Dzikie wojaże

Urodzinowy Paryż

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że nie lubię w dzień urodzin siedzieć w domu lub nie daj Boże w pracy (tfutfu), to najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… W tym roku zawiało mnie bardzo nietypowo – bo na Zachód. Do Paryża.

Agusia i Wieża Eiffla

Francja jest moim 23. Krajem, który odwiedziłam. W sumie to tak się trafiło z tym Paryżem – odwiedziłyśmy (oczywiście z Eweliną) naszego Wujka, który tam mieszka i pracuje. Wiadomka – z lokalsem najlepiej! Nikt inny tak nie zna dobrych knajp, ciekawych zakamarków i ogólnie nie pokaże miasta!

Prawdę mówiąc nie miałam żadnych oczekiwań co do Paryża. Pomijam fakt „pandemii” i tego, że dopóki nie usiadłam w samolocie, nie byłam pewna niczego, nawet się więc nie nastrajałam. Podróżowanie „w czasach zarazy” jest inne, do końca nie wiadomo, czy uda się wyjechać.

Oczywiście, jak to bywa, nawet na lotnisku jeszcze w to nie wierzyłam! Na przypale, albo wcale. Wchodzimy do budynku na Balicach – samolot Ryanair Beauvais (czyt. BOWE) przekierowany – odlot z Katowic, bo mgła. Skomentowałam to ironicznym uśmieszkiem. Oj mój losie-losie, tak chcesz ze mną walczyć? Ok, transportują nas wreszcie jak prosięta do tych Katowic. Po drodze mgła choć oko wykol. Znowu sobie myślę – no ni ciula, nie wylecimy dzisiaj! Oj mój losie. Wszystko mi na przekór! Koniec końców, by nie przeciągać tych moich zmagań z losem, usiadłam w tym samolocie – z ponad 3 godzinnym opóźnieniem!!! – westchnęłam głęboko, a wraz z rozgrzewaniem się silników już wszystko poszło, pojechało (kocham ten dźwięk, powoduje we mnie ciary i wrzenie krwi) nareszcie mogłam zacząć CIESZYĆ SIĘ PODRÓŻĄ! Yeah! Po dwóch latach wreszcie lecę samolotem i aż chce mi się z tego powodu ryczeć! Całe dwa lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do Kijowa – dwa lata… Och, ileż emocji. Dopiero więc jak wzbiliśmy się w przestworza, ponad mgłę, ponad chmury – uderzyło nas czyste słońce i ujrzeliśmy wystające, błyszczące czubki Tatr (!) – coś pięknego! Wystarczyło tylko unieść się ponad. Im wyżej, tym lepiej – ZAWSZE!

Jeszcze nie wierzymy, że lecimy!

A tak BTW – w międzyczasie oczekiwań tak sobie siedzę i ze stoickim spokojem czekam cierpliwie na odprawę, czytam książkę i stwierdzam, że tęsknię za brzmieniem obcego języka. Nagle gdzieś pośród głosów wybija się gruziński. Nie rozumiem, ale rozpoznaję słowa po intonacji, oderwana od czytania podnoszę głowę – no oczywiście, że gruziński! Tęsknię za tym ich darciem, charczącymi spółgłoskami, intonacją – co za chora miłość!

Wracając do Paryża.

Lotnisko BOWE to totalna dziura. Serio. Bywałam już w dziwnych miejscach na świecie, typu lotnisko Kutaisi czy dworzec autobusowy we Lwowie czy Budapeszcie, ale takiej dziury jak jedno z trzech lotnisk Paryża to nie widziałam. Nie dość, że na końcu świata (ok, rozumiem), to nawet obsługi nie było 😄 szok. Jak można przejść bez kontroli dokumentów, O SPRAWDZENIU CERTYFIKATÓW COVIDOWYCH NIE WSPOMINAJĄC! Wpuścili nas do Francji ot tak. Jako certyfikat szczepionki mogłabym mieć wydrukowany kod QR z paczki chipsów lub opis miodu wielokwiatowego z etykietki Pasieki, cokolwiek. Żeby było śmieszniej – pierwszy i ostatni raz certyfikat szczepień, który nam dokładnie sprawdzili i zeskanowali pokazałyśmy idąc do kibla przy kinie w galerii (bo te w galerii były już zamknięte). Komedia, jak dla mnie.

Sami widzicie, z jakimi przygodami, ale w końcu dotarłam do tego Paryża. Poderwałam się na widok wielkiego megalopolis i wyrastającej figurki Wieży Eiffla – znaku firmowego francuskiej stolicy, jakby nie patrzył. W ramach ciekawostki – Wieża Eiffla miała być tylko tymczasową instalacją przeznaczoną do rozbiórki po 20 latach. Wybudowano ją na Światowe Targi w 1889 roku. Ma wysokość 324 metrów, składa się z 18 tysięcy metalowych części zespolonych 2,5 milionami nitów i waży 10100 ton. Stoi do dzisiaj, urosła do rangi symbolu i ma się bardzo dobrze.

Żelazny symbol Paryża

Jak już wspominałam, nie miałam żadnych oczekiwań względem Paryża. Dużo słyszałam opinii – jest nawet pojęcie „syndrom paryski” – że ludzie spodziewają się efektu wow, a tu dupa blada, Paryż nie spełnia oczekiwań. Dlatego ja się na nic nie nastawiałam. I to było dobre podejście!

Planowałam wcześniej urodzinowego food tripa do Włoch, wyszła Francja – tego też się nie spodziewałam, ale i to okazało się niezłym food tripem! Od pierwszego wyjścia na ulicę – zwabił mnie zapach, przykleiłam się do szyb jakiejś piekarnio-cukierni (fr. BULANŻERKA) i przepadłam. POŻERA SIĘ OCZAMI. Naprawdę, patrzyłam na te wszystkie cuda-cudactwa, a ślina ciekła. Nosem w sumie też, bo piekarnie wypiekają świeże pieczywo nie raz, ale 2 lub 3 razy dziennie. Jak Francja, to oczywiście bagietki – w ramach ciekawostki: paryska bagietka stworzona została na zamówienie Napoleona. Jego kucharz miał stworzyć bułkę, która  zmieściłaby się w spodniach żołnierzy wojsk napoleońskich. Tak właśnie powstała bułka paryska o wymiarach 65×6 cm, która są do dziś chronione francuskim prawem. Dostajesz takie bagiety prosto do łapy, owinięte w papier (normalnie jak puri, chleb gruziński) – po drodze do domu zdążysz opierdzielić już połowę tej cieplutkiej i pachnącej pyszności… Wujek się śmiał, że najbardziej paryski obrazek to pięknie ubrana dziewczyna na skuterze z fajką w ręce i bagietkami wystającymi z plecaka 😄

Bagieta!

– i croissanty! O matko. Słodkożercy nie mają we Francji lekkiego życia; byłam 4 dni, chciałam spróbować i tych croissantów (wersja z czekoladą, wersja pusta), i krep (naleśników z budek na ulicach – też w papierku do łapy; lubię takie klimaty), i eklerków, i brownie, i tartaletek, i makaronków, i o mamo, wszystkiego tego pięknego, co na pewno jest też smaczne, ale:

  1. Żołądek nie jest z gumy;
  2. Portfel też nie jest z gumy – te pyszności kosztują. Dla przykładu średnio: ekler 4 euro, makaronik 1,6 euro.

Jak żyć.

W dodatku to wszystko jest tak piękne, że o matko. Chciałabym trafić do takiej paryskiej cukierni na kurs zdobienia wypieków, są perfekcyjne w każdym calu! 😍 Ale dobra, koniec mojej ody do słodyczy, choć na ten temat mogłabym tak długo, popatrzcie sami na te zdjęcia i po prostu przyznajcie mi rację! 😜

Paryż zamieszkuje ponad 2,1 mln ludzi – szczerze mówiąc zdziwiło mnie to, myślałam, że będzie to koło 7-8. (Stambuł i Moskwa nadal na prowadzeniu jako największe miasta, w którym byłam), ale i tak sprawia wrażenie wielkiego megalopolis. Może to przez ilość turystów – rocznie sięgającą do 30 mln przyjezdnych. Stolica Francji podzielona na dzielnice – obecnie jest ich 20, ułożonych w spiralę rozchodzącą się od centrum miasta. Metro liczy 14 linii, dwie kolejne są w budowie. Jasna architektura idealnie kontrastowała z szarym, grudniowym niebem. Mimo to wszystko Paryż wydał mi się nieco martwy, chłodny, bez życia – takie było moje odczucie. Francuzi chodzą jak roboty, nie rozmawiają ze sobą (ah, to wschodnie przekrzykiwanie się i pełen werwy chaos, w którym się tak odnajduję!), nie uśmiechają się… Niby porządek, czysto, ale życia brak. Pomijam fakt, że brzmienie francuskiego totalnie do mnie nie przemówiło – mówią, jakby połknęli żabę, ale ta żaba utknęła w połowie przełyku. Nie moje klimaty, a ucho mam dobre, wyczulone. 😆

Co do życia i jego braku – w Paryżu nie widziałam ani jednego kota i ani jednego psa na ulicy (mieszkańców miasta, jak w każdym innym gdzie byłam!) – ani jednego!! Za to… W Paryżu są szczury. Szczury wielkości kotów. W parku pod Wieżą Eiffla naliczyłam ich 5 – na jednym skwerze! Ciekawe bardzo. Taki widać urok 🐭

Paryż dość długo nie kojarzył mi się z żadnym innym miastem. Zero, nic. Do czasu, aż zobaczyłam Luwr. O kurde, toż to Petersburg! Ermitaż, Pałac Zimowy! Od razu to ujrzałam, skąd Piotruś car Wszechrusi wziął inspirację! 😉 Luwr – to najczęściej odwiedzane muzeum na świecie – rocznie zalicza je pawie 10 mln turystów. A owa słynna Piramida, wybudowana końcem XIX wieku na podobieństwo Piramidy Cheopsa, jest najbardziej popularnym motywem wśród Rosjanek na instagramie 😆 ja też mam tam zdjęcie, w dodatku w swoim czaderski czerwonym berecie, ale nie psułam sobie swojego górskiego profilu, wrzucając takie zdjęcie na insta! 😂

Agusia i Piramidy pod Luwrem

Największe wrażenie zrobiła na mnie Dzielnica Montmarte z górującą nad nią Bazyliką Sacre Coeur (SAKREKER).

Już w połowie XIX wieku Montmartre stał się ulubionym miejscem artystycznej cyganerii. Ten duch artyzmu unosi się tam do dziś, widać go gołym okiem! Być może dlatego tak bardzo przypadł mi do gustu, mogłabym się tam włóczyć dwa dni! Lubię takie miejscówki 😅 Oczywiście nie omieszkałam wydać całe 7 euro i wejść po 234 schodach (tak mówi internet, bo ja tego nie liczyłam!) na dzwonnicę Sakreker, by zobaczyć przepiękną panoramę Paryża.

U podnóża Montmartre znajduje się słynny paryski Plac Pigalle, gdzie sprzedawane są opiekane kasztany (pachnie nimi na pół ulicy! Ale jakoś w końcu nie spróbowałam), słynny jeszcze z jednej rzeczy – czerwonych latarni 😅 a dzisiaj po prostu pubów, sex shopów i klubów. Ktoż nie słyszał o teatrze Moulin Rouge! Ów Czerwony Młyn wyróżnia się z daleka – czadowo było zobaczyć to na własne oczy! Tak jak i słynną knajpę Le Chat Noir (LE SZANUŁA) z czarnym kotem w emblemacie – kiedyś kabaret skupiający artystyczną bohemę Paryża. Co ciekawe – pamiętam, jak w Petersburgu widziałam plakaty z Le Chat Noir i już wtedy ten kocur wpadł mi w oko!

Jeszcze jedna świetna miejscówka – z serii tych czadowych, bo bezpłatnych 😆 Galeria Lafayette – i to nie ze względu na drogie butiki Diora czy Gucciego, bo takie nigdy w życiu mnie nie jarały i jarać nie będą, ale ze względu na dach, na który można wjechać schodami ruchomymi przez kilka pięter – i na panoramę miasta, która się z tego dachu roztacza!! Moje MUST SEE W PARYŻU zaliczone! ✌️

Wnioski z urodzinowej wycieczki do stolicy Francji? Nie odczułam syndromu paryskiego. Może dlatego, że nie miałam co do niego żadnych oczekiwań, a może dlatego, że mi po prostu niewiele do szczęścia potrzeba i potrafię się cieszyć wszystkim.

Przede wszystkim – najważniejsze, że mogłam się wyrwać na kilka dni z Polski. I polecieć samolotem, bo mi bardzo tego brakowało.

Oby 2022 rok przyniósł więcej Dzikich Wojaży!!! I dłuższych podróży samolotem! 🙃 Trzymajcie się ciepło i łapcie jeszcze kilka zdjęć z Paryża!

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2021

Zaczęłam to podsumowanie pisać w pracy na kolanie, pod wpływem nagłego natchnienia, pomiędzy jednym telefonem a drugim; kontynuowałam w Paryżu, dopisując kolejne skrawki urwanych myśli, a kończę w domu, popijając pokrzywą, którą zbierałam początkiem maja i tak jakoś zapomniałam o jej istnieniu, więc teraz się upajam.

Grudzień i końcówka roku zawsze jest u mnie dość gorący i jednocześnie pełen wyczekiwania. Tu Mikołajki, tydzień później moje urodziny, potem urodziny Eweliny – w tym roku osiemnaste! –, potem Święta (w tym roku wypadające wyjątkowo dennie, zwykły weekend z potrójną ilością żarcia), Sylwester i Nowy Rok – uf, dopiero wtedy można złapać oddech.

Grudzień pełen wyczekiwania, ale i refleksji, napadających mnie tak właśnie niemalże cały miesiąc – a bo urodziny, a bo rok dobiega końca, przychodzi czas podsumowań…

Swoje urodziny spędziłam w Paryżu – opowiem o tym innym razem, koniecznie! 😁

Ponoć wymiana krwinek w organizmie człowieka odbywa się co 7 lat. Może to wpłynąć na zmiany – w sposobie myślenia, bycia, życia. Dziś, rok po mojej czwartej wymianie krwinek (😂), jaka wg tej teorii miała miejsce w 2020 roku,  faktycznie zauważam pewne różnice w samej sobie. Tak jakby – jest inaczej. Wiele rzeczy zrozumiałam, trochę odpuściłam, kilku powiedziałam, że za cholerę nie odpuszczę, bo „trza cisnąć” i tak sobie żyję – carpe diem dzisiaj, bo jutra może nie być. Owszem, dodatkowo swoje zrobiła pandemia i ten dziwny czas, albo po prostu – tak się złożyło, tak miało być, tak pisane jest  gwiazdach, przeznaczenie i kropka. W każdym razie – dobrze mi się żyje. A jak mi nie jest dobrze, to biorę rower i jadę nad stawy, albo biorę kopaczkę i plewię rabaty w ogródku.

Po powrocie z Gruzji i odnalezieniu się w (post)pandemicznej rzeczywistości nauczyłam się czerpać radość z tego, co przynosi czas. Przede wszystkim tak urozmaicam sobie ten czas, by nie mieć ani jednej zbędnej chwili na szkodliwe „myślenie”. Praca-pracą, ale życie toczy się raczej po pracy 😉 ogródek i nasze wspólne z Muśmą wy/roz/prze/do/sadzanie, przycinanie, kopanie („HM, A Z KTÓREJ CZĘŚCI TRAWNIKA MOŻNA JESZCZE ZROBIĆ RABATĘ?!”), gotowanie i coraz bardziej wkręcające pieczenie, książki, ale nade wszystko i przede wszystkim – góry. Dobrze mieć blisko, o jak dobrze! (Choć zawsze mogłoby być bliżej 😝) Skoro nie mogę mieć innych wyjazdów – jadę w góry. Nałogowo. To jest nieuleczalne – chce się tylko więcej!

W 2022 roku czeka mnie zmiana kodu. 🙃 Tak, trójka z przodu. Tak, wiem, nie wyglądam, ale cyfry nie kłamią, choć młodość to stan umysłu. Chciałabym w tym roku zmiany kodu żyć tak, by w czyn wcielać wszystkie swe zamysły (oczywiście z głową 😅). Tak, jak spędziłam urodziny w Paryżu – chcę tu wejść, chcę ten kawałek tarty, o, ale w sumie brownie też chcę, a na deser po deserze należy mi się drink, a po drinku makaronik, BO TAKĄ MAM OCHOTĘ I JUŻ. Pełnia szczęścia.

Zbyt często zdarza mi się odpuszczać swe zamysły typu po robocie jechać na zachód słońca w Pieniny – mimo chęci i intuicji, która rzadko mnie zawodzi – bo korki, bo daleko, bo coś-ktoś mi tam powie, że niby „po co i bez sensu”. O nie. Chcieć – znaczy działać. Działać, nade wszystko! I to takie moje życzenie dla samej siebie na te urodziny i jednocześnie cel na 2022. Nie myśleć zbyt długo, tylko po prostu robić, co się umyślało w tym rudym, głupim łbie. Nawet Wyspiański powiedział kiedyś: „Dużo już by mogli mieć, gdyby tylko chcieli chcieć” – czyż to nie piękne przesłanie?

Żegnamy lata dwudzieste; witamy lata trzydzieste! Niech się dzieje OGIEŃ! 🔥

Urodzinowe zdjęcie wprost z Paryża. Tak na odmianę górskiego outfitu – czasem też potrafię się ubrać jak człowiek i wyglądać cywilizowanie 😝 Wrzuciłam je na relację na Instagrama – bardzo miło było widzieć tyle pozytywnych reakcji!

Paryżanka 🙃

Dobry był ten 2021, bardzo dobry. Znowu inny, znowu dziwny, Sytuacja nadal jest bardzo dynamiczna. Im dłużej żyję na tym świecie, tym mniej rzeczy mnie już dziwi. Zaszczepieni mieli nie nosić maseczek i swobodnie wyjeżdżać za granicę, ale jak to bywa w naszym uroczym, polskim grajdole, absurd goni absurd. Nieważne. Wedle zasady „żyj chwilą”, praktycznie przestałam słuchać radia (nawet w robocie lecimy na playlistach), bo mnie denerwuje głupie gadanie, medialne nadmuchiwanie i robienie z igieł wideł.

Zleciał szybko ten rok. W skrócie:

zima była długa, ale chociaż się wyszalałam na sankach, marzec dłużył mi się niemiłosiernie, arbuzy rosły jak oszalałe, a nie było warunków, by je wysadzić do gruntu. Czekałam na wiosnę z utęsknieniem (zawsze jestem za wiosną i kropka), a ta nie chciała buchnąć z pełną mocą. Za to sezon pszczelarski w robocie buchnął podwójnie i od wiszenia na telefonie miałam wyprany mózg. W międzyczasie zaniemówiłam i dosłownie straciłam głos. Lato było zdecydowanie zbyt krótkie, ale coś tam udało mi się z Eweliną podziałać w Tatrach, już zahaczając o jesień. Szpiglasik na bezgłosie, Świnica od Zawratu – petarda! – Kozi-Granaty, ale naszym wspólnym hitem została definitywnie wyprawa na Przełęcz pod Chłopkiem i pozaszlakowe wejście na Czarnego Mięgusza. To dopiero był odjazd! W międzyczasie z dnia na dzień zdecydowałam się pojechać w Dolomity – marzyłam o tym od lat! Jesień bardzo dopisała. W sumie to praktycznie co weekend gdzieś wybywałam, a te wszystkie szalone wyjazdy na wschody, zachody i różne wyrypy definitywnie uwieczniła Orla Perć końcem października – z której jestem dumna – na raz, w jeden dzień, w takich warunkach – cóż za endorfiny, cóż za adrenalina! I nie mam dość – latem tam wracam, z Eweliną i na zdjęcia. 😉 Do połowy listopada pogoda rozpieszczała, żal było tylko takich krótkich dni. Grudzień – jak to grudzień, prócz Paryża, wspominałam już o tym – upłynął głównie na oczekiwaniu. Szybkie Święta, w drugi dzień wypad na Wysoki Wierch zimową porą- pora zacząć wybierać zdjęcia do kalendarza na kolejny rok…

Stosunkowo mało w tym roku chodziłam po polach i polowałam na sarny – w końcu (jakby nie patrzeć) praca na etacie nanosi pewne ograniczenia, a poza tym zdecydowanie bardziej i częściej wyżywałam się w górach. Pieniny, Tatry, Tatry, Tatry nade wszystko i jeszcze raz Pieniny! Nigdy się nie znudzą, nigdy dość! To jest nieuleczalny nałóg. Chociaż z drugiej strony najlepsze zdjęcie moich kochanych dzikusków powstało właśnie w Tatrach, kiedy to schodząc ze Starorobociańskiego Wierchu spotkałam całe stado kozic! Poza tym jeszcze branżowo – makro pszczół – jedno moje zdjęcie ukazało się nawet na okładce gazety „PASIEKA”! W sumie to nawet piękny Lisik się trafił – i co lepsze – zdjęcie też udane! Czyli wcale nie jest aż tak słabo 😄

Moje zeszłoroczne postanowienie – by wyhodować arbuzy jeszcze większe i jeszcze słodsze niż rok wcześniej – nie do końca się powiodło z powodów czysto niezależnych ode mnie – słaba pogoda, deszcze, mało gorących dni. Udał się jeden jedyny, słodziutki i czerwony w środku, ale nie większy. POSTANOWIENIE DO POWTÓRNEJ REALIZACJI!

Co mi się jeszcze udało? Odważyłam się upiec bezę. Nie taki diabeł straszny, jak go malują! Teraz bezę piekę sukcesywnie, za każdym razem starając się dążyć do perfekcji. Beza deserem roku!

Beza z rana jak śmietana #aduparośnie

Małe zestawienie – 2021 w liczbach:

47 przeczytanych książek;

47 dni spędzonych w górach (w tym 5 x Wysoki Wierch, 4 x Kozi Wierch 3 x Babia Góra)

2 Legendy i jednocześnie wypad roku: ex aequo Orla Perć na raz i Czarny Mięgusz;

1 dawka szczepionki, która dała 4 wyjazdy zagraniczne – 2 x Słowacja, 1 x Włochy i 1 x Francja, która jest jednocześnie moim 23. krajem, który odwiedziłam;

1200 kwiatów mniszka zerwanych na syrop i 400 na nalewkę 😀

8 smaków nalewek i 1 wino;

• zdjęcia – w tysiącach.

Zdjęcie roku? Nie istnieje. Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Jaki problem miałam z wyborem zdjęć do kalendarza! Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2021, wybór czysto emocjnalno-subiektywny:

Postanowienia i cele na Nowy Rok?

Tak, jak już wspominałam – nade wszystko realizować swe pomysły, iść za głosem serca. To ma być mój rok. 🔥

Poza tym? Wyhodować duże, słodkie arbuzy – choć to nie ode mnie tylko zależy, a od pogody i batalii z hordą ślimaków i mrówek. Notować książki, które przeczytałam. Wrócić do Gruzji. Spisywać dni, spędzone w górach. Cisnąć poza szlaki. Wejść na Babią w mniej niż 60 minut. Ogólnie to bić rekordy. I nie żreć tyle czipsów!!!

Patrzę z wielką wdzięcznością na 2021 i z jeszcze większą nadzieją na 2022.

Wypijmy za ten odchodzący rok, za każdy promień słońca i za ten Nowy, co już czeka – by przyniósł same dobre chwile i by w żadnym stopniu nie ustępował kroku poprzednikowi!

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności dzisiejszych dziwnych czasów, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Życzę Wam też – jak zawsze! – dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało. Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Dolomickie impresje

Pierwszym impulsem była prognoza pogody na najbliższe dni. Stwierdziłam, że kolejnego takiego tygodnia w pracy, kiedy „o szyby deszcz dzwoni” to już definitywnie i nerwowo nie wytrzymam. Doszłam do wniosku, że skoro ZNOWU nici z Tatr, nic nie stracę, więc…

Dla pewności i potwierdzenia swojej spontanicznej decyzji obczaiłam jeszcze bilety do Gruzji. Nic, tylko lecieć w jedną stronę 😜 bo powrotny za 1600zł (wizz-em!) znacznie przekracza nie tylko granice portfela, ale przede wszystkim sensu.

… więc …

Postanowiłam, że biorę urlop i jadę w Dolomity. Spontaniczne decyzje w moim wykonaniu zawsze się sprawdzają, a z resztą co tu zbyt długo rozmyślać – trzeba działać!

Lubię być w drodze. Czytać, na zmianę drzemać, gapić się w przestrzeń. Cisza jest moim sprzymierzeńcem, a myśli biegają sobie jak obłoczki po niebie, niespiesznie. Mogę tak bez znużenia, sama ze sobą, przez długi czas. Po prostu w drodze. Muszę przyznać, że bardzo mi tego bycia w drodze przez cały ten i zeszły rok brakowało. Ale to tak cholernie. Ostatni raz za granicą (nie licząc jednodniowych wypadów w Tatry słowackie) byłam w grudniu 2019 roku – w Kijowie! Szmat czasu! 😮

A o Dolomitach marzyłam już dawno. Wiecie, jak to z nimi bywa – marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia!

Skąd tytuł notki – Dolomickie impresje? Bo nie zamierzam opisywać, co widziałam i co robiłam każdego dnia. Co tu dużo gadać – popatrzcie lepiej na zdjęcia, one powiedzą znacznie więcej! Ja się tyle już naoglądałam różnych piękności, robiąc „widokowy research” na Instagramie, a potem zobaczywszy to na żywo… Na zdjęciach jak zawsze chciałam oddać swoje wrażenia. Mam nadzieję, że oglądając te fotografie choć w małym stopniu będziecie mogli poczuć ich klimat!

Troszkę historii. Dolomity to pasmo w północnych Włoszech, uznawane jako część Alp wschodnich, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ich wiek szacuje się na 250 mln lat – Alpy są od nich prawie 4 razy młodsze!

Dolomity nie stanowią wyraźnego łańcucha górskiego. Składają się z grup skalnych oddzielonych głębokimi dolinami i wysokimi przełęczami – ależ to robi wrażenie! Szok! Ich niesamowite formacje skalne są mieszanką wapienia z rafą koralową – co czyni je niepowtarzalnymi w randze światowej. W całym paśmie znajduje się ponad 20 szczytów o wysokości ponad 3000m n.p.m., za najwyższy uznaje się Puenta Penia w masywie Marmolady (co w języku ladyńskim oznacza „Błyszczącą Górę”).

Marmolada, widok z Piz Boè

Rdzennymi mieszkańcami Dolomitów są Ladynowie, posiadający własną kulturę i język – dlatego wiele nazw, chociażby miejscowości, podawanych jest w trzech językach – włoskim, niemieckim i ladyńskim. Osady budowano wzdłuż dolin, są to skupiska kilku domowych osad – dziś tworzą pełne uroku miasteczka. W 1909 roku dzięki miłościwie panującemu cesarzowi Austro-Węgier, do których w tym czasie należał Południowy Tyrol i Dolomity, wybudowano wybrukowaną drogę, liczącą prawie 100km – zwaną dziś potocznie Szosą Dolomicką. Warto jeszcze wspomnieć o wpływach germańskich* na tamtejszych terenach. Zjednoczenie Włoch nastąpiło dopiero w 1861 roku i sprawa granic pomiędzy Austrią a Włochami toczyła się aż do drugiej połowy XX wieku. Z tego między innymi powodu przez Dolomity przetaczały się liczne wojska, a same góry aż do dzisiaj noszą ślady działań zbrojnych. To stąd te nazwy w dwóch czy trzech językach, a także fakt, że prościej dogadać się tu po niemiecku, aniżeli po angielsku! Ciekawa sprawa 😄

* to dlatego prościej było w knajpie zamówić kiełbachę – ociekający tłuszczem wurst rodem z Germanii, niż wspaniałą Margheritę na cieniutkim cieście! Całe szczęście, że chociaż lody były prawdziwie włoskie i miały smak fior di latte, czyli mojej ulubionej śmietanki 😉

Tyle z historii, chyba, że coś mi się jeszcze przypomni na bieżąco 😄

Te włoskie nazwy – Tofana, Rosetta, Civetta (o Marmoladzie nie wspominając), totalnie nic mi nie mówią, ale brzmią jak słodycze – mascarpone, panna cotta, mów mi więcej, jeszcze więcej cukru na uszy… Tak w ogóle to włoskiego nigdy się nie uczyłam (w końcu to na zachód od Polszy 🤪) i ciekawym odkryciem było, że „C” wymawia się jako „CZ” z śpiewnym zacięciem – przez co wychodzi „Seczeda„, „Czivetta”, „Tre Czime”, itd. To też jest słodkie! No i oczywiście żywa gestykulacja – fajne są te Włochy!

Muszę się czymś z Wami podzielić. Cały tydzień w Dolomitach przeżywałam déjà vu – mianowicie wszędzie, ale to dosłownie WSZĘDZIE widziałam migawki z Gruzji, z Kaukazu. Przejeżdżam przez Wielkie Taury tuż za granicą z Austrią, migają ciemne tunele, poza nimi góry zasnute mgłą – jak Wąwóz Dariali! Tylko tuneli więcej i znacznie dłuższe. Albo Aragwi – lasy we mgle, brakuje pomnika jeleni po prawej stronie przy drodze. O serpentynkach nie wspominając, bo te dolomickie przy gruzińskich zawijasach przed Gudauri wymiękają. 😉 Po czym za dnia zobaczyłam charakterystyczne, pochyłe nieco stożki i aż wykrzyknęłam: Chaukhi! Jakby to nie Chaukhi były „gruzińskiemi Dolomitami”, a wręcz na odwrót – Dolomity były Chaukhi. Oj, zryła mi ta Gruzja banię i to ostro. Nawet nie wiedziałam, że aż w takim stopniu! 😅

Po drodze mija się urokliwe miasteczka, których nazw i tak nie zapamiętałam – drewniane okiennice, ażurowe balkony (niczym w Tbilisi), wszystko bogato ukwiecone, zadbane – piękne jednym słowem! Nie czuć tego gwaru zatłoczonych miast, nikt nie wrzeszczy (jak w Tbilisi)…

Największe hity Dolomitów?

Najbardziej wymarzyłam sobie zobaczyć Secedę. Inspiracje, znalezione na Instagramie sprawdziły się i tym razem 😆 nie sprawdziła się tylko pogoda. Tzn – koneserzy mgieł byliby wniebowzięci, ja – dziecko światła – niekoniecznie. Cóż. Przynajmniej jest po co wracać, tak to zawsze sobie tłumaczę:)

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był trekking wokół Tre Cime di Lavaredo – symbolu Dolomitów wprost z pocztówek. Pogoda była znakomita, oczopląs we wszystkie strony świata, tam też chętnie bym wróciła raz jeszcze! Ogólnie rzecz ujmując – jest po co wracać w te Dolomity. Przy okazji nic, tylko brać sprzęcicho i ruszać na via ferraty!

Szczególnie urodziwa okazała się jeszcze góra Civetta, co po włosku oznacza sowę. 🦉 Tak, jedno z najlepszych zdjęć, jakie mi siadło podczas całego wyjazdu, przedstawia właśnie Civettę – widzianą z okolic szczytu Piz Boe. Piękny masyw, faktycznie nieco przedstawiający sowę z rozpostartymi skrzydłami, piękna ściana, Borsuk na sam widok aż miał ciarki.

Ja na większość widoków „z drogi” też miałam ciarki, bo aż mi się w żyłach kotłowało z tego zachwytu.

Wnioski po wycieczce? Całkowicie pozbawione logiki, ale tak to już bywa z uczuciami i emocjami, targającymi mój rudy łeb:

• przepadłam, zakochałam się jak w Kaukazie;

• Dolomity to widokowe Eldorado – to już nawet nie oczopląs, to pierdolec;

• tęsknię za Gruzją jak jasna cholera, wszystko mi ją przypomina, jest to chora miłość, na którą nie ma lekarstwa;

• Tatry i tak są bezapelacyjnie najpiękniejsze. Utwierdzam się w tym za każdym razem, gdy widzę i doświadczam innych pasm górskich.

Amen. Mam nadzieję, że się dobrze czytało!

Dziękuję tym, którzy doczytali do końca! 😍 Ciao!