Dzikie wojaże

Armenia to nie zupa pomidorowa.

Nosi mnie po świecie jak nasionko klonu, pchane wiatrem. Albo jak uczep na kociej sierści. To tu-to tam. Planami wyjazdów żyję na kolejny miesiąc w przód, w skrócie – nie ma kiedy pralki załadować 😀

Pierwszy raz w tym roku byłam w Armenii miesiąc temu,  teraz właśnie wróciłam z kolejnego wyjazdu z grupą. Jakoś nie jest to moje miejsce na ziemi – moje sceptyczne podejście znowu znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości i tak jest (niestety) za każdym razem. Gruzja jakoś potrafiła podbić moje serce od razu, a Armenia – ani grama i jeszcze za każdym kolejnym wyjazdem tylko mnie utwierdza, że mam czego nie lubić. No po prostu. Nie wszędzie musi mi się podobać i nie wszędzie muszę mieć ochotę wracać. 😉 W dodatku diabelnie gorąco, nie do wydzierżania. Gdyby nie góry, trzy najwyższe wulkany, na które wchodziliśmy z grupą to nic ciekawego tam bym już nie znalazła – taka prawda.

Khustup, Ażdahak i Aragac – to trzy najwyższe szczyty Armenii, a dwa ostatnie to wygasłe wulkany. Każda z gór jest totalna inna – ma inne podejście, inne widoki, inne wrażenia z wchodzenia. Do mnie jakoś przemówił Ażdahak z pasma Gór Gegamskich – z zielonymi zboczami i jeziorem w środku krateru. To z perskiego „wielki, potężny”. Góra jest również siedzibą Wiszapa – półsmoka, półczłowieka, który raz na 1000 lat schodzi na ziemię w towarzystwie burz z piorunami. Wysoko ponad górą istnieje zaś swoista sieć, korytarz, po którym podróżują tego typu stwory – wg legendy, zapewne dopowiedzianej w przeciągu ostatnich 30 lat, Ażdahak odwiedził nawet potwór z Loch Ness 😀

_DSC4168.JPG
Jezioro Akna – widok ze szczytu Ażdahaku. 

Żeby zdobyć najwyższy szczyt Armenii, północny (jeden z czterech) wierzchołek Aragatsu o wysokości 4090 m, najpierw trzeba wejść na południowy, zejść do krateru i dopiero wtedy wleźć na tej najwyższy. Droga powrotna to samo – kiedy wydaje Ci się, że już schodzisz, zaraz trafiasz na kolejne podejście, bo przecież musisz jeszcze wyleźć z krateru! 10 godzin to zajęło, fajna, przyjemna orka. Przecież o to chodzi, by się zmęczyć w górach, nieprawdaż? Nie ma lekko!!

_DSC4254.JPG
Aragats – wierzchołek północny (4090m)

Także w skrócie – lepsze niż góry mogą być tylko góry, w których nas jeszcze nie było. Zaliczone, pora na kolejne!

****

Siedzę sobie na najwyższym stopniu erewańskich Kaskad. Przemierzyłam 572 stopnie, by tam wleźć. W końcu dzień bez wchodzenia do góry jest dniem straconym, nieprawdaż? Mam chwilę wytchnienia po upalnym dniu i wpatruję się w Ararat, oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Paradoks – święta góra Ormian , tak pięknie wyeksponowana w całej stolicy, znajduje się na terytorium Turcji. Wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji. W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

_DSC2305.JPG
Widok z erewańskich Kaskad na Ararat. 

W ogóle Armenia to kraj paradoksów. Kolebka cywilizacji, wszystko jest tu najstarsze, najlepsze – nawet niebo jest wyżej. Szczycą się, że jako pierwsi na świecie przyjęli chrzest, ich unikalny alfabet, liczący 39 liter powstał w IV wieku. Stolica liczy 2800 lat – jest starsza nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w Erewaniu żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”– czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i nie zapowiada się, by wiele w tym temacie się zmieniło.

_DSC3899.JPG
Monaster Tatew – z ormiańskiego tłumaczone na „daj mi skrzydła”

Narodowym daniem jest lawasz – cieniutki chleb, który można wykorzystać jako obrus, serwetkę, talerz, a nawet łyżkę. Co ciekawe – pieczeniu lawasza nie powinna przyglądać się osoba o zielonych oczach – znowu poczułam się dyskryminowana i po raz kolejny złamałam formę!

Jeden Ormianin spytał mnie:

-Czy Twoje imię pochodzi od słowa „ogień”?

Słyszałam już to w tym sezonie chyba czwarty raz! Nie wyprowadzałam go z błędu, że pochodzi raczej od głupiego jagniątka i ze śmiechem opowiedziałam, jak to jedna grupa przezwała mnie Aganiok.

Tak, Ormianie wierzą w symbole. I w przeznaczenie. Ale nie mogą pogodzić się z przeszłością i zacząc normalnie funkcjonować w teraźniejszości – takie jest przynajmniej moje wrażenie o tym kraju.

-Czy wierzysz, że w Armenii będzie dobrze?

-Wierzę!

-Wiesz, mamy nowego prezydenta.

-O, naprawdę? Nie wiedziałam!

-Jak to nie wiedziałaś?!

– Kiedy mieliście wybory?

-Już rok temu!

W Polsce po roku od wyborów raczej planuje się już kolejne… A tu cały czas tkwi się w fakcie dokonanym, nie mogąc ruszyć do przodu.

Brodząc po Erewaniu wspominam swój zeszłoroczny wyjazd do Baku – o podobnym terminie – zdecydowanie najmniej kaukaskiej stolicy trzech państw Zakaukazia. Kolejny paradoks – pierwsze pytanie, jakie Ormianie zadali mi na granicy, brzmiało:

-Co robiłaś w Azerbejdżanie? Czy mówili coś o nas?!

Kiedyś oba te narody żyły w przyjaźni obok siebie. Dziś dzieli ich dosłownie wszystko, na czele z zamkniętą na cztery spusty granicą.

Mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do Armenii. To, że nie skradła mojego serca po raz kolejny – ani krzty! – to nic takiego, zdarza się, to tak samo jak z człowiekiem. Nic prócz niej samej nie jest zupą pomidorową, by wszyscy lubili 😀 Niby ładnie, niby miło… ale szału ni ma, dupy nie urywa. Z dwojga kaukaskiego złego piekiełka, niech już lepiej będzie ta Gruzja… 😉

Dzikie wojaże

Moskwa jak z bajki.

Dawno mnie tu nie było. To znak, że sezon na dobre się rozkręcił – teraz to już nie ma zmiłuj – jak się w czerwcu weszło na tą karuzelę, zatrzyma się ona nie wcześniej niż w połowie września. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Na pełnej petardzie!

Moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały w skrócie tak: grupa 17 Rosjan (Sameba, Dariali, Juta) – prosto do Tbilisi – Erewań – Tbilisi – Moskwa – Tbilisi – Kazbegi. Czyli Gruzja – Armenia – Rosja. Co śmieszniejsze, do końca czerwca czeka mnie jeszcze raz szalona trasa Gruzja – Armenia – Rosja. Zaś mi przybędzie pieczątek w paszporcie! Samych gruzińskich już mam kilka stron 😀

O Armenii napiszę później, dziś będzie o Moskwie.

Tak, o Moskwie. Spełniłam swoje wielkie marzenie. Takie ze swojej życiowej czołówki marzeń. (największe ciągle przede mną, ale wierzę, że jestem bliżej niż dalej 😀 !) Tak, to prawda – marzenia nie spełniają się same i trzeba im pomóc w realizacji. Na przykład wejść na stronę gruzińskiej awiakompanii, znaleźć odpowiednie loty, a potem kliknąć: KUP BILET. Potem to już tylko nie przestawać się dziwić, że jednak to się zrobiło. A potem odliczać dni i cieszyć się jak dziecko. Booooże, jak ja się cieszyłam! Cały czas, chodząc po Moskwie, cieszyłam się sama do siebie i byłam jak natchniona. W dodatku kupiłam sobie specjalnie na swój wojaż długą, plisowaną spódnicę koloru słonecznikowego, więc wyglądałam, jakbym taka natchniona płynęła na chmurze. I jakoś tak cudownie się czułam z tą kiecką, lekką głową i tym promieniującym zachwytem. Zajebiste uczucie, tego mi trzeba było!

Gdy Dominika kiedyś zapytała mnie, czy nie boję się, że Moskwa mnie rozczaruje (jest wiele osób twierdzących, że Moskwa jest do bani, na przykład w odróżnieniu od Pitera itd), bez wahania odparłam, że nie, bo jestem pewna, że mi się spodoba. Nie myliłam się ani trochę! Moskwa skradła moje serce – jest absolutnie bajeczna i bajkowa. Aż mi słów brakuje!

_DSC2686AAA.jpg
Panorama Moskwy.

Moskwa poraża. Znowu jest tak, że ki……….

……

Urwana myśl. Moje rozważania przerwał jakiś dzieduszka, który przysiadł się do mnie na ławkę w parku WDNH i zapytał, która godzina. Zawsze, ale to zawsze tak się wszystko zaczyna: od pytania „która godzina”, albo stwierdzenia: „ale dziś pogoda!” – zawsze! 😉 A potem gadał ze mną i spacerował prawie 3 godziny. Czy jego uwagę przykuła żółta spódnica, czy co, ale stwierdził, że wyczuł dobrego człowieka, więc się przysiadł. Hm. Zaś wracając do hostelu, w metrze zagadał do mnie jakiś krymski biznesmen (!), który dosłownie nie mógł oderwać ode mnie oczu, (to znowu ta spódnica, no mówię Wam!!) bo go oczarowałam. Chciał mnie zaprosić na kawę (o godzinie 00:20), zostawił swój numer telefonu, bym się z nim umówiła kolejnego dnia, ale… ja nie napisałam. Niech zostanę jego widmem z metra w żółtej spódnicy. Jak czarować, tak czarować!

_DSC2515.JPG
Bajkowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

Moskwa poraża i jest pełna wszechobecnej magii.

Zaczytuję się już dawno w serii książek Metro 2033. Postapokaliptyczny świat 20 lat po katastrofie nuklearnej i jest tam taki motyw, że wychodząc na powierzchnię ze stacji Biblioteka Lenina coś machinalnie przyciąga, by spojrzeć na złowieszcze gwiazdy Kremla, ale nie można tego zrobić, bo to przynosi nieszczęście i zawsze wtedy coś się dzieje. Wychodzę ze stacji metra Biblioteka Lenina i co? I mówię wtedy: o kur*a! Pierwsze co rzuca się w oczy to kremlowskie gwiazdy!!! I już wtedy byłam go-to-wa. Moskwa mnie poraziła, wciągnęła i dałam się porwać jej czarującemu urokowi. Od dawna jestem przesiąknięta rosyjską kultura, która uważam, że nie ma sobie równych na całym świecie, tyle się naczytałam różnych pisarzy, poetów, a teraz chodzę śladami ich bohaterów – to niesamowite. Znajduję Patriarsze Prudy, gdzie Woland spotkał się z Berliozem, a Annuszka rozlała olej, dom Puszkina (a’propos! 6.06 świętowano jego 220 rocznicę urodzin!), ulicę Nieglinną i Bulwar, na którym można kupić watę cukrową i kolorowe baloniki, robię sobie wycieczkę po stacjach Metra… Och.

_DSC2538.JPG
Spaskaja Basznia i czerwona gwiazda 🙂

Chyba największe wrażenie, nie licząc kremlowskich gwiazd, zrobił na mnie park WDNH (Wystavka Dostiżenij Narodnovo Hozjajstva), czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, zwany sowieckim Disneylandem. 😀 Znowu westchnęłam z zachwytu i wydałam z siebie szybkie: o kur*a. (jak to ja, zawsze prosto z mostu). Moskwa porwała mnie po raz kolejny, nieostatni.

_DSC2906.JPG
WDNH –  Sowiecki Disneyland.

Moskwa na każdym kroku przesiąknięta jest kulturą. (Czyli tym, co zachwyca mnie najbardziej). Pomijając moje literackie zboczenia śladami bohaterów, pełno tu malarzy, pieśniarzy – wystarczy przejść ulicą Arbat, by posmakować tego artystycznego klimatu. W dodatku, ku nieszczęściu swojego portfela, na Placu Czerwonym akurat odbywał się Festiwal Książek – to było po prostu przeznaczenie!! Więc zbyt długo się nie zastanawiając, bo takie myślenie to jest szkodliwe, zrobiłam zakupy w ilości 6 grubych knig, po czym kolejnego dnia dodałam jeszcze dwie. Jak to spakuję z Gruzji i przewiozę do Polski? Nie wiem, póki co zupełnie mnie to nie interesuje 😀 ja mogę sobie odmówić jedzenia, ale nie książek, nigdy! A’propos jedzenia: blinów ze sgusionką też nie mogłam sobie odmówić. I lodów z GUMa. Także hulaj dusza pod każdym względem, nie myśl zbyt wiele!

Park Gorkiego to też super miejsce. W ogóle ilość wszelakich parków, ławeczek jest przeolbrzymia! Nie idzie się zmęczyć, bo wszędzie można przysiąść, a nawet się położyć. A ilość zieleni jest naprawdę zdumiewająca 😉 I taka super atmosfera zbliżającego się końca roku szkolnego – wczesnego lata lub późnej wiosny. Unoszące się pyłki lipy i cudowny zapach piwonii – coś pięknego! (I Agusia sunąca w długiej spódnicy koloru słonecznikowego…)

_DSC2811.JPG
Kopuły na Kremlu i Moskwa-City w tle.

Na odwieczne pytanie „co lepsze – Piter czy Moskwa?” ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Pewne, że Moskwa definitywnie z impetem weszła w mój prywatny spisek TOP-3. Tak więc Moskwa, Piter, Kijów. Lub Piter, Moskwa, Kijów. 😉

A! Muszę dodać, że lot gruzińskimi liniami miał ten dodatkowy plus, że 7 minut od startu jest się nad Kazbekiem. Kaukaz z lotu ptaka – o mamusiu złota, widok zapierający dech w piersiach!! Dodatkowa atrakcja w cenie biletu! 😀 coś pięknego, polecam!

Ciężko po czymś takim wrócić do kazbeckiej rzeczywistości. Do środka młynu, który tu się teraz zaczął. 😉 Skończyło się czytanie książek w czasie pracy! Koniec dobrego, obudzę się we wrześniu! A taka teraz natchniona i rozanielona po tej Moskwie jestem, że szok….:)))) muszę odzyskać swoją twardość, sezon w rozkwicie! 😀 Do następnego!

 

 

Dzikie wojaże

Wakacje od życia.

30.06.18

Dziś piękny dzień. Równe dwa lata szczycę się już mianem magistra filologii rosyjskiej, która obecnie, w czasach przebywania w Gruzji, przydaje mi się jak nic innego. Wreszcie, po całych dwóch latach mam tę satysfakcję, że jednak studia do czegoś mi się w życiu przydały 😀 cóż, lepiej późno, niż wcale!

Przy okazji, z racji urodzin, raz jeszcze naj, naj, najlepsze życzenia dla mojej Kochanej Asi, która wiem, że na pewno tego bloga czyta! :*

Jestem już w Gruzji 2,5 miesiąca. Czuję się jak ryba w wodzie i po prostu płynę na fali. Lub z falą, sama nie wiem jak to poprawnie brzmi. Statystycznie 90% ludzi, z którymi rozmawiam w biurze, uważa mnie za Ukrainkę, ostatnio nawet Polak nie chciał mi uwierzyć, że ja naprawdę jestem rodowitą wadowiczanką, że wychodzę zawsze i tylko na pole i jak się zdenerwuję, to mówię: „weźże idźże spadaj na drzewo” czy coś w tym stylu ;)))

Wszędzie trwa sezon wakacyjny. Urlopy, odpoczynek w Batumi, dużo upierdliwych pytań o rajdy konne, czy połączenie drogowe z Roszką, która przecież na mapie wydaje się tak blisko!!! Jednym słowem: wakacje. Nawet w Kazbegi zrobiło się po prostu jakoś CIEPLEJ. Szaleństwo, lato przybyło nawet pod Kazbek! Korzystając z dwóch wolnych dni w tym tygodniu hobbistycznie zrobiłam sobie aklimatyzację i znowu byłam na Meteo. Biorąc pod uwagę częstotliwość moich wypadów – równo co dwa tygodnie, także przez lipiec, będę tak zaaklimatyzowana, że (mam nadzieję) Kazbek nie będzie dla mnie jakimś szaleńczym wyczynem 😀 Bardzo chciałabym się przekonać na własnej skórze, czy naprawdę jestem taki kozak-alpinistyczna kozica, czy to tylko złudzenie sięgające jedynie 4000 m 😀 naprawdę, nie mogę się tego doczekać!

Doszłam do wniosku, że Stacja Meteo jest naprawdę świetnym miejscem, wymaga jedynie drobnej uwagi w pewnych kwestiach. Dobrym pomysłem byłby tam wolontariat typu: umyję wszystkie okna za paczkę wafelków i czekoladę. Kibla sprzątać nie zamierzam za żadne skarby i słodycze świata, ale podstawowe porządki są naprawdę do ogarnięcia i od razu byłoby tam czyściej i świetlej! 😉 Mam jeszcze cztery miesiące na zorganizowanie swojego projektu i wcielenie go do życia! 😀

Ostatnio miałam też super grupę na wycieczkę do Doliny Truso. Czterech Rosjan, a właściwie rdzennych Osetyjczyków, mieszkańców Władykaukazu, którzy przyjechali do Truso w poszukiwaniu swoich osetyjskich korzeni. (*Dolina Truso jest granicą z separatystyczną republiką Południowej Osetii; Władykaukaz to stolica Północnej Osetii). Byłam ich przewodnikiem, ale tak naprawdę to od nich dowiedziałam się więcej na temat historii i kultury, niż ja im zdołałam przekazać. Na koniec obdarowali mnie osetyjskim serem, plackiem i cukierkami, po czym stwierdzili, że naszą wycieczkę trzeba wpisać do Księgi Rekordów Guinessa: „Pierwsza Polka, oprowadzająca czterech Osetyjczyków po osetyjskiej ziemi w Gruzji”. Świetni ludzie, mam nadzieję, że tu jeszcze wrócą i się spotkamy! (Ser i ciasto było prze-pysz-ne!)

Dziś jadę do Tbilisi, a w nocy odbieram swoją kolejną grupę, tym razem 16 Hiszpanów (14 chłopa, 2 kobitki). Trochę mnie pocieszyło, że ich angielski jest very bad. Spoko, mój też nie należy do najlepszych, także już czuję, że się dogadamy! Będę biegać od jednego do drugiego i krzyczeć VIVA ESPANA!!!!!!, bo przecież trwają Mistrzostwa Świata i nie ma komu kibicować. Także jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiona i czuję, że jakoś razem ogarniemy te 14 dni od Tbilisi, poprzez Chewsuretię, aż na ich Kazbek (a moją bazę w Meteo:P).

Znikam więc na dwa tygodnie, odcięta od świata, cywilizacji i ludzkiej toalety. Będzie fajnie! Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z wakacji ile wlezie!!

PS. Agnieszka na Meteo ma się dobrze, rośnie!!!

Dzikie wojaże

Ruda Wiewióra na adrenalinie.

24.06.18

Ledwie rozpoczął się czerwiec: przeżywałam swoją tygodniową grupę, planowałam swój wyjazd do Baku (planowanie = zakup biletów + nocleg ; reszta jest kwestią spontaniczności), a tu za tydzień już lipiec będzie i kolejne grupy, kolejne plany… Dużo się dzieje. Lubię mieć dużo na głowie, bo wtedy, mimo iż czasem chaotycznie, ale jednak kieruję się większym zorganizowaniem swojej czasoprzestrzeni. Wiem, że po prostu muszę. 😀 Także leci, a wręcz pędzi jak szalony ten mój czas w Gruzji. W Kazbegi jest już pięknie zielono, jakby jeszcze dłużej niż do 15 po południu utrzymywała się słoneczna pogoda, to by już w ogóle było idealnie-pięknie-cudownie. Ale cóż. I tak nie ma na co narzekać. Po ostatnim Baku i całym dniu w Tbilisi jestem wygrzana na przynajmniej trzy tygodnie, wystarczy mi tego gorąca. Nasze Kazbeckie 20*C i lekki wiatarek są dla mnie optymalną pogodą. 😉

Miałam naprawdę świetną grupę. Współpracować z takimi ludźmi to czysta przyjemność, a nie praca. Gdy widzę, że komuś się podoba i w dodatku słucha tego, co mówię, staram się dawać z siebie jeszcze więcej. Jestem jak  Ruda Wiewióra na adrenalinie. 😀 😀 Byliśmy w Wąwozie Darialskim, przepięknej i kwitnącej wzdłuż i wszerz Dolinie Truso, Jucie, Dawid Gareji, które przez miesiąc zmieniło się nie do poznania, gorącym Sighnaghi, leniwym Tbilisi, ale jednak numerem jeden i hitem całej wyprawy był trekking do Stacji Meteo. Pierwsze koty za płoty – teraz już wiem, z czym to się je!!

 

Po drodze – wszystkie cztery pory roku. Kwitnące rododendrony, upał, burza z gradem i śnieg – a to wszystko na przestrzeni 15 km, jakie dzieli Cerkiew Cminda Sameba i Stację Meteo, znajdującą się na wysokości 3560 m n.p.m. Droga do Przełęczy Arsza nie przysporzyła żadnych wyzwań – w końcu byłam tam nie raz. Trudności rozpoczęły się po przejściu Saberdze – gradobicie w górach nie należy do przyjemnych doznań 😛 Przejście przez lodowiec było dla mnie ekscytującym przeżyciem . W końcu, jak większość ludzi, miałam do czynienia z najprawdziwszym lodowcem. Jeszcze może przykrytym śniegiem, ale cały czas żywym i aktywnym lodowcem,  pełnym szczelin po drodze. Ostatnia prosta w drodze do Meteo to kupa skał i kamieni. Nie zapamiętałam gruzińskiego określenia na ten odcinek, ale, jak stwierdził przewodnik – „po rosyjsku nazywamy go prosto pizdziec” – strome podejście na dobicie człowieka, który myślał, że po lodowcu to już wszystko pójdzie jak z płatka 😀 Co ciekawe, równie strome podejście wiedzie z rzekomej „toalety” do Meteo. W żargonie przewodnicy nazywają je Everestem. Śmiałam się z tego, dopóki sama nie złapałam tam zadyszki 😉

Czas w Meteo spędziłam w większości z przewodnikami – widać, bliżej mi do gida, niż do turysty 😉 Zobaczyły chłopy Rudą Wiewiórę, to się od razu ucieszyli, no co! O matko, jak oni mnie dbali! Kawusia, herbatka, cukiereczka? Czekoladki? A na śniadanko co byś zjadła? Moja grupa sama musiała sobie śnieg na wodę topić, by wypić herbatę, a ja jak jakaś pieprzona księżniczka na włościach! 😉

Bez telefonu, bez Internetu – czas na Meteo płynie niespiesznie, swoim rytmem. W górze odpoczywasz od życia w dolinie. Przewodnicy rozmawiali głównie po gruzińsku, ja starałam się łowić słowa, które znam, ale w większości gapiłam się jak cielę na malowane wrota, litościwie prosząc o tłumaczenie na rosyjski, do czasu aż jeden przewodnik nie zwrócił uwagi na Nikusia (dla niewtajemniczonych: Nikuś to miłość mojego życia – mój aparat!), zadając mto magiczne pytanie z błyskiem w oczach: „Robisz zdjęcia?!” Wtedy już było pozamiatane i pół wieczoru przegadaliśmy na temat zdjęć nocnych (przy kolejnym spotkaniu na Meteo czeka mnie egzamin!) i kompozycji linowej w kadrze. Podobały mu się moje zwierzęta, a mi jego zdjęcia z drona. Trafił swój na swego, ot co.

W kuchni przewodników na parapecie stoi roślinka. Przecierałam oczy ze zdumienia: nieee, to nie może być to, co myślę. A jednak. Najprawdziwsza konopia indyjska wielkości 10 cm. A obok w doniczkach kiełkuje 7 kolejnych. Chłopaki zastanawiali się nad imieniem dla niej. „Nazwijmy ją Agnieszka! Co Ty na to?” Roześmiałam się. „Tak, dobra myśl! Niech będzie tak piękna i silna jak Ty!” Także ten tego, podjęłam duchową adopcję roślinki na Stacji Meteo. Nikt nie ma takiego chrześniaka!!

_DSC4791.JPG
Agnieszka.

Ciepła atmosfera w kuchni przewodników jakoś przyćmiła niedogodności pokoi i w.w. „rzekomej toalety”. Warunki gorzej jak polowe, proponuję trzymać do ciemności, wtedy jest lepiej, bo nie widzi się dna. 😀 Wszystko jest jednak do przeżycia – jesteśmy ludźmi i z tym, chcąc nie chcąc, nie da się wygrać.

Kolejnego dnia wchodziliśmy do Białej Kapliczki i na wysokość 4000 m n.p.m. – tak właśnie wygląda trening aklimatyzacyjny. (Z moim napędem i turbodoładowaniem kolejnej nocy mogłabym iść na atak szczytowy! Co się jednak odwlecze, to nie uciecze!!) W drodze powrotnej do Kazbegi znów najgorsze było gradobicie i nieustający deszcz, który dobił mnie bardziej niż cała droga fizycznie tam i z powrotem. Uroki gór. Z tym jednak nie wygra, bo na prawdziwe uzależnienie nie ma lekarstwa. Z każdym razem człowiek chce tylko więcej i więcej.

Dlatego jutro znowu tam idę. Widoki uzależniają.

Dzikie wojaże

Baku. Miasto Wiatrów.

Spełniłam swoje kolejne podróżnicze marzenie. Nie tylko odwiedziłam swój 20. kraj w życiu, ale i trzeci kraj z grupy zakaukaskiej. Byłam w Baku. Swoje myśli notowałam na bieżąco, dlatego są swobodnym zapisem wrażeń i przeżyć z tego Dubaju Zakaukazia.
Dzień 1:
Baku. Miasto Wiatrów, gdzie wieje 300 dni w roku, a akurat dziś powietrze stoi, jak galaretka zawieszona w przestrzeni. A propo’s przestrzeni: jest tu jej tyle, że w porównaniu z ciepłym i swojskim już dla mnie Tbilisi, czuję się tu nieswojo. Może to bliskość morza i oddalenie od gór, może fakt, ze jestem tu sama i plątam się bez większego celu, coś jak sztuka dla sztuki, sama nie wiem. Nikt mnie nie zaczepia,nie proponuje taksówki i mimo, ze się wyróżniam, jestem tu incognito.
Ogółem Miasto robi wrażenie. Przez cały dzień jakby w półśnie, wieczorem budzi się do życia. Ludzie wychodzą na ulice, spacerują całymi rodzinami wzdłuż wybrzeża:niespiesznie, spoglądając w stronę Kaspijskiego Morza. Tak daleko mnie jeszcze nie było. Tak daleko na Wschodzie, gdzie do końca nie wiadomo, czy to jeszcze Europa, czy może już Azja i gdzie Orient unosi się w powietrzu niczym morska bryza w upalny dzień. W porównaniu z moim Kazbegi nie ma tu czym oddychać. Jest godzina 22 i dopiero teraz temperatura spadła, uwaga, do 31°C. W środku dnia jedynym słusznym rozwiązaniem jest popołudniowa drzemka. Azerbejdżan jest moim 20.krajem, który odwiedziłam. Celebruję chwile. I tęsknię za Gruzją. To czyste szaleństwo, bo wyjechałam ledwie wczoraj. Azerowie nie przepadają za spontanicznymi Gruzinami i ich lekkim podejściem do życia. Uważają, ze są pazerni i robią wszystko na pokaz.
Nie znam na tyle Azerów, by stwierdzić, jacy są oni. Na pewno się tyle nie uśmiechają. Ciemni, wysmagani słońcem, sprawiają wrażenie zahartowanych i dumnych z tego, co osiągnęli. W końcu stworzyli coś z niczego – przecież naród azerski to po prostu Turcy. Miałam ochotę pójść do gruzińskiej restauracji, ale stwierdziłam, ze to byłaby gruba przesada. Co za dużo, to niezdrowo. Odwyk dobrze mi zrobi i wrócę jeszcze z większym podkładem sil i energii do działania. I z jeszcze większym zaangażowaniem i miłością do tego zwariowanego kraju – Gruzji, rzecz jasna.
_DSC5184.JPG
Stare Baku i Flame Towers – najbardziej rozpoznawalne wieże miasta, symbol nowego porządku.
Dzień 2:
Plątam się po Iszeri Sziched – Starym Mieście. Znów się wyróżniam. Po pierwsze – jest godzina 11, a wtedy normalny człowiek ledwie się do życia budzi, a po drugie,kobiety nie spacerują same – toż to jakieś combo z mojej strony! Za nic jednak mam marketingowe chwyty Starego Miasta, błądzę sobie po urokliwych uliczkach, staram się znaleźć choć odrobinę cienia. Na szczęście ławeczki, na których można usiąść, a że są rozsiane dość gęsto, pod szerokimi koronami platanów, odpoczynek może więc być i częsty i przyjemny. Szkoda, że nie można się pod tym platanem położyć, to dopiero byłby relaks! Nie przesadzajmy jednak, w końcu jestem w stolicy poważnego kraju, który ma pod sobą porządną część światowych zapasów ropy naftowej… Upał naprawdę daje się we znaki, dlatego przenoszę się w stronę Prospektu Nafciarzy, czyli po prostu zmieniłam swój marszrut z ciasnych uliczek na szeroką, nadmorską promenadę. Tutaj miasto żyje.
_DSC5288.JPG
Baku nocą.
Dzień 3:
Drugiego wieczoru zaczęło wiać. Halny z Baku – ciężko było ustać na nogach, a co dopiero iść! Wiało tez cały trzeci dzień, ale to wiało tak, ze aż opaliło mi stopy. (Tego jeszcze w tym sezonie nie było, musiało jakoś dziwnie zawiewać). Oczywiście teraz mam czerwony krzyż, bo wreszcie mogłam ubrać sandały. Siedzę właśnie w pociągu i cierpię. Nie wspominałam, ale jako środek transportu do Baku wybrałam pociąg z Tbilisi. 20;35 i o 9 na miejscu – idealna sprawa, tym bardziej, jeżeli ktoś potrafi spać, jadąc. Przyznam szczerze, że nawet ja większość nocy przespałam, także już z rana byłam gotowa do działania i pełna sił i energii. 🙂 Dla porównania z kupe (zamykany przedział i 4 łóżka) w drogę powrotną wybrałam plackartę (przedział otwarty). Przecież i tak na dobrą sprawę się nie wyspie i tak, a skoro marzę ciągle o Kolei Transsyberyjskiej, mam dobry start. 😉 Dziś zrobiłam sobie dzień dobroci dla zwierząt i jadłam tylko słodycze. Bakława w kilku wersjach, kruche ciasto z rodzynkami, wafelki, naleśniki z czekoladą, batonik… mojej Mamie i pewnie większości osób na mój widok pewnie zrobiłoby się niedobrze od ilości cukru, ale cóż zrobić. Z uzależnieniem nie  wygra, a z racji tego, że na szczęście składają się małe rzeczy – uwielbiam sprawiać takie słodkie przyjemności! Do porzygania 🙂
Gwoli podsumowania. Super było się wybrać do Baku – zobaczyć na własne oczy i poczuć powiew Orientu. Nigdy wcześniej nie byłam jeszcze w typowo muzułmańskim kraju, dlatego wiele rzeczy zrobiło na mnie spore wrażenie – na czele z brakiem papieru w toalecie, ale za to z obowiązkowym malutkim prysznicem. 😉 Pora roku jak dla mnie odrobinę za gorąca, ale mówią, że temperatury w lipcu i sierpniu są jeszcze gorsze, dlatego najlepszą porą jest kwiecień-maj lub wrzesień-październik. Dla ludzi, planujących podróż po krajach Zakaukazia dodam, że opcja z pociągiem Baku-Tbilisi jest naprawdę godna polecenia. 13 godzin w pociągu, można się wyspać i od razu ruszać na miasto – ekstra sprawa. Trzeba jednak pamiętać, że Azerbejdżan nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z sąsiadującą Armenią, dlatego granice pomiędzy tymi dwoma państwami są zamknięte i jedyną opcją jest transfer z Gruzji, w żadnym wypadku nie z Armenii. Poza tym? Mało psów, dużo kotów, co mi się podobało, czysto, polecam Baku nocą, ale i tak NAJLEPSZA BYŁA BAKŁAWA! 🙂 
Dzikie wojaże

Notka na chilloucie.

28.05.

Za równe 5 miesięcy obudzę się w domu, w swoich ukochanych Witanowicach. Mój kocur strzeli focha i nie będzie na mnie spoglądał przez dwa tygodnie, a ja rozpocznę ucztę kulinarną, trwającą miesiąc i przytyję 5 kilogramów. Ale to za 5 miesięcy, póki co cieszę się Gruzją 😉 Mam jeszcze bardzo dużo czasu, wykorzystuję go więc jak tylko mogę. Kocham Gruzję za jedną naczelną rzecz (Kaukaz jest ponad wszystkim, więc się nie wlicza do tego rankingu:) – spontaniczność i ogólną zasadę „niet prabliema!” .

Koleś widzi, jak głaszczę konia. „Chcesz? Wsiadaj!” Nie zdążyłam w sumie nawet tej propozycji przemyśleć, tylko po prostu wsiadłam. Jak i oni, tak i ja! Co się będę wstydzić i ograniczać! Pojeździłam sobie na koniku, trochę wierzgał, ale jak na pierwszy raz poszło mi całkiem nieźle 😀 Dopiero potem sobie uświadomiłam: a jakbym spadła i sobie łeb rozwaliła? To bym dopiero miała swoją spontaniczność!

Sytuacja numer dwa: jadę z grupą Rosjanek do Juty. Skręcamy z głównej drogi, a Chabuka, nasz kierowca pyta: „Masz prawo jazdy?” Mam, ale nie przy sobie. „Niet prabliema, dawaj!” Ale ja się boje! „Nie bojsja, dawaj!” , po czym zamieniłam się miejscami z pasażera na kierowcę. Dodam, że nigdy w życiu nie prowadziłam takiego auta: coś w stylu minibusa, w dodatku automat z kierownicą po prawej stronie, ale oczywiście znowu moje działania wyprzedziły myśli. „Ty chyba lubisz szybko jeździć!” YYYYYY, jadę normalnie? Przejechałam tak po gruzińskich wertepach chyba z 10 km i powiem jedno: CHCĘ WIĘCEJ! 😀 Aga za kierownicą Mitsubishi Delika, jak sobie to przypomnę, to aż się uśmiecham na samą myśl!

Pewnie wszyscy Gruzini już huczą, że jakaś ruda wariatka odwala dziwne rzeczy w Kazbegi, które z reguły są zarezerwowane tylko dla mężczyzn 😉 Jeszcze mam obiecane wspinanie na skałkach i narty (to chyba musiałabym wpaść tu zimą) – no i oczywiście jeszcze więcej koni i jeszcze więcej za kierownicą! 😀 Ech, czyste szaleństwo. Jak ja to uwielbiam….

_DSC4026fffffffff.jpg
Polowanie na światło.

6.06

Pędzi ten czas jak szalony. Już jest czerwiec, za niedługo miną dwa miesiące odkąd jestem w Gruzji, a ja naprawdę, ale to naprawdę tego nie odczuwam. Pytam kogoś, jak tam leci: „No, nic nowego, wszystko dobrze”. A u mnie tyle rzeczy się dzieje, że czasem ciężko za nimi nadążyć. Ciągle ktoś przychodzi, o coś pyta, coś trzeba pomóc, załatwić, pamiętać o turystach zostawionych na pastwę losu na 8 godzin w Truso wśród stad dzikich baranów i psów pasterskich – nie ma czasu ani na tęsknotę, ani tym bardziej na nudę. To mi się właśnie podoba! 😀

Nabieram właśnie energii przed przyjazdem grupy, którą będę dowodzić przez pełne siedem dni. 24/24. Czytam mądre książki, dzięki którym (mam nadzieję), będę jak chodząca i trajkotająca encyklopedia, którym nie da się zagiąć żadnym pytaniem! :D Chociaż ostatnio miałam zagwozdkę: „Jak będzie naparstek po rosyjsku? Moja siostra zbiera naparstki i nie mogę nikomu wytłumaczyć, o co mi chodzi!” Hm, ja też nie mam fioletowego pojęcia, prawdę mówiąc. Zagięła mnie 😉

Energii nabierałam też ostatnio w Tbilisi, choć prawdę mówiąc jestem jak szybko-ładująca się bateria i wiele mi zazwyczaj nie potrzeba. 😉 Spotkałam się z moją znajomą panią profesor, Nino, z którą przez trzy miesiące dzieliłam kuchnię w akademiku w Tallinnie.  Nino ugościła mnie w swoim domu w iście gruzińskim stylu. Po sytej kolacji ona kończyła swoją pracę przy komputerze, a ja siedziałam na balkonie (w krótkim rękawku!!! To cudowne ciepło!) i popijałam herbatę z konfiturą. Totalny chillout, chwilo trwaj wiecznie. I sobie tak siedziałam, i myślałam o tym, jak jest pięknie i że są takie momenty w życiu, że człowiek czuje, że już nic więcej nie musi, bo jest dobrze właśnie tak, jak w tym momencie. Następnego dnia krążyłam po Tbilisi zupełnie sama, bez żadnego pośpiechu (jednocześnie idąc jak szalona, bo przecież kocham szybkie tempo), bez celu, po prostu czerpiąc czystą przyjemność z tego, że idę przed siebie, świeci słońce i mogę mieć rozpuszczone włosy, bo w Kazbegi zaraz wiatr by mi je splątał. 😉 Czasem potrzebne są takie krótkie resety i poczucie harmonii z resztą wszechświata. Po czymś takim miło się wraca w góry, ot co.

A’propos. Oczywiście nie mogłam dziś spać nad ranem, nie myśląc więc zbyt wiele, zerwałam się z łóżka i poszłam w góry. O 5:40. Dobrego miałam nosa!! Teraz przynajmniej wiem, żeby zobaczyć Kazbek w świetle wschodzącego słońca muszę wyjść co najmniej godzinę wcześniej >.< 😀 Wiem jeszcze (och, ja to zawsze wiem, a i tak robię swoje, to takie czasem okropnie przewidywalne! :P), że naprawdę trzeba zjeść wcześniej śniadanie, albo chociaż spakować paczkę wafelków na drogę! Bo dziś pewnie poszłabym dalej, taka pogoda śliczna, gdyby nie stado burczących pszczół w moim brzuchu 😉 Gdy ja już wracałam, to ludzie ledwo wychodzili na szlak! Wszyscy patrzyli na mnie jak na jakiegoś wariata. Jedna dziewczyna nawet zapytała: „Wracasz z Meteostancji?” Czyli to po prostu widać, że jestem górskim świrem. Definitywnie muszę wychodzić więc jeszcze wcześniej! 😀

Takiego właśnie wyjścia w góry mi brakowało. Szybkie rach-ciach, ładne światło, kilka strzałów i już człowiek w skowronkach na cały dzień. Ledwo wróciłam, zjadłam, wypiłam kawę, na szybko przejrzałam zdjęcia i już planuję, gdzie by tu skoczyć na zachód słońca! 😉 Mam nadzieję, że pogoda nie ulegnie zmianie – trzymajcie kciuki!

_DSC4192BBBBBB.jpg
Owieczki na szlaku, w tle Cminda Sameba.

W planach na najbliższe dni bardzo napięty grafik – grupa, a potem… Nie zdradzę Wam jeszcze kolejnego celu moich dzikich wojaży, ale gwarantuję, że będzie bardzo dziko! W dodatku jadę sama, więc nikt nie będzie mi powtarzał: „Ale Aga, zwolnij trochę, już nie mogę!” Sama padnę 😉

Widzimy się po 20.06!!! 😀 😀 😀