Dzikie wojaże

Mediolan – biedaki w stolicy mody

Ciao! Niedawno wróciłam z Włoch i teraz będę szpanować swoją znajomością dziesięciu słówek, jakich się nauczyłam podczas tej wycieczki! Nie no, dobra, ciao znałam już wcześniej.

Mediolan jest drugim co do wielkości miastem Włoch i stolicą Lombardii. Znany przede wszystkim jako miasto mody, pełne przepychu i blichtru, ale również sztuki i kultury. Jak trafiłam do Mediolanu? Cóż, prosta sprawa. Korzystając z długiego weekendu postanowiłam zapolować na jakieś tanie bilety – brakuje mi zagranicznych wypadów, są teraz znacznie rzadsze w moim przypadku niż kiedyś. Przełom października i listopada to dobry czas na dzikie wojaże – przypominałam sobie moje wypady w tym okresie do Sztokholmu, Petersburga czy Budapesztu.  Stwierdziłam, że tym razem polecę tam, gdzie bilety będą najtańsze. Padło na Mediolan. Takim to sposobem dwa biedaki – Aga i Ewelinka – trafiły do stolicy mody.

To już nasza tradycja – selfie przed samolotem musi być! 🙂

Najpierw jednak przyjechałam wcześniej do Krakowa – zrobiłam sobie taki sentymentalny spacer. Zawsze miałam problem z postrzeganiem tego miasta oczami turysty i zachwycaniem się jego klimatem – w końcu studiowałam tam przez całe 5 lat, najczęściej pędząc z Małego Rynku, gdzie miałam zajęcia, przez rynek na dworzec, by złapać busa do domu. Najpierw z Eweliną pojechałyśmy na ściankę wspinaczkową – wyszalałam się jak dziecko! To jednak zupełnie inny level, niż Taterki – tam bardziej liczą się silne ręce, aniżeli mocne i niezmożone nogi 😉 Po ściance poszłyśmy do knajpy gruzińskiej na chaczapuri adżarskie – Ewe stęskniła się za gruzińską kuchnią, ja, swoją drogą też. Btw – z knajp gruzińskich w Krakowie najbardziej polecam Smaki Gruzji na ul. Dietla 😉 Na kolację (albo deser?) wleciała Pijana Wiśnia – marzyłam o tym wspaniałym likierku już od jakiegoś roku, kiedy to piłam go po raz ostatni. Po wejściu na ogródek otwiera się inny światek – rosyjskojęzyczna enklawa z sercu Krakowa, wszystko w świetle czerwonych lampek na drzewie i oparach cudownego wiśniowego likieru. Magia. Wracając do mieszkania przez głowę przemknęła mi myśl – a gdybym całe studia i po nich mieszkała w Krakowie? Czy moje życie potoczyłoby się inaczej? Czy miałabym więcej szans i możliwości? To były jednak tylko przemykające opary mocnej wiśniówki.😉

Na następny dzień, czyli w niedzielę tuż po zmianie czasu, ruszyłyśmy na podbój Milanu. Oczywiście czasy pandemii nauczyły mnie sceptycyzmu – nie cieszę się prawdziwie, dopóki nie przejdę kontroli na lotnisku. Dreszczyk wanderlusta wzmagał się wprost proporcjonalnie do zbliżania się w stronę samolotu, a wraz z ruszeniem na pas startowy i moim ulubionym podkręcaniem silników osiągnął swój zenit. Lecimy!

Jak to na biedaka przystało, leciałyśmy tylko z małym plecakiem, miejsca również trafiły się z losowego przydziału. Gdybym zapłaciła za to przy oknie, miałabym całe Alpy pod sobą i pewnie z pińcet zdjęć 😉 a tak to tylko się wychylałam – i co widziałam, to moje, ale widok był nieziemski! Na powrocie siedziałam pośrodku, obok śpiącego na pelikana Włocha, mogłam więc zrobić kilka zdjęć 😁

Wylądowałyśmy na lotnisku Mediolan-Malpensa. Połączenie z centrum miasta jest bardzo dobre, przed budynkiem stoi kilka autobusów, które za 10 euro zawożą w okolice Dworca Centralnego, z dojazdem nie ma więc najmniejszego problemu. Nasz hostel znajdował się koło kilometr dalej, zakwaterowałyśmy się więc szybciutko i wygłodniałe ruszyłyśmy na miasto, by coś zjeść. W końcu przyleciałyśmy na foodtripa! Było koło 17, idziemy, idziemy, długa prosta ulica, a tu wszystko pozamykane. Hmm, dziwne. Rozumiem, że po sezonie, ale czy to normalne, że tak absolutnie wszystkie knajpy zamknięte? Trafiłyśmy w końcu na otwartą „gelaterię”. Pyszna i solidna porcja lodów na chwilę stłumiła nasz głód. W końcu zapytałam jednego gościa:

– Czy to z powodu niedzieli wszystko pozamykane?

Spojrzał na mnie jak na przybysza z innej planety.

– Nie, przecież otwieramy się o 18.

I wtedy mnie olśniło: jesteśmy we Włoszech, a jak Włochy, to popołudniowa siesta! Eureka! Wszystko pozamykane, bo Włosi prowadzą nocny tryb życia, jak Gruzini! (sic!) Siesta to święty czas, tradycja od setek lat, jakże mogłam o niej zapomnieć! Witamy w Italii…

W tym miejscu przed oczyma staje mi Ewelina, jedząca makaron i powtarzającą pod nosem: wybrałam złe studia, wybrałam złe studia…! Tak, moja młodsza Siostrzyczka zaczęła studiować filologię włoską! Ona na południe, ja na wschód – jestem ustawiona! Starsza-ruda rusycysta, młodsza-blondynka italianista, tylko Brat się nam środkowy wyrodził i jest magister inżynier mechatronik 😉

Skoro już tak o jedzeniu zaczęłam… BTW – już dawno marzył mi się włoski foodtrip. Wgl mam straszny niedosyt zagranicznych wojaży i łapie mnie nostalgia, jak wspominam bilety do Budapesztu po 19,99 czy do Wiednia Polskim Busem za 10zł w promocji… Te czasy już nie wrócą, inflacja za niedługo sięgnie 20% 😜 ale cieszę się, że wreszcie udało się wyskoczyć gdzieś za rubieże Polszy. No, wracając do jedzenia. W końcu udało nam się doczekać otwarcia knajpek, zeżarłyśmy po solidnym kawałku pizzy, Ewe się prawie popłakała, ja w sumie też, potem kupiłyśmy sobie wino w kartonie za 1,2 euro no i carpe diem, la dolce vita, hej. O winie będzie jeszcze dalej.

W poniedziałek powitała nas wspaniała pogoda – niebieskie niebo i przyjemne ciepło. Po drodze na zwiedzenie centrum zatrzymałyśmy się w knajpce na typowe włoskie śniadanie – niech Was nie zwiedzie włoskie słowo COLAZIONE!😉 oj, trafia taka „typowość” w me gusta, trafia w sam środek móżdżku i serca! Przepyszne, aksamitne cappuccino, a do tego crossaint, zwany po włosku cornetto (rogalikiem) – nie mylić z cornuto (rogaczem) 😉 Kawa i rogalik z czekoladą – idealny początek dnia, lepiej zacząć nie można! Tak też zaczynałyśmy każdy dzień we Włoszech, tradycyjnie. Włosi uwielbiają zaglądać do barów, które można spotkać na każdym rogu. Każdy Włoch ma swoją ulubioną knajpeczkę i przychodzi do niej na kawę – najczęściej esencjonalne espresso – pite często przy barze, chyba, że zanosi się na dłuższą posiadówę z kumplami wieczorem, to wtedy już przy stoliku. Cappucino pije się tylko do południa – zamówienie go po południu może przyprawić Włocha o zawał serca. (Przyjęło się, że po wybiciu na zegarze południa mleko źle się trawi 😆)

Tak mogę ż(r)yć

Najedzone i szczęśliwe dotarłyśmy wreszcie do centrum. Naszym oczom ukazał się symbol Mediolanu – Katedra Duomo. Ja pierdziele – jak ja kocham to wrażenie widzieć na żywo zabytki widywane dotychczas w podręcznikach lub na pocztówkach! To jest coś wspaniałego! Budowę Katedry Narodzin św. Marii w Mediolanie rozpoczęto w 1386 roku i trwała ona niemalże 500 lat, tworząc jeden z największych kościołów na świecie, mogący pomieścić 40 000 wiernych. (Ostatnie szlify datowane są na 1965 rok). Ciekawostki – to właśnie tutaj w 1805 roku Napoleon koronował się na króla Włoch. Mnogość zdobień Katedry, dbałość o szczegóły i jakość ich wykonania robią piorunujące wrażenie. Na przestrzeni wieków wykonano 3400 posągów i 135 gargulców. 135 to liczba wież jaką może pochwalić się katedra. Najwyższa z nich to ta, na której postawiono statuę Najświętszej Marii Panny mierząca 108 metrów. Co ciekawe, żaden budynek w Mediolanie nie może przewyższać Madonny – na szczytach wieżowców zaczęto więc stawiać kopie posągu, małe Madonny. 😉

 Punktem obowiązkowym na mojej liście MUST SEE W MILANIE było odwiedzenie dachu katedry – moim zboczeniem jest podziwianie panoramy miasta z punktów widokowych typu dachy, dzwonnice. W sumie to był jedyny punkt na tej liście, cała reszta ograniczała się do tiramisu, pizzy i pasty. 😉Ustawiłyśmy się w zawijanej kolejce po bilety, a tu lipa – na poniedziałek wszystkie wyprzedane. Wkurzyłam się oczywiście, stwierdziłam, że a wtorek to ja nie chcę, bo nie ma być już takiej lampy, nie będę płacić 10 euro – typowy wybuch focha. Przemyślałam to jednak i stwierdziłam, że no niee – muszę tam iść, nie wiadomo, czy kiedykolwiek więcej będzie mi dane do Mediolanu wrócić (Włochy są duże!), więc trzeba to wykorzystać nawet, jeżeli niebo na następny dzień zasnute będzie chmurami. Wróciłam i kupiłam bilety na wtorek. Cóż – tak miało być, bo we wtorek zamiast słońca i tłumów turystów miałyśmy cały dach niemalże dla siebie – na spokojnie można było podejść do każdego punktu widokowego i wszystko pooglądać. A chmury dodawały jedynie klimatu. Było warto!!

W poniedziałek za to siedziałyśmy sobie na placu Duomo i podziwiałyśmy zachód słońca – biały marmur Katedry nabierał wtedy niesamowitych barw! Akurat wtedy było Halloween – poprzebierane dzieciaki i młodzież dopełniały kolorytu tego miejsca. Czekałyśmy na zapadnięcie zmroku – chciałam koniecznie zobaczyć oświetlone centrum. Nagrodą za ten długi dzień była pizza. Zabytki zabytkami, ja jednak od samego początku zaznaczyłam, a Ewelina znacząco mnie poparła, że lecimy na foodripa, czyli się nażreć. Dobrze, że robiłyśmy dziennie koło 17km na nogach, bo o matko, no bo jak Italia, no to permanentna ciąża spożywcza… Wyobrażacie sobie, że jeszcze jakieś 10 lat temu nie jadłam pizzy? Nie przemawiała do mnie totalnie. Ale wtedy jeszcze nie miałam okazji być we Włoszech!

Neapolitana w sercu Milanu. 😍 Zastanawiałyśmy się z Eweliną, czy bierzemy po całej, czy zadowolimy się po pół, ale znając mój skurczony żołądek zarządziłam jedną na nas dwie. Dostałyśmy takie oto monstrum. #foodporn tak bardzo! (Oczywiście swoim zboczonym zwyczajem każdą wyjazdową potrawę przed zjedzeniem muszę sfotografować). Była wspaniała, na cieniutkim cieście i przede wszystkim olbrzymia! Nażarłyśmy się, ale nie przeżarły, więc tak idealnie. Zachwycona Ewelina wyszczebiotała po włosku, że bardzo nam smakowało, to aż kucharz wyjrzał zza drzwi, usłyszawszy swój język z ust blondwłosej cudzoziemki! Nich się uczy i przyzwyczaja, jakie to miłe uczucie komunikować się w obcym języku i robić wrażenie na lokalsach! 😉

Jeszcze jednym bardzo ciekawym miejscem w sercu Mediolanu, przy tym samym placu co Katedra jest słynna Galeria Wiktora Emmanuela II. To tutaj przyjeżdżają wszystkie influencerki, by sfotografować się przed sklepem Prady czy Gucci. Byłyśmy nawet świadkiem takiego wydarzenia – biedaki z małymi plecakami robią sobie bekę z poważnej sesji fotograficznej 😁chociaż w sumie to podziwiam jej zaangażowanie i to, że wystawiając się na spojrzenia setek ludzi, przyszła tu w tej swojej kiecy i robiła swoje 😂

Galeria Wiktora Emanuela II, zwana Salonem Mediolanu, to jedno z najstarszych i najsłynniejszych centrów handlowych nie tylko w Europie, ale i na świecie – jej budowę zakończono w 1877 roku. Nie wszystkich stać na zakupy w drogich markowych butikach, ale warto się tu wybrać – sam imponujący gmach wart jest zobaczenia. W Galerii znajduje się również 7* gwiazdkowy hotel, ale nie udało nam się go odnaleźć 😉 Znalazłyśmy za to znajdujący się na posadzce wizerunek byka turyńskiego – w tym miejscu trzeba się okręcić trzykrotnie na pięcie, by zapewnić sobie pomyślność. Odczekałyśmy swoje w kolejce i wykonałyśmy zadanie – nie zaszkodzi, a próbować zapewnić sobie przychylność zawsze warto 😁 Galeria Wiktora Emanuela II w Mediolanie to cztery piętra pełne niezwykłego przepychu i bogactwa. Swoje butiki mają tu takie marki jak Dolce & Gabbana, Prada, Dior czy Chanel – nasza Mama prosiła nas: weźcie poróbcie jakieś zdjęcia wystaw! Po czym stwierdziła, że nic specjalnego. W ramach ciekawostek – do 2012 roku w Galerii działał McDonalds – nie przedłużono mu jednak umowy najmu – władze miasta stwierdziły, że nie godzi się, by tak podły fastfood oferował tanie jedzenie wśród tak zaszczytnych kreatorów mody 😉Przesiedlił się więc Mak na drugą stronę placu – dzięki czemu można napić się espresso z widokiem na Katedrę (skorzystałam z tej opcji całkiem przypadkiem, kiedy to zaczęło padać i chciałam przeczekać deszcz).

Na kolację wjechała pasta, czyli nic innego jak makaron z sosem pomidorowym i ziołami. I mimo, iż północne Włochy słyną bardziej z risotto – no nie mogłyśmy sobie tego odmówić! Na samym początku kelnerka nas zagięła, bo zapytała, z jakim makaronem życzę sobie tą arrabiattę? Czy ma być to makaron penne, fusilli, fettuccine, pappardelle, spaghetti czy może tagliatelle? Były to tylko niektóre z pięknie brzmiących nazw włoskich makaronów (a ja zielona, bo znałam zaledwie trzy nazwy). Tylu kształtów i rodzajów nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie! A na samo wspomnienie smaku, 3 tygodnie po tym posiłku, aż mlaskam, o jejkuuu, jakie to było smaczne! W prostocie siła – to zasada włoskiej kuchni. Co jeszcze ważne – produkty muszą być doskonałej jakości. Do tego kawał serca, szczypta finezji oraz aromatycznych ziół i wychodzi niebo w gębie!

Jeszcze jeden hit. Górę wzięło moje wschodnie obycie, więc koniecznie musiałam wejść do sklepu i kupić sobie wino w kartonie. Takie najtańsze, za 1,2 euro. Kazałam Ewelinie sprawdzić w necie, czy we Włoszech jest coś takiego jak zakaz picia w miejscach publicznych – w tym miejscu przypomniałam sobie, jak za czasów Erasmusa na legalu paliliśmy grilla w parku za parlamentem estońskim. 😆 Poza tym lubię sobie celebrować chwile z piwkiem czy winkiem – takie zboczenie konesera dobrych momentów i dzikich wojaży. Nie zapomnę cydru na kijowskim Majdanie, o alkoturystyce w Gruzji nie wspominając. Wypiłyśmy w końcu to winko z kartonu – o wyraźnym zakazie nigdzie nie było napisane 😁 cóż. Fatalny przykład daję swojej Młodszej Siostrze. Ale chcę ją nauczyć, że… tak właśnie trzeba ż(r)yć! Nade wszystko. W końcu byłyśmy we Włoszech, więc jedyna słuszna zasada (prócz la dolce vita – słodkie życie) to carpe diem – chwytaj dzień/trzymaj chwilę!

Nie byłyśmy oglądać Ostatniej Wieczerzy Leonardo da Vinci, będącej nie obrazem, ale malowidłem ściennym, które można oglądać w refektarzu klasztoru przy kościele Santa Maria delle Grazie ( z resztą na ten termin nie było już nawet biletów wstępu), ale nie czuję się jakoś przez to bardziej uboga w doświadczenia zwiedzania Mediolanu. Wolałyśmy sobie posiedzieć w parku, poczytać książkę (popijając winkiem z kartonu, taaak, to wtedy…) lub pójść do dzielnicy Navigli z kilkoma kanałami (skojarzyło mi się to z Amsterdamem, w którym, notabene, nigdy nie byłam – a może o tym podobieństwu po prostu gdzieś przeczytałam?) – super klimat, zwłaszcza wieczorową porą: masa urokliwych knajpek, antykwariaty i księgarnie. Odwiedziłyśmy też słynny Zamek Sforzów, Plac Mercanti (Kupców), znalazłyśmy kopię Łuku Triumfalnego rodem z Paryża i zachwycałyśmy się kolorowymi tramwajami. Było super pod absolutnie każdym względem!

Jeszcze kilka wrażeń:

• jakie to jest miłe, że ludzie uśmiechają się do siebie na ulicy! Tak po prostu! Cudowne!

• zaskoczyło mnie, że Włosi zdecydowanie lepiej od Francuzów z Paryża mówią po angielsku – czy to chłopak w sklepie czy straszy pan w knajpce – naprawdę komunikacja na świetnym poziomie!

• zauroczyły mnie kawiarki, idealne do zrobienia jednego espresso 😍 gdyby nie to, że owszem, lubię siekierę, ale zazwyczaj rozmiaru XL, więc takich malutkich kawiareczek musiałabym sobie zrobić z dziesięć, to skusiłabym się i taką sobie sprezentowała 😆

• Włosi też dobrze umieją w słodycze! Makaroniki były droższe, niż w Paryżu (1,8 euro), to jednak smak cappucino to niebo w gębie 😍

• nauczyłam się kilku nowych do niczego niepotrzebnych słówek po włosku typu: uscita (wyjście), nadal jednak nie wiem, (zapomniałam!!!) jak jest „na zdrowie” 😁 (gdy wracałam z Erasmusa 9 lat temu (sic!), umiałam powiedzieć „na zdrowie” w 19 językach… do dziś żałuję, że tego wtedy nie spisałam!)

Krótkie podsumowanie:

• bilety lotnicze dla dwóch osób tam i z powrotem wyniosły mnie 360 zł;

• noclegi w tym (długi weekend) terminie były dość poprzebierane, rezerwowałam też dość późno – płaciłam 32 euro za noc za osobę;

• dojazd z lotniska Malpensa do centrum (rejon Dworca Centralnego) bardzo prosty – wychodzi się poza terminal i zaraz w kolejce czekają autobusy firmy Malpensa Shuttle, Terravision lub Malpensa Bus Express. Bilety kupuje się online lub u kierowcy – 10 euro w jedną stronę, tam i z powrotem za 16 euro;

• bilet na metro (śmigają dwie linie) kosztuje 2 euro i jest 90-minutowy;

• bilety na zwiedzanie Katedry Duomo warto kupić sobie online – kolejki w dobrą pogodę są dość długie 😁na stan 1.11.2022 za wejście na dach Katedry płaciłam 10 euro;

• pizza neapolitana – koło 8-9 euro, pasta – koło 12 euro ALE BYŁO WARTO XD

Ogólnie – najtańsze to do Mediolanu były bilety, ale nie ograniczałyśmy się totalnie w niczym, spędziłyśmy czas tak, jak lubimy, odhaczyłyśmy kolejne miasto na mapie Europy, a tak w ogóle to kocham swoje dzikie pomysły i ich realizacje! Dzikie Wojaże rządzą i byle więcej!

Dzikie wojaże

Kachetia.

Kazbegi. W centrum tego kaukaskiego wszechświata znajduje się drewniana, oszklony kiosk z pamiątkami. To tak zwana przez nas „budka kontemplacyjna”, skąd można nie tylko rozmyślać nad sensem egzystencji, ale i bacznie obserwować życie, toczące się na rynku. Kierowcy zawsze zwalniają, przypatrując się: „a kto dziś w budzie siedzi?”, turyści zagadują o narodowość (bo dlaczego nie wiem, jak mówi się po gruzińsku „do widzenia”?! Wszyscy nie mogą wyjść z podziwu) i takie tam. Kiedy pada deszcz, jak dziś, ludzie pytają: „A co robić w taką pogodę w Kazbegi?” Jak to co – iść do super knajpy i pić wino! Można też popisać, co właśnie czynię.Jestem już miesiąc w Gruzji, ale zupełnie nie czuję upływu czasu. Czuję się, jakbym funkcjonowała w jakiejś innej realności. Przyznam, że kręci mnie taka realność! Góry, dużo ludzi (ciekawych i bardziej ciekawych), byle jeszcze tak nie padało! 😉

Ostatni tydzień w ogóle minął jak z bicza strzelił – w poniedziałek po pracy wyruszyłyśmy z Anią na południe – w stronę cywilizacji 😉 Tbilisi można się zachłysnąć! Tam już lato, a u nas, w górach, ledwo się zielono zaczęło robić! Po trzech tygodniach zjechać na niziny i paradować w krótkim rękawku – to spore wydarzenie! Nawet spacer po mieście o 1 w nocy był dla nas fascynujący – jakbyśmy nagle znalazły w jakiejś orientalnej bajce…

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą...)

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą…)

Noc była ciepła (i krótka), a z samego rana ruszałyśmy już w stronę Kacheti – regionu Gruzji, słynącego głównie z wina. Gruzja jest niezwykle różnorodnym krajem – ma wysokie góry, ciepłe morze, żyzne pola, a nawet stepy i półpustynie z regionu David Gareja – właśnie to one były naszym celem tego dnia.

David Gareja to kompleks monastyrów, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Byłam tam już w lipcu, ale Ewa zasugerowała, że w maju to zupełnie inny świat, więc warto to zobaczyć. Z racji tego, że David Gareja leży na końcu planety i ciężko tam się dostać, ktoś wpadł na świetny pomysł i stworzył Gareja Line – marszrutkę, która codziennie o 11 zbiera ludzi z Tbilisi spod pomniku Puszkina i zabiera nas za 30 lari (w dwie strony) tam, gdzie dociera tylko 4×4. Świetna sprawa!

Majowe David Gareja to naprawdę inna bajka. Tak diametralnie odmienny widok, niż kosmiczne krajobrazy, jakie pamiętam z lipca, że głowa mała! Bujna zieleń, łąki łany, nic, tylko kręcić się w kółko i podziwiać z każdej strony, coś pięknego!

_DSC1638
Kosmiczne pejzaże.

Marszrutka Gareja Line odjeżdża o 16 (do Tbilisi jedzie około 2,5-3 godziny) i po 40 minutach zatrzymuje się w Udabno – wiosce na końcu świata, sztucznym tworze i wymyśle sowieckich inżynierów ( w latach 80-ych przesiedlono tam grupę swańskich górali), jedynej w promieniu wielu, wielu kilometrów. To jest fenomen, że dwójka Polaków (tak, Polacy w Gruzji są chyba najbardziej przedsiębiorczym narodem, oczywiście poza samymi Gruzinami) stworzyła tam hostel i dobrze prosperującą restaurację. To właśnie tam spędziłyśmy naszą drugą noc – chciałyśmy przekonać się, jak wygląda przywitanie dnia pośród kwitnących na żółto stepów.

Naszym kolejnym (prawdę powiedziawszy – głównym) celem było Sighnaghi, by jednak do niego dotrzeć, z Udabno musiałyśmy się dostac do Sagarejo, a stamtąd złapać marszrutkę, jadącą z Tbilisi do Sighnaghi. Skomplikowane, ale do ogarnięcia! 😀 Marszrutka z końca świata (Udabno) ponoć jeździ, ale tak naprawdę nikt nie wie skąd i o której. „Pomiędzy 8 a 9” – usłyszałyśmy. Zapytana inna kobieta pokazała na palcach „4”. HMMM. Oznaczać to może: za 4 godziny, o 4, a może jednak za 4 dni??? By nie stać w miejscu, idziemy i łapiemy stopa pośrodku stepu i na pace ciężarówki (szkoda, że nie był to wielki i burczący ZIŁ lub KAMAZ!) dojeżdżamy do Sagarejo, a stamtąd, w końcu, do Sighnaghi. Przejażdżka stopem na pace to definitywnie największa przygoda tej wycieczki! Byłam niczym piaskownica, ale mega frajda – chcę więcej! 😉

_DSC1838.JPG
Jedziemy autostopem…

Po takiej dziurze jak Udabno w Sighnaghi można się po prostu zakochać – w końcu to „Miasto Miłości”, a Urząd Stanu Cywilnego pracuje tam całodobowo. Jest to serce Kacheti – może nieoficjalnie, bo stolicą regionu jest Telawi, w którym nic nie ma, ale kulturalnie i rozrywkowo na pewno. Lubię taki klimat małych, urokliwych miasteczek. Namiastka Toskanii, w której nigdy nie byłam. Nic, tylko siedzieć na werandzie i sączyć lemoniadę, jeżeli komuś wino wychodzi już bokami 😉

W Sighnaghi miałyśmy listę „Must see” – oczywiście również z myślą o turystach. Udało nam się odnaleźć wszystko, prócz jednego punktu – cmentarza. Wieczorem Gio, nasz gospodarz, obficie polewa winem.

-Gio, my zaraz umrzemy!

-Nie umierajcie, przecież najpierw chciałyście zobaczyć cmentarz!

Wszyscy strasznie się dziwili, dlaczego tak bardzo zależy nam zobaczyć ten cmentarz. Brali nas za turystki – cmentarz jak cmentarz, co tam interesującego i dlaczego tak usilnie go szukamy? A jednak gruzińskie cmentarze są inne niż polskie – tradycją są wielkie portrety na nagrobkach – w ulubionej bluzie, przy samochodzie, na koniu – wszelkie scenki rodzajowe w wersji nagrobkowej. Poza tym, ten w Sighnaghi (w końcu go znalazłyśmy, najśmieszniejsze jest to, że przechodziłyśmy tuz obok uliczki, w którą należy skręcić) jest położony w naprawdę urokliwym miejscu i pięknie stamtąd widać góry Tuszeti – oczywiście o ile pogoda jest sprzyjająca.

Cały kolejny dzień spędziłyśmy na wycieczce objazdowej „Winnym szlakiem” – w końcu Kachetia winem słynie i płynie. Ciekawa sprawa posłuchać i zobaczyć, jaką drogę musi przejść winogrono, by stać się zabutelkowanym winem, gotowym do eksportu na przemysłową skalę. Wrażeń dużo, będzie o czym opowiadać turystom. Czasem czuję się jak jakieś guru, mające dostep do tajemnej wiedzy, o której inni nie mają pojęcia. Morał jest taki – wszystkiego trzeba najpierw spróbować na własnej skórze, by móc opowiadać o tym innym – ot, cała filozofia! 🙂

W piątek trzeba było myśleć o powrocie. Nawet jeżeli ma się samochód, tak czy siak droga w góry prowadzi przez Tbilisi. Dostałyśmy się na dworzec Didube, skąd można złapać transport Kazbegi i szukałyśmy stanowiska, z jakiego odjeżdża, gdy napadła na nas cała chmara taksówkarzy. „No tak, myślą sobie, turystki z wielkimi plecakami, może coś ugram!” Ooo nie wujku, nie ma głupich, z dziesięciokrotnie podbitą ceną!! Rozmowa na kilka głosów:

-A Wy gdzie?

-W Kazbegi!

-Oj, to dawaj na taksi! Wy tam na Kazbek idziecie?

-Nie, na marszrutce! Może w lecie!

-Oj, widać, że Wy ekstrim lubicie, widać!

Nie ustaliłyśmy jednak, niestety, czy extrem to jechać marszrutką, czy wchodzić na Kazbek? Pozostanie tajemnicą, co poeta miał na myśli 😉

Do Kazbegi, na przednim fotelu obok kierowcy czułam, że wracam jak do domu. Byle w góry, już wystarczy mi tej cywilizacji!

PS.Dziękuję za uwagę i gratuluję dotarcia do końca! Czekam na odezw tych, którym się udało! 😀 😀

Dzikie wojaże

Zniżka na majówkę.

To, że w Polsce długi weekend dobiegł końca i znudzone rzesze zmierzają dziś do pracy, przeklinając poniedziałki, wcale nie oznacza, że w Gruzji jest to samo. Dlaczego?

  • W ogóle nie mieliśmy długiego weekendu.
  • Moja częstotliwość pisania uaktywnia się zwyczajowo w poniedziałek, więc wcale nie jestem znużona.
  • Ruszam dziś wieczorem na czterodniową wyprawę, od rana więc rozpiera mnie energia! J

Przez równiutkie trzy tygodnie pogoda w Kazbegi nas rozpieszczała, a Kazbek mamił swym widokiem. Kiedyś jednak musiał przyjść deszcz, którego nadejście Nika skwitował słowami: „No tak, zaczyna się sezon!” – mając na myśli nie tylko „pogodę na niepogodę”, ale i hordy turystów, okupujące nasze Zakopane. 😉 W końcu majskije prazdniki trwają w najlepsze, co najmniej do środy.

Ukrainiec z autobusu, który oblężał naszą budkę z pamiątkami (centrum obserwacyjne, wychodzące na sam ryneczek!) uważnie mi się przypatrywał, z niedowierzaniem kręcąc głową:

– Nie wyglądasz na Gruzinkę, takie zielone oczy….

-Bo ja Polka.

-Polka?! To ludzie z Ukrainy do Was za pracą jadą, a Polki wyjeżdżają do Gruzji?!

No tak, dokładnie, można to tak w skrócie podsumować, a co.

Hasłem przewodnim majskich prazdnikow jest wszechobecne słowo SKIDKA: ZNIŻKA. „Ale jak to nie możecie dać nam zniżki? Przecież jesteśmy na Wschodzie, powinniśmy się targować! To jak będzie z tą zniżką???” I tłumacz tu człowieku, że nic nie możesz na to poradzić, bo wychowana jesteś na systemie kapitalistycznym i takie sztuczki wychodzą poza jego ramy… Nie ma szans na zrozumienie! 😉

Udało nam się zaliczyć gruzińską imprezę urodzinową. Panuje tu taka tradycja, że dzień swoich urodzin trzeba przywitać w miłym gronie przyjaciół – nieważne, czy wypada on w środku tygodnia i rano trzeba wstać do pracy (ale przecież kto przejmowałby się takimi niuansami! Ludzie, to żaden argument!), czy w sobotę. Z resztą – tu i tak każdy powód jest dobrym pretekstem, by spotkac się w dobrym gronie i wyciągnąć butelkę wina (ale taką 20litrów).

Nie wiem, czy już o tym wspominałam, najwyżej się powtórzę: trzeba będzie zagłębić się nam w gruzińską sztukę wznoszenia toastów. „Na zdrowie” lub „za szczęście” nie wchodzą w grę. Toast to prawdziwa forma literacka – i niczym w baśni – potrzebny jest wstęp, rozwinięcie, a, co najważniejsze- puenta!!

Najbardziej fascynujące jest jednak deptanie kapusty. Taak, słuchajcie jak to wygląda: wszyscy siedzą przy stolikach, po północy wino leje się jeszcze większym strumieniem niż dotychczas, muzyka zaczyna grać głośniej, a podchmielonych ludzi po prostu zaczyna nosić: tupią nogami, kiwią głowami, takie tam. Z racji jednak tego, że stół zajmuje ¾ pomieszczenia (krzesła ledwo się mieszczą!) nie ma przestrzeni na potańcowy! Ludzie więc wstają i zaczynają kołysać się do rytmu przy (albo i nad) stole. Nie ma miejsca na tańce i hulanki, ale cóż poradzisz, jak Cię nosi! Toż to deptanie kapusty w czystej postaci! W wersji gruzińskiej rzecz jasna. 😉

„Takich imprez czeka Was jeszcze dużo!” – usłyszałyśmy na odchodne.

_DSC0778.JPG
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg puste szlaki w górach daje! 🙂

Wolny dzień, zwłaszcza w środku tygodnia, jest idealna okazją, by spożytkować nagromadzoną w sobie energię, buzującą jak oranżada i wystrzelić w góry. Kto rano wstaje, ten ma puste szlaki – warto więc wychodzić skoro świt, by uniknąć tłumów (analogicznie jak w naszych tatrach,  żadne to odkrycie!). Cminda Sameba (ten słynny kościółek) jest dla mięczaków, ja z Anią jak z procy wystrzeliłyśmy wyżej i zatrzymał nas dopiero śnieg – na Saberdze (3000m n.p.m). Śmiałyśmy się, że gdy będziemy chciały się umówić na randkę z jakimś lokalnym dżygitem, by go sprawdzić, będziemy mu mówić: „Ok., to czekaj na mnie na Saberdze!” Przetrwają tylko najlepsi 😀 Śnieg okazał się nie do przejścia suchą i lekką (bez sprzętu) stopą, widoki jednak były tak wspaniałe, a Kazbek tak majestatyczny, że nie pozostaje nic innego, jak czekać cierpliwie na lato i wtedy ruszać w drogę, wyżej! 😉 Przy okazji cieszyłam się jak dziecko, bo wracając z Saberdze odkryłam rododendrony, rosnące na zboczach, co dla fanki fotografii i ogrodnictwa jest wprost wymarzonym plenerem! Jeszcze jakiś miesiąc i zacznę spełniać swoje fotograficzne fantazje z rododendronami w roli głównej! 😀 Znowu wykorzystam swój wolny dzień najlepiej, jak się tylko da 🙂

_DSC0898.JPG
Kazbek.

Dochodzi 7:45, najwyższy czas wypić kawę, coś zjeść, a nade wszystko – zacząć się pakować! Prosto z pracy ruszamy w drogę. Będzie fajnie, już nie mogę się doczekać!

Miłego tygodnia dla Was wszystkich, przesyłam kazbeckie pozdrowienia!!

 

Dzikie wojaże

Kijów.

Czasem człowiek wpada w doła, jak zbyt długo siedzi w jednym miejscu i trudno mu odnaleźć jakikolwiek sens. Tu praca, dom, znowu praca, deszcz, niepogoda, lub, co gorsze: w tygodniu ładny, a weekend do bani i tak w kółko.

100% sensu za to odnalazłam w mojej kolejnej, długoweekendowej (czerwcowej) wyprawie – w sumie na wariata (cóż za nowość!) zebrałam się w niecały tydzień i pojechałam do Kijowa. 
Wiecie – nie chodzi o to, że sztuką jest się zebrać w tydzień: spakować się itp. Największą sztuką jest ogarnięcie psychiczne i mentalne nastawienie– ruszam w niesamowitą wyprawę, muszę być skupiona i przygotowana na wszystko. 🙂 a to jednak wymaga poświęcenia i czasu, i sporych nakładów uwagi.
Uwielbiam spontaniczne wyjazdy, a Kijów definitywnie można do takich zaliczyć.  Sporo osób pytało mnie:
-Jedziesz do Kijowa? Przecież tam była wojna! Jest tam bezpiecznie?
Odpowiadam: o wiele bardziej bezpiecznie, niż obecnie w Londynie czy Paryżu. 
 
Czy będąc w Kijowie czułam strach? Nie, nie ma czego się bać. Świadomość tego, że na wschodzie Ukrainy cały czas, bez ustanku toczy się wojna jest trochę straszne, ale jest to miasto w pełni bezpieczne. Kijów to miasto spokojne, wręcz leniwe, jak kot, który ledwo obudził się ze snu. Tak naprawdę, Kijów nie przypomina mi żadnego innego miasta, które miałam okazję zobaczyć wcześniej. Nic, zero skojarzeń. No, chyba że to minimalne odniesienie do złotych kopuł Moskwy.
To, że Kijów mnie „zaskoczył” to mało powiedziane. 
Kijów mnie porwał i oczarował. (HAHAHA, Z MOICH TEKSTÓW WYNIKA JEDEN WNIOSEK: JAKŻE ŁATWO MOŻNA MNIE PORWAĆ I OCZAROWAĆ, TAK NIEWIELE TRZEBA!:))))))
Dziwi mnie, że tak mało osób chce zobaczyć to niesamowite miasto… Człowiekiem z aparatem, czyt. turystą, byłam praktycznie tylko ja. A szkoda, bo Kijów naprawdę wart jest uwagi.
_DSC8060.JPG
Kijów to miasto z długą i niesamowitą historią. Niemalże na każdym kroku czekają różne pamiątki przeszłości: od starodawnej stolicy Rusi Kijowskiej (IX-XII wiek), poprzez okres, kiedy to miasto należało do Wielkiego księstwa Litewskiego, czyli wielikoj Polszy od morja do morja, poprzez szarobury, ale kwiecisty socjalizm, aż do uzyskania swobody po upadku Związku Radzieckiego, wolność o całkowitą niezawisłość, wreszcie przejmujące wydarzenia z 2014 roku kiedy to Kijowski Majdan był na ustach całego świata.
Tak, definitywnie największe wrażenie podczas całej wyprawy zrobił na mnie Majdan Niezależności.
Z pełną świadomością twierdzę, że to miejsce jest niesamowite. Budzi takie nasycenie różnych, różnorakich uczuć, że to przerasta wyobrażenie. Zachwyca, zmusza do refleksji, jeszcze raz zachwyca, po czym każe się zatrzymać, chłonąć, myśleć i siedząc na dachu jednej knajpy popijać zimne piwo i patrzeć na zachodzące słońce, cały czas mając na uwadze to, by myśli burzliwie kłębiły się po głowie…  Tak, takie to właśnie miejsce.
_DSC8531
To właśnie ten plac, będący sercem miasta, na początku 2014 roku był czarny: dosłownie i w przenośni. Czarny od setek tysięcy ludzi, będących tam i walczących o swobodę swojego kraju i czarny od smoły z płonących opon. Ciężko to sobie wyobrazić, kiedy ciepłe, czerwcowe słońce muska Cię po twarzy…
Kijów pełen jest drobnych symboli tego, jak Ukraina walczy i jednoczy się z Europą. 
Powiedziałabym inaczej- może nie tyle Ukraina, co Kijów!!! To Kijów się starał, to Kijów walczył i to Kijów oberwał najbardziej!!
Aleja Bohaterów Niebiesnoj Sotni (wcześniej bodajże Instytucka lub coś w ten deseń, wyleciało mi to z głowy dokładnie). Barykady z cegieł, zerwanych z bruku. A obok zdjęcia poległych. 20, 18, 25, 30 lat… Zdjęcie obok zdjęcia. Obok kwiaty, kokardki, znicze… Strasznie przejmujące.
_DSC8102
Niebiesna Sotnia- pierwsze sto osób, które zginęło na Majdanie w lutym 2014 roku. 
To do ludzi, znajdujących się głównie na tej ulicy, strzelali snajperzy z dachu Hotelu Ukraina.
W czwartek pod wieczór zmęczenie dało jednak w kość, nie tyle może mi, jestem przecież jak koń pociągowy, nigdy niezmożony, co mojemu towarzyszowi doli i niedoli, który w końcu się zbuntował i powiedział, że on ani kroku więcej nie jest w stanie zrobić i nie marzy o niczym innym, jak wrócić i pójść spać.
No dobra. Z racji tego, że mam dobre serce, spełniłam to żądanie. 😀
Czekał za to na nas długi i pełen wrażeń piąteczek-piątunio!!
Miałam oczywiście już wszystko obczajone, co chciałabym zobaczyć, konkrety i jeszcze raz konkrety, nie pozostało więc nic innego, aniżeli ruszać w drogę na podbój Kijowa!
_DSC8228
Przepiękna panorama lewego brzegu Dniepru. (Centrum miasta jest prawobrzeżna).
Co ciekawe- miałam wrażenie, że Dniepr w Kijowie jest bardzo szeroki. W pewnym momencie, metro wyjeżdża nawet na powierzchnię, jedzie mostem, można się jarać panoramą miasta, było to niesamowite, ale to tak na marginesie. 🙂
Przeczytałam jednak, że Dniepr w Kijowie jest bardzo wąski. Wow. Chciałabym w takim razie zobaczyć, jaki jest „szeroki” w innych częściach Ukrainy!!
Obowiązkowym punktem wyprawy było odwiedzenie Kijowsko-Pieczerskiej Ławry. 
O matko. Ile ja się o tym miejscu musiałam czytać na zajęciach z literatury staroruskiej!! Albo historii Rusi!! Niesamowite, zobaczyć na żywo miejsce, tak ważne dla kultury i historii nie tylko Rusi Kijowskiej (dzisiejsza Ukraina, Rosja i Białoruś), ale i Europy i świata!!
Ławra, zwana „matką monasterów”, jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. W pewnych miejscach robienie zdjęć aparatem było dodatkowo płatne (jak chociażby w Uspienskim Soborze), ale rozwalił mnie argument kobiecinki, sprzedającej bilety:
-Niech pani sobie lepiej schowa ten duży aparat, bo za robienie zdjęć trzeba dodatkowo zapłacić, ale telefonem można śmiało fotografować!! 
Średni rozumiem logikę, ale ok. Nie ma problemu!
_DSC8167.JPG
W kompleksie normalnie żyją i pracują prawosławni mnisi. Dbają o ogród, uprawiają działki… Kurcze! Nawet urodzaj w sadzie mieli jakiś ponadprzeciętny!!! Podczas gdy w Polsce czereśni było na palcach policz, bo przyszły mrozy, to tam gałęzie uginały się od owoców! Chyba je sobie wymodlili, innej opcji nie widzę! 🙂 Sad, niestety (dla wszystkich odwiedzających) lub całe szczęście (dla mnichów) był ogrodzony.
Skończyło się więc na smaku.
Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała wspiąć się na jakiś punkt widokowy, by pozachwycać się panoramą Kijowa z góry. W tym wypadku punktem obserwacyjnym okazała się dzwonnica w Ławrze.
_DSC8244
Widoki z góry są najlepsze, ale ile razy można chodzić w kółko dzwonnicy. 🙂
W końcu opuściliśmy teren Ławry i poszliśmy dalej w teren.
W okolicy pomnika Matki-Ojczyzny znajduje się Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak na wschodzie nazywa się II wojna światowa) i mnóstwo drobnych symboli walki o wolność. Także współczesnych.

Pomnik Matki-Ojczyzny – fajny punkt orientacyjny, ze względu na monumentalność i wysokość- ponad 135 metrów. Cały czas, z uporem maniaka, powtarzałam jednak, że to „Matka-Gruzja”. M. z uporem maniaka nazywał go „Matka-Rosja”. Się nam usrało.

Wiecie, że Kijów też ma swoją tęczę??? W dodatku „tęcza” jest Pomnikiem Przyjaźni Narodów- rosyjskiego i ukraińskiego. Rzecz jasna pochodzącym z czasów Związku Radzieckiego. Jest jednakże jedna różnica między tęczą kijowską i warszawską- Ukraińcy, mimo kłótni z Rosjanami, nie spalili swojej tęczy, a nawet nie próbowali. Może temu, że jest z betonu? 😀 Chociaż innych śladów dewastacji nie zauważyłam.
Więc to tylko dobrze o nich świadczy. Od drugiej strony tęcza, Arka Drużby Narodow, również wygląda ciekawie. Powiedziałabym, że prezentuje się wręcz bajkowo! 
_DSC8395
Tuż za Arką znajduje się most, gdzie pieszo można przejść na drugą stronę Dniepru. Nogi powoli wchodzą w dupę, ale oczywiście, idziemy!!! Przecież nie popuściłabym takiej okazji. Trochę zaczęło się chmurzyć, co jednak nie przeszkadzało wielbicielom kąpieli w rzece na oddawanie się przyjemnościom. Ciekawe, jak musi to wyglądać w sierpniowy, upalny dzień!! A tak w ogóle, Kijów ma całkiem sporo plaż. Słynne są także wysepki na Dnieprze- niektóre są prywatne, z daczami ukraińskich oligarchów.
Ale z reguły przybrzeżne plaże są ogólnodostępne i bardzo popularne wśród kijowszczan.
_DSC8405
Pod sam wieczór znowu przemieściliśmy się na Majdan. Musiałam tam wrócić.

W ciągu całej wyprawy powracałam tam wielokrotnie: chciałam zobaczyć, jak się prezentuje o każdej porze dnia i wieczoru.
Od Majdanu zaczęłam i na Majdanie skończyłam swą przygodę z Kijowem. 
Więc jakże tu nie przywiązać się do tego miejsca…
_DSC8512
„WOLNOŚĆ JEST NASZĄ RELIGIĄ”.
Tak na marginesie, ten olbrzymi baner założono tuż przed finałem Eurowizji, który w tym roku miał miejsce w Kijowie. Chciano zasłonić zniszczony budynek, którego nie zdążono odremontować.
Muszę przyznać, że Kijów bardzo sprawnie podniósł się po wydarzeniach sprzed 3 lat. Podniósł się w sensie właśnie odbudowy zniszczeń. Pozostawiono jedynie symbole, mające na celu przypominać o wydarzeniach tamtych dni. Te, widoczne są niemalże na każdym kroku…
Po zachodzie słońca chciałam zobaczyć centrum miasta nocą. Oczywiście miałam farta, bo na Majdan przyszliśmy akurat na pokaz tańczących fontann.
Usiedliśmy sobie na schodach pod iglicą, tak siedzieliśmy, patrzyliśmy, myśleliśmy o tym i o owym…
Tak, defnitywnie Majdan jest najlepszym miejscem do rozmyślań z całego Kijowa.
To coś jak wyciąg narciarski w Mestii. Jedziesz, patrzysz na góry i myślisz, myślisz… Myślisz bez końca o wszystkim i o niczym. 
Czasem każdemu człowiekowi potrzebne są takie miejsca. takie resety.
Siedzimy i popijamy piwo. 
Chwilo, trwaj. 
_DSC8697
A propo’s piwa na Majdanie:
-To my możemy tak siedzieć i pić?! A straż miejska, policja, mandat?!
-Pij, jesteśmy na Wschodzie.
Sobota, czyli nasz ostatni dzień w Kijowie była bardzo na luzaka. W sumie wszystkie najważniejsze punkty „zaliczyliśmy” już poprzedniego dnia; mogliśmy więc poświęcić prawie cały dzień na spokojne błąkanie się uliczkami i wchłanianie kolorytu miasta.
Chciałam odnaleźć dwa miejsca – Pejzażną Aleję, słynącą z mozaikowych tworów i Andrijewski Zjazd- starodawną ulicę, łączącą górną (starszą) część miasta z dolną, nowszą, jednakże nie był to szukanie za wszelką cenę.
Jak zwykle miałam farta, bo oba miejsca odnalazłam całkowicie przypadkiem i w obu przypadkach byłam zachwycona znaleziskiem!!  W środku niektórych figur znajdowały się ławki, a że było baaardzo duszno (padać zaczęło tuż po tym, jak wsiedliśmy do autobusu, znowu nam się udało!) fajnie było skorzystać z takich udogodnień w ciężkiej wędrówce! Bajkowe miejsce:)
_DSC8714
W Kijowie jest cała masa bajecznie kolorowych murali, jeden piękniejszy i ciekawszy od drugiego!! Cały dzień można by poświęcić jedynie na odszukanie tych wszystkich ulicznych dzieł sztuki. To może kolejnym razem, tematyczna wycieczka do Kijowa mogłaby być! 
Wschód mnie zachwyca, Wschód mnie fascynuje i za każdym razem jeszcze bardziej zadziwia. Naprawdę wiele już widziałam i mało co mnie dziwi, zbyt dobrze znam tą ukochaną przeze mnie mentalność. 🙂 
Jednakże psy ze schroniska, które można adoptować ot tak, z ulicy- zaskoczyły mnie całkowicie. „POMÓŻCIE SCHRONISKU- NAKARMCIE BEZDOMNE PSY I KOTY!” – głosi napis na zgiętej tekturze. To takie proste, że aż chwyta za serce. Co jeszcze ciekawsze, psiaki były bardzo miłe i grzeczne, a gdybym pośród nich zobaczyła kota, chyba bym się pobeczała na środku ulicy i musiałabym odejść ze złamanym sercem. Biedne zwierzaki i dobrzy ludzie.
Autobus do Krakowa mieliśmy pod sam wieczór.
Byłam wściekła jak osa, bo trochę mieliśmy obsuwę w czasie i musiałam wybierać: albo pójdę na zakupy do dużego sklepu, albo spokojnie zdążę na dworzec i na autobus, a z racji tego, że aż takim bezmózgiem i wariatem nie jestem, zachowałam się z rozsądkiem.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo znalazłam mały sklepik, z którego wykupiłam cały zapas mojego najcudowniejszego i najpyszniejszego „mleczka”- sgusionki. Cały zapas, czyli dwie małe puszki, a dziękowałam starszej kobicie, jakby to było płynne złoto. Uśmiała się ze mnie i dziwiła się, że w Polsce nie mamy gotowego mleka skondensowanego, które można wylać wprost na naleśniki i zlizywać z talerzy. 😉
Powrót do Polski był hm. Zaskakujący. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.
W Krakowie mieliśmy być na 7 rano. Byliśmy na 19. 🙂 Na granicy staliśmy… 12 godzin, a cała droga zajęła 26 godzin. Zajechałabym do Bułgarii za ten czas, do Grecji!! ;o
Po 4,5 godzinach czekania:
M: A może przejdźmy tą granicę na piechotę? 
Spojrzenie Agi.
M: Aha, ale i tak musielibyśmy czekać na autobus.
30 minut później:
M: W takim tempie to mi się niechody zagoją!!
Biedny, nie zdawał sobie sprawy, że przed nim było jeszcze 7 godzin w tempie metr na godzinę 😀 Chociaż i tak jest to mało ważne. Daliśmy radę i było warto! 🙂