Dzikie wojaże

Armenia to nie zupa pomidorowa.

Nosi mnie po świecie jak nasionko klonu, pchane wiatrem. Albo jak uczep na kociej sierści. To tu-to tam. Planami wyjazdów żyję na kolejny miesiąc w przód, w skrócie – nie ma kiedy pralki załadować 😀

Pierwszy raz w tym roku byłam w Armenii miesiąc temu,  teraz właśnie wróciłam z kolejnego wyjazdu z grupą. Jakoś nie jest to moje miejsce na ziemi – moje sceptyczne podejście znowu znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości i tak jest (niestety) za każdym razem. Gruzja jakoś potrafiła podbić moje serce od razu, a Armenia – ani grama i jeszcze za każdym kolejnym wyjazdem tylko mnie utwierdza, że mam czego nie lubić. No po prostu. Nie wszędzie musi mi się podobać i nie wszędzie muszę mieć ochotę wracać. 😉 W dodatku diabelnie gorąco, nie do wydzierżania. Gdyby nie góry, trzy najwyższe wulkany, na które wchodziliśmy z grupą to nic ciekawego tam bym już nie znalazła – taka prawda.

Khustup, Ażdahak i Aragac – to trzy najwyższe szczyty Armenii, a dwa ostatnie to wygasłe wulkany. Każda z gór jest totalna inna – ma inne podejście, inne widoki, inne wrażenia z wchodzenia. Do mnie jakoś przemówił Ażdahak z pasma Gór Gegamskich – z zielonymi zboczami i jeziorem w środku krateru. To z perskiego „wielki, potężny”. Góra jest również siedzibą Wiszapa – półsmoka, półczłowieka, który raz na 1000 lat schodzi na ziemię w towarzystwie burz z piorunami. Wysoko ponad górą istnieje zaś swoista sieć, korytarz, po którym podróżują tego typu stwory – wg legendy, zapewne dopowiedzianej w przeciągu ostatnich 30 lat, Ażdahak odwiedził nawet potwór z Loch Ness 😀

_DSC4168.JPG
Jezioro Akna – widok ze szczytu Ażdahaku. 

Żeby zdobyć najwyższy szczyt Armenii, północny (jeden z czterech) wierzchołek Aragatsu o wysokości 4090 m, najpierw trzeba wejść na południowy, zejść do krateru i dopiero wtedy wleźć na tej najwyższy. Droga powrotna to samo – kiedy wydaje Ci się, że już schodzisz, zaraz trafiasz na kolejne podejście, bo przecież musisz jeszcze wyleźć z krateru! 10 godzin to zajęło, fajna, przyjemna orka. Przecież o to chodzi, by się zmęczyć w górach, nieprawdaż? Nie ma lekko!!

_DSC4254.JPG
Aragats – wierzchołek północny (4090m)

Także w skrócie – lepsze niż góry mogą być tylko góry, w których nas jeszcze nie było. Zaliczone, pora na kolejne!

****

Siedzę sobie na najwyższym stopniu erewańskich Kaskad. Przemierzyłam 572 stopnie, by tam wleźć. W końcu dzień bez wchodzenia do góry jest dniem straconym, nieprawdaż? Mam chwilę wytchnienia po upalnym dniu i wpatruję się w Ararat, oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Paradoks – święta góra Ormian , tak pięknie wyeksponowana w całej stolicy, znajduje się na terytorium Turcji. Wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji. W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

_DSC2305.JPG
Widok z erewańskich Kaskad na Ararat. 

W ogóle Armenia to kraj paradoksów. Kolebka cywilizacji, wszystko jest tu najstarsze, najlepsze – nawet niebo jest wyżej. Szczycą się, że jako pierwsi na świecie przyjęli chrzest, ich unikalny alfabet, liczący 39 liter powstał w IV wieku. Stolica liczy 2800 lat – jest starsza nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w Erewaniu żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”– czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i nie zapowiada się, by wiele w tym temacie się zmieniło.

_DSC3899.JPG
Monaster Tatew – z ormiańskiego tłumaczone na „daj mi skrzydła”

Narodowym daniem jest lawasz – cieniutki chleb, który można wykorzystać jako obrus, serwetkę, talerz, a nawet łyżkę. Co ciekawe – pieczeniu lawasza nie powinna przyglądać się osoba o zielonych oczach – znowu poczułam się dyskryminowana i po raz kolejny złamałam formę!

Jeden Ormianin spytał mnie:

-Czy Twoje imię pochodzi od słowa „ogień”?

Słyszałam już to w tym sezonie chyba czwarty raz! Nie wyprowadzałam go z błędu, że pochodzi raczej od głupiego jagniątka i ze śmiechem opowiedziałam, jak to jedna grupa przezwała mnie Aganiok.

Tak, Ormianie wierzą w symbole. I w przeznaczenie. Ale nie mogą pogodzić się z przeszłością i zacząc normalnie funkcjonować w teraźniejszości – takie jest przynajmniej moje wrażenie o tym kraju.

-Czy wierzysz, że w Armenii będzie dobrze?

-Wierzę!

-Wiesz, mamy nowego prezydenta.

-O, naprawdę? Nie wiedziałam!

-Jak to nie wiedziałaś?!

– Kiedy mieliście wybory?

-Już rok temu!

W Polsce po roku od wyborów raczej planuje się już kolejne… A tu cały czas tkwi się w fakcie dokonanym, nie mogąc ruszyć do przodu.

Brodząc po Erewaniu wspominam swój zeszłoroczny wyjazd do Baku – o podobnym terminie – zdecydowanie najmniej kaukaskiej stolicy trzech państw Zakaukazia. Kolejny paradoks – pierwsze pytanie, jakie Ormianie zadali mi na granicy, brzmiało:

-Co robiłaś w Azerbejdżanie? Czy mówili coś o nas?!

Kiedyś oba te narody żyły w przyjaźni obok siebie. Dziś dzieli ich dosłownie wszystko, na czele z zamkniętą na cztery spusty granicą.

Mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do Armenii. To, że nie skradła mojego serca po raz kolejny – ani krzty! – to nic takiego, zdarza się, to tak samo jak z człowiekiem. Nic prócz niej samej nie jest zupą pomidorową, by wszyscy lubili 😀 Niby ładnie, niby miło… ale szału ni ma, dupy nie urywa. Z dwojga kaukaskiego złego piekiełka, niech już lepiej będzie ta Gruzja… 😉

Dzikie wojaże

Armenia.

ZAPRASZAM NA WYPRAWĘ DO ARMENII! :)) Na każdym kroku będę ją porównywać mimowolnie z Gruzją, ale nic na to nie poradzę. Gruzja to była miłość od pierwszego wejrzenia, a Armenia nie była już taka „łatwa i przyjemna”.

Na samym początku warto wspomnieć, że zarówno alfabet gruziński, jak i alfabet ormiański są JEDYNE I NIEPOWTARZALNE– nie ma na świecie drugich takich, ani nawet podobnych. Są po prostu unikalne i unikatowe.

Za twórcę alfabetu ormiańskiego, który obecnie składa się z 39 liter, uważa się mnicha MESROPa MASZTOCa, żyjącego w IV wieku.

Wedle legendy o stworzenie alfabetu Masztoca poprosili także Gruzini. Prosili, prosili i doprosić się nie mogli. W końcu Masztoc się zdenerwował, zrzucił na podłogę misę z makaronem, który jadł i krzyknął do Gruzinów: A MACIE SWÓJ ALFABET! Faktycznie, alfabet gruziński ma w sobie coś ze spagetti. 😉 Takie zawijasy same! Jak mi się będzie kiedyś nudzić, nauczę się alfabetu gruzińskiego (lubię makaron!!) i będę czytać napisy na sklepach i reklamy.

5

Poniżej przedstawiam Wam typową Armenię: bazary, owoce i, rzecz jasna, podobnie jak w Gruzji- mućki.

Dwa słowa o Ormianach: widać, że są całkowicie inni, niż Gruzini. Nie mają wielkich brzuchach, po których lubią się drapać, są o wiele bardziej pracowici i powiadają, że w ich żyłach płynie krew targarza:tak jest, to czysta prawda. Biznesy i biznesiki, każdy myśli o tym, jakby coś zarobić i jak wyjść na swoje. Chytre oczka, zmysł handlowca- widać to od razu. Oczywiście, też przesiadują przed sklepami, leniwie paląc papierosy, ale nie w tak rażącym stopniu i spokoju, jak Gruzini. Niby dwa sąsiednie, bardzo podobne narody, a naprawdę tak bardzo się różnią mentalnością i charakterem.

Może to też kwestia losów tych państw i dramatycznej historii, ale o tym wspomnę nieco poniżej…

Za symbol Armenii uznaje się OWOC GRANATU: jest widoczny na każdym kroku. Dużą popularnością cieszą się tu trójwymiarowe magnesiki na lodówkę, w kształcie granatu; obrazy z granatami, korale z kamyczkowych granatów…

ERYWAŃ, stolica Armenii, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z racji tego, że w Turcji jeszcze nie byłam, czułam się trochę jak w Mostarze. Dla tych, co znają klimat rodem z Imperium Osmańskiego- Erywań też należy do tego kolorytu. Orient, orient unosi się w powietrzu! Na ulicach i bazarach, na każdym kroku!

jj

Piękny jest ten Erywań, naprawdę. Warto dodać, że Erywań/Erebuni został uznany za jedno z NAJSTARSZYCH MIAST ŚWIATA: jest starszy nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w stolicy żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Bardzo silna jest jednak ormiańska emigracja. Jak mówiłam: Ormianie-wieczni tułacze, Żydzi Kaukazu…

Poniżej: KASKADY, czyli położony na wzgórzu kompleks architektoniczny. Na pierwszy rzut oka widzimy jedynie schody, jednak przy poszczegó

 

lnych kondygnacjach znajdują się wejścia do środka: znajdziemy tam Muzeum Sztuki i tematyczne wystawy, prezentujące głównie sztukę nowoczesną.

hh.jpg

 

 

W całym kompleksie (na placu i przy wejściach na poszczególne kondygnacje) znajdują się ciekawe formą i kształtem rzeźby: zajączki, konie, grube kocury, tancerki, pływacy…  Im wchodzi się wyżej, tym widok z góry i roztaczająca się przed nami panorama robi coraz większe wrażenie… Na pierwszym planie nasz wzrok pada na ARARAT- świętą górę Ormian- czytajcie dalej, opowiem o niej nieco później, bo to ważna sprawa, a całkowicie inna bajka…

jjjjj

 

Jak już wspominałam wyżej, Armenia to starożytny kraj, kolebka chrześcijaństwa, którym niejednokrotnie targały dramatyczne wichry historii. 

Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Spróbuję Wam to wyjaśnić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”- czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i pozostała jedynie pamięć o wielkich zwycięstwach i gorzkich porażkach.

Największym bólem Ormian jest ROK 1915, kiedy to w wyniku ludobójstwa Turcu wymordowali 1,5 miliona Ormian. 

W XIX wieku Armenia była podzielona pomiędzy Rosję i Turcję. Ormianie, jak już wspominałam, to naród mądry i sprytny, dlatego wiele wysokich stanowisk w Imperium Osmańskim zajmowała właśnie ormiańska inteligencja. W wyniku narastających nastrojów antyormiańskich, władze zorganizowały masowe rzezie ludzi, pochodzenia ormiańskiego. W ciągu kilkunastu tygodni, począwszy od kwietnia 1915 roku wymordowano blisko 1,5 (słownie: PÓŁTORA) MILIONA ORMIAN, czyli praktycznie 3/4 całej społeczności ormiańskiej, zamieszkującej przed wojną tereny Imperium Osmańskiego. Rzeź Ormian została uznana za pierwsze masowe ludobójstwo na całym świecie. Warto wspomnieć, że jest ona drugim, zaraz po Holocauście, najlepiej udokumentowanym pogromem ludności przez władze państwowe na danej grupie etnicznej.

  1. kwietnia każdego roku Ormianie obchodzą wspomnienie rzezi, dokonanej na przedstawicielach ich narodu. Marsze upamiętniające ich tragiczne dzieje przechodzą nie tylko w Armenii, ale i na całym świecie, w tym- w Polsce.

 

Pomnik pamięci ofiar Genocydu (tak nazywana jest inaczej Rzeź Ormian) znajduje się w centrum Erywania. W środku obiektu płonie znicz pamięci i składane są kwiaty.

m

Przyznam szczerze, że stojąc tam, czułam się jak w Oświęcimiu, w Auschwitz. To samo przerażające i mrożące krew w żyłach okrucieństwo, którego ktoś dopuścił się na całkowicie bezbronnych i zupełnie niczemu nie winnych ludziach! Na takie tragedie nie ma słów, nie ma komentarzy. Jedyne co można zrobić: NIGDY NIE ZAPOMNIEĆ. Teraz całkowicie zrozumiała wydaje się drzazga, tkwiąca w sercu Armenii. Dodam, że Armenia nie utrzymuje z Turcją stosunków dyplomatycznych i ma z nią zamkniętą granicę.

 

W centrum Erywania, tuż obok Placu Republiki, wieczorem odbywa się przepiękny pokaz Tańczących Fontann. Zawsze, gdy widzę fontanny, myślę o mojej Mamie, której wiem, że by się jej one spodobały:)

W połączeniu z oświetlonym budynkiem ministerstwa, fontanny zapewniają widzom niesamowite przeżycia i wrażenia- stoi się półtorej godziny z otwartą paszczą, podrygując w takt muzyki i się podziwia.

kk

Co ciekawe- pokazy tańczących fontann odbywają się codziennie i przychodzą na nie tłumy: nie tylko turyści, ale i rdzenni mieszkańcy miasta. Ot tak, postać, popatrzeć…

 

Teraz opowiem Wam o kolejnej bolączce Ormian, a jest to GÓRA ARARAT. Święta góra Ormian, wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji.W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

Taka to historia.

Ararat to masyw wulkaniczny, leżący w samym sercu Wyżyny Armeńskiej, pomiędzy jeziorami Wan i Sewan. Obecnie 32 km od granicy ormiańskiej i 16 km od granicy z Iranem. Masyw górski, na wierzchołkach całorocznie pokryty lodowcem, składa się z dwóch szczytów: Wielkiego (5137 m n.p.m.) i Małego Araratu (3896 m n.p.m). Coś jak Kilimandżaro- samotna góra wśród pustkowia.

Piękna jest ta góra, robi wrażenie…Piękna za dnia, a przy zachodzie słońca jeszcze piękniejsza- popatrzcie tylko na zdjęcia, które udało mi się CUDEM*** zrobić!!  (***ciężkie warunki, zdjęcia robione z drogi, z pędzącego i skaczącego po dziurach autobusu, omal sobie zębów nie wybiłam na własnym aparacie)

ly

I znowu ten smutek. Co musi czuć ten biedny Ormianin, spoglądając na swoją świętą, ukochaną górę, jednocześnie mając świadomość, że nie należy ona do niego? To tak samo czułabym się ja, gdyby moja Babia Góra w całości znajdowała się daleko po stronie słowackiej. Masakra.

 

Mała dygresja, aczkolwiek bardzo ważna. A JAK WYGLĄDAJĄ STOSUNKI Z POZOSTAŁYMI SĄSIADAMI ARMENII?

-z Turcją: brak stosunków dyplomatycznych, zamknięta granica.

-z Iranem: neutralne stosunki.

z Gruzją: poprawne, acz bez szału. Cały czas wieczne spory, kto jako pierwszy tak naprawdę przyjął chrześcijaństwo. Z humorem, ale bez szału.

-z Rosją: najlepsze z wszystkich sąsiadów- to można rzec od razu. Rosja na arenie międzynarodowej zawsze poprze Armenię, która jest tak naprawdę ślepo w nią zapatrzona… Kiedy w Turcji zestrzelono dwa rosyjskie myśliwce, w głowie zaświtała mi przerażająca myśl: przecież to byłby świetny pretekst do wywołania wojny. W dodatku Rosja z wielką chęcią poprze Armenię, nie zapominającą ani na chwilę o marzeniach o Wielkiej Armenii i Araracie…

Przerażające.

-z Azerbejdżanem: tutaj też jest kiszka. I to dużego kalibru, bo trwająca bez przerwy.

Chodzi o sprawę GÓRSKIEGO KARABACHU. Jak można przeczytać na stronie „Armenia w pigułce”:

„Azerowie, którzy po decyzji bolszewików w latach 20. XX wieku zyskali historycznie ormiański region Górskiego Karabachu, konsekwentnie tłumili wszelkie próby uzyskania szerszej autonomii bądź niepodległości przez tamtejszych Ormian. Wyższa dzietność islamskich Azerów i patriotyczny zapał karabaskich Ormian powodowały coraz większe tarcia między dwiema kulturami, aż w końcu zaczęło dochodzić do lokalnych zamieszek, a następnie pogromów ludności. Wojna rozpętała się na dobre w 1992 roku, kiedy Azerowie postanowili o odebraniu Górskiemu Karabachowi statusu obwodu autonomicznego. W odpowiedzi Ormianie z Karabachu ogłosili niepodległość, w dwa lata wypędzili zamieszkujących region Azerów i w efekcie dzisiaj Republika Górskiego Karabachu faktycznie istnieje, ale nie jest uznawana przez żadne państwo na świecie. Nawet Armenia, w obawie przed zaognieniem stosunków z muzułmańskimi sąsiadami, nie wspomina głośno o przyłączeniu Ormian zamieszkujących de facto obszar Azerbejdżanu. Efekt? Granica armeński-azerbejdżańska jest zamknięta, a turysta z wizą Górskiego Karabachu w paszporcie może zapomnieć o wjeździe do Azerbejdżanu (władze traktują to jako naruszenie suwerenności państwa).”

http://choosetravel.pl/2013/11/20/armenia-w-pigulce/

Mała rada ode mnie: żeby utrzymać dobre stosunki z JAKIMKOLWIEK ORMIANINEM najlepiej nie wymieniajcie słowa „Turcja”, ani „Azerbejdżan”. Warto to zrozumieć i zaakceptować. Po prostu tak będzie lepiej dla wszystkich…

 

Armenia słynie z licznych klasztorów, świątyni i monasterów, ukrytych wysoko w górach. Jakże odmienną budowlą jest świątynia w małej wiosce GARNI!! Pierwsze wrażenie: O KURCZE, GRECKA ŚWIĄTYNIA! 

fsf

Na środku ormiańskiego pustkowia!! Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe 🙂 jest to przykład zafascynowania Ormian architekturą hellenistyczną, jednakże świątynia została poświęcona pogańskiemu bogowi słońca- Mitrze. Co ciekawe, świątynia w całości została zburzona w wyniku trzęsienia ziemi w XVII wieku, dziś możemy podziwiać jedynie rekonstrukcję. Nieopodal Garni znajduje się przepiękne zejście do wąwozu rzeki AZAT. Przyjemny spacerek, po nieco piaszczystej dróżce, ale czegoś takiego, jak ściana, przypominająca plaster miodu, wisząca nad głową- jeszcze nie widziałam.

Pędzących po piachu terenowych ład 4×4 rownież nie widziałam- ale czad, to była moc! Jak będę chciała kupić sobie kiedyś auto, zbieram na Ładę 4×4 i sprowadzam ją z Kaukazu! 

Mućki na drodze nie zrobiły już na mnie większego wrażenia, w końcu będąc na Kaukazie już parę dni, zdążyłam do nich przywyknąć. A co tam. Normalka przecież! 

f.jpg

A oto jezioro SEWAN. Największe jezioro Armenii. Mimo, iż Armenia nie posiada dostępu do morza, ma kilka pokaźnych i cieszących się dużą popularnością wśród turystów jezior. Sewan jest jednym z najwyżej połozonych jezior świata– leży na wysokości prawie 2000m n.p.m!

Woda jest niebieściutka i, o czym warto wspomnieć- czysta i bardzo ciepła. Pod koniec lipca (pytałam) temperatura wody to około 25-28 stopni!

uolj

Piękny widok na jezioro roztacza się z okolic monastreu Sewanawank. Monaster, jakich wiele w Armenii, o czym już z resztą wspominałam. 😉

Nawiązując do świętej Góry Ormian- góry Ararat. Najpopularniejszy koniak Armenii nazywa się ARARAT. Papierosy- ARARAT. Piwo to również ARARAT. Na każdym kroku podkreślanie: Ararat jest nasz. Przynajmniej w naszych sercach, pamiętamy i nie zapomnimy.

Jednym z najlepiej zapamiętanych przeze mnie miejsc, widzianych w Armenii jest TATEW. Tatew to tak naprawdę nazwa kolejnego monasteru, różniącego się jednakże od pozostałych tym, że został on wzniesiony (w IX wieku) w bardzo trudnych warunkach- wysoko w górach, w ciężko dostępnym miejscu. Zastanawiało mnie jedno: ileż trudu kosztowało budowniczych przewiezienie surowców. Z resztą- jak to w ogóle było możliwe!! Przez takie przepaści, przez takie wąwozy! W IX wieku!!

Nowinką techniczną było wybudowanie i uruchomienie w 2010 roku kolejki o wdzięcznej nazwie SKRZYDŁA TATEWU prowadzącej do kompleksu. Co ciekawe: jest to najdłuższa na świecie kolejka linowa, o łącznej długości 5752 m.

w.jpg

Pamiętacie, jak wspominałam, że na Kaukazie wyzbyłam się wszystkich swoich lęków związanych z wysokością? Po takim Tatewie na przykład się tak stało. Bo jakby spojrzeć w dół…. Kolejka porusza się z maksymalną prędkością 37 km/h, podróż w jedną stronę trwa około 10 minut. W najwyższym punkcie kolejki wagoniki znajdują się na wysokości 320 metrów. :)))

NAJLEPSZYM LEKARSTWEM NA FOBIĘ JEST PO PROSTU… PATRZEĆ W DÓŁ I PODZIWIAĆ, o taaak, definitywnie….

Jednym z najpopularniejszych dzieł sztuki dawnej Armenii są tak zwane CHACZKARY: bogato zdobione i rzeźbione kamienne płyty z wizerunkiem ormiańskiego krzyża, symbole chrześcijaństwa. Z reguły chaczkary upamiętniały ważne wydarzenia dla kraju: bitwy, władców… Umieszczane były przede wszystkim na murach świątyń, a także często na rozstajach dróg- jako drogowskaz dla wędrowców.

Po drodze odwiedziliśmy jeszcze przepiękny KLASZTOR NORAVANK, położony w nieprzystępnej, gorącej krainie Vavots Dzor, na wysokiej skale  w wąwozie rzeki Arpa.Czułam się trochę jakbym była w Ameryce Północnej: gdzieś w okolicach Wielkiego Kanionu. Te czerwone skały sprawiały niesamowite wrażenie. Mały człowiek rzucony pośrodku gór, gdzieś niemalże na pustyni…
kihn

Gwoli podsumowania:

Cieszę się, że mogłam zobaczyć również Armenię. Mój dziewiętnasty odwiedzony kraj. Mam porównanie z Gruzją: mimo, że są sąsiadami, różnice nie tylko w mentalności, krajobrazach, ale przede wszystkim w poziomie życia widać gołym okiem. Nie wiem, czy jest to tylko i wyłącznie kwestia szczęścia, bądź też nie: los historii Armenii odcisnął bolesne piętno na jej współczesności. To trochę smutne.

Bo Armenia i wszyscy Ormianie naprawdę zasługują na dobre życie.