Dzikie wojaże

 Koniec lata

Z końcem sierpnia (w tym roku nawet wcześniej) zaczyna mi „grać w głowie” jedna, natarczywa piosenka, jakże pasująca do otoczenia – „Kończy się lato” Wiktora Coja i Grupy KINO. Nie słucham jej zimą ani wiosną, zapominam o niej totalnie; powraca do mnie sama – właśnie końcem lata. Myślę sobie wtedy – ach, no tak, to już ten czas. Kojarzy mi się również ze Swanetią – kiedy to dwa lata temu pojechałyśmy z Anią na zasłużony urlop – wszystkie drogi prowadzą do Mestii. Siedziałyśmy w Uszguli, naprzeciw potężnej ściany Szchary, Ania grała na ukulele, konie przechadzały się po łąkach, a trawa złociła się w oczach.

Koniec lata – sezon dobiega końca, pył osiada na drodze, wszystko zamiera, wycisza się, uspokaja, szykuje do letargu i zawieszenia w czasoprzestrzeni. Oooo tak. Zapasy w większości porobione, czekośliwek, sosów słodko-kwaśnych i innych smakołyków powinno wystarczyć na całą zimę, nalewki też „produkcja w progresie”

Tak w ogóle to czuję się taka nienasycona, mam wrażenie, że to lato minęło zbyt szybko. Albo wcale go nie było?! Czerwiec minął jak szalony, a w Tatrach było śniegu po kolana; połowę lipca padało, a sierpień to już w ogóle dzień taki krótki, jesień w powietrzu, o ostatnim tygodniu nie wspominając. Sezon jest definitywnie za krótki. Jak sobie pomyślę o tym, że tak naprawdę za niedługo znowu będę musiała wymieniać opony na zimowe (zmieniałam je w maju) i wstawać 15 minut wcześniej tylko po to, żeby rozgrzać auto, to mi słabo. 😀

Nie popadajmy jednak w przed-jesienną melancholię, jeszcze dużo przed nami! Mam nadzieję, że wrześniowa pogoda dopisze. Tymczasem przedstawiam krótką relację fotograficzną za ostatnie kilka wypadów 🙂

Pogoda w sierpniu była jaka była, na to człowiek nic nie poradzi. Wyskoczyło jednak piękne okienko, zapowiadające się na 13-go w piątek, no to co – Agusia tup-tup-tup, idzie żebrać o wolne. DEEJ, DEEJ, DEEJ. Siadło, no to dzida w Tatry, oczywiście z niezawodnym towarzyszem górskich doli i niedoli, czyli Eweliną. A’propos! Ewelinie stuknęła ostatnio 4. rocznica tatrzańskich wojaży – w 2017 zabrałam ją na Kasprowy przez Halę i powrót przez Myślenickie Turnie, przezywała mnie przez pół drogi i sapała drugie pół, tak pomiędzy przekleństwami, a dziś? Świnica przez Zawrat, Kozi-Granaty, 4:00 start z Palenicy no i jazda! Nie odstaje i nie odpuszcza, co mnie bardzo cieszy!

Plan na 13-go w piątek był bardzo ambitny: Palenica-Piątka-Kozi Wierch-Granaty-Hala Gąsienicowa-Kuźnice. Btw, w piątkiem 13-go jest jak z dniem urodzin – nie mogłam go spędzić w pracy! Pogoda i warunki dopisały, widoki po drodze pierwsza klasa, jednym słowem: SZTOOOOOS, PETARDA, BOMBAA! I kolejna część Orlej Perci, za nami! Stanęłam na Skrajnym Granacie i pomyślałam sobie, że ooooh, jakże bym poszła dalej, aż na Krzyżne… Czas nas jednak gonił. Padło więc postanowienie: za rok Orla w całości, na raz! Przyjdzie czas :)))

Widok ze Skrajnego Granatu

Ludzie, których mijaliśmy w drodze na Kozi, śmiali się, że nie warto iść do góry, przecież tam nic nie ma, kupa kamieni i nic więcej, nie warto… W ogóle tak świetnie się trafiło, że ludzi na Orlej tego dnia było wręcz wyjątkowo mało, a jeżeli już byli, to sami mili i sympatyczni. Najlepsza trójka Słowaków, których przepuszczałyśmy na zejściu w Żlebie Kulczyńskiego – a oni cały czas się odwracali i patrzyli, czy nie potrzebujemy pomocy na trudniejszych odcinkach. Oni po słowacku, my po polsku i się dogadali, a jak! Słowacy to jest cudowny naród, naprawdę bardzo ich lubię. Uśmiechnięci, pomocni, nie narzekają – aż zatęskniłam za ich częścią Tatr! 😉 Aż chce się więcej po takim wypadzie! I tylko więcej.

Tydzień później mój towarzysz pojechał nad morze, a ja, chcąc wyrwać się z zamkniętej pętli praca-dom, postanowiłam, że zrobię sobie BABUSIA-CHALLENGE, czyli jak szybko wejdę sama na Babią Górę. Pojechałam z myślą o zachodzie słońca i podsumuję to tak: jechałam dłużej, niż wchodziłam na szczyt z Krowiarek. 😀 Rezultat to 66 minut! Z jedzeniem borówek po drodze. 66 minut – kiedy znaki pokazują 2,5h. Jestem świrem. 🤪 Ogólnie to zapewne nic takiego, nothing speciall, ale jak dla takiego lamusa, co tylko chodzi, to się jaram. Teraz nic, tylko zejść poniżej 60 minut!

Jak to na Babiej, przyjemnie mnie spizgało, przewietrzyło głowę i byłam gotowa na kolejne wyzwania w pracy. Lubię takie szybkie, spontaniczne wypady! A jego podsumowaniem może być cytat z okazji przypadającego na ten dzień Dnia Fotografii: „Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię” i to jest czysta prawda.

A jeszcze lepszy cytat: „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz czeka na światło” Cóż. Do mistrza mi daleko, ale dla dobrego światła wejdę na szczyt Babiej w 66 minut, zamiast „ustawowych” 2,5h 🔥😉

Odliczałam jednak dni do planowanego wyjazdu na Słowację. Przecież po to się szczepiłam, żeby wyjechać za granicę, a jak! 🤪 a w dodatku Lodowa Przełęcz to nie lada gratka dla koneserów tatrzańskich widoków, także cóż się dziwić mojemu rozedrganiu na samą myśl. Wypad udał się po całej linii. Piękny szlak, przez Dolinę Jaworową z zejściem do Terinki (Chata Tery’ego) i Starego Smokowca.

Lodowa Przełęcz (2376m) jest najwyżej położona przełęcz w całych Tatrach, dostępna szlakiem turystycznym. A Lodowy Szczyt – trzeci co do wysokości (po Gerlachu i Łomnicy) szczyt Tatr – to ten kolos, którego solidną, przysadzistą piramidę doskonale widać nawet z Witanowic.

Widoki z Lodowej Przełęczy.

W pewnym momencie za Doliną wszystko zaszło mgłą, już zaczęłam tracić nadzieję… Po co iść taki kawał, skoro wisienka na torcie się utopiła w czekoladzie… Z trzepotem serca zaczęłam nawet ciche modły w stylu DEJ BOŻE, DEJ, gadałam do ptaków, by te chmurzyska rozwiały, no świr. Ale pomogło. I moim oczom ukazał się spektakl. Dzięki Bogu!

No i powie mi ktoś, że to nie jest petarda, a ja mam nie mieć oczopląsu od takich widoków.

Usłyszałam ostatnio, że po mnie widać, jak jestem ujarana w górach. Cóż, nie będę z tym polemizować, mi wiele nie trzeba. ⁠😉

A tak w ogóle to … to biorę urlop na cały przyszły tydzień i ruszam w drogę! Kumpel z roboty stwierdził, że gdy o tym mówię, to aż się świecę. Jedno Wam powiem – TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO! Jaram się jak pochodnia! Wam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za pogodę i oczekiwać relacji!

Ciao!

PS. Na bieżąco spam na moim instagramie: https://www.instagram.com/agawielinska

Dzikie wojaże

Wiosna wytrąca z równowagi.

Wychodzę na pole i wiosna jak nigdy dotąd wytrąca mnie z równowagi.

Wróć. Co rok wiosna wytrąca mnie z równowagi, ale za każdym razem mam wrażenie, że to jeszcze mocniejsze odczucie, niż dotychczas. Chyba, że z wiekiem mnie tak bierze. Lubię ten stan, gdy wiosna bucha pełną parą. Nosi mnie wtedy pierońsko, jestem ogólnie nadaktywna, gonię jak potłuczona: w ogródku z łopatą, potem na spacer – za mało! lecę na rower, ciągle mało… Co dopiero będzie, jak rzepak zakwitnie – a to już na dniach! Ale tak naprawdę dopiero wtedy czuję, że żyję pełnią życia.

Btw, ostatnio moja mama, obserwując ptaki w ogródku, stwierdziła, że sikorki to są trochę takie popieprzone, podobne do Agi, bo ciągle tylko gonią, skaczą, nosi je to tu-to tam. Uznałam to jako komplement – popieprzona jak sikorka, miło.

Miałam ostatnio straszny sen. Albo koszmarne urojenie myślowe. Wydało mi się, że jest koniec września. Nie było w ogóle wiosny, lato też przeszło i znowu jest jesień, a dzień zamiast dłuższy znowu robi się krótszy. To było okropne. Całe szczęście – jest maj, piękna wiosna, a dzień – tylko dłuższy!

Późna tegoroczna wiosna. Kiedy w zeszłym roku syrop z mniszka robiłam 22.04 (zaraz potem pędząc na pole kwitnącego rzepaku), to w tym roku dopiero 10.05. A na rzepak w pełnym rozkwicie przyjdzie jeszcze koło tygodnia poczekać. Ale najważniejsze, że  z każdym dniem coraz piękniej. Tak mi brakowało słońca i witaminki D, chociaż ostatnio nadrobiłam – nie posmarowałam sobie w górach rąk (tak, też muszę, po raz kolejny boleśnie się o tym przekonuję – dobrze, że chociaż na ryju pamiętam o kremie) i teraz czuję, jak płonę 😀 Pierwsze poparzenie tego roku – znając życie, nieostatnie!

Jadę kiedyś w poniedziałek do roboty (koniec kwietnia to był) i z rozrzewnieniem spojrzałam na piękną ośnieżoną Babią i czubki oprószonych Tatr. I tak mnie wtedy natchnęło: muszę jutro GDZIEŚ, GDZIEKOLWIEK pojechać. Gdziekolwiek. Stwierdziłam więc, że skoro taka myśl błysnęła w mojej rudej głowie, NATYCHMIAST trzeba ją zrealizować.

Wybrałam się więc z Ewelina na Lubań. Jakoś nie chciało mi się jechać w Tatry i znowu patrzeć na śnieg, zapadając się po pas – dość już miałam go w tym roku. Chciałam po prostu się przejść i popatrzeć na piękne góry.

Jedziemy sobie raniutko, a Ewe mnie pyta:

– Jak się załatwia urlop? Rozmawiasz z szefem, czy po prostu nie przychodzisz do pracy, jak ja nie poszłam do szkoły?

Szkoła – kiedy to było! 😉 Btw, 10 lat temu zdawałam maturę, stara kozica ze mnie!

Lubań. Szlak prosty, przyjemny, w sam raz na wiosenne rozruszanie po górkach. Napatrzyłam się na piękne zdjęcia i postanowiłam przekonać się na własne oczy. Jak mówi Wikipedia, według ludowych podań „Lubań to miejsce przeklęte i magiczne zarazem. Miejscowi czarownicy toczyli tam między sobą spory. Po wypowiedzeniu przez jednego z baców-czarowników straszliwego przekleństwa całe stado owiec wraz z juhasami zapadło się pod ziemię. Podobno w dniu św. Jakuba słychać spod ziemi okrzyki juhasów i dzwonki owiec”. Cóż – z miejscem magicznym się zgadzam. Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie – totalne kombo widokowe! Istna magia!

Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie

W ogóle to była cudowna sprawa – wtorek, puste drogi, a na całym szlaku spotkałyśmy dwójkę ludzi – jeden gościu nocował na szczycie w namiocie, a jedna dziewczyna dopiero wychodziła, kiedy my praktycznie byłyśmy już przy parkingu. Elegancka pogoda i widoczność, cisza taka, że idąc przez las, widziałyśmy myszki wystraszone naszymi krokami czmychały w liście (naliczyłyśmy całe 7) – niesamowite!

Od razu z lepszą energią minął tydzień!

Majówkę spędziłam w domu – widziałam kiepskie prognozy, a poza tym pomyślałam sobie o dzikich tłumach, stwierdziłam więc ze stoickim spokojem, że przecież co się odwlecze, to nie uciecze. Śnieg zdąży szybciej w Tatrach stopnieć 😀 Moim celem na ten weekend było upieczenie… bezy. Pavlowa zawsze wydawała mi się takim potworem, do którego przygotowania potrzeba jakiś cudownych zdolności zdobienia ciast, a poza tym na pewno jest trudna w przygotowaniu. Cóż – nie taki diabeł straszny, jak go malują! (*gdyby nie inspiracja od mojej Kochanej Asi, w życiu bym się chyba nie zmotywowała – dziękuję! ❤ ) Beza wyszła oczywiście z rozmachem, od razu taka XXL, a smak taki, że omomomom! Jadłam ją z zachwytem – o matko, to połączenie smaków, połykając setki słodkich kalorii z myślą, że przecież mogę – spalę na rowerze! 😉

No właśnie – dzień już na tyle długi, że po pracy można coś porobić w ogródku, a potem jeszcze na rower śmignąć! Powiedzcie mi, jakże ja mam nie być nakręcona, jak tu tyle możliwości, tyle bodźców?! 😀

Odkryłam ostatnio fajną miejscówkę. 5 km od domu. Sama sobie się dziwię, że wcześniej tam nie dotarłam! Oczywiście na nogach za prosto, za nudno, to wzięłam mojego niebieściutkiego Śmigusia i wjechałam na Krzemionkę w sąsiedniej Lgocie, skąd rozpościera się niesamowity widok na Babią i całe ciągnące się pasmo Beskidów. Wiosną, z tymi świeżymi, zielonymi listkami wyglądało to wprost niesamowicie – siedziałam na kłodzie na szczycie polany, a w dolinie taka przestrzeń! Pięknie! Choć utwierdziłam się w przekonaniu, że na nogach to by mi się nie chciało tak dryłować. Od czego ma się rower! 😉 Oczywiście jak to wariat, w pewnym momencie w lesie musiałam sobie robić minutkę dla oddechu, bo inaczej bym płuca wypluła, ale stwierdziłam, że to wreszcie idealna trasa dla mnie i Śmigusia – nareszcie mogłam się zmęczyć!

Poza tym więcej lokalnych pejzaży. Szukam dziwności. Jakby to prościej ująć – cuduję z kadrami, nie zadowalają nie już proste ujęcia. Albo to już wyższy level fotografii, albo jakieś umysłowe zblazowanie 😉 ale, szczerze mówiąc, efekty są dla mnie zadowalające! Zwłaszcza z takimi widokami przy t a k i e j widoczności!

Byłam też w Pieninach – to w pierwszą ciepłą niedzielę tej wiosny, kiedy się zjarałam na kolor mojej czerwonej skodzinki 😉 O matko, kocham tą krainę. Mogłabym tam wracać i wracać – zawsze i o każdej porze dnia i roku jest nieziemsko i magicznie – nigdy się nie znudzi! Co jest najlepsze w Pieninach – naprawdę nie trzeba wiele, by móc podziwiać widoki… Byłam tam jesienią, teraz wczesną wiosną – czeka mnie jeszcze lato! Marzyło mi się zdjęcie ze stadem owiec z Tatrami w tle, a te nie chciały mi odpowiednio zapozować, tzn, były 300m niżej niż potrzebowałam 😉

Pieniński klasyk – Tatry z Wysokiego Wierchu

Nigdy nie myślałam o Koronie Gór Polski. To nie dla mnie. Dla mnie celem w samym sobie są widoki, wrażenia, zachwyt, światło, a przede wszystkim zdjęcia. Musiałabym policzyć, ile szczytów KGP zdobyłam „przypadkiem” – ostatnio na pewno była to Wysoka – najwyższy szczyt Pienin. Nie są to Trzy Korony, jak niektórym się wydaje. Trzy Korony to ewentualnie pożerają Babią Górę (patrz na zdjęcie poniżej). Ale sympatyczna górka! Pierońsko mi się podobała ta niedzielna wędrówka – ponad 20 km od Szczawnicy, przez Wysoki Wierch (który moim zdaniem widokowo bije na głowę cel główny tego dnia) na szczyt Wysokiej (nie mylić z tą krasawicą w Tatrach Słowackich! 😉 ) z zejściem przez Przełęcz Rozdziela aż do Białej Wody. Tak się fajnie szło – najlepsze podejście na samą Wysoką: góra-dół, góra-dół…! A jak się fajnie leżało na trawie na powrocie – to może wtedy mnie tak przyjarało 😉

Oczywiście załapało się również kilka udanych zdjęć z mojej ulubionej serii (jednej z wielu): „Zdjęcia z drogi” 😀

Król Tatr – kusi z każdej perspektywy.

O, złapałam też na powrocie z drogi stado owiec z Tatrami w tle. Powiem tyle: DO POWTÓRKI! Nie do końca o to mi chodziło, ale jak na zdjęcie z auta nie ma źle 😉 przynajmniej jest po co jechać znowu – zawsze znajdzie się jakiś powód!

Stado owiec na tle Tatr – „zdjęcie z drogi”.

Och. Myślałam, że nie ogarnę tej relacji i ogromu zdjęć, jakie udało mi się zrobić ostatnimi czasy, mam nadzieję, że trzyma się to ładu i składu, a chaos Was nie pochłonął!

Mówiłam – to wiosna tak na mnie wpływa, że chodzę jak nakręcona. Tfu, zapomniałam. Latam jak popieprzona sikorka.

Cóż, jedno powiem. BYLE WIĘCEJ!* 😀 Trzymajcie się cieplutko i korzystajcie z wiosny – jest pięknie!

*dalej, wyżej, szybciej itd…!

PS. Tak sobie czasem czytam swoje archiwalne wypociny i aż sama do siebie się uśmiecham – nie tylko na wspomnienia. Cieszy mnie, kiedy to czytacie i nieznudzeni docieracie do samego końca – bardzo za to dziękuję! To dla mnie niezmiernie miłe i bardzo motywujące, a to jest ważne. I wiecie co? Kiedyś w końcu na pewno napisze książkę – nie odpuszczę tego.

Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.