Dzikie wojaże

Listopad jak mozarella.

Długie listopadowe wieczory ciągną się jak mozzarella w pizzy. Tyle że nie niosą w sobie tyle smaku z konsumpcji, co ten włoski przysmak. Zaciągają oblepiającym smogiem, melancholią i lekką depresją, co ogólnie można określić jako „jesienna chandra”. Cóż, powtarzałam to już tyle razy, że jestem dzieckiem światła i kwiatów, raz jeszcze podkreślę to, czego się trzymam zawsze o tej porze roku jak tonący brzytwy – BYLE DO WIOSNY. Pocieszam się jedynie tym, że po Świętach to już z każdym dniem będzie coraz jaśniej.

Z drugiej strony, przynajmniej jest czas na czytanie książek, pieczenie ciast, szukanie inspiracji (głównie cukierniczych…), przeglądanie zdjęć (co sięgam do archiwum, tam nieodkryta perełka wypływa na powierzchnię) i seriale. Przyjdzie marzec, to wszystko się skończy, bo zacznie się pora na rozsady, ogródek – ah, na samą myśl już przebieram nożycami! Na wszystko swoja kolej.

Choć, prawdę mówiąc, to tak do połowy listopada było całkiem znośnie, a wręcz idyllicznie pod względem pogody jak na tę porę roku. Poza tym mam taki cudowny ciąg – od września praktycznie co weekend gdzieś wybywałam. Co lepsze – jakoś się tak trafiało, że w większości były to moje ukochane Taterki. Taka częstotliwość nie zdarzała się wiosną i latem razem wzięte, a jesienią – która była nad wyraz łaskawa – udało się nadrobić! I chociaż trochę złapać witaminy D, która tak szybko umyka. O często ładowanych bateriach, które się szybko wyładowują, więc trzeba je ładować częściej wspominałam już ostatnio 😁

Tegoroczna jesień dopisała. Szkoda, że dni takie krótkie, ale miało to swoje plusy – jak chociażby zachody słońca w Tatrach i powrót do domu o „normalnej porze”! Miałam cudowne szczęście widzieć już trzy zachody na tatrzańskich szczytach – wrześniowy Kozi Wierch, a w listopadzie jeszcze przybył Szpiglas mój ukochany i w długi weekend zachód z Przełęczy Krzyżne. Wow, co za przeżycia, co za emocje! Przypomina mi się mądry cytat – prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca. Jakże to prawdziwe w dzisiejszych szalonych czasach… Nie da się tego piękna oddać słowami, zawsze się wtedy w tych słowach gubię; nie da się nawet w fotografii, ale mimo wszystko popatrzcie na zdjęcia.

Długi weekend listopadowy rozpoczął się na Litwince. Dodam tylko, jak byłam tam po raz pierwszy w Poniedziałek Wielkanocny i opisywałam to tak:

„TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko!”

Tym razem wybuch emocji i moje odczucia nie uległy zmianie, ale patrzyłam już pod nogi, by się nie wywalić, szkoda spodni. Złoty, idylliczny poranek był jedynie zapowiedzią tego, co na nas czekało.

Zachód na Przełęczy Krzyżne okazał się być trafem w dziesiątkę. Niesamowita perspektywa – leżałam sobie w norce z wyciągniętymi nogami (musiałam sobie odpiąć spodnie, bo było tak ciepło!) – z widokiem na Orlą Perć w całej okazałości – i tak prawie 4 godziny. Będąc tam końcem października jakoś nie miałam czasu na podziwianie tej wspaniałej perspektywy 😜 Co ciekawe – takie leniwe siedzenie na szczycie niesie w sobie dużo uroku i w ogóle się nie dłuży! Ewelina zawsze narzekała, że nie ma czasu na drzemkę, tylko ja zawsze hop-siup, ciasteczko i lecimy dalej – będąc ze mną na zachodzie na Szpiglasie doceniła niespieszną kontemplację. A z Krzyżnego słońce zachodziło centralnie za Kozim Wierchem. Oczywiście jak to ja, zdjęcia robiłam pod słońce, jednocześnie przeklinałam swoją brudną matrycę i ułomny obiektyw, ale coś tam w sumie udało się ustrzelić 😁

Korzystając z noclegu w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów w długi weekend po zachodzie na Krzyżnem, nie mogłam sobie odmówić pójścia na wschód słońca – szybciutki Kozi Wierch. 75 minut ze schroniska – to chyba całkiem szybciutko jak na swoje normalne tempo? 😜 I kolejne zaskoczenie, kolejna fala emocji nie do opisania – na szczycie, na wschodzie! – byłam sama. Usiadłam sobie, wyciągnęłam kawałek gruzińskiego chleba jako śniadanie (MHM, polecam, Mały Kaukaz w Wadowicach daje radę), termos z herbatą, czekoladka na deser, aparat w pogotowiu… I tak zaczęłam się cieszyć sama do siebie. Sama-jedna-na-wschodzie-słońca-na-Kozim-Wierchu-w-długi-weekend! Trzeba mieć farta nie z tej ziemi! Miałam go. Siedzę i się szczerzę do słońca. Znowu to samo – zdjęcia nie są w stanie tego oddać, chociaż bardzo bym chciała, by niosły ze sobą choć krztę emocji i uczuć, jakie mam szczęście doświadczać.

Kolejny weekend – znowu ładnie, więc znowu dzida w Tatry! Było pięknie, chociaż warunki zdecydowanie trudniejsze. Ale moje biegowe Salomonki świetnie sobie z nimi poradziły, raczki znowu nie zostały wyciągnięte z plecaka. Co lepsze – w życiu nie widziałam czegoś takiego, jak w tą niedzielę na Czerwonych Wierchach! Które tego dnia wcale nie były Czerwone, a brokatowo-krzyształowe:) niesamowite zjawisko – zmrożony deszcz i kryształki lodu sypiące się pod butami z każdym dotknięciem. Ni to jesień, ni to zima, totalny kosmos!

Na powrocie krótki foto-stop – kocham takie spontaniczne zboczenie z drogi i przystanek gdzieś na środku wąskiej ulicy. Rach-ciach, szybkie zdjęcie i można jechać dalej 😉 Gdybym mieszkała w takim miejscu, jak ludzie w wiosce Odrowąż w gminie Czarny Dunajec, cierpiałabym chyba na permanentny oczopląs, na które nie pomogłyby żądne korekcyjne okulary. Albo po prostu miała jeszcze większego kićka niż mam. W każdym razie – zdrowa na umyśle na pewno bym nie była. Btw, oszaleć przecież idzie od tych ciągłych zachwytów i palpitacji serca na każdy widok! Prawie wyrównuję sobie ciśnienie od pracy w obsłudze klienta 😂

A, jeszcze jedno. Tak na odmianę ciągłych tatrzańskich wojaży, którymi to teraz głównie żyję. Do zdjęć z Gruzji nie zaglądałam od stycznia. Kaukaskie archiwa stały się dla mnie jak zamknięta szkatułka, której lepiej nie otwierać, bo… trochę jak w piosence – „nostalgia to błysk do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my”. Tymczasem przyszła pora odświeżyć kaukaskie wspomnienia – po ponad 1,5 roku od planowanej premiery miała miejsce moja prelekcja w Andrychowie – dzięki zaproszeniu PTTK Chałupa. To była już moja czwarta prelekcja – lubię gadać, kiedy mam grono słuchaczy – udała się znakomicie! 😁 Zero stresu, nawijałam przez niemalże 1,5 godziny. Oczywiście miałam wrażenie, że jestem jednym wielkim chaosem, skaczącym z kwiatka na kwiatek, ale jak komentowali odbiorcy – nie było tego słychać. Albo po prostu chcieli być mili 😉 

Btw, z okazji prelekcji odświeżyłam nieco filmik, obrazujący kaukaskie wspomnienia przy rytmach rachuli w 3 minuty, zapraszam na krótki seansik: https://www.youtube.com/watch?v=GhL7jy-yAV8&t=1s

Cudownie było poopowiadać, powspominać, spotkać się z ludźmi… Aż chce się więcej! A nade wszystko chce się wrócić na ten Kaukaz, bo wiem, że na mnie czeka. Tak samo jak kilka moich ciuchów, które, mam nadzieję, nie zostały zjedzone przez kazbeckie myszy 😁 2022 – przybywaj, nie mogę się doczekać! 😈

Pora wkrótce brać się za tegoroczne Kolorowe Podsumowanie. Ale jeszcze czas na grudzień. Mój piękny i kochany grudzień!

Trzymajcie się ciepło w te ciemne wieczory i nie dajcie się chandrze! Trzeba znajdywać pozytywy. O, chociażby ciasteczka i gorącą czekoladę… Albo kieliszeczek zdrowotnej nalewki… Albo osiem, o.

Wasze zdrowie!

Dzikie wojaże

Kwiecień plecień

Kiedy 20.02 schodziłam z Babiej Góry i ogłaszałam nadejście wiosny nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. (Porada nr 1: spodziewaj się niespodziewanego….) By nie popełnić błędu sprzed roku, ostatniego dnia miesiąca posadziłam arbuzy, bakłażany, a za niedługo i papryki – wszystkie rozsady stoją na stole w salonie, ale wiosna jakoś się obraziła i nie chciała się rozkręcić. Tak przeszedł marzec. W ogóle tak mi się dłużył ten miesiąc, że miałam się ochotę wystrzelić w kosmos. Non stop tylko przeglądałam zdjęcia sprzed roku, porównując: o, wtedy kwitły już przebiśniegi, wtedy zawilce, a równy rok temu – 17.04 – mam zdjęcia tulipanów w pełnym rozkwicie! 22.04 zbierałam kwiaty mniszka na syrop, a dzień później w Zygodowicach odkryłam kwitnący rzepak! Póki co moje beskidzkie Ponidzie* w odsłonie Przed-Wiośnie 😉

*na instagramie to wyrażenie wywołało burzę – „Ponidzie jest tylko jedno!” -„Nieprawda!” -„Prawda!” itd. Spoko, ja mam swoje, prywatne Ponidzie, nie muszę daleko jeździć. Metaforyczne. Beskidzkie Ponidzie i mój ulubiony Ptyś pod słońcem.

Beskidzkie Ponidzie

Stwierdziłam, że nie mogę więcej porównywać tego, co jest teraz z zeszłym rokiem! Bo dziś co jest? Od tygodnia pada – deszcz na przemian z ciężkim śniegiem, nie wspominając o błocie, które przy dobrych wiatrach wyschnie za dwa tygodnie – masakra. Ogólnie staram się o tym nie myśleć, nic w końcu na to nie poradzę, po cichu powtarzam sobie tylko, że kiedyś sobie na pewno odbiję! Szczegół, że w pewnych kwestiach powtarzam sobie już tak od roku 😉 Pocieszam się, że w sumie zapewne nie ja jedna 😀 Mam wrażenie, że ten rok jest jeszcze dziwniejszy, niż poprzedni. Wtedy nikt nie wiedział, czego się spodziewać i ile ta sytuacja będzie trwać. Dziś wszyscy są zmęczeni, nic się nie zmieniło, a w niektórych kwestiach jest – prawdę mówiąc – nawet gorzej. Takie zawieszenie w przestrzeni – ileż można.

Dlatego cieszę się małymi rzeczami i cierpliwie czekam, aż wiosna przyjdzie i buchnie całą sobą, pełną parą prosto z kopyta. A wtedy dopiero – bądźcie tego pewni! – zobaczycie, jak będzie pięknie! W dodatku polecam prace ogrodowe – naprawdę działają nie tylko dobrze na głowę, ale i na ciało – żaden inny trening więcej jest niepotrzebny! ;P Poza tym zawsze pozostaje rower – śmigam nawet do paczkomatu, a potem jak ciołek rozrywam paczki, bo nie mogą mi się zmieścić do plecaka 😉 W każdym razie – najważniejsze, że trzeba sobie umieć znaleźć zajęcie!

Zbieram malutkie ociepki światła, składam do kupy, kumuluję i cierpliwie czekam na więcej – mam wrażenie, że to jedyne właściwe wyjście z tej sytuacji (porada nr 2: przecież nie ma sytuacji bez wyjścia). Popatrzcie, co udało mi się wyłuskać z tego małopolskiego przedwiośnia – inaczej tej pory roku nie da się nazwać 🙂

Marzec minął, przeszły i Święta Wielkanocne, na które czekałam z utęsknieniem – musiałam sobie po ludzku dychnąć, a z resztą brakowało mi już czekolady – po raz ósmy w życiu byłam na detoksie 😀 Cudowny traf chciał, że świąteczny Poniedziałek dopisał cudowną pogodą – pojechaliśmy na widokową objazdówkę w Pieniny. Tak, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale żeby nacieszyć oczy widokami i podładować baterie. A widoczność zapowiadała się wprost kosmiczna! Wymarzyłam sobie obczaić nową miejscówkę – punkt widokowy w Czarnej Górze. TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko! Powiem więcej – będąc dzieckiem, nie miałam takich przypałów z wywalaniem się, rozbijaniem kolan czy spadaniem ze schodów!

To wszystko przez zachwyt. Absolutnie wszystko!!!

Widok na Tatry z Czarnej Góry.

Coś czuję, że kiedyś czeka mnie tam wschód słońca 😉 Będę musiała jednak zawiązać porządnie buty, bo szkoda kolejnych portek! Kolan w sumie też.

Tak w ogóle, to Pieniny są dla mnie niesamowitą krainą – pełną widokowych zakamarków. Zjeżdżam trochę z głównej drogi, porzucam auto na poboczu i idę w stronę gór – innego świata nie widząc. Właśnie, co lepsze – nawet człowiek się nie zmęczy, bo w wiele miejsc zajedzie się autem. Polecam! 😀 marzy mi się również wziąć rower i dryłować do upadłego. Tzn do kolejnego punktu widokowego, który już za chwilę. 😉

Cóż.

Nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, aż stopnieje śnieg, błoto wyparuje w kosmos, zazieleni się trawa i zakwitną drzewa. Powiedziałabym nieładnie, ale ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia: Wiosno, przyjdź!