Dzikie wojaże

Urodzinowa Barcelona

Barcelona chodziła za mną już od dłuższego czasu. Chyba od wtedy, kiedy po raz pierwszy pochłonął mnie Zafon i jego „Cień Wiatru” albo jeszcze bardziej „Gra Anioła”. Na okrągłe urodziny chciałam sobie zafundować jakiś fajny wyjazd, ale ciągle jakieś przeszkody –  standardowe brak czasu/brak pieniędzy/pandemia/wojna czy Bóg wie co jeszcze. Stwierdziłam, że to dobry czas na spełnianie marzeń, dlatego nie myśląc zbyt długo, siadłam przed komputerem i kupiłam bilety. Ostatnimi czasy często wracałam wspomnieniami do swojego wypadu do Moskwy – solo, sama byłam też w Baku i czułam się doskonale, dlatego do Barcelony też postanowiłam lecieć bez towarzysza. Chciałam na te urodziny pobyć sama ze sobą i swoimi myślami, wycieczka śladami bohaterów literackich, spacerować swoim tempem, aż do obtarcia stóp, chłonąć wszystkimi zmysłami.

Dwa słowa jeszcze o Zafonie – jednym z moich ulubionych współczesnych autorów, który niestety nic więcej już nie napisze, bo zmarł w 2020 roku w wieku 56 lat. To jeden z tych pisarzy, który potrafił mnie zaczarować i porwać. Motyw książek w jego prozie jest bardzo ważny, a co się tyczy samej Barcelony – można uznać, że miasto jest pełnoprawnym bohaterem literackim. 23.04 znany jest jako dzień św. Jerzego, patrona Barcelony – Sant Jordi. Tego dnia ulice katalońskich miast zapełniają się książkami i stoiskami z różami. Nie może również zabraknąć smoków, bowiem to z walki z nim zasłynął święty Jerzy. To taki mix dnia książek i walentynek. Zwyczaj bowiem nakazuje podarować tego dnia komuś bliskiemu  książkę i różę. Piękne, prawda? „Jesteśmy jak cienie, ukrywamy się za literami”. Naczytałam się o tej Barcelonie u Zafona, musiałam się więc przekonać na własne oczy. Odnaleźć Arc Del Teatre, gdzie ukryty był Cmentarz Zapomnianych Książek, kawiarnię Els Quatro Gats (4 koty) i charakterystyczny dom z wieżyczką, który wynajmował David Martin. AHHH, podróż literacka niczym w Moskwie!

Tak w ogóle to urodzinowy wyjazd… Zmiana kodu, trójka z przodu! Nie było żadnych podsumowań, ani „listy rzeczy do zrobienia przed trzydziestką”. Za późno. A z resztą to tylko cyfry, nie zrobiłam „przed”, to zrobię „po”. Co mi się udało własnymi nogami, rękami, fartem, zbiegiem okoliczności czy siłą woli i swoim działaniem to zdobyć tytuł magistra, którego do niczego nie używam, wejść 4 razy na Elbrus, 3 razy na Kazbek i odwiedzić 24 kraje. Jak na dziewczątko z Witanowic to całkiem sporo, skoro nawet na gminnej prelekcji nazywają mnie „podróżniczką”.

Mam swój świat, którego nie porzucę, chodzę swoimi ścieżkami (a najczęściej jest to czysty offroad), nie usiedzę w jednym miejscu. Za dziecka najgorszą karą było schowanie książki, a mama mimo szczerych chęci nie oduczyła mnie czytania przy jedzeniu. Nie kupię sobie drona, bo pewnie bym go utopiła, jak telefon w morzu, który odpłynął na fali, albo z falą. Ze śmiesznych historii w moim życiu to wpadłam do studni i wywaliłam się na prostym parkingu tuż przed autem, koncertowo rozbijając oba kolana i drąc spodnie. W wieku 28 lat. Całkiem niedawno uszkodziłam sobie rzepkę w kolanie, uderzając się garnkiem na kiszoną kapustę. Nie pytajcie J A K – przypał to moje drugie imię.

Czas szybko ucieka. Staram się żyć jak najbardziej świadomie i czerpać radość z każdego dnia i prostych rzeczy, składających się na ten dzień. To chwile składają się na życie. Tyle. 😊

Chińskie ciasteczko szczęścia w Barcelonie w dniu moich urodzin

Hola hola, teraz zapraszam do Barcelony! Z zaśnieżonej Polski i mrozu -13*C wylądowałam w innym świecie. Btw – Hiszpania – mój 24. odwiedzony kraj! Przyjemne ciepło, palmy, pomarańcze, no bajka. Taki klimat odpowiadałby mi cały rok! Zima mogłaby istnieć tylko na Spitsbergenie.

Barcelona to drugie co do wielkości miasto Hiszpanii, stolica autonomicznej Katalonii. Leży nad Morzem Śródziemnym, a z samolotu widać Pireneje. Miasto sztuki. Od Gaudiego wolę jednak Zafona, ale artystyczny klimat unosi się w powietrzu jak zapach churrosów z czekoladą. Barcelona ma tylko nieco ponad 50 dni deszczowych rocznie, a czysta słoneczna pogoda w grudniu to ponad 300 godzin. Wystawiam twarz do słońca i chodzę w samej koszuli, bo podczas gdy t u jest +17*C, w Polsce tym czasem zasypało. Odpowiada mi taki klimat, chociaż jarmark bożonarodzeniowy i św. Mikołaje średnio zgrywają się z palmami na promenadzie. Zastanawiam się, skoro drzewa ledwie zaczynają tracić liście w połowie grudnia (platany, miłorzęby), to kiedy zdążą wyrosnąć im nowe? Świetnie za to zgrywa się melodia Bella Ciao, przygrywaną tuż przy głównej alei miasta, prowadzącej nad morze przez trzech uśmiechniętych dziadków. Słucham zafascynowana, mam ochotę wyciągnąć telefon i nagrać filmik, nie robię tego jednak, zostawiając to wspomnienie tylko dla siebie. Uśmiecham się i idę dalej.

Płacę 10 euro za wstęp do Parku Güell i uważam, że są to najlepiej wydane pieniądze w Barcelonie. Zaraz obok crossaintów z kremem, od których cały dzień pachną mi ręce i lodów o smaku białej czekolady pod słynną Sagradą Familią. Budowa Parku rozpoczęła się w roku 1900, ale dla publiczności otwarto go dopiero w 1963 roku. Kilkanaście lat później został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kilka słów należy się w tym miejscu na temat osoby Antoniego Gaudiego, który został poproszony o zaprojektowanie kilku budynków w parku – chociaż znany jest głównie jako architekt słynnej katedry Sagrada Familia. Po 1914 roku poświęcił się jej całkowicie, zamieszkał nawet na terenie budowli, a po śmierci został, zgodnie ze swym życzeniem, w niej pochowany. Zmarł w 1926 roku w wyniku obrażeń doznanych trzy dni wcześniej, gdy potrącił go tramwaj. W ramach ciekawostki – zakończenie budowy Sagrady Familii planowane jest na setną rocznicę śmierci Gaudiego, czyli w 2026 roku – mają jeszcze trzy lata. Już teraz jednak katedra ma imponujący wygląd i poraża (a w pewnym momencie i przeraża), nawet z daleka. Neogotyk i secesja to główne cechy stylu architektury Gaudiego. Casa Batlo, Casa Milla i Casa Vicens są tego idealnym obrazem. Eksperymentował, puszczał wodze fantazji, śmiało wykorzystując w swych projektach fantastyczne formy i zawiłe desenie oraz kształty podpatrywane w przyrodzie. Nawiązywał do płynności podwodnego świata. Gaudi wszystkimi pracami umieszczonymi w parku Güell chciał pokazać, że da się w jakiś sposób zespolić architekturę z przyrodą. Chciał wkomponować w pagórki oraz roślinność dzieła ręki człowieka, nie naruszając przy tym naturalnej harmonii natury. 

Sagrada Famila

W Parku Güell czułam się  jak prawdziwa Aga w Krainie Czarów. Tym bardziej, że zupełnie irracjonalnie, na olbrzymich palmach, harce urządzały sobie mnichy nizinne. To takie zielone papugi. Tak, papugi. Papugi w Barcelonie!!! W internecie można przeczytać o ich pladze w Madrycie, Walencji czy właśnie Barcelonie, choć dla mnie było to zjawisko niesamowite. Każdego dnia fascynował mnie ich wesoły świergot wśród palm (chociaż piszą o nim „wrzask”) oraz to, jak przemykały nad głowami ludzi. Kosmos! Właśnie tak będę pamiętać Park Güella. Jak magiczną Krainę Czarów z fantastycznymi mozaikami Gaudiego i radosnym świergotem zielonych papug. Nikt mi tego wspomnienia nie zabierze ani nie odmieni. Najpiękniejsze z całej Barcelony!

Stwierdziłam wtedy, że sama nie wiem, czy to przez te wszechobecne i rozwrzeszczane papugi, ale Barcelona tak bardzo skradła moje serce, że postawiłabym to miasto w moim TOP-5 miast ever – zaraz po Moskwie, Petersburgu i Kijowie, obok Budapesztu ex aequo z Pragą. 🙃

W Parku Güell spędziłam dobre kilka godzin. Plątając się tam i z powrotem, robiąc zdjęcia najdłuższej ławki na świecie i przyglądając się mozaikom Gaudiego –a każda z nich była jedyna i niepowtarzalna. Po drodze z Parku miałam zaznaczony na mapie jeden z zachwalanych punktów widokowych. Jestem fanką panoram miast z punktów widokowych, dlatego Bunkry del Carmel musiały zostać odhaczone! Bunkry El Carmel zlokalizowane są na wzgórzu Turó de la Rovira na wysokości 262 m n.p.m. Podczas hiszpańskiej wojny domowej na szczycie wzgórza zamontowano działa, które zostały skierowane w stronę miasta. Siały one terror i postrach wśród mieszkańców. Podobną złą sławą okryty jest zamek Castell de Montjuic, w którym przetrzymywano i torturowano katalońskich więźniów. Samo wzgórze znane jest jako zielone płuca Barcelony, znajduje się tu Muzeum Katalońskie, stadion i wioska olimpijska, a rzut beretem jest do Placu Hiszpańskiego i areny walk byków, przerobionej obecnie na galerię handlową.

Jak już jestem przy Montjuic – umyślałam sobie pójść na to wzgórze, by zobaczyć cmentarz, który opisywał Zafon. Można tu wjechać kolejką linową, ale przecież według Agusi kolejki są dla słabych, lepiej dryłować 6 km pod górę w jedną stronę! Tylko po to, by obejrzeć cmentarz. Swoją drogą – to też pewne dzieło sztuki – nie tylko ze względu na owiane sławą kamienne anioły. Pochowani są tu najbardziej zasłużeni mieszkańcy Barcelony (oczywiście poza Gaudim, którego pochowano w Sagradzie Familii). Atmosfera cmentarza idealnie wpisuje się w mroczny nastrój Zafona. Przypałem byłoby się zgubić na cmentarzu – wolałam do tego nie dopuścić, a było to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę mnogość piętrowych alejek i nagrobków 😉 Nie wiedziałam, że władze Barcelony podjęły decyzję o organizacji wycieczek z przewodnikiem. Poprowadzono nawet trzy trasy – artystyczną, historyczną i łączoną.

W Barcelonie z jednej strony czuć niesamowitą przestrzeń – w końcu morze rzut beretem, ale z drugiej strony są wąskie uliczki średniowiecznej Dzielnicy Gotyckiej – Barri Gòtic. Lubię takie klimatyczne miejsca, w których dobrze się gubi. Idąc bez mapy, skręcić to tu-to tam, chłonąc cienie i mroki zakamarków Barcelony.

Zaliczyłam kolejny punkt widokowy – dach katedry św. Eulalii. A przy okazji i samą katedrę – to tak zamiast Sagrady Familii, na którą patrzyłam tylko z oddali (32 euro za wstęp do niedokończonej katedry jakoś mnie zniechęciły). Na krużganku, wśród gotyckich kolumn, przechadzały się białe gęsi.😁 13 ptaków jest trzymanych przy Katedrze, bo św. Eulalia, patronka katedry miała właśnie trzynaście lat gdy zginęła męczeńską śmiercią. Nie spodziewałam się tego w takim miejscu. Ciekawe 😊

Najbardziej niesamowite w całym wypadzie do Barcelony było dla mnie to, że w połowie grudnia mogłam się cieszyć słońcem i przyjemnym ciepłem, chodziłam w samej koszuli cały dzień (płaszcz wyciągałam z plecaka na sam wieczór). Żałowałam, że nie wzięłam sobie spódnicy, bo momentami było mi za ciepło! Tak sobie to skojarzyłam, bo podczas wejścia na dach Katedry trochę wiało i musiałam się opłaszczyć. Siedziałam sobie na ławce, patrzyłam na dachy Barcelony i zajadałam rodzynki w czekoladzie. A w dole gwar. Na dziedzińcu przed Katedrą było rozłożone kilka straganów i kolejny jarmark bożonarodzeniowy. Podśpiewywałam sobie Feliz navidad dadada (oczywiście tylko te dwa słowa, więcej nie znam) i dziwiłam się, jakie małe śkaradztwa tam sprzedają, ja bym zrobiła lepsze:

Jak się dowiedziałam, w Katalonii wciąż kultywuje się tradycję Tío de Nadal, czyli drewnianego pieńka, któremu przykleja się oczy i uśmiechniętą buzię. Pień ten kupuje się na początku adwentu i dzieci mają za zadanie dbać o niego – karmić i okrywać kocykiem, by nie zmarzł. 24.12 dzieci biją pieniek kijkami i śpiewają mu specjalną piosenkę, żeby następnego dnia pozostawił po sobie prezenty. AHA. Ile to człowiek może się dowiedzieć o otaczającym świecie i jego niesamowitych tradycjach po prostu podróżując… Prawdziwym zwieńczeniem celebracji Świąt Bożego Narodzenia jest dopiero święto Trzech Króli. Uroczyste orszaki na ich cześć przybyły do nas właśnie z Hiszpanii. To oni przynoszą dzieciom jeszcze więcej prezentów, niż symboliczne podarki od pieńka. 😉 Dzieci piszą listy nie do św. Mikołaja, ale właśnie do Trzech Króli, którzy przyszli do Jezusa z darami. Niegrzeczne dzieci znajdują zamiast prezentów bryłki węgla – odpowiednik polskiej rózgi. Oh, gdyby dzisiaj u nas dla niegrzecznych św. Mikołaj czy tam Trzej Królowie, czy nawet diabeł w czystej postaci przynosił w prezencie węgiel… Wszyscy staliby się bardzo niegrzeczni 😆

Jeszcze dwa piękne miejsca, które skradły moje serce. Łuk Triumfalny – jestem ich kolekcjonerką 😁 widziałam już w Paryżu, Mediolanie – teraz kolejny w Barcelonie. Ten był trochę inny, bo z czerwonej cegły. Wprost od Łuku, aleją między palmami trafiłam do kolejnego magicznego zakątka Barcelony – Parku Ciutadella. 17-hektarowy Park Cytadeli jest zdecydowanie najpiękniejszym parkiem w całym mieście – jego nazwa pochodzi od zburzonej w 1714 roku znienawidzonej cytadeli, na której miejscu go zbudowano. Jest zdecydowanie mniej popularny niż Park Guell i w przeciwieństwie do niego, po Ciutadelli spacerują i wypoczywają również miejscowi. Masa tam ekstrawaganckich budynków i pomników – chociażby mamuta. 😁 Centralnym punktem Parku jest fontanna Cascada. Składa się ona z wodospadu, przyległego do niej sztucznego jeziora z turkusową wodą, w której taplały się kaczki, gęsi gęgawy i czaple, a po obu bokach znajdują się dwa ciągi schodów, po które można wejść na górę fontanny.  I znowu wszędzie te mnichy nizinne, zielone papugi, które w Polsce kosztują od 300 zł – ich radosny gwar, gonitwy wśród koron palm i wyjadanie nasion kwiatów. One tam były u siebie, spacerujący ludzie to tylko dodatek. Byłam zachwycona Ciutadellą i bardzo się cieszyłam, że zupełnie przypadkiem trafiłam w tak niesamowite miejsce!

Jak nie lubię morza… to wieczorny spacer brzegiem Morza Śródziemnego był niesamowity. Usiadłam sobie na kamiennym leżaku, wyciągnęłam z plecaka kartonik białego winka i wypiłam, świętując swoje urodziny i wszystkie piękne miejsca, które dotychczas w życiu widziałam i które jeszcze zobaczę. Lubię to w tych południowych krajach, że wino w kartoniku jest tańsze niż analogiczny soczek dla dzieci w Polsce 😉 Port i plażę Barcelonettę również dobrze zapamiętam.

Wszystko co dobre ma jednak swój koniec i po trzecim wieczorze w Barcelonie trzeba było znowu upchać wszystko do małego plecaka i szykować się do drogi powrotnej. Samolot miałam jakoś po 9, chciałam jechać na lotnisko przed 7, ale najpierw poszłam sobie kupić kawę i ostatniego rogalika z czekoladą – nie mogłam go sobie odpuścić, tak mi zasmakowały. Stwierdziłam, że wolę pojechać wcześniej i poczytać sobie książkę lub poprzeglądać zdjęcia, by móc spamować na Instagramie przez kolejne trzy dni. Wypiłam kawę, rogaliki w papierowej torebce niosę w ręku, chcę sprawdzić na mapsach, czy dobrze idę na ten autobus… A tu nagle staję się bohaterem filmu akcji: ktoś przejeżdża obok mnie na rowerze i wyrywa mi telefon z ręki. Pierwsza myśl, jak błyskawica – o nie, to jest sen, ale głupi sen! Druga – o nie, przecież ja tam mam  w s z y s t k o! A potem zaczynam krzyczeć, po polsku: przecież ja mam zaraz samolot! Samolot! Niestety to nie film ani nie sen. Zostałam okradziona. Tak właściwie to był napad – w biały dzień, chociaż jeszcze wczesną porą, bo przecież przed 7, kiedy miasto dopiero budzi się do życia. Całe szczęście, że zachowałam tyle trzeźwości umysłu, że stwierdziłam, że zgłoszenie tego na policję nic nie da i jak dalej będę tak stała, to się spóźnię na samolot. Pojechałam na lotnisko, dzięki uprzejmości nieznanej Chorwatki z autobusu dałam znać do domu, by mi zablokowali telefon i konto bankowe. Całe szczęście, że dokumenty miałam przy sobie. Poszłam do odprawy, samolot miał opóźnienie, nie wiedziałam nawet, która jest godzina. Czułam się… fatalnie. Choć to dość lekkie słowo na określenie tego stanu, tamtych chwil i tego, co przeżywałam. Szczegółów oszczędzę.

W samolocie siedziałam przy oknie – cóż za chichot losu! i podczas lądowania w Krakowie widziałam Widmo Brockenu, w którym zamiast postaci zawisła sylwetka samolotu. Zdjęcia, jak się domyślacie, brak – aparat zostawiłam w domu. Zdjęć nie mam praktycznie wcale – tyle, co wysłałam na szybko przez Messengera, „prześlij dalej” te same zdjęcia do wszystkich najbliższych i to głównie z pierwszego dnia. Więcej mam zdjęć papug, którymi się zachwycałam, niż całej reszty. (a zdjęcia wyszły mi nad wyraz fajne z tego wyjazdu, bo i pogoda dopisała i miejsca…) Cóż.

Mogłam nie iść po tą kawę. Mogłam wracać tak jak przyszłam. Mogłam wyjść kilka minut później. Albo wcześniej. Mogłam zrobić sobie chmurę na zdjęcia. Mogłam. Ale mogłam też dostać w łeb. Prócz telefonu mogli mi ukraść torebkę z dokumentami. Mogłam nie zdążyć na samolot, mogłam nie wrócić do domu. Co ja bym wtedy zrobiła??! Mogli mi ukraść ten telefon drugiego dnia, a nie ostatniego. Mogłam nigdzie nie jechać. Nie wychodzić z domu. Albo wyjść i wpaść od auto. Mogłam.

A tak w ogóle cóż to za idiotyczne gdybanie! Potem się dowiedziałam, że nie ja jedna jestem ofiarą napadu w Barcelonie. Koleżance z pracy brata rowerzysta wyrwał telefon, a gościu idący za nią popchnął ją i wyrwał torebkę z dokumentami. Takich przypadków jest więcej. „Trzeba być bardziej uważnym” – powiedział mi pan w banku, na co roześmiałam się mu w twarz, życząc powodzenia, gdy w dużym mieście będzie trzymał telefon w ręku, jak robi to każdy. Każdy! To nie jest kradzież kieszonkowa, to jest wyższa sztuka kradzieży i napadu.

Barcelona jest tak niesamowita, tak bajeczno-magiczna, że aż mi się serce kraja, że człowiek człowiekowi takie zło może wyrządzić. Nie chciałabym, żeby to wydarzenie rzutowało na mój wyjazd, bo przez te trzy dni w Barcelonie byłam zachwycona i czułam się po prostu szczęśliwa, ale, niestety, rzutuje to. Na samą myśl o Barcelonie kulę się w sobie, boję się osób wymijających mnie na rowerze, gdy idę po Wadowicach. To, że udało mi się ten mój urodzinowy wyjazd jakkolwiek opisać, uważam za prawdziwy sukces.

Włożyłam w ten opis barcelońskich wojaży całe swoje serce. Chcę pamiętać piękne chwile, które mnie tam spotkały w dzień moich okrągłych urodzin, a skoro mam tak niewiele zdjęć, muszę to sobie wyryć w głowie, zapamiętać te obrazy. Tego nikt mi nie wyrwie z ręki ani z głowy.

Dziękuję tym, którzy dotarli do końca. Trzymajcie się!

PS. Kolejne Dzikie Wojaże już wkrótce! Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, jestem dziś bogatsza o nowe doświadczenia!

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2022

Powoli dobiega końcu 2022 rok. Rok zmiany kodu i jednocześnie rok, w którym szczególnie założyłam sobie realizację celów i spełnianie marzeń. Powiedziałam sobie „działać nade wszystko”. Nie wszystko, co sobie założyłam, się udało, ale i tak muszę przyznać, że za „odhaczone” mogę uznać całkiem sporo. Pomimo wojny na wschodzie, szalejącej inflacji, pomimo niepogody i codziennym przeciwnościom – to był dobry rok i jestem za to bardzo wdzięczna. Góry są moim azylem, lekarstwem na wszelkie zło, cywilizację i uszczerbki na zdrowiu psychicznym. Tak samo jak aparat, najwierniejszy Nikuś świata i książki, bez których nie potrafię żyć.

Tak w skrócie:

Wiosna tego roku była przepiękna, jesień trochę słabsza. Rok był obfity w jabłka, a hordy ślimaków szczęśliwie omijały naszą działkę. W górach spędziłam 60 dni (w tym 6 razy byłam na Babiej), w pogoni za światłem, rzepakiem i w celu dotlenienia szarych komórek przejechałam jakieś 932 km na rowerze (po wszystkich okolicznych górkach, pagórkach i na przełaj off-road’em), kilometrów na nogach nie zliczę w żaden sposób, przeczytałam 41 książek. Wróciłam do Gruzji, pobiłam rekord wejścia na Babią Górę (co było moim postanowieniem noworocznym – udało się to zrobić w 57 minut), pierwszy raz pojechałam w Bieszczady, odwiedziłam Mediolan i Barcelonę (tym samym odhaczając swój 24 kraj – o tym grudniowym, urodzinowym wypadzie napiszę w osobnej notce, jak się już nieco pozbieram). Nadrobiłam nieco deficyt lotów samolotem, których tak bardzo mi brakowało przez ostatnie dwa lata, miałam nawet okazję zobaczyć widomo Brockenu, które złapało lądujący samolot. Nawiasem mówiąc, w tym roku odblokowałam swą klątwę Brockenów w górach i jestem już bezpieczna. Poza tym wreszcie byłam na wschodzie słońca na Rysach, w końcu pojechałam na Ochodzitą, o których to rzeczach tyle już mówiłam, a nic w związku z tym nie robiłam. Wzięłam Ewelinę na Orlą Perć, przechodząc jej 2/3 (odcinek Skrajny Granat-Krzyżne był wtedy w remoncie, więc zostanie dla Ewe jako deser na przyszły rok 😉 ), przeszłyśmy razem babiogórską Perć Akademików, pokazałam jej wreszcie obiecaną huśtawkę pod Tokarnią i magiczny wschód słońca na Wysokim Wierchu. Miałam kolejne dwie prelekcje o Gruzji, sprzedawałam kolejną już edycję kalendarza rodem z Krainy Czarów, wygrałam w konkursie „Talenty 2022” w Wadowickim Centrum Kultury.

Nie udał się ani wyjazd do Kirgistanu, ani do Nepalu, ani wejście na Gerlach – zdarza się, nie zawsze ma się to, co by się chciało, czasem plany krzyżuje brak czasu, często brak pieniędzy, a w tym pierwszym przypadku plany mocno pokrzyżowała wojna na Ukrainie. To tak jak z Koleją Transsyberyjską – cieszę się, że przynajmniej w Moskwie i Piterze byłam i 4 razy na samiuśkim wierchu Elbrusa – bo teraz zapewne jeszcze długo nie będzie to rzecz prosta do zrealizowania. Transsib będzie czekał dalej, na lepsze czasy. Albo na kolejne życie. 😉

Czytałam ostatnio, że człowiek pamięta to wszystko, co wyróżnia się i budzi emocje – to, co jest zwyczajne i mało ekscytujące, chociażby mycie zębów i kolejny „taki sam dzień w pracy” lądują we wspomnieniach zbiorowych. Po prostu „jedno z wielu/jedno i to samo mycie zębów”. Dlatego trzeba żyć tak, by jak najwięcej wspomnień lądowało poza ten wspólny zbiór. Trzeba jeździć na rowerze, pędzić na wschód słońca, zarywać nocki na te wschody, gonić światło, trzeba podróżować za wszelką cenę, nawet jeżeli wiąże się to z miłymi lub mniej przygodami. Trzeba, bo jutro znowu może przyjść pandemia, wojna, kryzys, apokalipsa i Bóg jeden wie co jeszcze. Albo jutra może wcale nie być – jak dla wielu Ukraińców, którym w tym roku zawalił się świat.

Tradycyjnie – nie mam najlepszego zdjęcia roku 2022. Jest to wybór czysto subiektywny, wiąże się z moimi wrażeniami, emocjami i przeżyciami, które zawsze chcę, ale nie zawsze udaje się przekazać. Nie robię już tysiąca zdjęć z jednej wycieczki, wszystkiemu, co popadnie. Stawiam na jakość. Jak powiedział jakiś mądry człowiek: „Jeżeli nie czujesz nic w tym na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie patrząc na twoje zdjęcia cokolwiek odczuwali„. Dlatego myślę nad tym, co robię i za każdym razem chcę czuć, że to, co właśnie w tym momencie robię ma sens, który uda się Wam przekazać. Kolorowe podsumowanie roku 2022 w kilkunastu fotografiach przed Wami:

Wszystko to plony moich Dzikich Wojaży – tysiące wydeptanych kroków, gonitwy za światłem, ciągłym byciem w drodze. Włożyłam w te zdjęcia całe swe serce, mam nadzieję, że się Wam podobają! ❤️

Postanowienia i cele na Nowy Rok?

Dalej realizować pomysły, jakie spontanicznie rodzą się w mojej rudej głowie, iść za głosem serca, bo to zawsze się sprawdza.

Poza tym? Stawiam sobie jeden cel, bo niczego innego już nie jestem pewna, a czipsy i tak nadal będę żreć i tak. Challenge accepted: wejść na Babią w mniej niż 55 minut lub zrobić sobie czasówkę Percią Akademików, a następnie pobić swój własny rekord 😆 No co, ludzie po trzydziestce nadal są w formie! Nie odpuszczam, ma być ogień! Dzikie wojaże – niech się kręcą!

Wypijmy za ten odchodzący rok, za każdy promień słońca i za ten Nowy, co już czeka – by przyniósł same dobre chwile!

Życzę Wam z całego serca, byście z nadzieją patrzyli na to, co przed nami. Nauczcie się czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Tak, by tych drobnych, wyróżniających się chwil w życiu pamiętać jak najwięcej. Życzę Wam też – jak zawsze! – dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało. Do siego roku!!

PS. 81 dni do wiosny. Chyba mogę zacząć odliczać. ❤️

Dzikie wojaże

Mediolan – biedaki w stolicy mody

Ciao! Niedawno wróciłam z Włoch i teraz będę szpanować swoją znajomością dziesięciu słówek, jakich się nauczyłam podczas tej wycieczki! Nie no, dobra, ciao znałam już wcześniej.

Mediolan jest drugim co do wielkości miastem Włoch i stolicą Lombardii. Znany przede wszystkim jako miasto mody, pełne przepychu i blichtru, ale również sztuki i kultury. Jak trafiłam do Mediolanu? Cóż, prosta sprawa. Korzystając z długiego weekendu postanowiłam zapolować na jakieś tanie bilety – brakuje mi zagranicznych wypadów, są teraz znacznie rzadsze w moim przypadku niż kiedyś. Przełom października i listopada to dobry czas na dzikie wojaże – przypominałam sobie moje wypady w tym okresie do Sztokholmu, Petersburga czy Budapesztu.  Stwierdziłam, że tym razem polecę tam, gdzie bilety będą najtańsze. Padło na Mediolan. Takim to sposobem dwa biedaki – Aga i Ewelinka – trafiły do stolicy mody.

To już nasza tradycja – selfie przed samolotem musi być! 🙂

Najpierw jednak przyjechałam wcześniej do Krakowa – zrobiłam sobie taki sentymentalny spacer. Zawsze miałam problem z postrzeganiem tego miasta oczami turysty i zachwycaniem się jego klimatem – w końcu studiowałam tam przez całe 5 lat, najczęściej pędząc z Małego Rynku, gdzie miałam zajęcia, przez rynek na dworzec, by złapać busa do domu. Najpierw z Eweliną pojechałyśmy na ściankę wspinaczkową – wyszalałam się jak dziecko! To jednak zupełnie inny level, niż Taterki – tam bardziej liczą się silne ręce, aniżeli mocne i niezmożone nogi 😉 Po ściance poszłyśmy do knajpy gruzińskiej na chaczapuri adżarskie – Ewe stęskniła się za gruzińską kuchnią, ja, swoją drogą też. Btw – z knajp gruzińskich w Krakowie najbardziej polecam Smaki Gruzji na ul. Dietla 😉 Na kolację (albo deser?) wleciała Pijana Wiśnia – marzyłam o tym wspaniałym likierku już od jakiegoś roku, kiedy to piłam go po raz ostatni. Po wejściu na ogródek otwiera się inny światek – rosyjskojęzyczna enklawa z sercu Krakowa, wszystko w świetle czerwonych lampek na drzewie i oparach cudownego wiśniowego likieru. Magia. Wracając do mieszkania przez głowę przemknęła mi myśl – a gdybym całe studia i po nich mieszkała w Krakowie? Czy moje życie potoczyłoby się inaczej? Czy miałabym więcej szans i możliwości? To były jednak tylko przemykające opary mocnej wiśniówki.😉

Na następny dzień, czyli w niedzielę tuż po zmianie czasu, ruszyłyśmy na podbój Milanu. Oczywiście czasy pandemii nauczyły mnie sceptycyzmu – nie cieszę się prawdziwie, dopóki nie przejdę kontroli na lotnisku. Dreszczyk wanderlusta wzmagał się wprost proporcjonalnie do zbliżania się w stronę samolotu, a wraz z ruszeniem na pas startowy i moim ulubionym podkręcaniem silników osiągnął swój zenit. Lecimy!

Jak to na biedaka przystało, leciałyśmy tylko z małym plecakiem, miejsca również trafiły się z losowego przydziału. Gdybym zapłaciła za to przy oknie, miałabym całe Alpy pod sobą i pewnie z pińcet zdjęć 😉 a tak to tylko się wychylałam – i co widziałam, to moje, ale widok był nieziemski! Na powrocie siedziałam pośrodku, obok śpiącego na pelikana Włocha, mogłam więc zrobić kilka zdjęć 😁

Wylądowałyśmy na lotnisku Mediolan-Malpensa. Połączenie z centrum miasta jest bardzo dobre, przed budynkiem stoi kilka autobusów, które za 10 euro zawożą w okolice Dworca Centralnego, z dojazdem nie ma więc najmniejszego problemu. Nasz hostel znajdował się koło kilometr dalej, zakwaterowałyśmy się więc szybciutko i wygłodniałe ruszyłyśmy na miasto, by coś zjeść. W końcu przyleciałyśmy na foodtripa! Było koło 17, idziemy, idziemy, długa prosta ulica, a tu wszystko pozamykane. Hmm, dziwne. Rozumiem, że po sezonie, ale czy to normalne, że tak absolutnie wszystkie knajpy zamknięte? Trafiłyśmy w końcu na otwartą „gelaterię”. Pyszna i solidna porcja lodów na chwilę stłumiła nasz głód. W końcu zapytałam jednego gościa:

– Czy to z powodu niedzieli wszystko pozamykane?

Spojrzał na mnie jak na przybysza z innej planety.

– Nie, przecież otwieramy się o 18.

I wtedy mnie olśniło: jesteśmy we Włoszech, a jak Włochy, to popołudniowa siesta! Eureka! Wszystko pozamykane, bo Włosi prowadzą nocny tryb życia, jak Gruzini! (sic!) Siesta to święty czas, tradycja od setek lat, jakże mogłam o niej zapomnieć! Witamy w Italii…

W tym miejscu przed oczyma staje mi Ewelina, jedząca makaron i powtarzającą pod nosem: wybrałam złe studia, wybrałam złe studia…! Tak, moja młodsza Siostrzyczka zaczęła studiować filologię włoską! Ona na południe, ja na wschód – jestem ustawiona! Starsza-ruda rusycysta, młodsza-blondynka italianista, tylko Brat się nam środkowy wyrodził i jest magister inżynier mechatronik 😉

Skoro już tak o jedzeniu zaczęłam… BTW – już dawno marzył mi się włoski foodtrip. Wgl mam straszny niedosyt zagranicznych wojaży i łapie mnie nostalgia, jak wspominam bilety do Budapesztu po 19,99 czy do Wiednia Polskim Busem za 10zł w promocji… Te czasy już nie wrócą, inflacja za niedługo sięgnie 20% 😜 ale cieszę się, że wreszcie udało się wyskoczyć gdzieś za rubieże Polszy. No, wracając do jedzenia. W końcu udało nam się doczekać otwarcia knajpek, zeżarłyśmy po solidnym kawałku pizzy, Ewe się prawie popłakała, ja w sumie też, potem kupiłyśmy sobie wino w kartonie za 1,2 euro no i carpe diem, la dolce vita, hej. O winie będzie jeszcze dalej.

W poniedziałek powitała nas wspaniała pogoda – niebieskie niebo i przyjemne ciepło. Po drodze na zwiedzenie centrum zatrzymałyśmy się w knajpce na typowe włoskie śniadanie – niech Was nie zwiedzie włoskie słowo COLAZIONE!😉 oj, trafia taka „typowość” w me gusta, trafia w sam środek móżdżku i serca! Przepyszne, aksamitne cappuccino, a do tego crossaint, zwany po włosku cornetto (rogalikiem) – nie mylić z cornuto (rogaczem) 😉 Kawa i rogalik z czekoladą – idealny początek dnia, lepiej zacząć nie można! Tak też zaczynałyśmy każdy dzień we Włoszech, tradycyjnie. Włosi uwielbiają zaglądać do barów, które można spotkać na każdym rogu. Każdy Włoch ma swoją ulubioną knajpeczkę i przychodzi do niej na kawę – najczęściej esencjonalne espresso – pite często przy barze, chyba, że zanosi się na dłuższą posiadówę z kumplami wieczorem, to wtedy już przy stoliku. Cappucino pije się tylko do południa – zamówienie go po południu może przyprawić Włocha o zawał serca. (Przyjęło się, że po wybiciu na zegarze południa mleko źle się trawi 😆)

Tak mogę ż(r)yć

Najedzone i szczęśliwe dotarłyśmy wreszcie do centrum. Naszym oczom ukazał się symbol Mediolanu – Katedra Duomo. Ja pierdziele – jak ja kocham to wrażenie widzieć na żywo zabytki widywane dotychczas w podręcznikach lub na pocztówkach! To jest coś wspaniałego! Budowę Katedry Narodzin św. Marii w Mediolanie rozpoczęto w 1386 roku i trwała ona niemalże 500 lat, tworząc jeden z największych kościołów na świecie, mogący pomieścić 40 000 wiernych. (Ostatnie szlify datowane są na 1965 rok). Ciekawostki – to właśnie tutaj w 1805 roku Napoleon koronował się na króla Włoch. Mnogość zdobień Katedry, dbałość o szczegóły i jakość ich wykonania robią piorunujące wrażenie. Na przestrzeni wieków wykonano 3400 posągów i 135 gargulców. 135 to liczba wież jaką może pochwalić się katedra. Najwyższa z nich to ta, na której postawiono statuę Najświętszej Marii Panny mierząca 108 metrów. Co ciekawe, żaden budynek w Mediolanie nie może przewyższać Madonny – na szczytach wieżowców zaczęto więc stawiać kopie posągu, małe Madonny. 😉

 Punktem obowiązkowym na mojej liście MUST SEE W MILANIE było odwiedzenie dachu katedry – moim zboczeniem jest podziwianie panoramy miasta z punktów widokowych typu dachy, dzwonnice. W sumie to był jedyny punkt na tej liście, cała reszta ograniczała się do tiramisu, pizzy i pasty. 😉Ustawiłyśmy się w zawijanej kolejce po bilety, a tu lipa – na poniedziałek wszystkie wyprzedane. Wkurzyłam się oczywiście, stwierdziłam, że a wtorek to ja nie chcę, bo nie ma być już takiej lampy, nie będę płacić 10 euro – typowy wybuch focha. Przemyślałam to jednak i stwierdziłam, że no niee – muszę tam iść, nie wiadomo, czy kiedykolwiek więcej będzie mi dane do Mediolanu wrócić (Włochy są duże!), więc trzeba to wykorzystać nawet, jeżeli niebo na następny dzień zasnute będzie chmurami. Wróciłam i kupiłam bilety na wtorek. Cóż – tak miało być, bo we wtorek zamiast słońca i tłumów turystów miałyśmy cały dach niemalże dla siebie – na spokojnie można było podejść do każdego punktu widokowego i wszystko pooglądać. A chmury dodawały jedynie klimatu. Było warto!!

W poniedziałek za to siedziałyśmy sobie na placu Duomo i podziwiałyśmy zachód słońca – biały marmur Katedry nabierał wtedy niesamowitych barw! Akurat wtedy było Halloween – poprzebierane dzieciaki i młodzież dopełniały kolorytu tego miejsca. Czekałyśmy na zapadnięcie zmroku – chciałam koniecznie zobaczyć oświetlone centrum. Nagrodą za ten długi dzień była pizza. Zabytki zabytkami, ja jednak od samego początku zaznaczyłam, a Ewelina znacząco mnie poparła, że lecimy na foodripa, czyli się nażreć. Dobrze, że robiłyśmy dziennie koło 17km na nogach, bo o matko, no bo jak Italia, no to permanentna ciąża spożywcza… Wyobrażacie sobie, że jeszcze jakieś 10 lat temu nie jadłam pizzy? Nie przemawiała do mnie totalnie. Ale wtedy jeszcze nie miałam okazji być we Włoszech!

Neapolitana w sercu Milanu. 😍 Zastanawiałyśmy się z Eweliną, czy bierzemy po całej, czy zadowolimy się po pół, ale znając mój skurczony żołądek zarządziłam jedną na nas dwie. Dostałyśmy takie oto monstrum. #foodporn tak bardzo! (Oczywiście swoim zboczonym zwyczajem każdą wyjazdową potrawę przed zjedzeniem muszę sfotografować). Była wspaniała, na cieniutkim cieście i przede wszystkim olbrzymia! Nażarłyśmy się, ale nie przeżarły, więc tak idealnie. Zachwycona Ewelina wyszczebiotała po włosku, że bardzo nam smakowało, to aż kucharz wyjrzał zza drzwi, usłyszawszy swój język z ust blondwłosej cudzoziemki! Nich się uczy i przyzwyczaja, jakie to miłe uczucie komunikować się w obcym języku i robić wrażenie na lokalsach! 😉

Jeszcze jednym bardzo ciekawym miejscem w sercu Mediolanu, przy tym samym placu co Katedra jest słynna Galeria Wiktora Emmanuela II. To tutaj przyjeżdżają wszystkie influencerki, by sfotografować się przed sklepem Prady czy Gucci. Byłyśmy nawet świadkiem takiego wydarzenia – biedaki z małymi plecakami robią sobie bekę z poważnej sesji fotograficznej 😁chociaż w sumie to podziwiam jej zaangażowanie i to, że wystawiając się na spojrzenia setek ludzi, przyszła tu w tej swojej kiecy i robiła swoje 😂

Galeria Wiktora Emanuela II, zwana Salonem Mediolanu, to jedno z najstarszych i najsłynniejszych centrów handlowych nie tylko w Europie, ale i na świecie – jej budowę zakończono w 1877 roku. Nie wszystkich stać na zakupy w drogich markowych butikach, ale warto się tu wybrać – sam imponujący gmach wart jest zobaczenia. W Galerii znajduje się również 7* gwiazdkowy hotel, ale nie udało nam się go odnaleźć 😉 Znalazłyśmy za to znajdujący się na posadzce wizerunek byka turyńskiego – w tym miejscu trzeba się okręcić trzykrotnie na pięcie, by zapewnić sobie pomyślność. Odczekałyśmy swoje w kolejce i wykonałyśmy zadanie – nie zaszkodzi, a próbować zapewnić sobie przychylność zawsze warto 😁 Galeria Wiktora Emanuela II w Mediolanie to cztery piętra pełne niezwykłego przepychu i bogactwa. Swoje butiki mają tu takie marki jak Dolce & Gabbana, Prada, Dior czy Chanel – nasza Mama prosiła nas: weźcie poróbcie jakieś zdjęcia wystaw! Po czym stwierdziła, że nic specjalnego. W ramach ciekawostek – do 2012 roku w Galerii działał McDonalds – nie przedłużono mu jednak umowy najmu – władze miasta stwierdziły, że nie godzi się, by tak podły fastfood oferował tanie jedzenie wśród tak zaszczytnych kreatorów mody 😉Przesiedlił się więc Mak na drugą stronę placu – dzięki czemu można napić się espresso z widokiem na Katedrę (skorzystałam z tej opcji całkiem przypadkiem, kiedy to zaczęło padać i chciałam przeczekać deszcz).

Na kolację wjechała pasta, czyli nic innego jak makaron z sosem pomidorowym i ziołami. I mimo, iż północne Włochy słyną bardziej z risotto – no nie mogłyśmy sobie tego odmówić! Na samym początku kelnerka nas zagięła, bo zapytała, z jakim makaronem życzę sobie tą arrabiattę? Czy ma być to makaron penne, fusilli, fettuccine, pappardelle, spaghetti czy może tagliatelle? Były to tylko niektóre z pięknie brzmiących nazw włoskich makaronów (a ja zielona, bo znałam zaledwie trzy nazwy). Tylu kształtów i rodzajów nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie! A na samo wspomnienie smaku, 3 tygodnie po tym posiłku, aż mlaskam, o jejkuuu, jakie to było smaczne! W prostocie siła – to zasada włoskiej kuchni. Co jeszcze ważne – produkty muszą być doskonałej jakości. Do tego kawał serca, szczypta finezji oraz aromatycznych ziół i wychodzi niebo w gębie!

Jeszcze jeden hit. Górę wzięło moje wschodnie obycie, więc koniecznie musiałam wejść do sklepu i kupić sobie wino w kartonie. Takie najtańsze, za 1,2 euro. Kazałam Ewelinie sprawdzić w necie, czy we Włoszech jest coś takiego jak zakaz picia w miejscach publicznych – w tym miejscu przypomniałam sobie, jak za czasów Erasmusa na legalu paliliśmy grilla w parku za parlamentem estońskim. 😆 Poza tym lubię sobie celebrować chwile z piwkiem czy winkiem – takie zboczenie konesera dobrych momentów i dzikich wojaży. Nie zapomnę cydru na kijowskim Majdanie, o alkoturystyce w Gruzji nie wspominając. Wypiłyśmy w końcu to winko z kartonu – o wyraźnym zakazie nigdzie nie było napisane 😁 cóż. Fatalny przykład daję swojej Młodszej Siostrze. Ale chcę ją nauczyć, że… tak właśnie trzeba ż(r)yć! Nade wszystko. W końcu byłyśmy we Włoszech, więc jedyna słuszna zasada (prócz la dolce vita – słodkie życie) to carpe diem – chwytaj dzień/trzymaj chwilę!

Nie byłyśmy oglądać Ostatniej Wieczerzy Leonardo da Vinci, będącej nie obrazem, ale malowidłem ściennym, które można oglądać w refektarzu klasztoru przy kościele Santa Maria delle Grazie ( z resztą na ten termin nie było już nawet biletów wstępu), ale nie czuję się jakoś przez to bardziej uboga w doświadczenia zwiedzania Mediolanu. Wolałyśmy sobie posiedzieć w parku, poczytać książkę (popijając winkiem z kartonu, taaak, to wtedy…) lub pójść do dzielnicy Navigli z kilkoma kanałami (skojarzyło mi się to z Amsterdamem, w którym, notabene, nigdy nie byłam – a może o tym podobieństwu po prostu gdzieś przeczytałam?) – super klimat, zwłaszcza wieczorową porą: masa urokliwych knajpek, antykwariaty i księgarnie. Odwiedziłyśmy też słynny Zamek Sforzów, Plac Mercanti (Kupców), znalazłyśmy kopię Łuku Triumfalnego rodem z Paryża i zachwycałyśmy się kolorowymi tramwajami. Było super pod absolutnie każdym względem!

Jeszcze kilka wrażeń:

• jakie to jest miłe, że ludzie uśmiechają się do siebie na ulicy! Tak po prostu! Cudowne!

• zaskoczyło mnie, że Włosi zdecydowanie lepiej od Francuzów z Paryża mówią po angielsku – czy to chłopak w sklepie czy straszy pan w knajpce – naprawdę komunikacja na świetnym poziomie!

• zauroczyły mnie kawiarki, idealne do zrobienia jednego espresso 😍 gdyby nie to, że owszem, lubię siekierę, ale zazwyczaj rozmiaru XL, więc takich malutkich kawiareczek musiałabym sobie zrobić z dziesięć, to skusiłabym się i taką sobie sprezentowała 😆

• Włosi też dobrze umieją w słodycze! Makaroniki były droższe, niż w Paryżu (1,8 euro), to jednak smak cappucino to niebo w gębie 😍

• nauczyłam się kilku nowych do niczego niepotrzebnych słówek po włosku typu: uscita (wyjście), nadal jednak nie wiem, (zapomniałam!!!) jak jest „na zdrowie” 😁 (gdy wracałam z Erasmusa 9 lat temu (sic!), umiałam powiedzieć „na zdrowie” w 19 językach… do dziś żałuję, że tego wtedy nie spisałam!)

Krótkie podsumowanie:

• bilety lotnicze dla dwóch osób tam i z powrotem wyniosły mnie 360 zł;

• noclegi w tym (długi weekend) terminie były dość poprzebierane, rezerwowałam też dość późno – płaciłam 32 euro za noc za osobę;

• dojazd z lotniska Malpensa do centrum (rejon Dworca Centralnego) bardzo prosty – wychodzi się poza terminal i zaraz w kolejce czekają autobusy firmy Malpensa Shuttle, Terravision lub Malpensa Bus Express. Bilety kupuje się online lub u kierowcy – 10 euro w jedną stronę, tam i z powrotem za 16 euro;

• bilet na metro (śmigają dwie linie) kosztuje 2 euro i jest 90-minutowy;

• bilety na zwiedzanie Katedry Duomo warto kupić sobie online – kolejki w dobrą pogodę są dość długie 😁na stan 1.11.2022 za wejście na dach Katedry płaciłam 10 euro;

• pizza neapolitana – koło 8-9 euro, pasta – koło 12 euro ALE BYŁO WARTO XD

Ogólnie – najtańsze to do Mediolanu były bilety, ale nie ograniczałyśmy się totalnie w niczym, spędziłyśmy czas tak, jak lubimy, odhaczyłyśmy kolejne miasto na mapie Europy, a tak w ogóle to kocham swoje dzikie pomysły i ich realizacje! Dzikie Wojaże rządzą i byle więcej!

Dzikie wojaże

Tam w dole w dole nie ma nic

Pamiętam, jak gdzieś od połowy stycznia zaczęłam odliczać dni do wiosny. Codziennie rano witałam się z Martyną (polecam serdecznie @faktybiologiczne) słowami: „Dzień dobry, 70 dni do wiosny!” 69, 68… 3, 2, 1… Jest! Przyszła! A tu pstryk, chwila-moment i patrząc na opadające liście i słońce zachodzące już przed 18 wypadałoby rozpocząć kolejne odliczanie. Do wiosny pozostało 156 dni… To wszystko unaocznia mi jeszcze dosadniej, jak krótko trwa wiosna i lato. Ten najpiękniejszy czas, kiedy dzień jest długi, jest zielono, wszystko kwitnie, nie trzeba rano skrobać szyb w aucie (zaczęło się…) i grzać silnika… Owszem, jesień jest piękna, ale ja zawsze jestem, byłam i będę za wiosną 😉

Od ostatniego wpisu minęło trochę dni. Baaa, minęły dwa bite miesiące! Hala Gąsienicowa z różowej zmieniła się na rudo-brązową… Miałam nosa jak fix, ciągnąc początkiem sierpnia Ewelinę na Orlą – po załamaniu pogody, późniejszych opadach śniegu i oblodzeniach nie byłoby to możliwe. Nie byłoby to możliwe również z tego względu, że moja najwierniejsza towarzyszka tatrzańskich wojaży – Ewelina – rozpoczęła studia w Krakowie, więc wolne w środku tygodnia dla niej raczej nie wchodzi w grę 😄 trzymajcie kciuki, żeby się jej tam wiodło, bo już za rok-za dwa obiecała mi wyprawę w Dolomity, gdzie zagada wszystkich lokalsów! 😉

Pogoda w Tatrach trochę pokrzyżowała plany, ale cóż – na to totalnie nie mamy wpływu. I tak dużo udało nam się przejść, a tym samym zrealizować dobre kilka celów, które tak jak chociażby Mała Wysoka ciągły się za nami dwa lata! Nie ma więc na co narzekać. A! Udała mi się jedna bardzo istotna rzecz – zrealizowałam swoje postanowienie na rok 2022: weszłam na Babią Górę w mniej niż 60 minut! Tak właściwie w 57:02 minuty. Niemożliwe nie istnieje! Dobrze jest sobie stawiać cele – radość z ich realizacji jest niesamowita i daje mega pozytywnego kopa! To co, na 2023 Babia w 53 minuty? 😉

W międzyczasie od załamania pogody udało mi się też podziwiać wschód słońca na Sławkowskim Szczycie (tym samym moja Wielka Korona Tatr liczy już 3 szczyty – teraz kolej na poza szlaki!) Podejście może jest mozolne, chociaż nocą tak się tego nie odczuwa, ale zejście w niesamowitym upale to już dało w kość. Najlepsze, jak na zejściu ktoś się mnie zapytał, czy szczyt jest „już tam” i wystękał jedynie głośne: „uff!!” – ale jak się obróciłam i spojrzałam za siebie, to zdałam sobie sprawę, jak bardzo gościa okłamałam – przedwierzchołek, Sławkowski Nos jest bardzo zwodniczy 😆 Za to widoki na górze po prostu miazga, wynagradzają wszystko i naprawdę warto się pomęczyć! I znowu upatrzyłam sobie górę, w którą wpatrywałam się jak zaczarowana. O ile na przykład na Małej Wysokiej był to rogaty jak moja dusza Staroleśny Szczyt, tak na Sławkowskim spektakl skradła Pośrednia Grań. Cały czas aparat sam kierował się w tamtą stronę… Magia. Zobaczcie sami:

Potem przyszła pora na deszcze, borówki na Potrójnej zamiast zachodu, pienińskie mgły, ogólnie mówiąc niepogodę – lato zamierało, a jesień coraz bardziej brała świat w swoje władanie. Wrzesień – jeden z najpiękniejszych zazwyczaj miesięcy roku tym razem się nie popisał. Kiedy taka aura ciągnie się przez dłuższy czas, nigdzie nie jadę, nawet z rowerem kiepa, to dni zaczynają zlewać się w jedną masę, z której nawet ciężko coś wyłowić istotnego. Ble. Tuż przed wyprowadzką Eweliny do Krakowa wyhaczyłam okienko pogodowe, namówiłam ją więc na wschód słońca na Wysokim Wierchu – chyba tylko dlatego, że był o 6:40 i szłyśmy z Przełęczy pod Tokarnią po słowackiej stronie, gdzie dojście do punktu widokowego zajmuje niecałe 30 minut 😉 To był niesamowity dzień. Taki totalnie bez spiny, na luzie, a jednocześnie wypełniony atrakcjami – począwszy od tych na drogach – jak nie lis na serpentynach w Jordanowie, to cztery łanie i jeleń na środku puściutkiej drogi, to znowu kolejna łania, wyłaniająca się z mgły… Czujność i koncentracja na maxa! Mgły też zdawały się być dość gęsto wiszące nad ziemią. Na parkingu na Tokarni krzywiłam trochę nosem i stwierdziłam, że albo się to podniesie i mamy szansę na wschód życia, albo będzie siedzieć i będzie takie gówno, że nie warto było jechać dwie godziny, tak delikatnie parafrazując. Idąc, co chwila czuje oglądałam się za siebie – podnoszą się? Widać więcej? Będzie co z tego…? Pan Bóg chyba wysłuchał moich modłów – mgła zaczęła opadać i odsłoniły się czubki Tatar – o matko, co też wyszło… Mgła niczym ubita kremówka zatrzymała się na pewnym poziomie, światło dało czadu i ogólnie spektakl taki, że stałyśmy tam chyba z dwie godziny

Potem jeszcze sam Wysoki Wierch i pienińskie mgiełki na drugiej stronie… Po prostu coś pięknego, tego mi trzeba było! W ogóle zauważyłam, że po tych ostatnich opadach trawa się tak zazieleniła – było bardziej zielono, niż na wiosnę! Frytek w Durbaszce nie było (o 9 nie mieli rozgrzanego oleju, za wczas 😄), za to szarlotka na śniadanie weszła jak złoto.

Ten dzień można uznać za spełnianie dawno danych obietnic. Kiedyś obiecałam Ewe, że pokażę jej huśtawkę na Przełęczy pod Tokarnią z widokiem na Tatry – trochę to trwało, ale jak powiedziałam, tak i zrobiłam! Potem wymyśliłam pizzę w Sromowcach Niżnych – najlepszą włoską pizzę jaką jadłam na polskiej ziemi!!! L’Arte del Sud – jeszcze taki fart, bo to był ostatni weekend sezonu, przed zamknięciem na zimę. Zrobiłam taki myk, że auto porzuciłam pod Czerwonym Klasztorze na Słowacji, przeszłyśmy kładką na stronę polską, prosto do Pizzerii, pożarłyśmy jak dzikie świnie z trzęsącymi się uszami i tak samo wróciłyśmy do auta. To był dobry dzień!

Potem znowu przeszły dwa tygodnie, rozpoczął się październik, a ja cierpliwie wypatrywałam okienka pogodowego. Uzależniłam się od sprawdzania pięciu prognoz pogody rano i wieczorem, kamery topr to samo. Ale udało się – w końcu zaczęło robić się ładnie – złoto i kolorowo, czyli to, co w jesieni kocham najbardziej! A jak jesień, to najlepsza ta w Pieninach… Tradycji stało się zadość i pojechałam z Mamą i Eweliną pochłonąć trochę pienińskich widoków. A po drodze nawet kilka podhalańskich – bo pierwsze co zahaczyłyśmy o urokliwą wioskę – Gliczarów Górny, do którego pierwsze przymiarki robiłam już w styczniu, ale ze względu na porę dnia – południe – jedyne co wtedy to stwierdziłam, że to miejsce ma potencjał – idealna okazja sprawdzić nadarzyła się właśnie teraz. Dzień już krótki, ale nie dość że po robocie, to i tak udało się pochodzić i zobaczyć! Doszłam do wniosku, że kolejna baza noclegowa, jaką muszę obczaić to koniecznie Gliczarów Górny – wschód słońca z okna brzmi kusząco! W ogóle to stwierdziłam sobie tak cicho w duchu, że jakby pewnego dnia jakiś magiczny dżin chciał spełnić moje marzenie i zapytał się mnie, gdzie bym chciała mieszkać, powiedziałabym że właśnie w jakimś Gliczarowie lub innej Łapszance, z widokiem na te skalne kolosy, prosto z salonu, oprószone śniegiem, połechtane złotymi promieniami. Cóż, tyle mamy, co sobie pomarzyć 😉

Nocowałyśmy w Łapszance – stęskniłam się za tym miejscem, nie byłam tam od maja! ❤ wschód słońca zawsze klasa. Potem połaziłyśmy po Grandeusie, a na zachód skierowałyśmy się na słowacką Osturnię. Chciałam pokazać moim Dziołchom ten piękny punkt na mapie magicznego spiskiego Zamagurza.

Ci fotografowie to są dziwni – wymyślili jakąś Osturnię, parkują se przy kościele i idą na pałę przez jakąś łąkę do samej góry! Nienormalne świry! – skwitowała podejście na punkt widokowy Ewelina. Cóż – muszę przyznać, że trochę racji miała. Fama szybko się roznosi wśród wariatów z aparatami – potem się okazuje, że praktycznie każdy fotograf ma zdjęcie z jesiennej Łapszanki i z Osturni. Co lepsze – każdy kadr praktycznie taki sam – oklepane miejsca, oklepane kadry. Oczywiście, fajnie jest się dzielić z innymi widokowymi miejscami, podawać je w świat. I niby ładnie, bo może sama mam niektóre podobne ujęcia, ale jednak zawsze staram się nadać swoim fotografiom element niezwykłości. Pokazać coś innego, albo chociaż inaczej. Gonię za światłem, szukam ciekawych elementów, mogących wypełnić kadr. „Takie jak wszyscy” nigdy mnie nie interesowało, w żadnej sferze życia. Więc staram się jak mogę i to jest dla mnie większą frajdą i satysfakcją.

Korzystając z dobrej passy przedłużyłam sobie weekend i w poniedziałek również działałam. Musiałam uzupełnić swoje jesienne portfolio o jedną istotą miejscówkę – moją kochaną Litwinkę. A na deser zahaczyć o równie ważną Halę Gąsienicową, jesienią będącą równie piękną jak i w sierpniu. Potem z perspektywy Kasprowego złapałam trochę rudości Czerwonych Wierchów i pakiet szczęścia wypełniony po brzegi! Na deser po deserze jeszcze raz zahaczyłam o Gliczarów – być tak blisko, mieć dobre światło i tam nie zajechać to byłby grzech… Z tą różnicą, że zamiast na prawo poszłam na lewo, przez co całą wieś mam obczajoną 😉 Baterie uzupełnione na maksa! Od razu jaki tydzień piękniejszy się stał – i nie chodzi tylko o cztery dni robocze!

Przede mną w najbliższej perspektywie aż dwa wyjazdy – nadrabiam zaległości urlopowe i wyjazdowe. Będzie o czym pisać, także… stay tuned!

Łapcie jesienne słonko i korzystajcie z ciepełka!

Dzikie wojaże

Niezliczona ilość zachwytów

Wróciłam z Gruzji i znalazłam się w środku ula. Tak niemalże dosłownie, biorąc pod uwagę specyfikę swojej pracy i branżę pszczelarską w szczycie sezonu, który tego roku dopisał wybitnie, co odbijało się na ilości naszej pracy. Dlatego każdą możliwość wypadu w góry skrzętnie wykorzystywałam, by doładować baterie oraz uzupełnić swój poziom energii i tym samym sił życiowych. O matko, uzbierało się tego tyle, że aż straciłam rachubę! Lato przyszło znienacka, trwało zdecydowanie za krótko i już odchodzi, choć niespiesznie, ale pozostawiając za sobą niedosyt i poczucie nostalgii. „Mam summertime sadness”, jak to śpiewają w zasłyszanej piosence.

Ale cofnijmy się jeszcze do czerwca, lipca – chcę się z Wami podzielić zdjęciami, których zrobiłam podczas tych wypraw tak dużo, że nie ogarniam 😉 wrzuciłam na fejsa czy insta po jednym i tyle. Wszystko na bieżąco, bo wypadów było tak dużo – i oby tylko więcej! A bogate archiwa – nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą! Jedno Wam powiem – selekcja zdjęć do kalendarza na 2023 będzie okrutna i mega trudna.

Wróciłam z Gruzji, nie mogłam się pozbierać, a swoim torem to już poszło-pojechałoo… Razu jednego (oczywiście w tygodniu, po robocie) Babia na zachód i kwitnące zawilce na urodziny Mamy, tydzień później znowu Babia na zachód Percią Akademików (wypad 2w1 – zarówno towarzyski i nie chodzi tu tylko o towarzystwo mojego Nikona 😄 , jak i lekko wyczynowy, bo Percią szłam po raz pierwszy, ale za to na pewno nie ostatni!).

Kwitnący zachód na Babiej Górze

Potem, gdy tylko zaczął się sezon na Tatrzańskie Dzikie Wojaże, przepadłam już doszczętnie i bezapelacyjnie, bo nic mnie tak nie wciąga, jak te pozornie niepozorne gołe skały i ściany i strzeliste wierzchołki. Ktoś nazwałby to kupą kamieni, ale dla mnie chyba nie ma nic piękniejszego. Na rozruszanie były słowackie Tatry Zachodnie i Baraniec, ale można powiedzieć, że sezon dopiero otworzył wschód słońca na Kozim Wierchu. Wyjazd  z domu o 21, w środku nocy godzina spędzona pod schroniskiem na podziwianiu nieba pełnego gwiazd i liczeniu tych spadających (normalnie niczym sierpniowe Perseidy), sam wschód o dzikiej porze 4:34, ale ilość piękna, jaką dojrzałam tego poranku przyćmiła wszystkie trudy i samo-zamykające się z niewyspania oczy. Było warto, stokroć warto! (Zawsze warto!) No i wreszcie w Tatrach zaczynało robić się zielono!

Już na zejściu w Dolinie Pięciu Stawów (godzina jakoś po 7) mijamy grupkę chłopaków z linami.

– Nie macie może baterii paluszków? Idziemy się wspinać, a kolega zapomniał do krótkofalówki.

– Oj, ja mam tylko małe baterie.

– O tak te małe! Mogę je od Ciebie odkupić? Proszę?

Roześmiałam się szczerze: – Odkupić? Oszalałeś? Proszę, weź wszystkie!

Dałam chłopakowi paczkę baterii z życzeniem udanego wspinu, a jednocześnie z cichą nadzieją, że karma kiedyś wróci 😉

Kolejny wypad to zrealizowanie naszego z Eweliną celu, który chodził za nami już tak od końca lata 2020 roku, kiedy to coraz śmielej zaczęłyśmy patrzeć na tatrzańskie szczyty i szukać kolejnych zamysłów w naszym zasięgu. Mała Wysoka po słowackiej stronie Tatr. Wybrałyśmy trasę wiodącą z Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody i powrót tą samą drogą – może długi i z tymi samymi widokami, ale za to wygodny ze względu na auto na parkingu. Czytałam opisy tego szlaku z tytułami w stylu „najnudniejsza dolina ever”, „jak to 12 km się dłużyło”, ja jednak byłam zachwycona i nie narzekałam ani trochę – ani na te same widoki, ani na długość, ani na jakikolwiek stopień nudy. Jedynie troszeczkę na słońce, bo na zejściu mi przygrzało, ale to tak tylko troszeczkę!

Dzień wcześniej padał deszcz i pogoda w Tatrach była lekko denna, nic nie było widać, ale tak jakoś wyczułam nosem, że warto zawierzyć prognozom i pojechać. Intuicja. No i kurde, miałam rację. Idziemy, idziemy przez tą „niby nudną” dolinę (jak dla mnie szlak do Morskiego Oka lub Chochołowska są sto razy bardziej nudne), lekka mgła, rosa na około, a tu nagle, w momencie, mgła się rozstępuje i wyłania się ściana. Wielka ściana. Agusię w tym momencie wmurowało razem z salomonkami.

O ku.wa, o ku.wa, o ja nie mogę, to jest Młynarz, ściana Młynarza! – gadam przejęta, przeklinając pod nosem, a Ewelina spokojnie odpowiada: Nie Agusiu, to tylko ściana Małego Młynarza. Małego!

Z mgły wyłania się ściana Młynarza. Małego Młynarza.

O matko. Ilość przekleństw zachwytu, wypowiedzianych tego dnia przerosła nawet mnie samą i moją niewyparzoną gębę również.

Idziemy, idziemy, pytam Eweliny, jak się czuje, bo było dość ciepło i ja na przykład czułam się trochę przygrzana i przyjarana (jakkolwiek to brzmi), a ona mi odpowiada: Dyszę sobie, ale idę – nie muszę siadać i jest dobrze. No i w końcu dolazłyśmy – na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką, po słowacku zwaną Vychodną Vysoką. O matko, tyle się naoglądałam zdjęć z tamtego miejsca, tak cudownie było je zobaczyć na żywo! I te wszystkie tatrzańskie kolosy – od Gerlacha, Wysokiej, poprzez Lodowy i Łomnicę, aż po wspaniały i rogaty Staroleśny na pierwszym planie! Oczopląs! I to jeszcze z dynamicznymi chmurkami, które sprawiały, że cały czas coś się działo. Na szczycie przesiedziałyśmy chyba ze dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały. Dobrze jest się nigdzie nie spieszyć!

Rozkręciłam się. Tak cudownie dopisała pogoda, że kolejny weekend również zapowiadał się ładny,  przynajmniej sobota. Taki z możliwymi chmurkami, ale i słoneczny, choć chłodny, więc zaopatrzyłam się w długie portki i puchówkę (oraz nieodłączne dwie pary rękawiczek, których już w ogóle z plecaka nie wyciągam – czy luty, czy lipiec). Grzech było nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Trójka szalonych fotografów hobbystów ( zerknijcie na profile @moocharsky i @matimomot na Instagramie) wybrała się na kolejny wschód. Tymczasem rudy Aganiok spełnił swoje kolejne życiowe marzenie – wschód słońca na Rysach! To było coś niesamowitego. Trzeci raz byłam na Rysach i dopiero teraz, za trzecim razem, warun siadł idealnie (pierwszym razem mleko i ulewa, za drugim wiatr urywający głowę i spychający w przepaść). Co więcej – zostałam odczarowana! Po raz trzeci widziałam Widmo Brockenu! A potem czwarty, siódmy i już straciłam rachubę ile ich tam jeszcze było 😉

Brocken po raz trzeci, nieostatni!

Tego dnia na Rysach działa się istna magia. Stałam tak jak zaczarowana i nie mogłam oderwać oczu od tego spektaklu. Co się tam działo, to głowa mała! Brak słów – z resztą zobaczcie sami małą namiastkę tego 😄

Magia!

Można powiedzieć, że po Rysach trochę „doszłam do wprawy” z tymi wschodami, bo nawet już mi się spać tak bardzo nie chciało, jak poprzednim razem na Kozim po zarwanej nocce 😉 To w sumie tak jak ze wstawaniem o 1 w nocy, by standardowo jechać w góry – idzie się do tego przyzwyczaić i budzik o tak dzikiej porze nie jest już nawet taki straszny. A najlepsze (najgorsze?) jest to, że apetyt na te wszystkie wschody rośnie w miarę jedzenia…

Jednym z moich postanowień noworocznych końcem zeszłego roku było „trza cisnąć” – realizuję je więc jak tylko mogę, no i cisnę… W ogóle wtedy miałam taki ciąg aktywności, że jak nie góry, to rower, znowu górki (nawet jeżeli jest to szybki wypad po pracy na Leskowiec na borówki), znowu rower, jeszcze więcej roweru… Trza cisnąć, tym bardziej, że to lato jest tak krótkie, ładnych i słonecznych dni mamy tak niewiele… Smutne to trochę. A na pewno nostalgiczne.

Z serii: najpiękniej za miedzą

Kolejny wypad – realizacja kolejnego celu z Eweliną. Wymarzyłam sobie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem w pełnej zieloności – uff, udało mi się o rzut beretem! Bo nie chcę nic powiedzieć, ale zaczynam zauważać pierwsze przejawy rudej trawy pomiędzy tą zielonością i letnimi kwiatami…

Tak w ogóle to jest straszne – wyjątkowo wcześnie łapie mnie takie poczucie, bo tak od połowy lipca, jak wyszłam rano z domu i uderzył mnie lekki powiew… jesieni? Jeszcze nie zrobiłam rytualnego odsłuchu piosenki „Kończy się lato” rosyjskiej grupy Kino, ale chyba pora to uczynić – jesień jak fix, z każdym dniem coraz bardziej ją nie tylko czuć, ale i widać! Ok, włączam… https://www.youtube.com/watch?v=iOvYGQtFBNM

Morskie Oko o 6 rano zawsze robi wrażenie – bez tych dzikich tłumów, które można spotkać tam po południu… Ale za to tak spokojnie od Czarnego Stawu pod Rysami, zielonym szlakiem pod Chłopka… Jak to stwierdził napotkany na zejściu pan –wreszcie cisza i nie będzie już ludzi w sandałach” – trafił w sedno! Tam nie ma przypadkowych turystów, nie ma dzikich tłumów, więc jest spokojnie, a nade wszystko – bajecznie pięknie! Kto jednak ma zawirowania głowy od patrzenia w przepaść – polecam najpierw oswoić się na mniej eksponowanym szlaku. Dla nas jednak adrenalinka pierwsza klasa i aż chce się więcej 😄

Posiedziałyśmy spokojnie na Przełęczy, popatrzyłyśmy na Mięgusza Czarnego, na którego to szczyt wlazłyśmy zeszłej jesieni – lubię taką formę szczytowania i chilloucik 😉 w dodatku kupiłam sobie ostatnio termos obiadowy – powiem Wam, że spaghetti na szczycie smakuje wprost wybornie i wręcz wyrywałyśmy sobie ten termos z rąk, ale całe szczęście starczyło na nas dwie. Polecam taki zakup 😄 Po tym wypadzie stwierdziłam, że kolejny raz nad Morskim Okiem będę w październiku, nie wcześniej 😆

Nie zdążyłam sobie dychnąć na spokojnie, a tu kolejny weekend na horyzoncie… W dodatku 23.07 – Dzień Włóczykija, a dzień święty trzeba święcić!! Miał być wschodzik w Pieninach, może Babia, bo blisko… a skończyło się na kolejnej nowince w moim górskim CV – na Koprowym Wierchu w Tatrach Słowackich! Ledwie tydzień wcześniej pokonywaliśmy połowę tej samej trasy idąc na Rysy, kiedy to na rozwidleniu przy Żabim Potoku skręcaliśmy na prawo – na Koprowy szlak prowadził na lewo. Dużo słyszałam o tym szczycie, równie dużo zdjęć się naoglądałam, więc dobrze było zweryfikować te wyobrażenia z rzeczywistością. Zapowiadali cieplej, niż tydzień wcześniej, więc poszłam na żywioł i ubrałam krótkie gacie, a potem, oczekując godzinę na wschód, szczękałam zębami z zimna (dzięki czemu wybudziłam się już totalnie). Po ostatnich upałach było to bardzo orzeźwiające i wręcz przyjemne 😄 Może ten wschód na Koprowym nie był tak bardzo spektakularny, jak na Rysach, ale również miał swój urok. Bardzo widokowe miejsce – trzeba będzie tam powtórzyć jakiś jesienny zachodzik 😉

Pomiędzy tym wszystkim był jeszcze zachód słońca na Wysokim Wierchu (w Pieninach nie byłam od maja!), borówki na Leskowcu i na Potrójnej, przetwory, rower i inne takie atrakcje.

Kończy się lato?

Po tym wszystkim rzuciłam paskudne wiedźmie zaklęcie: Oh, ale bym chciała deszczowy weekend, posiedziałabym w domu i se dychnęła, nalewki trzeba poprzelewać. Mówisz i masz Ruda Wiedźmo – cały, caluteńki weekend deszcz padał jak z cebra, aż trzy beczki na deszczówkę nam przelało w ogródku. Hm. No dobra, jednak przesadziłam. Nie powinnam pewnych rzeczy wypowiadać na głos i rzucać tak silnych zaklęć. 😉planowałam wolne w tygodniu i wypad w Tatry – wierzbówka w rozkwicie!! – a u rzeki płyną szlakami. Nie mówiąc o suchej skale. Całe szczęście do czwartku zdążyło się wypogodzić. Uwielbiam jednodniowy urlop w środku tygodnia – dzida w góry o 2 w nocy. Zdążyłam nawet na wschód! Niech nam będzie różowo, niech róż będzie z nami… Patrzymy na świat przez różową wierzbówkę… W takim miejscu i takim czasie można przywoływać z pamięci wszystkie powiedzenia związane z różem – macie coś jeszcze na myśli? 😆 Popatrzcie sami. BTW – poniższe zdjęcie zostało wybrane przez Ekipę ze Schroniska Murowaniec jako jedno z trzech najlepszych, obrazujących szczyt kwitnienia wierzbówki tego roku. I ja w tym zaszczytnym gronie!

Rożowo mi!

 Różowe łany wierzbówki kiprzycy na Hali Gąsienicowej były tylko przedsmakiem tego, co czekało na nas później. Po raz kolejny chciałam zmierzyć się z Orlą Percią. Tym razem nie na raz jednego dnia, jak zrobiłam to końcem października zeszłego roku, ale z  Eweliną – przedłużając jej „najdłuższy fragment”. W 2020 przeszłyśmy razem Granaty, w 2021 odcinek Kozi Wierch-Granaty, to w 2022 musiał paść Zawrat-Granaty. Na 20-te urodziny Eweliny (rocznikowo w 2023) przejdziemy razem całość, to już postanowione 😉 Śmiałam się, że kuuurde – ledwo się świstaki obudziły, a tu zaraz pójdą spać (sic!), a ja jeszcze w tym roku żadnego nie widziałam! Chwilę później Ewe wypatrzyła jednego grubasa wśród skał – uf, zaliczone! Oczywiście widziałyśmy też kozicę – to zawsze dla mnie jest takie swoiste uspokojenie i znak, że tego dnia wszystko w górach będzie dobrze. Ot, zwykła kozica na szlaku.

Tym razem Orlą Perć (ok, jej 2/3, ale w tym najtrudniejszy technicznie fragment Zawrat-Kozi – btw – szlak Skrajny Granat-Krzyżne był zamknięty z powodu remontu, więc nawet jakbyśmy chciały przejść całość nie byłoby to tego dnia możliwe) przeszłam dużo bardziej świadomie i już nie miałam w głowie „tylko nie patrz w dół” i że się zdupcę (za przeproszeniem) od tego samego patrzenia, chociaż tak prawdę mówiąc to od tych przepaści można dostać zawrotów głowy. Wiedziałam, jaki fragment teraz przechodzimy, gdzie się znajdujemy i w ogóle. Przed pierwszym krokiem nad przepaścią i dotknięciem łańcucha poprosiłam Ewe, żeby szła przede mną – jakoś lubię mieć świadomość, że przede mną jest ktoś, kto to przejdzie – wtedy wiem, że ja też dam rady. Chyba nie poszłabym na Orlą solo – bałabym się. Przed Żlebem Honoratka westchnęłam głośno, a potem to już poszło-pojechało. Dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Na spokojnie, ale z buzującą we krwi adrenaliną, z dziką frajdą dałyśmy radę! Cóż – Orla tylko dla Orłów, ewentualnie dla dwóch Kozic z Witanowic 😉

Słowem dnia został „upierdek” – powtarzałam je notorycznie, określając tak chociażby Giewont czy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów – bo ten Kozi od Orlej to miażdży i wbija w salomonki. A, tak przy okazji – jeden pan, widząc dwie młodo wyglądające kozice w kolorowych kaskach i krótkich spodenkach skwitował, że mamy nieodpowiednie buty jak na Orlą Perć. NO NIE ZGODZĘ SIĘ Z PANEM – wypaliłam, gotowa bronić swoich różowych biegówek salomonków z najlepszą podeszwą pod słońcem i jeszcze bym się z gościem pokłóciła tuż przed Kozimi Czubami 😉 nie lubię, gdy ktoś, totalnie niemający pojęcia próbuje mi wciskać swoją rację. To, że mam niskie buty „niechroniące kostki” jeszcze nie świadczy o mojej nieodpowiedzialności! Polecam przyczepić się kogoś idącego na Rysy w adidaskach, bo pan chyba złych butów w Tatrach nie widział.

Widok ze Skrajnego Granatu – chyba najpiękniejszy z całej Orlej 🙂

Czy Orla była kwintesencją tego lata? Myślę, że poniekąd tak. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, bo warunki były świetne, pogoda dopisała – a teraz za to pada deszcz i prognozy nie zapowiadają szybkiej poprawy. Teraz to już dupówa może być, jesień na całego. Poza tym byłam bardzo dumna z Eweliny, jak dobrze sobie poradziła na tym szlak. Zuch, maładiec. Otwarli remontowany szlak Skrajny Granat-Krzyżne, więc pewnie jakiegoś pogodnego wrześniowego dnia wybierzemy się tam dla czystej przyjemności, zanim Młoda pojedzie na studia… Wtedy plan lata będzie zrealizowany w 100%. 😄

A na deser – jeszcze więcej różu!

Teraz to już tylko jesień! 💛

Trzymajcie się ciepło!

Dzikie wojaże

Choczalada! Gruzja ’22, odsłona 2 – Swanetia*.

*Pisane pod lekkim wpływem domowego saperavi wprost z bazaru w Kutaisi

Na środę, czyli tak właściwie piąty dzień naszego pobytu w Gruzji zaplanowałyśmy całodzienny przejazd z Tbilisi do Mestii, do Swanetii, gdzie miałyśmy spędzić resztę naszego wypadu. Skutki pandemii – na pewniaka planowałam (nie planując), jak za „starych dobrych czasów” pociągiem nocnym pojechać z Tbilisi do Zugdidi, by z samiutkiego ranka złapać busa do Mestii i bladym przedpołudniem być na miejscu, by najlepiej od razu pocisnąć w góry. Dupa blada. W Gruzji jednym z pandemicznych obostrzeń była godzina policyjna, przez co pociągi nocne zostały zlikwidowane – i dotychczas nie zostały przywrócone (maj jeszcze nie jest turystycznym szczytem sezonu…), co pokrzyżowało moje plany i dlatego chcąc dostać się do stolicy Swanetii, najpiękniejszego moim zdaniem rejonu Gruzji, musiałyśmy przed 7 rano upolować marszrutkę z Tbilisi. Czekało nas 11 upojnych godzin drogi.

Ale zanim o tym opowiem (bo warto…) to dwa słowa o pamięci, która siedzi w zakamarkach mojego rudego mózgu i jak wspominałam już poprzednio, ma się całkiem dobrze. Tak w ogóle to uświadomiłam sobie, jak wiele gruzińskich słów nadal pamiętam! Oczywiście, są to słowa podstawowe, totalny basic, ale ich użycie ma skutek natychmiastowego uśmiechu na twarzy każdego Gruzina, a co za tym idzie – otwarcie każdego gruzińskiego serca. Gdybym tylko nie byłą takim roztrzepanym leniem, to mogłabym się kształcić i uczyć gruzińskiego ot tak, hobbystycznie. Ale po co, przecież nie mam czasu 😆 wystarcza więc to, co się sama nauczyłam i dobra pamięć.

Na dworcu byłyśmy już przed 6:20. Jeszcze nigdy nie jechałam pierwszym możliwym metrem, ale jak to w Gruzji bywa – tam ogólnie jest dużo szans robić coś po raz pierwszy w życiu 😆 okazało się, że marszrutka zapełniła się pół na pół – ośmioro turystów (Polska, Czechy, Szwajcaria i Francja) i tyle samo lokalnego kolorytu Gruzinów. Przez 11 godzin drogi zdążyliśmy się zintegrować – częstowali nas jedzeniem, kupili lody, na kolejnym przystanku po energetyku, a skończyło się na piwku i chaczapuri. Zanim jednak wyruszyliśmy, trzeba było upchać bagaże. A tych było… dużo. Z Tbilisi do Mestii prócz plecaków „turystów” jechały opony (wielkości tych do traktora lub jakiegoś innego kamaza), a także pralka i…

Popatrzcie teraz na zdjęcie i zastanówcie się:

co takiego jest w torbie?

co takiego jest w torbie, położonej na ziemi, nad którą stoi sześciu gruzińskich chłopa? Quiz:

  1. Miliony monet
  2. Wino
  3. Szczeniaczek
  4. Czacza

Ja nie zgadłam. Prawidłowa odpowiedź wygląda tak:

Piesek

No kurde. Trzeba mieć gruziński łeb, żeby wpaść na to, by z Tbilisi wieźć małego pieska w torbie do Mestii. Oczywiście o tym, że piesek chce się wysikać lub napić na postojach, myśleli turyści z Czech, a nie oni. Szczegół. Rozumem czasem nie ogarniesz 😉 albo i zazwyczaj.

Zatrzymałam się na upychaniu bagaży. Wiecie, gdzie jechał mój plecak? Na dachu marszrutki. Ewelina z przerażeniem w oczach spojrzała, jak zostaje przywiązywany linami obok opon, pralki i innych plecaków oraz walizek. A nie spadnie? Nie zmoknie, jakby padało? Ja tak tylko spojrzałam ze stoickim spokojem, westchnęłam i stwierdziłam: Spoko, Gruzja. Wiedzą, co robią. Pomyślałam sobie jedynie o tym, czy dobrze zakręciłam czaczę, którą dzień wcześniej (po uprzedniej degustacji) nabyłam na bazarze na Didube – szkoda by było, smaczna była. Logistyka pakowania trochę tych biednych Gruzinów przerastała, upychali te bagaże chyba z godzinę, kręcili się, wchodzili na dach, schodzili, znowu kręcili jak wrzody w gaciach, ale koniec końców, oczywiście z opóźnieniem (bo jakby inaczej…) koło 8 wyjechaliśmy w drogę do Mestii. Przerwa na siku i jedzenie średnio co 2,5 godziny, także zazwyczaj wyrywało to ze snu albo przemyśleń – w najmniej oczekiwanym punkcie. Mam wrażenie, że czasami Gruzini są jak dzieci. Wstanie który, powie coś kierowcy, ten staje na pierwszym lepszym kraju drogi, tamten gdzieś wybiega i wraca po chwili, po czym sytuacja taka powtarza się notorycznie. Spoko, Gruzja. Wiedzą, co robią 😝

Logistyka upychania bagaży

Jedziemy tak, jedziemy, jeden starszy Gruzin, mówiący jako tako po rosyjsku (normalnie niekwestionowany lider wyprawy!) ogłasza, że właśnie przekroczyliśmy granicę Megrelii i Swanetii. Zarządza postój w knajpie, kupuje każdemu po piwie, ale wcześniej gdzieś dzwoni. Swoim zwyczajem słucham, nic nie kapuję, ale samo brzmienie mnie ciekawi, wyłapuję jednak jedno słowo, na samym początku rozmowy, przez które po prostu popadam w stupor. CHOCZALADA! Blablablala-bla. Choczalada, choczalada – grzebię sobie w pamięci, znam to słowo, pięknie brzmi, choczalada, gdzie ja jestem, co ja robię… Mam, wiem! Eureka! Choczalada to nic innego, jak „dzień dobry” w języku swańskim! Witamy w Swanetii!

Swanetia skradła moje serce już podczas pierwszego wyjazdu do Gruzji, w 2016 roku. Ten wysokogórski region ze względu na liczne zabytkowe cerkwie i wieże obronne (po gruzińsku koszki) oraz wyjątkową kulturę i silnie kultywowaną tradycję swańskich górali z krwi i kości został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Cały czas powtarzałam Ewelinie, że Kazbegi jest ładne, Kazbek robi wrażenie, ale dopiero jak zobaczy Swanetię, to przepadnie. Ostatniego dnia wyjazdu przyznała mi rację. 😉  Nie wiem, co ta kraina ma w sobie takiego, że przyciąga i niesamowicie hipnotyzuje. Może to lasy, ostre szczyty i całe górskie pasma, dzika przestrzeń, zadbane obejścia i porządek – czyli na dobrą sprawę wszystko to, czego jakoś tak brakuje czasem w Kazbegi. Niby ciągle to jedna i ta sama Gruzja, ale taka inna, która ciągle zachwyca, za każdym razem.

Swanetia, ze względu na swoje górskie i trudno dostępne położenie przez lata była odizolowana od Gruzji. Wiele autonomicznych tradycji zachowało się po dziś dzień, czego głównym przykładem może być chociażby język swański – całkowicie odrębny, do niczego niepodobny, w codziennym użyciu.  Wspominałam, że „Dzień dobry” to „choczalada”, a dzięki naszemu gospodarzowi i przyjacielowi – Merabowi, dowiedziałam się jeszcze, że „dobranoc” to dźwięczne „choczalet” 💚 póki co dwa słowa w svanuri mi wystarczą, następnym razem poznam ich więcej 😉

Jakoś ciężko to sobie wyobrazić, że 20-30 lat temu w Swanetii władzę sprawowała mafia, której główną zasadą, jaką się kierowała była zemsta rodowa i porywanie ludzi dla okupu. A może to tylko część mitu, legendy o swańskich góralach? Dziś w Mestii, stolicy regionu, jest porządek, hotele w stylu zakopiańskim, masa przytulnych knajpek, a ludzie są… No właśnie. Są tacy inni – niby górale z krwi i kości, a tacy inni – uśmiechnięci, otwarci, energiczni. Chyba, że po prostu jestem jakaś spaczona po całym sezonie, zbyt wielu ludzi spotkałam i każdy przejaw odbiegający od normy był dla mnie zaskoczeniem, to też możliwe…

Kilka ciekawostek:

  • Dawno temu w każdym swańskim domu stał tron, na którym siadał tylko gospodarz.
  • Swanetia – kraina tysiąca wież. Do dziś przetrwała zaledwie garstka, ale i tak stosunkowo dużo – w końcu to niemalże 1000 lat. Są dwa typy wież – mieszkalne, kilkupiętrowe i obronne strażnice – to zazwyczaj te samotne, których głównym celem było informowanie o nadejściu wroga. Choć tak naprawdę nikt nie wie po co i dlaczego – główną zagadką ich budowli jest chociażby brak okien, z których można by cokolwiek obserwować.  i żyć w nich ciężko, bo ani pieca, ani komina… dlatego swańskie wieże to zagwodzka. W Mestii wież zostało koło 40 – głównie mieszkalno-prestiżowych – przez wieki należały one do bogatych lokalnych klanów.
  • W całej Swanetii znajduje się aż 299 lodowców.
  • Drogę do Mestii wybudowano dopiero w 1935 roku.
  • Swańska tradycja nakazuje  wypić nie mniej niż trzy kieliszki. Oczywiście najlepiej czaczy. Gdy wszystkie kieliszki się stukają, Swanowie z radością wołają: buczki buczki! Cokolwiek to oznacza.
  • Szchara (5193m n.p.m.) to najwyższa góra Gruzji i trzeci co do wielkości szczyt całego Kaukazu. „Shkhara” – to po swańsku szczelina. Po gruzińsku „shkhara” to cyfra 9 – stąd często można usłyszeć, że Szchara ma 9 wierzchołków, co nie jest prawdą, bo jest to masyw. Z jej lodowców bierze początek rzeka Inguri.
  • „Matterhorn Kaukazu”, schronienie bogini łowów Dali, „Wiedźma” to tylko niektóre nazwy dwuwierzchołkowej Uszby,  jednej z najbardziej charakterystycznych i najtrudniejszych gór całego Kaukazu. Na szczycie, wedle miejscowych podań, odbywały się sabaty czarownic. Brzmi zachęcająco.*

*pisałam o tym w tej notce: https://agawielinska.wordpress.com/2018/11/07/swanetia/

Po 11 godzinach wysiadłyśmy w Mestii. Plecak dojechał w całości, nic nie wypadło, ani (co ważniejsze) nie wylał się żaden cenny trunek, kupiony dzień wcześniej na bazarze na Didube. Uf. Dobrze jest mieć znajomości – przekonałam się o tym po raz kolejny. 😉Kilka dni wcześniej napisałam do Meraba, u którego nocowałam już dwa razy, będąc w Mestii z Anią.

Hej, będę w Mestii, masz miejsce, czy szukać czegoś na bookingu?

No jasne, że wpadaj! Pamiętasz, gdzie mieszkam?”

Znowu poczułam się, jak u siebie 😆 Co lepsze – wieczorem wyszliśmy z Merabem „na miasto”, zaglądając po drodze w kilka miejsc (Mebo koniecznie musiał się przywitać). Okazało się, że od ostatniego razu rudą Agę pamiętało pół Mestii, a gdybym pobyła tam jeszcze ze dwa tygodnie, na pewno zapamiętałoby mnie drugie pół 😝 nie mam szans być incognito! Wiosna okazała się być w dużo bardziej zaawansowanym stadium, aniżeli w Kazbegi, mogłam się więc cieszyć soczystą zieloną trawką w dolinach i potęgą śniegu wyżej w górach, wąchałam żółte kwiaty azalii i zachwycałam się na każdym kroku.

Na śniadanie owsianka, kubek kwaśnego mleka i herbata z miodem na tarasie z widokiem na idealną piramidę Tetnuldi – tak to ja mogę się odżywiać! I tak żyć, chociaż w czasie urlopu 😉 Trwa ładowanie baterii….

Tetnuldi z tarasu u Meraba

Swanetia ma niesamowity potencjał trekkingowy, jednak tego roku w Gruzji, podobnie jak w Polsce, wiosna przyszła późno, dlatego wiele miejsc było po prostu nieodstępne końcem maja, kiedy tam byłyśmy. Rzut okiem na ilość śniegu szybko zweryfikował plany. 😉 Nie oznacza jednak, że nie było gdzie chodzić – co to, to absolutnie nie! Kozica Agusia zawsze coś wykmini! (na nieszczęście dla wielbicieli polanek i leżakowania, takich jak chociażby Ewelina…)

Na następny dzień po przyjeździe do Mestii zaplanowałam „lajtowy trekking na rozruszanie” – wyjście na Zuruldi. Tak w ogóle to można wjechać tam kolejką, ale po co!

Cóż, „lajtowy trekking” trochę się wydłużył w czasie i przestrzeni, ale to jest właśnie to, co lisiczki i koziczki lubią najbardziej 😆 Oczywiście, jak to w Gruzji bywa, o czym przekonałam się już niejednokrotnie, okazało się, że COŚ, co na mapie wygląda jak szlak, w rzeczywistości niekoniecznie nim jest. Albo jest po prostu bardzo umowny – na przykład obecnie płynie nim rzeka. Bywa. Całe szczęście robotę robi bezlimitnyj intierniet w teliefonie 😆 (BTW, polecam sieć Magti: sim kartę za 3 lari i internet bez limitu na 7 dni za 7 lari. W górach śmiga koncertowo!)

Gdy wyszłyśmy ponad granicę lasu, ukazała się… Uszba! W sumie to miałam jeden bardzo ważny powód powrotu do Swanetii. Taki bardzo prozaiczny – stęskniłam się za widokiem najpiękniejszej góry na całym Kaukazie, tamtejszego Matterhornu, mojej Wiedźmy Kaukaskiej – Uszby! Przez dwa lata wodziłam za nią oczyma z różnych perspektyw, a już najwięcej ze zboczy Elbrusa – pod różnym kątem, z różnych perspektyw, o różnych porach dnia i światła – bez znudzenia, za każdym razem wpatrywałam się w tą jedną jedyną górę, jak urzeczona i zaczarowana. Po czym minęło kolejne 2,5 roku, gdy jej nie widziałam. Tym razem bardzo też chciałam, żeby i Ewelina mogła zobaczyć Uszbę i jej diabelskie różki. Zdjęcia zdjęciami, ale zobaczyć na żywo… I znowu takie szczęście, jak z Kazbekiem! Przecież mogło padać, Uszba mogła się schować za chmurami, a tu taka żyleta, petarda przez cały czas… Oo, jak dobrze Cię widzieć…

Kolejnego dnia  wybierałyśmy się do Uszguli – najwyżej położonej wioski w Europie. Wieczorem Merab zadzwonił do jednego ze swoich kuzynów (nie wiem jednak jakiego stopnia pokrewieństwa – czy rzeczywistego? Tam przecież wszyscy są Braćmi lub ewentualnie właśnie Kuzynami 😁 ) i zapytał, czy nie jedzie z turystami. Akurat jechał – jego ojciec Wołodia – przemiły gość! Bojcyliśmy całą drogę, a turyści z Izraela i Słowacji tylko się przysłuchiwali. Oczywiście parę razy padło: „Aga, a weź im to przetłumacz”, ale potem odpuścił. Wiele ciekawostek mi opowiedział.

Wiedźma Aga, siedząc rano na tarasie: o, jak bezchmurnie!

5 minut później Tetnuldi zakryła chmura.

Wołodia też na to zwrócił uwagę: „Patrz! Jak Tetnudli ubiera czapkę, to do dwóch dni pójdzie deszcz, to pewne”. Miał rację, ale nam i tak się udało, bo deszcz poszedł już samym wieczorem 😉

Miło było wrócić do Uszguli! (Matko Bosko, gdzie tu było niemiło wrócić…?!) Ściana Szchary, najwyższej góry Gruzji zrobiła na Ewelinie oszałamiające wrażenie, za to sama wioska została przez nią określona jako „późne średniowiecze”. Cóż, zbyt wiele się nie pomyliła. Śniegu jeszcze co nie miara, także trekking aż do samego jęzora lodowca nie był możliwy, z resztą czasu też nie było zbyt wiele. Byłyśmy świadkiem żywej reakcji Słowaków na widok Szchary, którzy jechali z nami w busiku: „Wow! Przecież to prawie takie nasze dwa Gerlaszki!” Jakby nie patrzeć – mieli rację – Szchara ma prawie 5200m 😉

Przed odjazdem obiad w lokalnej knajpie – Ewelina podczas pobytu w Gruzji stałą się fanem sałatki krabowej i jadła by ją na każdym kroku, na zmianę z chinkali, a ja znowu stęskniłam się za smakiem najbardziej sztampowej sałatki całego Kaukazu, czyli „ogórki-pomidory”.

W Swanetii jeszcze raz zwróciłam Ewelinie uwagę na to, by za bardzo nie przyciągała wzroku Swanów, zbitych w kupkę i taktycznie obserwujących otoczenie. „BO CIĘ PORWĄ!” uprzedzałam, na co Ewelina odparowała: „Tak, a Ty z pijanymi gadkę ciągniesz!” Merab potem się śmiał, że traktuję ją jak mamuśka i tym samym pozbawiłam jej najlepszej atrakcji Gruzji, czyli „dawaj paguljajem” („chodź, zabawimy się”) 😜 Pojedzie sama, bez starszej siostry, to będzie doświadczać, ile dusza zapragnie 😅 Uświadomiłam sobie jednak, jak łatwo podbić serca Swanów. Gadam po rosyjsku, ale każdą rozmowę zaczynam od uśmiechu i dźwięcznego „choczalada!”. Odpowiedzią jest gwar i ich uśmiech od ucha do ucha. Potem można kontynuować z konkretami. 😉 Ale ja to ja.

Ewelina miała jednak tego przedsmak, jak na trasie pod Szcharę mijał nas na koniu młodziutki Swan. Mijając nas, taktycznie zwolnił, a potem zatrzymał się i obrócił. Choczalada-choczalada, widać, że po angielsku ni-chu-hu, po rosyjsku trzy słowa na krzyż, ale wpatrzony jak w obrazek, jak ciele na malowane wrota i jeszcze chwila, a chętnie zaproponowałby jakiś „horse riding” czy coś w tym stylu. O matko, jak pięknie było być obserwatorem i przyglądać się temu z boku!

Konie pod Szcharą

Na następny dzień, czyli na trzeci pobytu w Swanetii, wybrałyśmy się z Merabem na Jeziora Koruldi. Troszkę było mi żal, że są przykryte jeszcze dość grubą śniegową pierzynką, ale w każdym razie szlak tam jest bardzo przyjemny, a widoki zacne. Z resztą – z widokiem na Uszbę przed sobą wszystko wygląda zacnie, a nogi same Cię niosą! Dogrzało nam wtedy nieziemsko, więc popołudnie spędziłyśmy leniwie, siedząc na tarasie i popijając kwaśne mleko, a Wołodia miał rację – wieczorem zaczął padać deszcz. 

Za to kolejny poranek znowu był piękny! Tetnuldi zrzuciło czapkę, trochę więc bez planu, a trochę tak przypadkiem znowu poszłyśmy w stronę Zuruldi, gdzie byłyśmy pierwszego dnia i po pewnym czasie odbiłyśmy w stronę Heshkili, skąd odkrywa się przepiękny widok na jeszcze inny fragment gór Kaukazu – masyw Lajli. Łąki pełne drobnych, wiosennych kwiatów w otoczeniu tych zaśnieżonych kolosów robią niesamowite wrażenie! Chłonęłam te widoki, by się napatrzeć. Tak w ogóle to stwierdziłam, że wiosnę roku 2022 przeżywałam trzykrotnie – pierwszy raz u siebie w Witanowicach, potem w Pieninach, gdzie znów byłam na etapie kwitnących jabłoni, a potem raz jeszcze powtórka z rozrywki w Gruzji.

Kwitnąca łąka z widokiem na Lajlę

Zaszłyśmy więc sobie elegancko, ludzi na szczycie jak mrówków, ale wszyscy wjechali tutaj autami. Traf chciał, że spotkałyśmy znajomą twarz – Giorgiego, syna Wołodii, z grupą z Japonii. Oczywiście choczalada-choczalada, ooo, Agnieszka, jak miło i te sprawy i całkowicie poważne pytanie – „Wy tak na serio przyszłyście tu na nogach?” On zdziwiony, ja zdziwiona – no tak, a jak, a dlaczego inaczej… Ja nie rozumiem tych jadących autem, on nie rozumie tych idących na nogach – no nie przeskoczy tej bariery niezrozumienia! 😁 Miałyśmy ciekawą sytuację, bo para Japończyków słyszała, jak rozmawiałam z Gio po rosyjsku i łamanym angielskim pyta: RASZJA, RASZJA? Ja mówię, że nie, Poland, a oni swoje, z takim lekkim oburzeniem – Raszja in Poland? Nie, czyste Poloki, ale ciężko im było przegadać, że to, że mówię po rosyjsku, nic nie oznacza. Btw – nie spotkałam się z żadnym przejawem tego, że Gruzini po agresji Rosji na Ukrainę nie chcieliby rozmawiać ze mną po rosyjsku. Jest to dla nich w dalszym ciągu język, zapewniający w miarę swobodną komunikację z całym gronem turystów, z którymi nie potrafiliby porozumieć się w żadnym innym języku. Nadal uważam i mam na to masę potwierdzeń, że rosyjski w Gruzji (i ogólnie na Kaukazie – czy to w Armenii, czy w Azerbejdżanie, o Elbrusie nie wspominając) – po prostu ratuje dupę. Byłam świadkiem, jak jadąc marszrutką kierowca zakomunikował pół godziny przerwy – biedny chłopak z Niemiec nie rozumiał ni w ząb i dopiero musiałam mu ten prosty komunikat przetłumaczyć, bo totalnie nie wiedział, co się dzieje.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy i w poniedziałek z samego rana przyszło nam się zwijać i łapać marszrutkę do Kutaisi, skąd we wtorek miałyśmy samolot. Jeśli ktoś jest zdania, że miasto Kutaisi jest warte odwiedzenia, chętnie wejdę z nim w głęboką polemikę, bowiem po raz kolejny przekonałam się, że prócz fontanny Argonautów w centrum nie ma tam totalnie nic, wartego zobaczenia. Porażka! Nie dość, że dzikie tłumy, to gorąco jak diabli, po przyjemnym górskim chłodku i lekkim wiaterku nie zostało nawet wspomnienie, od razu źle się zaczęłam czuć, z tymi wielkimi plecakami idąc z dworca – no dramat. Potem ostatni shopping (uzupełnienie trunków i innych souvenirów..), w knajpie zamówiłyśmy sobie chaczapuri adżarskie (Kutaisi dość blisko od morza, więc stwierdziłam, że będzie smakować dobrze i tak też było) – potwierdziła się zasada, że jedno adżarskie na rok smakuje wyśmienicie, ale więcej to już przesada 😁 i to chaczapuri w sumie było najlepszą rzeczą tego dnia w Kutaisi. Resztę dnia spędziłam na upychaniu rzeczy w plecaku – grunt to dobra logistyka! I ogólnie wtedy poczułam, że jestem już zmęczona Gruzinami i przypomniałam sobie, dlaczego czasami doprowadzali mnie do nerwicy. To był znak, że trzeba wracać 😆

We wtorek o 12:20 miałyśmy lot, jechałyśmy na lotnisko Georgian Busem (który spóźnił się pół godziny i zdążył przyprawić mnie o palpitacje serca, bo już miałam wizję, że się spóźnimy, a za nic w świecie nie chciałam dać zarobić chciwym i pazernym taksówkarzom ZA JEDYNE 20 EURO) – na wszystko jednak zdążyłyśmy, bo chaos na lotnisku, związany z czterema odlotami w niemalże identycznym czasie definitywnie przerósł obsługę. Taaak, Gruzja w pełnej krasie! Miałam za to niesamowite spotkanie, bo spotkałam znajomego – Janusza z Rescue, uczącego Gruzinów – nie widzieliśmy się od września 2019, po czym okazało się, że lecimy razem jednym samolotem! Świat jest mały, przekonałam się po raz kolejny 😆 Janusz spędził w Gruzji znacznie więcej czasu niż ja (a i ja przecież spędziłam niemało…), więc jego stoicki spokój działał kojąco na moją nerwicę i migającą myśl – nie zdążymy, samolot odleci bez nas. Oczywiście jednak zdążyliśmy, samolot i tak miał godzinę opóźnienia, przed startem jakiś Gruzin zatrzasnął się w kiblu, co jeszcze wstrzymało start, ale w końcu się udało – alleluja! Dobrze było lecieć do Gruzji, ale dobrze i było wrócić do domu – to jest chyba najpiękniejsze w podróżowaniu! DOBRZE WRACAĆ – pod każdym względem! Gdy z okien samolotu zobaczyłam stawy, pomyślałam, że to Dolina Karpia, czasowo to pasowało i pomyślałam – jestem w domu! A jutro do pracy 😆

Podsumowując:

Stwierdziłam, że jak następnym razem będę jechać do Gruzji, to już tylko do Swanetii. Pewien rozdział zamknięty definitywnie, ale jak to mawia Sapkowski – coś się kończy, coś się zaczyna. A w dobre miejsca wracać zawsze dobrze.

W Gruzji, przez 10 dni, codziennie robiłyśmy średnio 14,7 km (22 000 kroków) 🤙

Ewelina przestała bać się psów! Żaden Kaukaz ani Biszkopt jej niestraszny! 😉 oczywiście nacji gruzińskiej, bo z polskiej lubi tylko pinczera Tapsona! 😉

Marszrutka Tbilisi-Kazbegi z dworca Didube, pierwsza o 8 rano, 15 lari

Tbilisi-Mestia start 7:00 z placu przy Dworcu Kolejowym (metro Sadguris Moedani), koszt 50 lari za osobę, w drodze około 10-11 godzin 😉

Marszrutka Mestia-Kutaisi, start 8:00 z centrum, koszt 35 lari za osobę, w drodze około 5-6 godzin.

Drukowanie kart pokładowych na lotnisku nie było potrzebne, swoje w kolejce i tak każdy musi odstać (chaos do potęgi). W maseczkach nikt nie chodził, teraz nie potrzeba już nawet zaświadczeń o szczepieniu.

PS. Gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca – chylę nisko czoło, bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam, popijając Wasze zdrówko resztką saperavi z bazaru w Kutaisi!

Znajdź co najmniej dwie Wiedźmy 😉
Dzikie wojaże

Lubię wracać tam, gdzie byłam. Gruzja ’22

„Lubię wracać w strony, które znam
Po wspomnienia zostawione tam
By się przejrzeć w nich, odnaleźć w nich…”

Takie słowa piosenki Zbigniewa Wodeckiego siedzą mi w głowie, gdy zasiadam do spisywania refleksji na temat Gruzji, z której niedawno wróciłam. Wróciłam i nie mogę się pozbierać. 😄

Nie było mnie tam ponad 2,5 roku – tak właściwie to całe 950 dni. Aż się sama dziwię, że to aż tyle czasu! Pamiętam, jak po tych 7 miesiącach, spędzonych w Gruzji w 2019 roku, bardzo chciałam już wracać do domu. Wszystko, co gruzińskie, wyłaziło mi uszami i miałam serdecznie dość. Przesyt. Musiało minąć trochę, zanim to sobie przetrawiłam i poukładałam, by wrócić tam z radością i czerpać przyjemność. Przeczytałam ostatnio dobre zdanie Wojciecha Góreckiego, świetnego reportażysty, którego konikiem jest właśnie Kaukaz (polecam z całego serca tzw. „Trylogię Kaukaską”!):

„Gdy pobyt w jakimś kraju się przedłuża, można wpaść w pułapkę utraty dystansu lub zbytni krytycyzm. Dopiero upływający czas, który pozwala przetrawić te przeżycia i wspomnienia, zamknąć burzliwe etapy zbytniej fascynacji i niepotrzebnej irytacji, umożliwia podjęcie próby w miarę wyważonego opisu”.

Ot co, kropka w kropkę moje doświadczenia i odczucia!

Jednym z argumentów konieczności powrotu do Gruzji (sic!) był powrót po torbę z moimi rzeczami, pozostawionymi w Kazbegi. Śmiałam się, że może myszy nie zjadły przez te 2,5 roku, rzeczywistość na miejscu okazała się jednak zgoła inna, bo torba i rzeczy „uległy awarii i poszły do śmieci”, jak powiedział mi Nika. Ah tak, Gruzja. Roześmiałam się, taki to przewrotny los i przecież czego innego w swoim przypałowym życiu mogłam się spodziewać? Że odbiorę rzeczy po 31 miesiącach, całe i zdrowe? Może jeszcze nadające się do jedzenia 😂 A takiego wała, noł łej! Ale argument był dobry, przekonywujący – przynajmniej mnie.

Tuż przed wylotem z Polski zapytałam Keti, Gruzinkę z biura Mountain Freaks, czy da radę zadzwonić do Tamriko i zarezerwować mi nocleg w Kazbegi. Gdy usłyszałam, że Tamriko powiedziała, że dla mnie miejsce znajdzie zawsze, zrobiło mi się tak ciepło na sercu, że aż się wzruszyłam.

Cały tydzień przed wylotem chodziłam jak rozedrgany paralityk, tak bardzo nie mogłam się doczekać. Oczywiście na lotnisku nie obyło się bez przebojów, od razu wiadome było, gdzie lecimy. Dzikie tłumy Gruzinów, przepychających się z tobołami, jakby samolot miał wyruszyć bez nich. Norma – po prostu trzeba się było uzbroić w cierpliwość i przestawić na czas GMG*. Z prawie dwugodzinnym opóźnieniem wylądowałyśmy w Kutaisi, tego samego dnia dostałyśmy się do Tbilisi, tam nocka i na następny dzień, pierwszą marszrutką ruszyłyśmy do Kazbegi.

*georgian maybe time 😅

Nakreśliłam Ewelinie na szybko główne zasady, panujące w Gruzji. I poleciłam, że najlepiej, żeby nie nawiązywała kontaktu wzrokowego z żadnymi Gruzinami i się do nich nie uśmiechała, jeśli chce mieć spokój i nie być porwaną 😉 Ale za to największy HIT! Co najmniej kilka osób myślało, że Ewelina jest moją córką… Jeszcze nigdy w życiu chyba nie poczułam się tak staro! No więc jej matkowałam, jak przystało!

O matko, jakie to było niesamowite uczucie – wrócić! Co najlepsze – okazało się, że pamięć, nawet po takim czasie mnie nie zawodziła. Znajome uliczki, przejścia – tędy na Stare Miasto, tutaj na drugą stronę rzeki… Nawet na dworcu Didube, z którego odjeżdżają busy do Kazbegi – przebrnęłam przez tłum nawołujących taksówkarzy i jak po omacku trafiłam centralnie pod marszrutkę. Tyle razy pokonywałam drogę z Tbilisi do Kazbegi, że cóż – nawet, jeżeli pamięć była przykurzona, to ma się jednak to we krwi.

Z jakimś takim wewnętrznym spokojem, wracając jakby do siebie, jadę przez te gruzińskie wertepy. I tylko zachwyt w oczach Eweliny przypomina mi mój zachwyt sprzed kilku lat i mój pierwszy przejazd Gruzińską Drogą Wojenną na trasie z Tbilisi do Kazbegi. I że naprawdę ciągle i nieustannie JEST SIĘ CZYM ZACHWYCAĆ, ile razy bym tamtej trasy nie pokonywała (rachubę już dawno straciłam). Zdumiewa mnie tylko cisza w marszrutce – żadnej ruskiej popsy, żadnych gruzińskich pieśni? Jakoś się wyciszyła ta Gruzja po pandemii…. 😉 Jadę więc w ciszy, nawet książki nie wyciągam, chłonę drogę, wspominam, napawam się. „Czerpię energię z ruchu: z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotów” – jak to pisała Olga Tokarczuk w „Biegunach”.

W niedzielę przyjechałyśmy do Kazbegi. Ewelina miała niesamowite szczęście – pierwszy raz w Kazbegi i od razu taka żyleta – Kazbek po samiutki czubek jak na dłoni! Cześć, Mkinvartsveri, jak dobrze Cię widzieć… O jak dobrze Cię widzieć… – to już powtarzałam, nucąc w takt piosenki 😉 Herbaty i posiłku w Gruzji się nie odmawia, więc jak najszybciej udało nam się zebrać, od razu wyruszyłyśmy w trasę – korzystając z dobrej pogody. Najlepsze – hit po prostu – idziemy z plecakami przez centrum do Tamriko, mijamy hordy taksówkarzy (norma, to akurat nie uległo zmianie…), a nagle zwalnia jakiś samochód, my idziemy dalej, a auto nas dogania i wychyla się jakiś Gruzin i mówi:

– Aga, to Ty?

– O matko, Levan!

– Aga! Nie wierzę własnym oczom! Jak dobrze Cię widzieć!

Ja też nie wierzyłam własnym oczom. Ni z gruchy ni z pietruchy spotkałam Levana, znajomego przewodnika! Kogo jak kogo, ale jego się tam totalnie nie spodziewałam – jakiś czas wcześniej widziałam, jak wrzucał zdjęcia z USA! No co za spotkanie! Nie da się być niezauważonym i przejść incognito 😅

Jadąc w maju, zdawałam sobie sprawę, że ze śniegiem może być różnie. Ale po prostu bardzo potrzebowałam jechać  j u ż, a z resztą bilety były znacznie tańsze, niż chociażby na wrzesień. Piękny był to dzień w Kazbegi. Pokazałam Ewelinie Gergeti i dom, w którym mieszkałam – Ewelina dziwiła się, jaką trasę musiałam codziennie pokonywać w drodze z pracy i skwitowała to słowami: „Teraz rozumiem, jak wyrobiłaś sobie taką kondycję” 😆 Ewelinie udało się wejść na wysokość ponad 2800m n.p.m. – była wyżej, niż kiedykolwiek w życiu w Tatrach 😄 Jednak najbardziej zachwycił ją potężny masyw Kuro.

Miło było wrócić na szlak w stronę Kazbeku – doszłyśmy niemalże do samej Przełęczy Arsza. Niemalże – bo nie tyle śnieg, ile silny wiatr zasugerował odwrót 100m przed celem. Cieszyłam się jak dziecko, hasając sobie po znajomych kaukaskich szlakach-pozaszlakach, jak koziczka za dawnych czasów.

Agusia i Kazbek

A: Czy na tym zdjęciu wyszłam jak debil?
E: Niee, eee, może troszkę…

A: Ale jak zazwyczaj?

E: No tak, tak, tak jak zawsze.

Dzięki, Siostrzyczko.

Tego dnia miałyśmy wszystko; kwintesencję Kaukazu, jaki kocham: niebieskie niebo, chmurki, Kazbek jak żyleta (choć zapewne pizgało na nim niemiłosiernie), konie, a nawet stado owiec! Wzięłam ze sobą setkę bursztynowej pigwóweczki, by móc celebrować Chwile i Miejsca. (Dawkowałam sobie, a w zamian przywiozłam diabelską czaczę…) Za wszystkie Ptysie świata! I za powroty – GAUMARDŻOS! ❤️

Łowiecki, hej!

Cały czas zadziwiało mnie w Kazbegi wyciszenie Gruzinów. Momentami aż czułam się nieswojo. Całe szczęście brak głośnych kaukaskich bitów, kłujących uszy, rekompensowały niezmienne wrzaski taksówkarzy i ogólny gwar. Najśmieszniej, że naopowiadałam Ewelinie, ile to krów na ulicach i na szlaku można spotkać – a tu, jak na złość – ani jednej! Idziemy przez całe Kazbegi, Gergeti i zero krów!

– NO I GDZIE TE KROWY? – pyta Ewe.

-Zakamuflowały się! One naprawdę tu są!

-Tak jak ruska popsa w marszrutce…

Nie chciała mi wierzyć 😅 Kazbek się jej odsłonił, ale krowy schowały. To też było dziwne.

Kazbek

Na następny dzień pojechałyśmy do Juty, zobaczyć Chaukhi – Gruzińskie Dolomity, ale niestety, nie można mieć wszystkiego: Ewelina poznała, co to oznacza deszcz na Kaukazie. Ubrałyśmy nasze żółte pelerynki i byłyśmy jak dwie Buki. Resztę wolnego czasu spędziłyśmy w 5th Season Hut, słuchając transowej muzyki i popijając piwo – lubię tą knajpę, tam również było dobrze wrócić! Nawet, jeżeli pogoda nie dopisała – miło było sobie tak po prostu, bez zobowiązania pochillować. W końcu miałam urlop 😅 Prawdę mówiąc był to jedyny deszczowy dzień podczas wszystkich dziesięciu, jakie spędziłyśmy w Gruzji. Fart jak sto pięćdziesiąt!! (oczywiście głupi ma zawsze szczęście…)

Na zdjęciach kilka ujęć (nie)typowej Gruzji, jaką lubię 😅 nie zapominajcie, że KAUKAZ TO STAN UMYSŁU….

Wieczorem zabrałam Ewelinę, by pokazać jej najbardziej fancy hotel w całym Kazbegi – Rooms Hotel, gdzie chadzałam z Anią na lemoniadę lub brownie – w zależności od bycia „przed” lub „po” wypłacie 😆 Przyszłyśmy w górskich ciuchach – obok przechadzają się Rosjanki w kusych sukienkach, wypinając dupy na tle Kazbeku, zasnutego mgłą. Czekamy, czekamy, żaden kelner nie przychodzi. Już zaczęło mnie to bawić i miałam wychodzić, gdy w końcu ktoś się zlitował i mogłyśmy zamówić po lampce najtańszego wina (i tak drogiego jak na Kazbegi, hahaha). Całe szczęście, że było dobre, ale Ewelina była zszokowana tym dziwnym miejscem i tamtejszą atmosferą. Cóż, chciałam jej po prostu pokazać ciekawostkę kulturalną, jaką jest Rooms Hotel w Kazbegi 😆

We wtorek z rana ruszyłyśmy marszrutką do Tbilisi, w poszukiwaniu słońca. Wyjeżdżając z Kazbegi poczułam, że zamykam w życiu pewien niedomknięty rozdział. Nic już tam na mnie nie czeka, nie mam po co wracać. Oczywiście tak to brzmi w teorii. Przemyślałam sobie jednak parę spraw, pogodziłam się, przybiłam pionę z Kazbekiem i sajo nara. Do słonka.

Stare Miasto Tbilisi

Droga powrotna przebiegła typowo – turyści z Japonii z drżeniem serca wzdychali na serpentynach, kazali mi tłumaczyć i przekazywać kierowcy, kierowca im odpowiadał, ja znowu tłumaczyłam, po czym stwierdziłam, wzorem Gruzinów, że mam to wszystko gdzieś i zapadłam w drzemkę, ale obudził mnie wręcz krzyk jednego Japończyka, do którego zaraz dołączyło głośne westchnięcie żony. Pomyślałam sobie jedynie: Ech, biedni, pierwszy raz w Gruzji. Dla mnie wyprzedzanie na trzeciego nie zrobiło już najmniejszego wrażenia, te dwa sezony na Kaukazie straszliwie stępiły moją wrażliwość na szaleńczą jazdę po wertepach i zakrętach 😉

Tbilisi ma swój urok. Powtórzę się, ale tam też dobrze było wrócić 😆 Poszłyśmy znowu na chinkali – Ewelinie bardzo zasmakowały, była wręcz tak zaaferowana ich smakiem, że gdzieś na mieście zgubiła swojego buffa z Roztoki – cóż, oznacza to jedno – do Gruzji będzie musiała wrócić no i szach mat! Kolejna trafiona zatopiona! 😅

Na następny dzień, czyli na środę, zaplanowałyśmy całodzienny przejazd z Tbilisi do Mestii, do Swanetii, gdzie miałyśmy spędzić resztę naszego wypadu. O tym jednak opowiem w kolejnej części, ponieważ ilość zdjęć stamtąd jest hmmm… dość przytłaczająca 😉 już teraz miałam problemy, by się zebrać w sobie…

Do następnego więc! Postaram to ogarnąć w miarę szybko, jak znowu zbiorę myśli! 😅

Dzikie wojaże

Tam, gdzie się kończy maj

Wiosna znowu wytrąca z równowagi. Chodzę taka rozedrgana, jak krople rosy na trawie, czy sama nie wiem, jak ten stan mego niespokojnego ducha nazwać. Znowu na nic nie mam czasu, bo wszędzie mnie nosi, latam jak nakręcona i tak dalej. Długo wiosna nie mogła się wyrobić, prognozy były niepewne, więc szybkie decyzje rodziły się bardzo spontanicznie, bardzo.

Dialog dwóch fotografów:

A: Głupia ta pogoda, ciągle się zmienia.

M: Dlatego wolę jesień. Jak w prognozie pokazuje lampę, to jest lampa.

A: A że ja jestem porąbana jak ta wiosenna pogoda, to i tak wolę wiosnę.

Z ogłoszeń parafialnych: miałam prelekcję w Zatorze – to już moja piąta dla publiczności! Śmiałam się, że na plakacie nazwali mnie „podróżnikiem”. Kiedyś słuchałam podcastu Gdziebądzia z Gdzieśtybył i fajnie rozróżnił: podróżnikiem był Kolumb, ja mogę być jedynie osobą podróżującą. Ale to taki lekki niuansik. 😆 Miło było znowu poopowiadać!

Ogłoszenie parafialne nr 2 – moje zeszłoroczne zdjęcie uli w rzepaku wylądowało na okładce branżowego czasopisma Pasieka.

Poza tym sezon ogródkowy pełną parą – praca po pracy dzieje się głównie tu. Standardem jest zawołanie Mamy: „Chodź tu, bo tak się zastanawiam, GDZIE BY TO POSADZIĆ? 😅

Praktycznie cały kwiecień upłynął w oczekiwaniu na to, jak wiosna nabierze kolorów. Tuż przed świętami, zaraz po pracy pojechałam na Podhale w poszukiwaniu krokusów. Koreczek jedynie w Makowie, potem aż do samego Zakopanego droga praktycznie pusta – nic, tylko jeździć po pracy! Spacer wśród szafranowych łanów, piknik na łące z widokiem na Giewont, a potem wypad do Zębu, najwyżej położonej wioski w Polsce – lubię takie dni. Szczegół, że droga tam i z powrotem zajęła więcej, niż spacerowanie. Po prostu lubię takie dni i zawsze warto się wybrać!

Preludium przedwiośnia w górach to wypad na Spisz i Zamagurze – wyskok na Przełom Białki, potem Czarna Góra Litwinka, a na deser przepiękna spiska wioska po słowackiej stronie – Osturnia i zachód słońca na jej polach, z widokiem na Tatry Bielskie. Co za miejsce, co za potencjał! Tak jak kiedyś zachłysnęłam się Litwinką (że aż się wywaliłam z wrażenia i potargałam sobie portki na kolanach), to teraz wiem, że na pewno wrócę na Osturnię!

Tatry z Czarnej Góry Litwinki

Pierwszy raz wiosnę pełną piersią poczułam późno, bo dopiero 28.04. Tradycyjne 3h roboty po robocie (ogródek sam o siebie nie zadba, zwłaszcza wiosną, a poza tym to najlepszy sposób na odstresowanie) nieco skróciłam i wybrałam się na szybki rower nadrzecznym wałem i pomiędzy stawami. Mocny zapach kwiatów czeremchy uderzył mnie jak z obucha. Śpiew ptaków, a nad stawami kanonada żabich rechotów – wszystko jeszcze dość nieśmiało, ale pewnie pokazało, że to nareszcie koniec snu zimowego i pora budzić się do życia.

Na następny dzień otwarłam sezon na dojazdy do pracy rowerem, a pod wieczór znowu wyskoczyłam na dobicie kilometrów i szybkie zdjęcia – jak pięknie wygląda wijąca się rzeka Skawa i rosnące po obu jej brzegach wierzby, oprószone młodziutkimi listkami! Wiosnę poczułam wtedy po raz drugi.

Trzeci dzień zachłyśnięcia się wiosną to ostatni dzień kwietnia i „majówkowy” wypad w Pieniny: wschód na górze Wdżar, foto-stop przy drodze w Sromowcach i fragment Pętli Spiskiej przez Polanę Tabor i Cisówkę (z majówkowym piwkiem i piknikiem na łące). Najlepszy był powrót – dzida! Droga pusta, a w stronę gór dzikie korki aż po sam Jordanów…

Potem z wiosną-wiosenką to już poszło i przestałam liczyć dni, w których czuję wiosnę. 

Maj okazał się nad wyraz ładny. Przyroda nadrobiła i pokazała swą krasę – aż chce się żyć, naprawdę. Rower, ogródek, syrop i nalewka z mniszka, gonię jak nakręcona, na nic nie mam czasu, ogólny rozgardiasz w głowie – wiosna. 😆 No i rzepak… Jak widzę te żółte pola, to przepadam, a ten rok jest nad wyraz bogaty w miejsca z dobrym widokiem! I w dodatku jakże blisko domu! Same plusy! ☺️

W tygodniu znowu szybki wypad po pracy – razem z Margot pojechałyśmy na Polanę Stumorgową. Mama skomentowała te wypad: „ Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnio to chyba na Poczwórnej* na jesień… (…) I zamiast leżeć na leżaczku, to co ja robię?! No idę!” 😆 A wybrałyśmy się dlatego, bo Ewelina zakończyła tego dnia swoje matury – niech się Młoda uczy celebrować ważne chwile w życiu! I powtarzać, popijając piwko z widokiem – WŁAŚNIE TAK TRZEBA ŻYĆ! 😆

*Mamie chodziło o Potrójną…

13.05 wypadał w piątek – tradycyjnie już wzięłam więc wolne w pracy (jakże 13-go w piątek być w pracy!!) pojechałam razem z Mamą i Eweliną na cały weekend w Pieniny. Potrzebowałam takiego wyjazdu. Pieniny wiosną są jedynym godnym wyborem – zielono, pięknie i świeżo, z widokiem na ośnieżone Tatry – czego chcieć więcej? No, ewentualnie łąki usłanej mniszkowym dywanem – wtedy to już oczopląs totalny, a gęba sama się śmieje (przynajmniej moja). Niespieszne wędrowanie, chłonięcie widoków i wrażeń – po 30 km nogi mogą boleć (zwłaszcza, jeżeli chodzi o spalenie ich na raka…), ale za to głowa jaka pusta, świeża! Z tym niespiesznym wędrowaniem to jednak źle to ujęłam – chciałam sobie pocisnąć i tak zrobiłam. 😛 Była jeszcze z nami Asia z Emilką, więc wszystkie moje dziewczyny szły swoim tempem, a Agusia latała „na czas”, by się sprawdzić i mieć rekordy do bicia. 😆 Nie, nie biegam. Ja tylko chodzę, ale raźnym, żwawym krokiem. Poszłam sobie na wschód słońca na Lubań – w 80 minut (zamiast 2,5 godzin, określonych na drogowskazie) i na wieży usłyszałam od gościa jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki w życiu ktoś mi powiedział: „DZIEWCZYNO, TEMPO TO TY MASZ ZABÓJCZE, NIE MOGŁEM CIĘ DOGONIĆ!” To jest zaraz obok tekstów w stylu: „Pijesz jak Ruska” od pewnego Rosjanina w Tallinnie i „Lubię, jak tak wulgarnie przeklinasz”. Wysoki Wierch w 45 minut – i to wcale nie z wywieszonym jęzorem, ale ot tak sobie, po prostu, hasając jak w podskokach…. Wszędzie piękna wiosna, soczyste, zielone kolory, chmurki i błękitne niebo – po prostu idealnie, nogi same lecą. Do sielankowego pejzażu brakowało jedynie stada owieczek 😉 Mama skomentowała i te moje wyczyny: „Aga to to taki półmutant. W górach nie pije, nie zatrzymuje się, odpowiada od niechcenia…” – zawsze mogę liczyć na jej szczerą opinię! 😆

Połaziłam sobie jeszcze po Sromowcach i Niedzicy, nie mogłam się nadziwić, jak szybko topnieje śnieg w Tatrach! Znaczy to jedno: sezon suchej skały blisko! Kozica już grzeje kopyta! 🔥

Na deser, trzeciego dnia pienińskich wojaży była Łapszanka z mniszkowym dywanem. Przeczytałam ostatnio w książce („Bieguni” Olgi Tokarczuk, mega), że jedyna właściwa perspektywa to ta z lotu ptaka, bądź z punktu widzenia żaby, żadna inna się nie liczy. Dlatego więc poświęcam się dla tych zdjęć, staram się jak mogę (choć sama nie wiem właściwie po co i w jakim celu – ot tak, fanaberie artystycznej duszy….) i takie oto efekty potem widać:

Łapszanka

Kolega w pracy pyta mnie ostatnio: „Czemu Ty rano – i to w pracy! – jesteś tak obrzydliwie zadowolona?!Odpowiedziałam mu, że w sumie mam wiele powodów do radości każdego dnia, więc tak samo z siebie, chociaż akurat wtedy powodem naczelnym był fakt, że jeszcze dwa dni i urlop! 

Zarobiona jestem przeokrutnie, nie ogarniam – chyba wypadałoby się zacząć pakować? 😆 Powiem Wam jedno – kolejne zdjęcia będą już nie z widokiem na Tatry… A na Kaukaz!

PS. To będzie wyjazd na takie YOLO, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki za samolot, żebym tam wsiadła i żeby wystartował!

Polana Tabor
Dzikie wojaże

Porcja ciepłych złudzeń

Z Comą na głośnikach wspominam, jak kosmicznie dłużył mi się marzec zeszłego roku. Nie byłam wtedy ani razu w górach, pogoda była do bani i tak jakoś miałam ochotę się wystrzelić w kosmos. „Dla mnie też za długa zima i zła”. W tym roku o niebo lepiej. Pomijając fakt wojny na Ukrainie i drogiej benzyny. Za to ogłosili koniec pandemii, tak dla balansu. 😆

Babia Góra, 5 minut od domu

Myślę, że Tłusty Czwartek tego roku zapamięta większość z nas. Kiedy my tu sobie jemy pączki oblane lukrem na śniadanie, obiad i podwieczorek, a w sąsiednim państwie, w sercu Europy wybucha wojna. Było to dla mnie bardzo ciężkie, ponieważ, można powiedzieć, znam ludzi z obu stron frontu. Rosjan – otwartych, gościnnych, z którymi można było porozmawiać o przepisie na ciasto, jak i literaturze, ale i Ukraińców – tak samo – otwartych, gościnnych. To ludzie tacy jak my. A tu nagle wojna. Rosja, „moja” Rosja atakuje Bogu ducha winną Ukrainę. Zaczyna się propaganda, a ja, przeglądając rosyjskie nagłówki nie wierzę w to, co widzę. Znajomy przewodnik spod Elbrusa przyznał, że jest mu wstyd, że ma rosyjski paszport. Wstrząsnęło mną to wszystko, cały pierwszy tydzień żyłam tylko tym, „co na wojnie”, żal mi było zwierząt w zoo i na ulicach, żal mi było nawet zniszczonego samolotu Mrija (nomen omen – „mrija” to po ukraińsku „marzenie”)! W końcu stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć, bo nie jestem w stanie funkcjonować, a umartwianie się nic nie da, bo doszłam do wniosku, że widząc coś takiego jeszcze bardziej trzeba się cieszyć tym, co się ma. I doceniać, bo można to wszystko stracić przez jednego szaleńca w kilka minut. Poszłam sobie kiedyś w tygodniu na Babią Górę, spizgało mnie konkretnie, przeczyściło łeb i wróciłam do siebie. Dzisiaj jedynie szybki research, najlepiej w postaci memów. Moim hitem są definitywnie te z traktorami i czołgami, ale wielkie brawa również dla Gruzinów, którzy na prośby Rosjan o dotankowanie okrętu na Morzu Czarnym odpowiedzieli, jak to oni, z humorem: Cóż, jak się skończy paliwo, to będziecie musieli wiosłować…

A jeszcze nie tak dawno czytałam książkę o Donbasie i pisałam recenzję – dziś nabiera to innego znaczenia… https://arytmia.eu/apartament-w-hotelu-wojna-reportaz-z-donbasu/

Tatry z Babiej Góry i smog w dolinie

Pierwszy weekend marca, tuż po odświeżeniu i resecie głowy, wybrałam się z Matim na wschód słońca na Babią Górę. Myśleliśmy najpierw o wschodzie na Kasprowym, ale że była sobota godzina 19, na ustalenia trochę późno, bo wypadałoby jechać tak o 22, padło na Babią. A bo zimą w tym roku nie byłam, a że w sumie blisko, no to jazda. Kurde. Trzeba było jechać na ten Kasprowy. Babia tego dnia była po prostu za nisko. W totalnej mgle, choć oko wykol, a na kamerkach TOPR w Tatrach – piękne słońce, a w dole inwersja. Morze chmur. Ale jakoś tak stwierdziłam – no i dobre. Tak miało być. Ważne, że wyszłam z domu i się wyrwałam. W sumie to śmiać mi się chciało. Miałam omrożone rzęsy (mimo, że nie było zimno), a ludzie na szlaku w drodze powrotnej się zatrzymywali i mówili: o jeju, jakie ma pani piękne rzęsy! Miałam bekę, bo w życiu nie słyszałam komplementu na temat swoich rzęs, które raczej do zbyt okazałych nie należą! 😂

Zgredek ze zmrożonymi rzęsami

Na wschód słońca na Kasprowy pojechaliśmy tydzień później. Pobudka 23:20, wyjazd o północy. Mocna kawa i można działać (ta kawa w drodze to powoduje, że śrubki mi wskakują na właściwe obroty i jestem jak nakręcona). Wschód wschodem, ale tak stoję i patrzę się na piękną Świnicę w zimowej szacie – zdjęcia bez szału, bo jakoś tak nie mogłam się skupić … Pokręciłam się, pomyślałam i skończyłam na taternickim wierzchołku Świnki. 😄 Łaaaa, co za ogień! Tego mi trzeba było! Taką zimę to ja lubię 🤩 Oczywiście przeżyłam pierwsze zjaranie tego roku. Jak na połowę marca – takie konkretne. Potrzebowałam witaminki D, ale to już taka dawka końska! Tak, zapomniałam kremu z filtrem. Nie uczę się na błędach, tak aż do kolejnej powtórki.

Naładowana adrenaliną i pozytywną energią już w niedzielę wieczorem powtarzałam sobie, że tylko spokojnie, byle do piątku… Pogoda piękna, więc grzech nie wykorzystać! I tak jakoś z rozpędu kolejny weekend też pojechałam w góry. Nie ma to jak pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitać w Tatrach i to w tak zimowej scenerii! 😉Spełniłam swój mały górski cel – Zadni Granat zimą. Uwielbiam widoki z Orlej Perci, nie mają sobie równych! Nie widziałam ich aż od końca października – stęskniłam się! Plażing smażing na Granacie, ludzie płacą za solarium, a ja to mam za free. Mądrzejsza jednak o zeszłotygodniowe doświadczenia spakowałam krem, więc mogłam opalać się bez ryzyka flagi na czole. Dupa. Co z tego, że ryj w miarę posmarowałam, jak spaliło mi szyję (jakby mnie kto przyduszał) i ręce (bo było tak ciepło, że miałam podwinięte rękawy)? Nie, definitywnie nie uczę się na błędach – i tak za każdym razem coś mnie jednak zaskoczy. Przypomniało mi się, jak w Gruzji spaliłam się pod kolanami, a będąc w Baku odbiły mi się wiązane sandały. 1,5 godziny na szczycie, a mogłabym tak do zachodu zostać, tak było fajnie. Oczywiście zdjęć tysiąc pięćset, bo przecież kolory się zmieniają, chmurki przemieszczają, wychodzi dusza impresjonisty, a potem szukaj najlepszego kadru! Ładowanie baterii – in progres… 🔥

Marzec jeszcze iście zimowy, jakoś ta wiosna nie może się wykaraskać, ale zaczęły się powoli prace ogródkowe i rozsady – trzymajcie kciuki za ciepły sezon i moje dzielne arbuzy! Ostatnio miałam też fajne spotkanie z sarnami – poszłam kawałeczek w pola, stałam za krzakiem tarniny, a tuż przede mną stado 13 osobników. Napatrzeć się i nacieszyć nimi nie mogłam! Pomiędzy pracą a weekendowymi wypadami w góry udało się również przeciupać na rowerze całe 104 km po swoich okolicznych górkach-pagórkach. Trza cisnąć, forma sama się nie zrobi. Ostatnio w rozmowie z kim (już nie pamiętam z kim, za dużo gadam) stwierdziłam, że zima fajna, ale mimo wszystko ja już czekam na suchą skałę. – Co to jest Sucha Skała? Gdzie ten szczyt?

Doczekałam się wreszcie zmiany czasu. Miała być po raz ostatni, ale ponoć weszła ustawa, że Unia Europejska ma podjąć decyzję, który czas pozostawia do roku 2026. Przedłużone ze względu na pandemię i wojnę – jako argumenty na wszystko… W każdym razie – godzina 19 i dopiero zachodzi słońce! To bardzo budujące – i ileż czasu po pracy, który można dobrze zagospodarować! Starczy i na ogródek, i na rower, i na zachody słońca… Nie jechałam w Tatry, ale ujrzawszy w niedzielę rano z ogródka Babią Górę – wreszcie wróciła szalona przejrzystość – pierwsze co, to poszłam w pola, po czym postanowiłam, że ja tego tak nie zostawię, nie usiedzę i po szybkiej kalkulacji pojechałam z Eweliną na Potrójną. Biedne dziecko miało się uczyć do matury z matematyki (z matematyki na humanie – bez komentarza……………….), a zła starsza siostra je drastycznie wyrwała z tego transu i nakazała żwawy spacer na jakąś górkę! 😉 Potem jednak bardzo cieszyła się, że się ze mną wybrała, bo było pięknie. Gdybym ja miała taką starszą siostrę, która by mnie tak wyciągała… 😆

Babia Góra z Potrójnej

Przeleciał marzec szybko. W prognozach na najbliższe dni jakieś załamanie pogody na horyzoncie – no tak, kwiecień plecień, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i jakoś to przetrwać… A z drugiej strony nabrałam smaczka na zimowe Tatry, może uda się zrealizować jeszcze jeden mały cel… Tak na majówkę w zimowych warunkach na przykład 😆 Bo to, że śnieg będzie leżał do końca czerwca, to standard. Pożyjemy zobaczymy. Życie uczy, że plany to można mieć…

W każdym razie – wiosna jest bliżej niż dalej, jest praktycznie tuż za rogiem i tylko czeka, by buchnąć całą mocą zieleni i nadziei! Tego się trzymajmy!

PS. Co do tego zdjęcia:

Mama: Jak to zdjęcie zrobiłaś? Przecież nie padało. Pokazujesz inną rzeczywistość.

Aga: Nie, ja tylko ją czaruję. Spryskiwaczem.

Dzikie wojaże

Szukam świata, gdzie jedna jaskółka czyni wiosnę

Zima mnie męczy. Jak co roku – okropnie męczy. Fizycznie, bo się nie wygonię, ale jeszcze bardziej psychicznie. Wystarczy jednak, że na chwilę przyświeci słońce, ja od razu – jak słonecznik – obracam się w jego stronę, nastawiam się na jego zbawienne promienie i jakoś mi lżej, cieplej na duszy. Ogólnie jednak szarą-burą zimę znoszę fatalnie. Z każdym rokiem mam wrażenie, że coraz mocniej się to na mnie odbija. Tak w ogóle, to 1.01 Nowego Roku obudziłam się po imprezie w schronisku na Turbaczu, a mój głośnik w głowie huczał piosenkę „Kryzysowa narzeczona”: „mogłaś już być na dnie – a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się – co straciłaś…” Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie i stwierdziłam, że fajnie tak powitać 2022 rok.

(Kolejną sytuacją tego roku, która mnie rozbawiła, był świstak, który co roku w Ameryce przewiduje nadejście wiosny. Biedakowi zmarło się dzień przed sprawdzianem. Tak naprawdę nie jest to śmieszne, tylko straszne, ale cóż – elementy tragikomedii widoczne są gołym okiem także w XXI wieku. Rok 2022 zapowiada się ciekawie!).

O ile pierwsze dwa tygodnie stycznia były jeszcze w miarę dobre, o tyle praktycznie kolejne 4 tygodnie dały mocno popalić. Zimno, pizga złem, jakby chciało nas pochłonąć. Byłam już na takim etapie, że warczałam na sam dźwięk słowa „śnieg” – kazałam zastępować go wyrażeniem „białe gówno”. Tak w ogóle to doszłam do wniosku, że jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby dla mnie na okres zimowy wyemigrować w jakąś inną strefę – nie musiałoby być ciepło, ważne, by nade wszystko było słonecznie i jasno! Hm – może jakaś Madera? Tam mnie jeszcze nie było 😝

Łapię złote okruchy światła

Dokładnie 4.02 jak zawsze przed 7 w robocie otwarłam okno dla natlenienia atmosfery, usiadłam przed kompem i…usłyszałam donośny śpiew ptaka. I tak mnie wtedy pikło – kurde, wiosna. Jeszcze nieśmiała, ledwie „to dopiero przedwiośnie nasze”, ale to jest przecież znak! A znaki się szanuje! Będzie już tylko lepiej i tego się trzymajmy! Przy okazji przypomniał mi się pewien tekst – do którego nawiązałam w tytule tej notki, bardzo trafny na dzisiejsze czasy:

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
– Jarosław Borszewicz

Btw, oczywiście jak co roku dokarmiamy ptaki w ogrodzie. Poszło już jakieś 15 kg słonecznika (to tak lekko licząc), nie licząc gratisowych jeżówek, ogników i berberysów, czyli pozostałości po owocach lata. Odwiedzają nas turkawki, sikorki, wróble i mazurki, czyże, dzwońce, szczygły, zięby, a nawet grubodzioby! Wszystkie ptaszoły mile widziane, serdecznie zapraszamy do stołówki – ŻARCIE FREE! – taki baner mógłby wisieć na naszej pergoli albo bramie 😀 my za to mamy pociechę, a czasem nawet jakieś zdjęcie się trafi.

Modraszka

Zima zimą, ale nie jest tak, że tylko siedzę w domu i zamulam. Kiedy tylko warunki pozwalają – dzida w góry, albo na rower (też już przeorany, na całego – po polach, po stawach) Ostatnio wzięłam pojechałam do piekarni, ale wracałam okrężną drogą przez moje górki-pagórki i objeżdżając stawy – zamiast 1,5 km wyszło 9 😅 Cóż – trza cisnąć, nie ma lekko, a mnie zaczyna znowu nosić sakramencko… Takim to sposobem, mimo wszelkich niedogodności pogodowych, w górach spędziłam już 6 dni tego roku, wróży to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę praktycznie martwy sezon.

W długi weekend styczniowy (człowiek nie zdążył się zmęczyć robotą w nowym roku, a tu już wolne było…) wzięłam Mamę, Ewelinę, Nikusia i jabłuszko z allegro za 5zł i pojechałyśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję. Szybki, przyjemny spacer, widoki piękne, zima to jedyna pora roku, podczas której warto iść na Gęsią tylko dla Gęsiej (chociaż Ewelina wzbraniała się rękami-nogami, taką ma biedne dziecko traumę, kiedy schodziłyśmy z Krzyżnego przez Pańszczycę i Gęsią Szyję właśnie) 😄 O matko, ale się wyszalałyśmy na tych jabłuszkach… Jak stare dzikie konie! Aż zadki bolały! Dobrze, że byłyśmy na tyle wcześnie, że było pusto i mogłyśmy szaleć bez opamiętania i omijania bąbelków z sankami – nikomu się krzywda nie stała 🤪 Pobawiłam się jeszcze aparatem – tak na spokojnie, MYŚLĄC NAD ZDJĘCIEM (co nie zawsze mi się zdarza… a raczej rzadko) i osiągając zamierzone efekty. Takie czary mary i voilà! Takich zdjęć z Gęsiej Szyi w Internecie raczej nie znajdziecie! Na zdjęciu z lewej – Wysoka, na zdjęciu z prawej – Gerlach, Król Tatr 🏔

Potem był wschód słońca na Gorcu. Tydzień później wschodzik na Lubaniu – ten to się nigdy nie znudzi! Potem na 4 tygodnie przyszła dupówa, podczas której jedyną pociechą były książki, ptysie i beza. Przypominam sobie, że w sumie rok temu sytuacja wyglądała bardzo podobnie – fajna zima, szaleństwo na sankach, a potem czarna dziura, lisia nora i byle to jakoś przezimować. Kolejny argument na emigrację w jasne strony świata 😉

Kiedy wreszcie w prognozach ujawniło się stabilnie świecące słoneczko – i to w dodatku w weekend, a nie dzień roboczy! – wiedziałam, że to znak, a, jak już wspominałam, znaki trzeba wykorzystywać. W sobotę po południu zaplanowałam szybki babski wypad w Beskid Wyspowy – na zachodzik na Polanę Stumorgową pod Mogielicą. Zauroczyło mnie to miejsce, dlatego bardzo chciałam się nim podzielić z Eweliną. Szczerze mówiąc spodziewałam się błota na połowie szlaku, zaskoczyła mnie jednak ilość śniegu – jakość w sumie też. Ewelina przezornie wzięła ze sobą jabłuszko i wyszalała się jeszcze bardziej, niż na Rusinowej Polanie. Oczywiście Agusia też musiała przetestować. Z całego serca polecamy więc jabłkowanie na Stumorgowej! Mało ludzi, długi, dobry zjazd, bolące dupsko i od razu czujesz, że żyjesz! 😆 A zachód z widokiem na Tatry, a z drugiej strony na mojego ulubionego Ptysia – piękny. Wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, znowu będzie trzeba tam uderzyć!

W niedzielę powitałam wschodzące słońce po słowackiej stronie, na Przełęczy pod Tokarnią (za Wysokim Wierchem). Oczywiście znowu pierwsza myśl – kurde, wiosną, tak najlepiej kwietniową porą – tutaj będzie petarda… Opętała mnie ta wiosna już na samym przednówku, jak co rok!

Wszystko fajnie, ładne nawet te zdjęcia, klimatyczne, ale serio – DAJCIE MI WIOSNĘ, bo rzygam już tym białym tłem i rudą trawą. Jestem zdania, że dużo lepiej wyglądają ośnieżone góry w kontraście z zielonymi polami, po których igra światło z cieniem, z łąką kwitnących mleczy, z dmuchawcami, wirującymi na wietrze... Póki co cieszę się każdym promykiem słońca, każdym zielonym ździebełkiem, chodzę do lasu co drugi dzień, by sprawdzić stan kwitnienia przebiśniegów i wypatrzeć pierwszego zawilca – takie drobiazgi, składające się na ogólny odbiór świata. 💚

Byle do wiosny. Trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że kolejna porcja zdjęć będzie już bardziej świetliście-kolorowa!

PS. W tym tygodniu czeka nas najważniejsze święto lutego, zaraz po Dniu Kota – TŁUSTY CZWARTEK! Ja już piję ziółka, by przygotować swój trzeci żołądek na ich godne przyjęcie… Już teraz życzę Wam smacznego! 😋

PS2. Zrobiłam coś szalonego, tak totalnie w moim stylu. Z serii: pół dnia w robocie myślę, co by tu oddupcyć.

W Walentynki (których nie lubię i kategorycznie nie obchodzę) poszłam za głosem serca i… kupiłam bilety do Gruzji.

Piszę do Brata:

– Mam dla Ciebie newsa, ucieszysz się.

Jakiego?

Na Dzień Dziecka dostaniesz pół litra czaczy!

Nie wiem, czy to już ten czas, kiedy mogę się zacząć jarać? Bo beczeć będę w samolocie 😉 Ale to dopiero za 90 dni (19.02). Powiedziałam sobie w tym roku, że będę publikować na instagramie tylko aktualne zdjęcia, dlatego folder „SAKARTVELO” jest dla mnie folderem zamkniętym. Powstanie nowy, tegoroczny! Po niemalże 2,5 roku znowu stanę na gruzińskiej ziemi. Mogę się już jarać, mogę??!