Dzikie wojaże

Przed-sezonowe Pod-Elbrus-ie.-

Połowa maja już za nami, leci ten czas jak oszalały. Jeszcze pięć miesięcy równe i będę w Polsce! 😉 W Kazbegi w końcu nastała wiosenna aura. W sumie to w przeciągu dosłownie trzech dni buchnęło wszystko, jak oszalałe. Kwitną pierwiosnki w górach, wiśnia za biurem (będzie miała dużo owoców, będzie znowu co obrywać!), trawa zieloniutka… I śniegu coraz mniej na stokach gór, aż trudno uwierzyć, że ledwie tydzień temu miejscami było go po kolana. Magia. Słońce potrafi czynić cuda.:) Od razu lepiej na sercu człowiekowi!

_DSC0579.JPG
Wąwóz Darialski – otwarte Wrota Kaukazu.

Ostatnio miałam też niespodziewany wyjazd służbowy – i to pod Elbrus! Po raz kolejny się powtórzę – taką pracę to można mieć 😀 Zanim jednak to się stało, miałam kilka przygód po drodze, jak to zawsze bywa. Na przypale, albo wcale! Gdzieś po majówce czas nagle bardzo przyspieszył. Jednego dnia musiałam się zebrać dosłownie w 15 minut, spakować i pędem jechać do Tbilisi, by nad ranem odebrać grupę z lotniska, spędzić z nimi cały dzień w Sighnaghi, a na kolejny spokojnie wrócić do Kazbegi. Kluczową informacją dla dalszej narracji jest fakt, że byłam trochę przeziębiona – zawiało mnie, jak szłam z mokrymi włosami i trochę mnie to trzymało. W Kazbegi 10*C, w Sighnaghi 30*C i wtedy mnie trafiło. Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos. Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem! 😛

Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. 😀 Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłam) tak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło! To chyba Kazbegi na mnie źle działa, bo jakoś ten sezon nie mógł się tak z początku wykluć, albo po prostu wyjścia w góry mi brakowało, ot co! 😉

_DSC1736a (8)-01.jpeg
Kazbek, widziany z Osetii.

Także razem z towarzyszką dzikich wojaży Anną objechałyśmy Rosję, robiąc przedsezonowy rekonesans pod Elbrusem. Cudownie było, pod każdym względem. Dopisały warunki, pogoda, samopoczucie – wszystko złożyło się na powodzenie wyjazdu. Na granicy koleś tylko zapytał, po co nam wiza biznesowa, kazał nam chwilę poczekać zanim wbił pieczątki, po czym dodał, że po co nam jechać do Kabardino-Bałkarii, skoro Osetia jest ładniejsza? Bez sensu! Przekraczanie granic zawsze niesie ze sobą mały element adrenaliny. 😀 Tak samo na granicy republik – też trzeba wychodzić, pokazywać paszport, odpowiadać na pytania gdzie i skąd jadę, ile mam lat i czy mam męża i takie tam standardowe gadki-szmatki – tyle, że tam to już na luzaka, bez takiej spiny A PO CO CI WIZA BIZNESOWA. Potem jeszcze z małych przypałów naszemu kierowcy nalali na stacji benzynowej diesla, zamiast benzyny, ale jakoś sytuacja została uratowana i szczęśliwie dojechałyśmy do Azau, wioski pod Elbrusem.

Rosja to definitywnie moja bajka. Nie pytajcie dlaczego – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Niech wszyscy mówią co chcą, ale jakoś zawsze mi się tam wszystko podoba – niby skromnie, ale zadbane wszystko. Drzewa pobielone wapnem, trawniczki przystrzyżone, czysto, ludzie nie wrzeszczą na siebie – inny świat niż gruzińska rzeczywistość! I jedzonko takie domowe – twaróg, gęsta śmietana, rosół… I kaukaskie manty, czak-czaki, chyczyny. Pyszności. Tak to można żyć! Mogę rozbić swą bazę pod Elbrusem i stamtąd dowodzić rosyjskim oddziałem Mountain Freaks. 😉

_DSC0868.JPG
Elbrus – 5642 m n.p.m. – i ja na tym samym samiuśkim czubku jego byłam!

Kabardino-Bałkaria to twór stworzony przez Stalina za czasów Związku Radzieckiego. (On tak miał, że łączył w republiki dwa zupełnie rożne, czasem wręcz wrogie sobie narody, zwłaszcza z upodobaniem robiąc to w Kotle Kaukaskim, w którym wrzało, wrze i będzie wrzeć…) Zamieszkują go Kabardincy i Bałkarzy, mówiący swoimi językami z kosmicznej grupy tureckiej. Są wyznania islamskiego, stąd meczety na tle niebotycznych gór i muzeini, nawołujący do modlitwy wśród tej górskiej ciszy robią niesamowite wrażenie.

Aklimatyzacja przeszła z sukcesem! Pełny plan wejścia na Elbrus z stopniowym zdobywaniem aklimatyzacji wygląda tak:

  • Podejście do wodospadu Czyrnabaszi, zwanego też „Deviczije kosy”, gdyż woda spływa po skałach niczym rozpuszczone włosy dziewczyny,
  • Wejście na Czeget (można wjechać kolejką, ale to jak z Kasprowym, dla kozic nie istnieje) – to już wysokość ponad 3000m,
  • Wjazd kolejką na Garabaszi (3800) i podejście na Skały Pastuchowa – niemalże 4800m n.p.m.!

Z reguły czwarty dzień się odpoczywa w bazie na 3500-4000m, a piątego atakuje się szczyt. Szósty na wypadek niepogody.

_DSC1082.JPG
Wodospad Devichie Kosy.

Elbrus nie należy w zdobywaniu do jakiś wymagających lub super ciekawych szczytów. Ot, najwyższy szczyt Europy, mierzący 5642m, tak właściwie to góra człapana, z silnym wiatrem i chłodem. Jeszcze w ramach ciekawostki – Elbrus jest wygasłym wulkanem i najwyższym szczytem Kaukazu, ma dwa wierzchołki. Jego nazwa pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego i oznacza „błyszczący”. Szczyt posiada też określenia w językach narodów zamieszkujących jego okolice. Nazwa karaczajsko-bałkarska „Mingi tau” oznacza Wieczną Górę, a kabardyjska „Oszchamacho” – Góra Szczęścia. 

Ja już mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka i że podejście nudne, ale panoramy z Elbrusa nie mają sobie równych, a na samo ich wyobrażenie i wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Cieszyłam się więc jak dziecko, mogąc je podziwiać po raz kolejny. Zawsze mi brakuje słów w takich momentach, na opisanie piękna gór.:) Doszłyśmy z Anią do tych Skał Pastuchowa, prawie 4800m i miałam taką moc, takie parcie, że stwierdziłam, że jakby nie była godzina 13, a kolejnego dnia nie musiałybyśmy wracać do Gruzji, to bym i na szczyt wlazła. Potem jeszcze mi tak piknęło w rudym łbie, że przecież na Elbrusa – ale tylko przy dobrej pogodzie i warunkach!!! – mogłabym i sama wejść. Sama na Elbrus – to brzmi jak wyzwanie! 😀

_DSC1522.JPG
Towarzyszka Anna podziwia panoramy Wysokiego Kaukazu.

Tymi widokami, zwłaszcza przy takich warunkach, niemożliwe jest się nasycić. Nigdy dość, zawsze mało. Siedzieć tam całą dobę, od świtu, poprzez zmierzch i przez całą noc patrzeć na gwiazdy – może wtedy stopień naładowania baterii widokami osiągnąłby poziom dodatni. A tak to… Aż żal było opuszczać Azau i wracać do Kazbegi. Na koniec od pani Tatiany z hotelu Antau dostałyśmy po folkowej chustce na głowę – ucieszyłam się, bo będę miała na zmianę ze swoją góralską chustką 😉 na okazję bycia pod Elbrusem! Do następnego razu!

Nie pozostaje nic innego, jak utrzymywać aklimatyzację na wysokim poziomie i czekać na kolejny wyjazd! Taka perspektywa nravitsa, nravitsa mnie*…;)

*podoba mi się!

PS. Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania, dotyczące wejścia na Elbrus lub aklimatyzacji – piszcie, chętnie podzielę się wiedzą 🙂