atak szczytowy nie wierzyłam własnym oczom (padał śnieg, a chłopaki lepili bałwana) i z uporem maniaka sprawdzałam prognozę pogody, która niezmiennie pokazywała lampę kolejnego dnia. Podchodziłam do tego sceptycznie, ale… naprawdę była lampa. Czyściuteńka noc, ale za to koszmarne zimno, myślę, że spokojnie w granicach 30* mrozu, w trzech parach rękawic miałam już wizję odmrożonych, czarnych paluchów, przez głowę zaczęły przelatywać mi myśli: „a na co mi to, zawracam, wschód słońca z 5000m też nie będzie zły, ostatnio wyszło na dobre” itp., itd, całe szczęście jednak zaczęłam powtarzać sobie mantrę „byle do wschodu” i… jakoś to poszło. I wlazło. Maaamusiu złota, to była bajka. Chyba najpiękniejszy warun, jaki mogłam sobie wyobrazić na Elbrusie, w życiu nie widziałam nic tak pięknego!! (Ale tylko do kolejnego razu 😉 )

_DSC8379.JPG
Wschód słońca na Elbrusie. 

Chciałam tym wejściem, po raz czwarty na szczyt Elbrusa, a po raz siódmy na pięciotysięcznik, w pewien sposób uwieńczyć ten cały pełen wrażeń sezon. Nu, paszła żara! I uwieńczyłam w piękny sposób. Piękniej nie mogłam sobie tego wymarzyć. Chociaż, szczerze mówiąc, do końca sezonu tak naprawdę jeszcze trochę zostało, coś jeszcze mogę  wykombinować, kto to wie, jakby się okazja nadarzyła… 😉 Ale póki co, na dziś dzień czuję się mega usatysfakcjonowana! Teraz pora odpocząć, odpowiadając w biurze na pytania turystów, jak dojść do kościółka, lub jakiej pogody należy się spodziewać, będąc w górach Kaukazu. (a w biurze nie siedziałam już ponad bite dwa miesiące!!! :O )

Nu, paszła żara! (kolejne głupie powiedzenie, które tak jakoś mi siadło, że teraz będę go nadużywać). Do następnego!  :))))) 

PS. Sucharek na koniec: wiecie, jak wygląda podryw „na alpinistę”? Mówi się z uśmiechem słodkiej idiotki: „A pokażesz mi, jak się zawiązać na tej linie?”

 

Dzikie wojaże

Kaukaska socjologia.

Przeleciał znowu czas jak wicher nad Kaukazem, już połowa sierpnia za nami.

Ostatnio (dokładnie 5.08, a to stosunkowo bardzo późno!) dotarło do mnie, jak co roku mniej więcej o tej porze dociera, że IDZIE JESIEŃ. A właściwie to już ją czuć w powietrzu, w kolorze światła, w liściach drzew. A jak szybko się ciemno robi! Aż w szoku byłam, taka wyrwana z czasoprzestrzeni, a tu już jesień na karku.

Pomyśleć, że ani się człowiek nie obejrzał, a tu jeszcze dwa miesiące i będę w domu. Może temu tak leci, że mnie w tym sezonie bardziej nosi – tu Gruzja, tu Rosja i tak w kółko. Mój „licznik wejść” na dziś dzień to remis dla Kazbeku i Elbrusa 3:3. A że sezon jeszcze trwa, za te dwa miesiące myślę, że jeszcze ulegnie zmianie. 😉 /piszę to w przededniu kolejnego planowanego ataku szczytowego na Elbrus/

Tak w ogóle to siedzę w Azau już kilka dni, w międzyczasie oczekiwałam w bazie na powrót dwóch grup, korzystam z cudownej pogody, odwiedziłam nieznany mi dotąd wąwóz Terskolski i wodospad „Męskie Łzy”, który robi dużo większe wrażenie niż „Dziewczęce Warkocze” 😉 , poza tym spontanicznie wlazłam na Czeget, gotując się i sapiąc w dzikim upale, potem jadłam tiramisu w malutkiej knajpce w stylu zakopiańskim, a skończyłam w lesie, obżerając się borówkami. Po drodze usłyszałam, żebym raczej nie uśmiechała się tak szeroko do chłopaków, obsługujących kolejkę, a w hotelu kochana pani Tatiana z recepcji aż klasnęła na mój widok, że nareszcie wróciłam, bo już miała do mnie dzwonić, bo bała się, że polazłam z rana, a jest już ciemno, mnie nadal nie ma i może mnie jakiś Bałkariec ukradł?!

-A to tu kradną dziewczyny? Niemiestną Polkę by nawet ukradli?

-Nawet?! Porwaliby i tyle!

Aha, spoko. Nie uśmiechaj się, dziołcha, bo cię Bałkarcy ukradną. W sumie to poczułam się, jakby mnie Mama skarciła 😉

W ogóle jak ostatni raz wchodziłam na Elbrus, to prowadziłam głębokie rozmowy z przewodnikiem.

-Aga, ile masz lat?

– 26. Jeszcze 26.

20 kroków później, przetrawił i pyta dalej:

-Aga, a masz męża?

-Nie, a co? Pewnie za stara już jestem!

-Niee, właśnie nie, idealnie…

Śmieję się, że to są 3 typowe kaukaskie pytania. Zawsze! 1) Jak masz na imię 2) Ile masz lat 3) A męża masz???????? Uczarowanie z tymi kaukazcami… Dochodzę do wniosku, że cały kaukaski świat jest po jednych pieniądzach, ale i tak Gruzini biją wszystkich na głowę. Może temu, że rosyjski kaukaz Północny jest muzułmański i religia jeszcze jakoś ich trzyma w ryzach… 😉

_DSC6470A.jpg
Wąwóz Terskolski. 

Ostatnio dwa razy, znowu tydzień po tygodniu byłam na Kazbeku. Co ciekawe – każdy raz jest jedyny i niepowtarzalny. W sumie to nawet się cieszyłam, jak wiało i nie było nic widać, bo przynajmniej mam porównanie, jak to jest, gdy pogoda nie jest sprzymierzeńcem. Kontynuując swoje liderskie funkcje, mogłabym stworzyć badanie społeczne pod tytułem: JAK TWOJE SAMOPOCZUCIE? Zadawane gdzieś w okolicach 4500m n.p.m. wzwyż. 😀 Odpowiedzi są przeróżne:

-bywało lepiej

-szału nie ma

-ciężko

-chu*owo

-średnio

-ni ryba ni mięso

-ani dobrze, ani źle

-a jak mam się czuć?

– (ze złośliwym wyzwaniem, wyplutym przez kominiarkę) A ty niby jak się czujesz??!!

A ja? A ja czuję się doskonale! I mimo dzikiej pizgawicy w ten dzień na Kazbeku, ja jak zawsze – im wyżej, tym lepiej! Co mam kłamać, lub ukrywać. Lubię konkrety, prosto z mostu.

W ogóle w ten ostatni raz, kiedy wchodziłam na Kazbek, w Meteo była taka super atmosfera – jak z zeszłorocznych wspomnień, kiedy byłam tam co dwa tygodnie. Cała śmietanka przewodnicka, wzięli gitarę, zrobili koncert, opowiadają coś zawzięcie, śmieją się, ja zmęczona po szczycie, ale siedzę z nimi, nic prawie nie rozumiem, ale śmieję się razem z nimi, bo ich wesołość jest ponad Wieżą Babel. Takie Meteo, taką właśnie Gruzję  to ja kocham.

Niech się kręci!

Dzikie wojaże

Żeby życie miało smaczek… czyli Kazbek na odmianę!

Sezon w pełni. Nawet nie wiem kiedy ten lipiec zleciał! Grafik na sierpień napięty do granic możliwości, także ani się obejrzę, a już będzie wrzesień. A potem październik i pora wracać do Polski. Kręci się, kręci życie jak szalona karuzela. Wspominałam kiedyś, że to sad-maso, ale kurde no. Lubię to. Jakoś się w tym zwariowanym chaosie odnajduję.

Ostatnio mam wręcz zdumiewającą częstotliwość wypraw, które zakończyły się postawieniem moich stópek na wysokości powyżej 5000 m n.p.m. Co niedziela to szczyt!!

14.07 – Elbrus 5642м

21.07 – Elbrus 5642м

28.07 – Kazbek 5033/5047/5054м

Wysokość Kazbeku nie jest jednoznaczna. Rosjanie twierdzą inaczej (ponoć mierzyli to od poziomu Morza Bałtyckiego, ale ja się nie znam i nie wiem, jak mierzy reszta świata), a ostatnio ekspedycja National Geographic doszła do wniosku, że od ostatniego pomiaru Kazbek jest jednak wyższy. Więc w sumie w końcu nie wiadomo, jak to z tym Kazbekiem jest.

_DSC5749.JPG
Kwitnący Kazbek.

Tak jeszcze a’propos. Tego drugiego wejścia na Elbrus w ogóle się nie spodziewałam, ale z racji dobrej aklimatyzacji po prostu zostałam postawiona przed faktem dokonanym: „jutro jedziesz, szykuj się”. Lubię takie niespodziewane zwroty akcji w swoim szarym życiu 😀

Stwierdziłam, że ostatnio częściej znajduję się na wysokościach (tak co najmniej 3600m n.p.m.), niż w dolinach. Poziom czerwonych krwinek, a przy okazji i adrenaliny, połączonej z endorfinami rośnie! Najśmieszniejsze jest to, że naprawdę czuję się jak górska kozica – doskonale, po prostu w swoim żywiole. I nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne.

Po kilkukrotnym pobycie pod/na Elbrusie, jak wspominałam ostatnio, stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo. Zaspokoiłam swoje tęsknoty. A teraz – jeszcze opalenizna z nosa nie zdążyła zejść, kiedy jutro się pakuję i ruszam raz jeszcze. Tak na deser. Albo na dobicie. Potem znowu stwierdzę, że jednak tęsknię za Elbrusem. Złażąc z góry, tak sobie myślałam: co wolę? Co jest dla mnie lepsze, bliższe sercu? Ciężko jednoznacznie to stwierdzić, ale chyba jednak przymierzam się do Elbrusa. Jestem zwolennikiem teorii pierwszego wrażenia, a panoramy, które tam zobaczyłam, nie mają sobie równych i za każdym razem powodują u mnie miękkość kolan.

_DSC5866-01_new.jpg
Niebo pełne gwiazd na szybko. 15 min przed wyjściem. na atak szczytowy. 

Oczywiście moja życiowa dewiza, że „głupi to ma zawsze szczęście” po raz kolejny się sprawdziła. Kazbek poszedł jak z płatka: pogoda żyleta, siła czołgu i wszystko jakoś dobrze się złożyło. W dodatku 100% mojej grupy stanęło na szczycie – całe 15 osób! To cieszy.:) Czasem sobie nieśmiało myślę, że może prócz tego głupiego, to i ja przynoszę szczęście? 😉 Tym razem miałam aparat przewieszony przez całą drogę. W ogóle szłam dużo bardziej świadomie niż za pierwszym razem, więc po prostu się tym cieszyłam. Chłonęłam widoki, wrażenia, doświadczałam. I jak tu gór nie kochać, skoro góry pokazują się z takiej strony… Można być największym głupim świata, ale dla takich rzeczy – chyba warto.

W dodatku dosłownie 20 minut przed wyjściem na atak szczytowy udało mi się jeszcze ustrzelić Drogę Mleczną. Sierpień miesiącem gwiazd, wyzwanie #MilkyWayChallange w trakcie! Kolejne próby już niedługo.

_DSC6160.JPG
Panoramy z Kazbeku. Macham Elbrusowi:) 

Tak sobie myślę, że czasem mi się nie chce. Przecież z natury jestem leniwa jak kot. Lubię leżeć i czytać książki. Nienawidzę żadnych ćwiczeń, ani treningów i tak właściwie nie robię nic dla swojego „bycia fit”, które ostatnio jest tak w modzie. Na przechwałki ludzi, ile ostatnio przebiegli przewracam oczami, a kawy nie wyobrażam sobie bez wafelka, a najlepiej to pięciu. Zamiast pełnowartościowych żeli energetycznych wciągam mleko skondensowane z tubki z kosmiczną ilością cukru. Jem cukierka za cukierkiem i doprawiam czekoladą, bo jakoś tak mi mało. A mimo to wszystko jakoś daję radę i koniec końców stwierdzam, że jednak od siedzenia w bazie wolę iść do góry. Że jednak mi się chce.  I oby ciągle się chciało. To tylko pierwsze bezsensowne myśli, kiedy wydaje mi się, że jestem zmęczona i po co mi to wszystko.

Po co? Bo Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.” I tak zawsze, w kółko.

Do następnego!

 

Dzikie wojaże

Życie na wysokim poziomie.

Krok za krokiem. 

Powinnaś skupić się właśnie na krokach, ale w głowie cała sokowirówka myśli.

Skrzypi wóz, wielki mróz…

Noc…ty maja palavina…!

Ciepło.

Zimno.

Tylko do przodu.

Byle iść.

Bez sensu ten potok myśli!!

Ale znowu:

Gołąbki. Jak ja bym zjadła gołąbki!

(I doprawiła karpatką, aj, karpatka)

I znowu: skrzypi wóz, pada śnieg, pędzą sanie… 

Zauważyłam u siebie tendencję, że wraz ze wzrostem wysokości, kiedy inni czują się gorzej słabną, mi przybywa sił i energii. Najgorzej jest do 4500 😉 potem już i kroki, i myśli – spokojne, pewne. Bo im wyżej, tym lepiej. Niewiele mi do szczęścia potrzeba – ledwie kilka pięciotysięczników. 

_DSC5254
Widok trochę ponad tzw „Siodła”, które to rozdziela Elbrus na dwa wierzchołki: Wschodni (5621 м) i Zachodni (5642 м)

O 8:00 byłam na szczycie Elbrusa. Po raz drugi, nie ostatni!

Z tego wyjścia mogę być dumna. Na pieszo, będąc w marnych 20% ludzi, niekorzystających z ratraka. I jeszcze prognozy pogody były kiepskie – w ogóle się nie sprawdziły – miał pizgać dziki wiatr, a tu raczej lampa była. O godzinie 23:00 ruszyć z wysokości 3700m n.p.m., a 9 godzin później stać na szczycie.  Połowa grupy wykruszyła się po drodze i cały czas słyszałam tylko:

Chłopaki, damy radę, chłopaki…

Ej, a ja to co?! – wrzeszczę przez szczękościsk, a  kominiarka to jeszcze zagłusza.

-Ty? Jesteś ponad podział!

Czyt. Agusiu: ty to jesteś jakaś inna, świr, narwaniec i w ogóle bez sensu!

A przed 12 znowu byliśmy w bazie na 3700m. Kawał drogi, dryłowanie góra, dół… W drodze powrotnej z każdym metrem niżej robiło się coraz gorącej, pozbywałam się tylko co chwila kolejnych warstw, a od tego wszystkiego to aż zgłodniałam jak dziki wilczek (Niestety nie było gołąbków, ale wybór padł na też nietypową jak na mnie potrawę, bo kurczaka w sosie śmietanowym, czyli naprawdę jak dla wilka. Mnie to trzeba porządnie przegonić po górach, bym przedłożyła słodycze na konkrety! Jak mawiał mój Dziadek Edek: muszę się przelecieć, by zacząć jeść 😀)

_DSC5041
Elbrus-Krasaviec z Czegetu.

Ok, Elbrus, a jak do tego doszło?

8.07 przyjechałam z grupą na pełną aklimatyzację. Za ten czas mieliśmy wszystkie cztery pory roku i przewyższenia rzędem ponad 3500m. „Z góry na dół, jak z jedenastego piętra” 😉

Stopniowe zdobywanie wysokości, z każdym kolejnym dniem stopniowa zmiana trudności – to się nazywa przygoda! Był wodospad Dzieviczyje Kosy, przypominający rozpuszczone warkocze dziewczyny, było Obserwatorium, z którego widać czubek Uszby, był mój ulubiony Czeget, z którego widać dwustożkowy Elbrus – wtedy pogoda dopisywała idealnie, za to, gdy kolejnego dnia przemieściliśmy się wyżej, w stronę Garabaszy i naszej bazy, zaczęło pizgać i wyć wiatrem, pluć śniegiem – warunki iście piekielne. Gdy szliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa, w pewnych momentach ciężko było ustać na nogach, nie wspominając o założeniu raków. (Wesołe to było.) Dlatego też prognozy na atak szczytowy były raczej średnie, ale całe szczęście, się nie sprawdziły. Jak to prognozy w górach. 😉

_DSC5105
Lodowiec „Siódemka” z Czegetu.

Jeszcze było śmiesznie na granicy rosyjsko-gruzińskiej (tej bardziej formalnej, bo na granicy republik zawsze jest śmiesznie i przypałowo, jak chcą mnie wziąć za żonę, częstować lemoniadą, czy coś w tym stylu)– pierwszy raz mi się zdarzyło, że pogranicznicy prowadzili ze mną luźną pogawędkę.

– Skąd wracasz?

– Z Elbrusa.

– Na szczycie byłaś? Ja bym tam za żadne pieniądze świata nie wszedł, choćby mnie zmuszali! Ej! – woła do kolegi – ona była na Elbrusie, ja bym tam nie poszedł, a ty?

– Ja też nie, tylko wariaci tam chodzą…

– Za żadne pieniądze!

Także uprzeżywali się chłopaki-pogranicznicy.:)

_DSC5287.JPG
Widok ze szczytu zachodniego na wschodni:)

Chciałam się sprawdzić. Siłowo, wydolnościowo, charakterem. Takie trochę sado-maso, bo nikt mnie nie zmuszał, sama się rwałam. Udało się. Byłam po raz kolejny na magicznych 5642m n.p.m. i póki co, na tę chwilę, czuję się tym wejściem bardzo usatysfakcjonowana.:) Małe, rude, piegowate, ale uparte i zawzięte jak cholera.

A teraz… Cóż. Stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo, w tym sezonie jeszcze mnie tam nie było! Pora to zmienić! Aklimatyzacja jest, no to co – sru! Utrzymujmy życie na wysokim poziomie! Prawda? 🙂

PS. Wiecie, co to górski western?

Wędrówka Apacza w poszukiwaniu sracza.

A że gówniane tematy są zawsze numerem jeden, to takie prawdziwe:)))))))))

Dzikie wojaże, Uncategorized

Chłód Elbrusa.

Dziś, o ile dobrze liczę, mijają trzy miesiące, odkąd wyjechałam z domu, z Polski. Leci szybko ten czas, niesamowicie wręcz. Można powiedzieć, że jestem niemalże na półmetku: w środku sezonowego piekiełka. Nie mam więc czasu na to, by zbyt wiele myśleć, lub, co gorsza, tęsknić.

Ledwie z Armenii wróciłam, a tu od razu jechałam do Rosji. Teraz znowu byłam w Kazbegi 4 dni i żeby za dużo się nie znudzić, znowu pod Elbrus wybywam i to tym razem na ponad tydzień! Robić z grupą pełną aklimatyzację, czyt. będę polować na rododendrony na Czegecie! Znowu na granicy republik pogranicznicy będą mi proponować małżeństwo. Czasem sobie myślę, że nie powinnam się odzywać, ale niee, gdzieżby – ja zawsze ciągnę temat i drążę z nimi głupią gadkę 😀

Będąc w Moskwie jarałam się, słuchając czystego brzmienia rosyjskiego, cały czas mając w głowie, że ja też mówię czysto, tyle że z nalotem południowo rosyjskich republik, co kiedyś usłyszałam od jednego Białorusina. Będąc w Kabardino-Bałkarii doszłam do wniosku, że przecież faktycznie – oni mają taką cudaczną naleciałość! Więc może nie jest jeszcze tak źle z moim rosyjskim ze skrzywieniem.

Podoba mi się to, że podobnie jak w Polsce, ludzie na szlaku witają się ze sobą. Mijam jakiegoś dziadka, mówię: privet! a on się zatrzymuje i z zachwytem do mnie:

-Ojej, piegi! Ściągnij te okulary! Ojej, jaki piegus śliczny!

No tak, piegów mam nad wymiar, a to wszystko przez to, że mnie tak jara to wysokogórskie słońce! Wykorzystałam już całą tubkę kremu z filtrem, a gdzie tu do końca sezonu! A zdarzy się raz, że zapomnę sobie posmarować o, chociażby pod kolanami – raczek murowany i potem chodzę jak taki poparzony słońcem paralityk. A jeszcze potem łupię się jak jaszczurka, zrzucająca skórę.

Tak w ogóle, to na Elbrusie ostatnio pizgało gorzej jak w Kieleckiem, jeden dzień więcej trzeba było kiblować, a wyzwaniem było wyjście do toalety, mam nadzieję, że tym razem warunki będą lepsze 😉

_DSC4348g (1).jpg
Pizgawica na Elbrusie.

Tak jeszcze mi się przypomniało, jak w maju byłam pod Elbrusem z Anią i zarządzająca naszym zaprzyjaźnionym hotelem pani Tatiana, widząc nakręconą jak bączek Agusię, ciągnącą Anię za sobą przystanęła i stwierdziła:

-Co, męczy Cię ta Aga?

Nie wiedziałam, że to aż tak widać 😀 czasem się zastanawiam, co ze mną nie tak, że ludzie ledwie spojrzą, a już czytają ze mnie jak z otwartej książki 😉 Ostatnio, jak siedziałam w kuchni, czekając na wyprawienie grupy, bałkarscy przewodnicy mieli ze mną niezły ubaw, bo zadawali mi dziwne pytania (typu: wyobraź sobie, że jesteś w lesie, pada deszcz, a Ty jesteś obok chatki: wejdziesz?) i na podstawie odpowiedzi robili mi mój portret psychologiczny. Nie wiem jakim cudem, ale w większości się im to sprawdziło 😀

Za niedługo będę pod Elbrusem tak znana, jak Agnieszeczka w Meteo. 😉 A’propos! Nie mogę się doczekać Kazbeku! Trzeci raz będę w tym sezonie pod Elbrusem, a w Meteo jeszcze ani razu! Stęskniłam się troszkę za tym klimatycznym syfem, co by nie patrzył. Ale już niedługo!:)

Za to dryłując z kontenerka do góry (taki hobbistyczny spacerek na Skały Pastuchowa) na wysokości jakiś 3800m, miałam niespodziewane spotkanie: z najprawdziwszym, rudym Lisikiem! :O pewno szukał jakiś resztek jedzenia, nawet chciałam mu coś rzucić, ale nie był zainteresowany. Przystanął, zmrużył oczka i pobiegł w swoją stronę. Byłam w podwójnym szoku: spotkać lisa na takiej wysokości, a w dodatku zrobić mu zdjęcie małym obiektywem!

Czytam sobie właśnie książkę, jaką przywiozłam z Moskwy – z mojej ulubionej serii Metro 2035 – „Dach Świata”, którego akcja dzieje się właśnie w okolicach Elbrusa. Jaram się i książkę oczywiście zabieram ze sobą, by jeszcze lepiej wczuć się w klimacik! 😀

Korzystając z wolnego i w miarę stabilnej pogody, poszłam dziś sobie rano na szybką przebieżkę na Cerkiew. Oczywiście przyłączył się do mnie rudy psiak (swój do swego podświadomie ciągnie, normalka) i towarzyszył mi całą drogę tam i z powrotem. A przy okazji – jaki z niego model – zapozował pierwsza klasa! 😀 Nie był to znajomy Biszkopcik, ale jakaś mieszanka rasy kaukaskiej: najpierw sobie myślę, że taki olbrzym obok człapać będzie… najśmieszniejsze jest to, że akurat miałam na sobie koszulkę z kotem 🐱 Był jednak tak pocieszny, niezdarny ze swoimi wielkimi łapami, a jak się cieszył, to mu ślina z pyska kapała, że nawet Kociarze serce zmiękło i na koniec spaceru dostał nawet starego kabanosa, który leżał u nas w lodówce 😀

A! no i wreszcie esencja kolorów! Tak na odmianę chłodu Elbrusa.

Uciekam dopakowywać ostatnie rzeczy, papa!

_DSC4778.jpg
Rudy rudego dorwał… 
Dzikie wojaże

Armenia to nie zupa pomidorowa.

Nosi mnie po świecie jak nasionko klonu, pchane wiatrem. Albo jak uczep na kociej sierści. To tu-to tam. Planami wyjazdów żyję na kolejny miesiąc w przód, w skrócie – nie ma kiedy pralki załadować 😀

Pierwszy raz w tym roku byłam w Armenii miesiąc temu,  teraz właśnie wróciłam z kolejnego wyjazdu z grupą. Jakoś nie jest to moje miejsce na ziemi – moje sceptyczne podejście znowu znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości i tak jest (niestety) za każdym razem. Gruzja jakoś potrafiła podbić moje serce od razu, a Armenia – ani grama i jeszcze za każdym kolejnym wyjazdem tylko mnie utwierdza, że mam czego nie lubić. No po prostu. Nie wszędzie musi mi się podobać i nie wszędzie muszę mieć ochotę wracać. 😉 W dodatku diabelnie gorąco, nie do wydzierżania. Gdyby nie góry, trzy najwyższe wulkany, na które wchodziliśmy z grupą to nic ciekawego tam bym już nie znalazła – taka prawda.

Khustup, Ażdahak i Aragac – to trzy najwyższe szczyty Armenii, a dwa ostatnie to wygasłe wulkany. Każda z gór jest totalna inna – ma inne podejście, inne widoki, inne wrażenia z wchodzenia. Do mnie jakoś przemówił Ażdahak z pasma Gór Gegamskich – z zielonymi zboczami i jeziorem w środku krateru. To z perskiego „wielki, potężny”. Góra jest również siedzibą Wiszapa – półsmoka, półczłowieka, który raz na 1000 lat schodzi na ziemię w towarzystwie burz z piorunami. Wysoko ponad górą istnieje zaś swoista sieć, korytarz, po którym podróżują tego typu stwory – wg legendy, zapewne dopowiedzianej w przeciągu ostatnich 30 lat, Ażdahak odwiedził nawet potwór z Loch Ness 😀

_DSC4168.JPG
Jezioro Akna – widok ze szczytu Ażdahaku. 

Żeby zdobyć najwyższy szczyt Armenii, północny (jeden z czterech) wierzchołek Aragatsu o wysokości 4090 m, najpierw trzeba wejść na południowy, zejść do krateru i dopiero wtedy wleźć na tej najwyższy. Droga powrotna to samo – kiedy wydaje Ci się, że już schodzisz, zaraz trafiasz na kolejne podejście, bo przecież musisz jeszcze wyleźć z krateru! 10 godzin to zajęło, fajna, przyjemna orka. Przecież o to chodzi, by się zmęczyć w górach, nieprawdaż? Nie ma lekko!!

_DSC4254.JPG
Aragats – wierzchołek północny (4090m)

Także w skrócie – lepsze niż góry mogą być tylko góry, w których nas jeszcze nie było. Zaliczone, pora na kolejne!

****

Siedzę sobie na najwyższym stopniu erewańskich Kaskad. Przemierzyłam 572 stopnie, by tam wleźć. W końcu dzień bez wchodzenia do góry jest dniem straconym, nieprawdaż? Mam chwilę wytchnienia po upalnym dniu i wpatruję się w Ararat, oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Paradoks – święta góra Ormian , tak pięknie wyeksponowana w całej stolicy, znajduje się na terytorium Turcji. Wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji. W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

_DSC2305.JPG
Widok z erewańskich Kaskad na Ararat. 

W ogóle Armenia to kraj paradoksów. Kolebka cywilizacji, wszystko jest tu najstarsze, najlepsze – nawet niebo jest wyżej. Szczycą się, że jako pierwsi na świecie przyjęli chrzest, ich unikalny alfabet, liczący 39 liter powstał w IV wieku. Stolica liczy 2800 lat – jest starsza nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w Erewaniu żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”– czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i nie zapowiada się, by wiele w tym temacie się zmieniło.

_DSC3899.JPG
Monaster Tatew – z ormiańskiego tłumaczone na „daj mi skrzydła”

Narodowym daniem jest lawasz – cieniutki chleb, który można wykorzystać jako obrus, serwetkę, talerz, a nawet łyżkę. Co ciekawe – pieczeniu lawasza nie powinna przyglądać się osoba o zielonych oczach – znowu poczułam się dyskryminowana i po raz kolejny złamałam formę!

Jeden Ormianin spytał mnie:

-Czy Twoje imię pochodzi od słowa „ogień”?

Słyszałam już to w tym sezonie chyba czwarty raz! Nie wyprowadzałam go z błędu, że pochodzi raczej od głupiego jagniątka i ze śmiechem opowiedziałam, jak to jedna grupa przezwała mnie Aganiok.

Tak, Ormianie wierzą w symbole. I w przeznaczenie. Ale nie mogą pogodzić się z przeszłością i zacząc normalnie funkcjonować w teraźniejszości – takie jest przynajmniej moje wrażenie o tym kraju.

-Czy wierzysz, że w Armenii będzie dobrze?

-Wierzę!

-Wiesz, mamy nowego prezydenta.

-O, naprawdę? Nie wiedziałam!

-Jak to nie wiedziałaś?!

– Kiedy mieliście wybory?

-Już rok temu!

W Polsce po roku od wyborów raczej planuje się już kolejne… A tu cały czas tkwi się w fakcie dokonanym, nie mogąc ruszyć do przodu.

Brodząc po Erewaniu wspominam swój zeszłoroczny wyjazd do Baku – o podobnym terminie – zdecydowanie najmniej kaukaskiej stolicy trzech państw Zakaukazia. Kolejny paradoks – pierwsze pytanie, jakie Ormianie zadali mi na granicy, brzmiało:

-Co robiłaś w Azerbejdżanie? Czy mówili coś o nas?!

Kiedyś oba te narody żyły w przyjaźni obok siebie. Dziś dzieli ich dosłownie wszystko, na czele z zamkniętą na cztery spusty granicą.

Mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do Armenii. To, że nie skradła mojego serca po raz kolejny – ani krzty! – to nic takiego, zdarza się, to tak samo jak z człowiekiem. Nic prócz niej samej nie jest zupą pomidorową, by wszyscy lubili 😀 Niby ładnie, niby miło… ale szału ni ma, dupy nie urywa. Z dwojga kaukaskiego złego piekiełka, niech już lepiej będzie ta Gruzja… 😉

Dzikie wojaże

Moskwa jak z bajki.

Dawno mnie tu nie było. To znak, że sezon na dobre się rozkręcił – teraz to już nie ma zmiłuj – jak się w czerwcu weszło na tą karuzelę, zatrzyma się ona nie wcześniej niż w połowie września. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Na pełnej petardzie!

Moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały w skrócie tak: grupa 17 Rosjan (Sameba, Dariali, Juta) – prosto do Tbilisi – Erewań – Tbilisi – Moskwa – Tbilisi – Kazbegi. Czyli Gruzja – Armenia – Rosja. Co śmieszniejsze, do końca czerwca czeka mnie jeszcze raz szalona trasa Gruzja – Armenia – Rosja. Zaś mi przybędzie pieczątek w paszporcie! Samych gruzińskich już mam kilka stron 😀

O Armenii napiszę później, dziś będzie o Moskwie.

Tak, o Moskwie. Spełniłam swoje wielkie marzenie. Takie ze swojej życiowej czołówki marzeń. (największe ciągle przede mną, ale wierzę, że jestem bliżej niż dalej 😀 !) Tak, to prawda – marzenia nie spełniają się same i trzeba im pomóc w realizacji. Na przykład wejść na stronę gruzińskiej awiakompanii, znaleźć odpowiednie loty, a potem kliknąć: KUP BILET. Potem to już tylko nie przestawać się dziwić, że jednak to się zrobiło. A potem odliczać dni i cieszyć się jak dziecko. Booooże, jak ja się cieszyłam! Cały czas, chodząc po Moskwie, cieszyłam się sama do siebie i byłam jak natchniona. W dodatku kupiłam sobie specjalnie na swój wojaż długą, plisowaną spódnicę koloru słonecznikowego, więc wyglądałam, jakbym taka natchniona płynęła na chmurze. I jakoś tak cudownie się czułam z tą kiecką, lekką głową i tym promieniującym zachwytem. Zajebiste uczucie, tego mi trzeba było!

Gdy Dominika kiedyś zapytała mnie, czy nie boję się, że Moskwa mnie rozczaruje (jest wiele osób twierdzących, że Moskwa jest do bani, na przykład w odróżnieniu od Pitera itd), bez wahania odparłam, że nie, bo jestem pewna, że mi się spodoba. Nie myliłam się ani trochę! Moskwa skradła moje serce – jest absolutnie bajeczna i bajkowa. Aż mi słów brakuje!

_DSC2686AAA.jpg
Panorama Moskwy.

Moskwa poraża. Znowu jest tak, że ki……….

……

Urwana myśl. Moje rozważania przerwał jakiś dzieduszka, który przysiadł się do mnie na ławkę w parku WDNH i zapytał, która godzina. Zawsze, ale to zawsze tak się wszystko zaczyna: od pytania „która godzina”, albo stwierdzenia: „ale dziś pogoda!” – zawsze! 😉 A potem gadał ze mną i spacerował prawie 3 godziny. Czy jego uwagę przykuła żółta spódnica, czy co, ale stwierdził, że wyczuł dobrego człowieka, więc się przysiadł. Hm. Zaś wracając do hostelu, w metrze zagadał do mnie jakiś krymski biznesmen (!), który dosłownie nie mógł oderwać ode mnie oczu, (to znowu ta spódnica, no mówię Wam!!) bo go oczarowałam. Chciał mnie zaprosić na kawę (o godzinie 00:20), zostawił swój numer telefonu, bym się z nim umówiła kolejnego dnia, ale… ja nie napisałam. Niech zostanę jego widmem z metra w żółtej spódnicy. Jak czarować, tak czarować!

_DSC2515.JPG
Bajkowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

Moskwa poraża i jest pełna wszechobecnej magii.

Zaczytuję się już dawno w serii książek Metro 2033. Postapokaliptyczny świat 20 lat po katastrofie nuklearnej i jest tam taki motyw, że wychodząc na powierzchnię ze stacji Biblioteka Lenina coś machinalnie przyciąga, by spojrzeć na złowieszcze gwiazdy Kremla, ale nie można tego zrobić, bo to przynosi nieszczęście i zawsze wtedy coś się dzieje. Wychodzę ze stacji metra Biblioteka Lenina i co? I mówię wtedy: o kur*a! Pierwsze co rzuca się w oczy to kremlowskie gwiazdy!!! I już wtedy byłam go-to-wa. Moskwa mnie poraziła, wciągnęła i dałam się porwać jej czarującemu urokowi. Od dawna jestem przesiąknięta rosyjską kultura, która uważam, że nie ma sobie równych na całym świecie, tyle się naczytałam różnych pisarzy, poetów, a teraz chodzę śladami ich bohaterów – to niesamowite. Znajduję Patriarsze Prudy, gdzie Woland spotkał się z Berliozem, a Annuszka rozlała olej, dom Puszkina (a’propos! 6.06 świętowano jego 220 rocznicę urodzin!), ulicę Nieglinną i Bulwar, na którym można kupić watę cukrową i kolorowe baloniki, robię sobie wycieczkę po stacjach Metra… Och.

_DSC2538.JPG
Spaskaja Basznia i czerwona gwiazda 🙂

Chyba największe wrażenie, nie licząc kremlowskich gwiazd, zrobił na mnie park WDNH (Wystavka Dostiżenij Narodnovo Hozjajstva), czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, zwany sowieckim Disneylandem. 😀 Znowu westchnęłam z zachwytu i wydałam z siebie szybkie: o kur*a. (jak to ja, zawsze prosto z mostu). Moskwa porwała mnie po raz kolejny, nieostatni.

_DSC2906.JPG
WDNH –  Sowiecki Disneyland.

Moskwa na każdym kroku przesiąknięta jest kulturą. (Czyli tym, co zachwyca mnie najbardziej). Pomijając moje literackie zboczenia śladami bohaterów, pełno tu malarzy, pieśniarzy – wystarczy przejść ulicą Arbat, by posmakować tego artystycznego klimatu. W dodatku, ku nieszczęściu swojego portfela, na Placu Czerwonym akurat odbywał się Festiwal Książek – to było po prostu przeznaczenie!! Więc zbyt długo się nie zastanawiając, bo takie myślenie to jest szkodliwe, zrobiłam zakupy w ilości 6 grubych knig, po czym kolejnego dnia dodałam jeszcze dwie. Jak to spakuję z Gruzji i przewiozę do Polski? Nie wiem, póki co zupełnie mnie to nie interesuje 😀 ja mogę sobie odmówić jedzenia, ale nie książek, nigdy! A’propos jedzenia: blinów ze sgusionką też nie mogłam sobie odmówić. I lodów z GUMa. Także hulaj dusza pod każdym względem, nie myśl zbyt wiele!

Park Gorkiego to też super miejsce. W ogóle ilość wszelakich parków, ławeczek jest przeolbrzymia! Nie idzie się zmęczyć, bo wszędzie można przysiąść, a nawet się położyć. A ilość zieleni jest naprawdę zdumiewająca 😉 I taka super atmosfera zbliżającego się końca roku szkolnego – wczesnego lata lub późnej wiosny. Unoszące się pyłki lipy i cudowny zapach piwonii – coś pięknego! (I Agusia sunąca w długiej spódnicy koloru słonecznikowego…)

_DSC2811.JPG
Kopuły na Kremlu i Moskwa-City w tle.

Na odwieczne pytanie „co lepsze – Piter czy Moskwa?” ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Pewne, że Moskwa definitywnie z impetem weszła w mój prywatny spisek TOP-3. Tak więc Moskwa, Piter, Kijów. Lub Piter, Moskwa, Kijów. 😉

A! Muszę dodać, że lot gruzińskimi liniami miał ten dodatkowy plus, że 7 minut od startu jest się nad Kazbekiem. Kaukaz z lotu ptaka – o mamusiu złota, widok zapierający dech w piersiach!! Dodatkowa atrakcja w cenie biletu! 😀 coś pięknego, polecam!

Ciężko po czymś takim wrócić do kazbeckiej rzeczywistości. Do środka młynu, który tu się teraz zaczął. 😉 Skończyło się czytanie książek w czasie pracy! Koniec dobrego, obudzę się we wrześniu! A taka teraz natchniona i rozanielona po tej Moskwie jestem, że szok….:)))) muszę odzyskać swoją twardość, sezon w rozkwicie! 😀 Do następnego!

 

 

Dzikie wojaże

Przed-sezonowe Pod-Elbrus-ie.-

Połowa maja już za nami, leci ten czas jak oszalały. Jeszcze pięć miesięcy równe i będę w Polsce! 😉 W Kazbegi w końcu nastała wiosenna aura. W sumie to w przeciągu dosłownie trzech dni buchnęło wszystko, jak oszalałe. Kwitną pierwiosnki w górach, wiśnia za biurem (będzie miała dużo owoców, będzie znowu co obrywać!), trawa zieloniutka… I śniegu coraz mniej na stokach gór, aż trudno uwierzyć, że ledwie tydzień temu miejscami było go po kolana. Magia. Słońce potrafi czynić cuda.:) Od razu lepiej na sercu człowiekowi!

_DSC0579.JPG
Wąwóz Darialski – otwarte Wrota Kaukazu.

Ostatnio miałam też niespodziewany wyjazd służbowy – i to pod Elbrus! Po raz kolejny się powtórzę – taką pracę to można mieć 😀 Zanim jednak to się stało, miałam kilka przygód po drodze, jak to zawsze bywa. Na przypale, albo wcale! Gdzieś po majówce czas nagle bardzo przyspieszył. Jednego dnia musiałam się zebrać dosłownie w 15 minut, spakować i pędem jechać do Tbilisi, by nad ranem odebrać grupę z lotniska, spędzić z nimi cały dzień w Sighnaghi, a na kolejny spokojnie wrócić do Kazbegi. Kluczową informacją dla dalszej narracji jest fakt, że byłam trochę przeziębiona – zawiało mnie, jak szłam z mokrymi włosami i trochę mnie to trzymało. W Kazbegi 10*C, w Sighnaghi 30*C i wtedy mnie trafiło. Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos. Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem! 😛

Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. 😀 Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłam) tak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło! To chyba Kazbegi na mnie źle działa, bo jakoś ten sezon nie mógł się tak z początku wykluć, albo po prostu wyjścia w góry mi brakowało, ot co! 😉

_DSC1736a (8)-01.jpeg
Kazbek, widziany z Osetii.

Także razem z towarzyszką dzikich wojaży Anną objechałyśmy Rosję, robiąc przedsezonowy rekonesans pod Elbrusem. Cudownie było, pod każdym względem. Dopisały warunki, pogoda, samopoczucie – wszystko złożyło się na powodzenie wyjazdu. Na granicy koleś tylko zapytał, po co nam wiza biznesowa, kazał nam chwilę poczekać zanim wbił pieczątki, po czym dodał, że po co nam jechać do Kabardino-Bałkarii, skoro Osetia jest ładniejsza? Bez sensu! Przekraczanie granic zawsze niesie ze sobą mały element adrenaliny. 😀 Tak samo na granicy republik – też trzeba wychodzić, pokazywać paszport, odpowiadać na pytania gdzie i skąd jadę, ile mam lat i czy mam męża i takie tam standardowe gadki-szmatki – tyle, że tam to już na luzaka, bez takiej spiny A PO CO CI WIZA BIZNESOWA. Potem jeszcze z małych przypałów naszemu kierowcy nalali na stacji benzynowej diesla, zamiast benzyny, ale jakoś sytuacja została uratowana i szczęśliwie dojechałyśmy do Azau, wioski pod Elbrusem.

Rosja to definitywnie moja bajka. Nie pytajcie dlaczego – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Niech wszyscy mówią co chcą, ale jakoś zawsze mi się tam wszystko podoba – niby skromnie, ale zadbane wszystko. Drzewa pobielone wapnem, trawniczki przystrzyżone, czysto, ludzie nie wrzeszczą na siebie – inny świat niż gruzińska rzeczywistość! I jedzonko takie domowe – twaróg, gęsta śmietana, rosół… I kaukaskie manty, czak-czaki, chyczyny. Pyszności. Tak to można żyć! Mogę rozbić swą bazę pod Elbrusem i stamtąd dowodzić rosyjskim oddziałem Mountain Freaks. 😉

_DSC0868.JPG
Elbrus – 5642 m n.p.m. – i ja na tym samym samiuśkim czubku jego byłam!

Kabardino-Bałkaria to twór stworzony przez Stalina za czasów Związku Radzieckiego. (On tak miał, że łączył w republiki dwa zupełnie rożne, czasem wręcz wrogie sobie narody, zwłaszcza z upodobaniem robiąc to w Kotle Kaukaskim, w którym wrzało, wrze i będzie wrzeć…) Zamieszkują go Kabardincy i Bałkarzy, mówiący swoimi językami z kosmicznej grupy tureckiej. Są wyznania islamskiego, stąd meczety na tle niebotycznych gór i muzeini, nawołujący do modlitwy wśród tej górskiej ciszy robią niesamowite wrażenie.

Aklimatyzacja przeszła z sukcesem! Pełny plan wejścia na Elbrus z stopniowym zdobywaniem aklimatyzacji wygląda tak:

  • Podejście do wodospadu Czyrnabaszi, zwanego też „Deviczije kosy”, gdyż woda spływa po skałach niczym rozpuszczone włosy dziewczyny,
  • Wejście na Czeget (można wjechać kolejką, ale to jak z Kasprowym, dla kozic nie istnieje) – to już wysokość ponad 3000m,
  • Wjazd kolejką na Garabaszi (3800) i podejście na Skały Pastuchowa – niemalże 4800m n.p.m.!

Z reguły czwarty dzień się odpoczywa w bazie na 3500-4000m, a piątego atakuje się szczyt. Szósty na wypadek niepogody.

_DSC1082.JPG
Wodospad Devichie Kosy.

Elbrus nie należy w zdobywaniu do jakiś wymagających lub super ciekawych szczytów. Ot, najwyższy szczyt Europy, mierzący 5642m, tak właściwie to góra człapana, z silnym wiatrem i chłodem. Jeszcze w ramach ciekawostki – Elbrus jest wygasłym wulkanem i najwyższym szczytem Kaukazu, ma dwa wierzchołki. Jego nazwa pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego i oznacza „błyszczący”. Szczyt posiada też określenia w językach narodów zamieszkujących jego okolice. Nazwa karaczajsko-bałkarska „Mingi tau” oznacza Wieczną Górę, a kabardyjska „Oszchamacho” – Góra Szczęścia. 

Ja już mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka i że podejście nudne, ale panoramy z Elbrusa nie mają sobie równych, a na samo ich wyobrażenie i wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Cieszyłam się więc jak dziecko, mogąc je podziwiać po raz kolejny. Zawsze mi brakuje słów w takich momentach, na opisanie piękna gór.:) Doszłyśmy z Anią do tych Skał Pastuchowa, prawie 4800m i miałam taką moc, takie parcie, że stwierdziłam, że jakby nie była godzina 13, a kolejnego dnia nie musiałybyśmy wracać do Gruzji, to bym i na szczyt wlazła. Potem jeszcze mi tak piknęło w rudym łbie, że przecież na Elbrusa – ale tylko przy dobrej pogodzie i warunkach!!! – mogłabym i sama wejść. Sama na Elbrus – to brzmi jak wyzwanie! 😀

_DSC1522.JPG
Towarzyszka Anna podziwia panoramy Wysokiego Kaukazu.

Tymi widokami, zwłaszcza przy takich warunkach, niemożliwe jest się nasycić. Nigdy dość, zawsze mało. Siedzieć tam całą dobę, od świtu, poprzez zmierzch i przez całą noc patrzeć na gwiazdy – może wtedy stopień naładowania baterii widokami osiągnąłby poziom dodatni. A tak to… Aż żal było opuszczać Azau i wracać do Kazbegi. Na koniec od pani Tatiany z hotelu Antau dostałyśmy po folkowej chustce na głowę – ucieszyłam się, bo będę miała na zmianę ze swoją góralską chustką 😉 na okazję bycia pod Elbrusem! Do następnego razu!

Nie pozostaje nic innego, jak utrzymywać aklimatyzację na wysokim poziomie i czekać na kolejny wyjazd! Taka perspektywa nravitsa, nravitsa mnie*…;)

*podoba mi się!

PS. Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania, dotyczące wejścia na Elbrus lub aklimatyzacji – piszcie, chętnie podzielę się wiedzą 🙂