Dzikie wojaże

Życie na wysokim poziomie.

Krok za krokiem. 

Powinnaś skupić się właśnie na krokach, ale w głowie cała sokowirówka myśli.

Skrzypi wóz, wielki mróz…

Noc…ty maja palavina…!

Ciepło.

Zimno.

Tylko do przodu.

Byle iść.

Bez sensu ten potok myśli!!

Ale znowu:

Gołąbki. Jak ja bym zjadła gołąbki!

(I doprawiła karpatką, aj, karpatka)

I znowu: skrzypi wóz, pada śnieg, pędzą sanie… 

Zauważyłam u siebie tendencję, że wraz ze wzrostem wysokości, kiedy inni czują się gorzej słabną, mi przybywa sił i energii. Najgorzej jest do 4500 😉 potem już i kroki, i myśli – spokojne, pewne. Bo im wyżej, tym lepiej. Niewiele mi do szczęścia potrzeba – ledwie kilka pięciotysięczników. 

_DSC5254
Widok trochę ponad tzw „Siodła”, które to rozdziela Elbrus na dwa wierzchołki: Wschodni (5621 м) i Zachodni (5642 м)

O 8:00 byłam na szczycie Elbrusa. Po raz drugi, nie ostatni!

Z tego wyjścia mogę być dumna. Na pieszo, będąc w marnych 20% ludzi, niekorzystających z ratraka. I jeszcze prognozy pogody były kiepskie – w ogóle się nie sprawdziły – miał pizgać dziki wiatr, a tu raczej lampa była. O godzinie 23:00 ruszyć z wysokości 3700m n.p.m., a 9 godzin później stać na szczycie.  Połowa grupy wykruszyła się po drodze i cały czas słyszałam tylko:

Chłopaki, damy radę, chłopaki…

Ej, a ja to co?! – wrzeszczę przez szczękościsk, a  kominiarka to jeszcze zagłusza.

-Ty? Jesteś ponad podział!

Czyt. Agusiu: ty to jesteś jakaś inna, świr, narwaniec i w ogóle bez sensu!

A przed 12 znowu byliśmy w bazie na 3700m. Kawał drogi, dryłowanie góra, dół… W drodze powrotnej z każdym metrem niżej robiło się coraz gorącej, pozbywałam się tylko co chwila kolejnych warstw, a od tego wszystkiego to aż zgłodniałam jak dziki wilczek (Niestety nie było gołąbków, ale wybór padł na też nietypową jak na mnie potrawę, bo kurczaka w sosie śmietanowym, czyli naprawdę jak dla wilka. Mnie to trzeba porządnie przegonić po górach, bym przedłożyła słodycze na konkrety! Jak mawiał mój Dziadek Edek: muszę się przelecieć, by zacząć jeść 😀)

_DSC5041
Elbrus-Krasaviec z Czegetu.

Ok, Elbrus, a jak do tego doszło?

8.07 przyjechałam z grupą na pełną aklimatyzację. Za ten czas mieliśmy wszystkie cztery pory roku i przewyższenia rzędem ponad 3500m. „Z góry na dół, jak z jedenastego piętra” 😉

Stopniowe zdobywanie wysokości, z każdym kolejnym dniem stopniowa zmiana trudności – to się nazywa przygoda! Był wodospad Dzieviczyje Kosy, przypominający rozpuszczone warkocze dziewczyny, było Obserwatorium, z którego widać czubek Uszby, był mój ulubiony Czeget, z którego widać dwustożkowy Elbrus – wtedy pogoda dopisywała idealnie, za to, gdy kolejnego dnia przemieściliśmy się wyżej, w stronę Garabaszy i naszej bazy, zaczęło pizgać i wyć wiatrem, pluć śniegiem – warunki iście piekielne. Gdy szliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa, w pewnych momentach ciężko było ustać na nogach, nie wspominając o założeniu raków. (Wesołe to było.) Dlatego też prognozy na atak szczytowy były raczej średnie, ale całe szczęście, się nie sprawdziły. Jak to prognozy w górach. 😉

_DSC5105
Lodowiec „Siódemka” z Czegetu.

Jeszcze było śmiesznie na granicy rosyjsko-gruzińskiej (tej bardziej formalnej, bo na granicy republik zawsze jest śmiesznie i przypałowo, jak chcą mnie wziąć za żonę, częstować lemoniadą, czy coś w tym stylu)– pierwszy raz mi się zdarzyło, że pogranicznicy prowadzili ze mną luźną pogawędkę.

– Skąd wracasz?

– Z Elbrusa.

– Na szczycie byłaś? Ja bym tam za żadne pieniądze świata nie wszedł, choćby mnie zmuszali! Ej! – woła do kolegi – ona była na Elbrusie, ja bym tam nie poszedł, a ty?

– Ja też nie, tylko wariaci tam chodzą…

– Za żadne pieniądze!

Także uprzeżywali się chłopaki-pogranicznicy.:)

_DSC5287.JPG
Widok ze szczytu zachodniego na wschodni:)

Chciałam się sprawdzić. Siłowo, wydolnościowo, charakterem. Takie trochę sado-maso, bo nikt mnie nie zmuszał, sama się rwałam. Udało się. Byłam po raz kolejny na magicznych 5642m n.p.m. i póki co, na tę chwilę, czuję się tym wejściem bardzo usatysfakcjonowana.:) Małe, rude, piegowate, ale uparte i zawzięte jak cholera.

A teraz… Cóż. Stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo, w tym sezonie jeszcze mnie tam nie było! Pora to zmienić! Aklimatyzacja jest, no to co – sru! Utrzymujmy życie na wysokim poziomie! Prawda? 🙂

PS. Wiecie, co to górski western?

Wędrówka Apacza w poszukiwaniu sracza.

A że gówniane tematy są zawsze numerem jeden, to takie prawdziwe:)))))))))

Dzikie wojaże

Jestem świrem. Dwa pięciotysięczniki w cztery dni.

Cel? Niekoniecznie. Raczej uwieńczenie drogi. Jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałabym, że kiedyś stanę na szczycie dwóch kaukaskich gigantów. Nad brzegiem Bajkału – owszem, ale jakieś niebotycznie wysokie wierzchołki?? Prawda, góry kochałam od zawsze, ale nie byłam wariatem, gotowym na jakieś ekstremalne wyzwania. Gruzja zmieniła w tym aspekcie wszystko. Żyjąc w Kazbegi od 13.04, Kazbek każdego dnia wabi mnie swym urokiem. To przecież taka trzy razy większa Babia Góra, którą co rano podziwiam z okna mojego rodzinnego domu. Przygotowywałam się więc mentalnie na spotkanie z Mkinvartsveri od połowy kwietnia i coraz śmielej myślałam o tym, że może i mi uda się stanąć na jego szczycie. Nadzieja matką głupich, a że głupi ma zawsze szczęście… 😉 Fizycznie – byłam jak kozica gotowa do skoku. Mówisz „DAWAJ!”, a ja stoję pierwsza w szeregu. Pierwszy raz na Przełęczy Arsza, jeszcze w śniegu po kolana, pierwsze spotkanie z lodowcem, pierwsza noc na Meteo, pierwsze przekroczenie granicy 4000 m n.p.m….Małymi kroczkami, ale „tylko do przodu i ani kroku w tył!”Technika strategiczno-oblężnicza. Wystarczy spuścić (Kozicę!!) z uprzęży i hoop, już jest. 😉 Takie przynajmniej miałam wrażenie, dlatego całą sobą chciałam się przekonać na własnej skórze JAK TO NAPRAWDĘ JEST.

„Szykuj się na Kazbek” – powiedziała mi kiedyś Ewa. Agusia oczy jak pięć złotych, w tęczówkach odbija się Lodowy Szczyt i nie może się doczekać! Szłam jako lider 23-osobowej grupy. Biegałam pomiędzy namiotami i każdego pytałam o samopoczucie, co wywoływało niemały zaciesz wśród grupy – oraz zdziwienie, skąd czerpię tyle energii 😉 Spędziliśmy dodatkowy dzień na Meteo, dzięki czemu nie tylko aklimatyzacja przebiegła dużo bardziej pomyślnie, ale i idealnie wstrzeliliśmy się w okno pogodowe. W międzyczasie jadłam arbuza z chłopakami z Bezpiecznego Kazbeku (<3) i piłam herbatę za herbatą. Ostatniego wieczoru miałam ogromny dylemat, czy w ogóle kłaść się spać – atak szczytowy rozpoczyna się zazwyczaj o godzinie 2 w nocy. Byłam tak podekscytowana, że gadałam jak najęta i daleko mi było do mojego śpiwora. 12:30 – nie wiadomo, czy mówić „dzień dobry”, czy „dobranoc”, zaspana jem śniadanie (zwał jak zwał) – kisiel wymieszany z owsianką (najlepsza bomba energii!). Cztery warstwy ubrań, słaby blask czołówki oświetlający drogę, krok za krokiem i ruszamy. CAVEDID, jak to mówią Gruzini. Na wysokości Czarnego Krzyża (ok. 4000 m)  mijamy ostatnie namioty – przed nami już tylko lodowiec. Nocą większość szczelin jest niewidoczna – to znaczy – człowiek nie zwraca na nie uwagi i dopiero, gdy musi  nad przepaścią, serce samo podchodzi do gardła. Dopiero wracając, mieliśmy okazję w pełni dojrzeć potęgę lodowca. Naprawdę, nie wyobrażam sobie iść tam samej, bez sprzętu, co niestety robią setki ludzi, zupełnie lekceważąc wszelakie zasady bezpieczeństwa. Tak złudnej rzeczy jak szczeliny na lodowcu nie ma.

Idziemy, mozolnie pnąc się do góry. W pewnym momencie nasz przewodnik zaczął nucić znaną kaukaską piosenkę „Jedziem, jedziem na diskoteku w sąsiednie sieło”. Mijająca nas grupa Rosjan przejęła pałeczkę i wkrótce wszyscy wspinali się w rytmie dyskoteki. 😉 Potem się dziwić, że jakieś dziwne rzeczy chodzą mi po mojej rudej głowie i nie mogą się wydostać!

Od wschodu słońca, który spotkał nas w okolicach Plateau (4400m), wszystko stało cieplejsze i piękniejsze. Wstąpiły we mnie nowe siły i świadomość, że teraz nic już mnie nie powstrzyma. Oczywiście będąc związanym na linie z innymi ludźmi trzeba stale zdawać sobie sprawę z tego, że w razie problemów jednego członka grupy zawrócić muszą wszyscy – ja czułam się tak wyśmienicie, że modliłam się tylko o siłę dla pozostałych! 😉 Na szczycie stanęło niemalże 100% grupy – aż 18 z 19 osób.

Tyle czekałam na tą chwilę. W sumie sama nie wiem, czego się spodziewałam na szczycie. Łez? Tańca radości? Było jedynie krótkie „O kurwa” i dziki oczopląs. I cicha duma, że dałam radę,. Małe rude, a zuch. Za to po powrocie do Meteo biegałam jak najarana, skończyłam arbuza (o matko, ależ taki arbuz smakuje po Kazbeku! Najlepsza rzecz pod słońcem!) i czułam, że wyglądam niczym wesoły kundelek, merdający ogonkiem. Zdaję sobie sprawę, że z góry byłam na wygranej pozycji. Dobra aklimatyzacja, pogoda jak żyleta, ciepło, doświadczeni przewodnicy… Przy takich okolicznościach nie mogło się nie udać. Przekonałam się „jak to jest”, ale tak naprawdę dalej nie wiem, „jak to jest”, bo takie warunki jakie miałam, trafiają się raz na miesiąc. Albo i dwa. Kolejne potwierdzenie tezy w moim życiu, że głupi ma zawsze szczęście. Co by się nie działo. I jeszcze wszyscy przewodnicy, którzy z nami szli, zgodnym chórem stwierdzili, że Aga to „nienormalnaja i prosto supier dziewuszka” – najlepszy komplement, jaki może usłyszeć kobieta, która właśnie wróciła z pięciotysięcznika 😉

Oczywiście najważniejsze w zdobyciu szczytu jest bezpieczny powrót. Wracając do Kazbegi chłopaki uczyli mnie mohewskiego – lokalnej gwary. Tak naprawdę nie jestem pewna poprawności tłumaczenia, oni uwielbiają robić sobie ze mnie jaja i ogromnie to ich bawi, gdy się potem denerwuję. Stwierdzili, ze mimo lisiej fizjonomii wcale nie jestem jak lis – zwykle brakuje mi chytrości. Więc w sumie jestem pewna, że wciskali mi kit. 😀

Zeszliśmy z Kazbeku i już kolejnego poranku ruszyliśmy w stronę Elbrusa.

Wyjazd do Rosji był dla mnie darem od losu i totalnym zaskoczeniem. Takim sto razy większym niż Kazbek. Tego się nie spodziewałam, gdy Ewa w połowie lipca powiedziała mi: „Musisz wysłać paszport do Polski i wyrobić wizę. Pojedziesz na Elbrus.” Znowu zrobiłam oczy jak pięć złotych i w duchu zaczęłam skakać z radości. Elbrus! Rosja!!!!! Nigdy nie pozbędę się miłości i sentymentu do tego kraju – w końcu pięć lat studiów równo ryje banię ;) Wreszcie mogłam sobie posłuchać czystego brzmienia rosyjskiego, a nie kaleczących Gruzinów, którzy mówią: „Eto haroszyj gałowa, paczemu ON balit?

Prócz wizy, największa trudnością w podróży do Rosji jest oczekiwanie na granicy, ale nawet to poszło bardzo sprawnie – trzy godziny to naprawdę nic (przypomniałam sobie moje 12h, kiedy wracałam z Kijowa). Witamy w Rosji, po raz trzeci. Ekstrim uze naczalsa!!! Marzyłam zobaczyć Kaukaz od strony rosyjskiej – mówisz i masz. Całą drogę, mimo deszczu, wchłaniałam widoki i cieszyłam się jak dziecko. Już tak długo jedynymi górami, jakie widziałam, były regiony Kazbegi, więc Osetia i Kabardino-Bałkiria były dla mnie miłą i zupełnie zaskakującą odmianą. Lasy, których w Gruzji nie ma dużo i dzika przestrzeń – to jest to, co zrobiło na mnie największe wrażenie.

Elbrus to wygasły wulkan. Czytałam kiedyś ciekaw artykuł Góreckiego, w którym opisywał, że Elbrus się budzi, a gdy wybuchnie, całkowicie zmieni panoramę Kaukazu i wszystkich sąsiadujących krajów. Ma dwa wierzchołki i jest ogromnym masywem. Oraz bardzo komercyjnym. Na wysokość 4900 m może wywieźć ratrak, a jeszcze wyżej – skuter śnieżny. Wystarczy zapłacić. Oczywiście 700 m przewyższenia do pokonania pozostaje, ale to i tak duże ułatwienie. Sporym wyzwaniem jest za to zimno. Znowu mieliśmy pogodę-żyletę, ale mimo to i tak chłód dał się we znaki. Jeszcze nigdy w życiu nie miałam na sobie tyle warstw, a wcale nie było mi za ciepło! Ot, tak w sam raz. Wschód słońca był bajkowy i znowu dodał skrzydeł. Na szczycie Elbrusa byliśmy juz o 6:50 lokalnego czasu. To było jak postawienie kropki nad i. Wyżej w Europie nie ma już niczego!!! 5642 m n.p.m. Przepiękny widok na Wysoki Kaukaz: Uszbę, Szcharę, Czeget, Dych-Tau… dla takich widoków warto się wysilać. Znowu prawdą okazuje się powiedzenie, że „życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością momentów, kiedy zapiera oddech”.

_DSC8028.JPG
Aga na szczycie Elbrusa (5642 m n.p.m) Wyżej w Europie już się nie da!

Czy czuję się zdobywcą? Nie, w żadnym razie. Alpinistką? Daleko mi, w pożyczonych butach i gore-texie. Czuję się jednak cholernie szczęśliwym i (na dziś dzień!) spełnionym człowiekiem. Tym większe podziękowania należą się Mountain Freaks! Wspominałam już, że kocham swoją pracę i możliwości, jakie mi daje? A że zawsze wychodzę z założenia, że jak dają, to trzeba brać… korzystam więc, jak tylko mogę! 🙂