Dzikie wojaże

Majową jutrzenką.

Witam Was majową jutrzenką! Jak zwykle większą wenę mam z rana, jest to więc idealna pora, by podzielić się kilkoma wrażeniami z kolejnego tygodnia życia w Kazbegi.
_DSC0423f.JPG
Cminda Sameba na tle masywu Kuro (4017 m n.p.m.)

Witaj maj, piękny maj!! Zawsze z nadejściem tego miesiąca takty w mojej głowie grają w rytm piosenki, śpiewanej podczas apelów w szkole. Bzy w Tbilisi już pewnie przekwitły, a u nas w Kazbegi ledwie brzózki pierwsze liście puszczają! Pocieszam się jednak kwitnącymi dzikimi sasankami i połaciami rododendronów w górach. Także co się odwlecze, to nie uciecze, na wszystko przyjdzie swój czas. Nadrobię, jeszcze z nawiązką! 😉

Robi się coraz cieplej, okazuje się, że w górach nawet temperatura +15*C w dolince może zjarać człowieka do czerwoności, czego najlepszym przykładem jestem ja. 😀 Ja to zawsze mam pecha i wyglądam potem jak pajac. Za to plus jest taki, że skoro pierwsze koty za płoty, to teraz będę już łapać tylko piękny brąz (plus rzecz jasna całe połacie piegów na moim pysku) 🙂 – niczym prawdziwy człowiek (z) gór. W końcu jesteśmy bliżej słońca, więc trzeba doceniać jego życiodajną witaminkę D, której zimą tak straszliwie zawsze mi brakuje!!

_DSC0595.JPG
Zachód słońca z monastyru św. Eliasza.

Gruzja, a zwłaszcza Kazbegi, pełna jest lokalnych smaczków. Jednym z nich mogą być chociażby stare, radzieckie samochody, którymi fascynuję się prawie (ale tylko prawie!) na równi z krowami. Tych drugich jednak nie przebije nic. Krowy w Kazbegi żyją swoim życiem i kierują się w nim swoimi zasadami. Beztroskie, ze stoickim spokojem stoją na środku rynku i przeżuwają źdźbła trawy, a kierowcy powinni zachowywać uwagę, by żadnej z nich nie stała się krzywda. Nie zawsze mam przy sobie Nikusia, ale telefon czasem też jest w stanie uchwycić coś ciekawego 😉  Można napisać książkę o tytule Fascynujące życie krów w Kazbegi. Zbieram dokumentację, zostanę autorem jednego rozdziału i obszernego fotoreportażu!

31090124_1837291696321442_918883186_n.jpg

Po za tym, życie toczy się swoim rytmem, a sezon powoli zaczyna nabierać kolorów: nie tylko w kolorach przyrody 😉 turystów także coraz więcej – przed nami majówka, można się więc spodziewać prawdziwego najazdu, zwłaszcza Polaków i Rosjan, żądnych przygód na Kaukazie! Można by powiedzieć, że po dwóch tygodniach różnorakich zmagań z turystami powinnam wiedzieć, czego mogę się spodziewać z ich strony, ale to (niestety) tak nie działa. Powinnam stworzyć listę „pytań dziwnych”. W czołówce na dziś dzień znajdują się chociażby:

  1. Czy mogę to zjeść? (owoce berberysu)
  2. Czy mogę napić się tej wody? (mineralna woda koloru pomarańczowego)
  3. Czy mogę wejść na tą skałę?

Człowieku, możesz. Naprawdę, wszystko możesz i co mi do tego. Wsjo można, no astarożna, jak to moi rosyjscy przyjaciele mówią i mają świętą rację. Wszystko jest jadalne, niektóre rzeczy po prostu tylko raz, więc należy to mieć na uwadze 😀 Pływać nie umiem, więc nikogo nie uratuję, widok krwi mnie paraliżuje, więc róbta co chceta, ale mnie w takie rzeczy lepiej nie mieszać, bo za nie nie odpowiadam 😉

A’propos moich rosyjskich przyjaciół. Znać rosyjski w Gruzji to znaczy być zbawionym.  Czuję się jak jakiś kozak, który nie musi się niczym przejmować, bo z taką znajomością to nie zginie! Jestem zbyt leniwa i po prostu idę na łatwiznę: uczyć się gruzińskiego? O nie, za trudne. Rozmawiać po angielsku, jeśli mogę po rosyjsku? Nigdy w życiu! Często ludzie pytają mnie: Jesteś z Gruzji? Nie? Z Rosji? Nie?! 100 punktów do lansu! Tylko akcent trochę mnie zdradza, ale na tle Gruzinów jestem niemalże jak native speaker 😀 ostatnio moje morale podniosło zdanie, które powiedziała mi jedna turystka: Mówisz z takim moskiewskim akcentem! Moskiewski akcent w kaukaskiej wsi, to brzmi dumnie! A tak prawdę mówiąc, to już mi się te wszystkie języki w głowie zaczynają mieszać i zaraz nie będę mówić poprawnie w żadnym. 😀

Przez 17 dni w Gruzji przeszłam 235 km – o ile wierzyć Endomondo. Zawrotna ilość, robi wrażenie! Pomyśleć, co dopiero będzie w lipcu czy sierpniu! Śmigam po górach jak kozica, 22 km po Dolinie Truso to dla mnie już spacerek! Nie, tak na poważnie to po drugiej trasie nogi mi trochę w dupę wchodziły, ale to jest po prostu kwestia przyzwyczajenia. Po piątym razie już nie jest to dla mnie taki wysiłek i po prostu nie robi to na mnie wrażenia! Ostatnio jeden chłopak mi mówi: Uf, ale Ty biegasz po tych górach! Jak jakaś sarna! Kozica, sarna – wszystko jedno, może być! :)) Masę już mam, teraz kolej na rzeźbę 😀

Udanej majówki i dużo słońca!!

PS. Tylko pamiętajcie, że ręce też trzeba smarować kremem z filtrem:)