Dzikie wojaże

Gruzińskie Zakopane.

22.04.

Równe 10 dni temu wyjechałam z Polski. Pozostało jeszcze 188, to prawie jak u Janusza Leona Wiśniewskiego, w jego rozmowach z Małgorzatą Domagalik („188 dni i nocy”, polecam!) – kopa czasu!! Pierwszy tydzień w Kazbegi można uznać za bardzo owocny – zarówno w kwestiach pogodowo-fotograficznych, jak i przede wszystkim – poznawczych. W końcu przewodnik powinien wszystko najpierw poznać na swojej skórze, by być autentycznym 😀 wiadome, data zbudowania pierwszej szopy w Tbilisi jest mało istotna, ale legenda o powstaniu pierwszych już łaźni – jak najbardziej.

Kazbegi zaskakuje na każdym kroku. To naprawdę gruzińskie Zakopane, brakuje im jeszcze chyba tylko Sławomira z jakimś hitem, choć ponoć dwa lata temu w kazbeckich głośnikach królowała wdzięczna piosnka „Hera koka hasz lsd”. Więc na Sławomira też przyjdzie pora, jestem tego pewna. 😀

Wąwóz Darialski i wodospady Gweleti pewnie niedługo będą wychodzić mi bokami, ale powtarzam sobie, że zawsze jak będę miała dość, będę mogła spojrzeć sobie na te niebotycznie wysokie góry, wyrastające wprost z trawy i wszystko od razu stanie się lepsze i piękniejsze.

_DSC0061-01
Zdjęcie tygodnia. 🙂

Zastanawiam się, czy te góry mogą się kiedyś znudzić? Może człowiek mieszkający tu latami nie zwraca już na nie takiej uwagi, bo przygnieciony jest innymi, codziennymi sprawami. Chociaż z drugiej strony – nie wyobrażam sobie mieszkać w Witanowicach i nie zachwycać się widokiem Babiej Góry, o Tatrach nie wspominając, choćbym w jak złym stanie psychicznym była. Góry dla mnie to najpiękniejszy widok pod słońcem, niepowtarzalny i zawsze zaskakujący. Prócz Kaukazu przez kolejne pół roku na 100% nie znudzi mi się jedno i za każdym razem będę na to reagować tak samo spontanicznie (nie potrafię udawać, że mnie to nie rusza, po prostu!): konie, krowy na drodze i stada owiec, wracające z wypasu. Zaskakiwało mnie to już poprzednim razem, prawie dwa lata temu, teraz tak samo nie jestem w stanie się im oprzeć, to prawie jak ze słodyczami!

_DSC0335.JPG
Lokalna banda.

Podczas jednej ze swoich wypraw „poznawczych” prawie straciłam już filtr do aparatu, tak właściwie uratowała go lawina, na której się po prostu zatrzymał – inaczej popłynąłby z nurtem rwącej, górskiej rzeki i tyle bym go widziała – w pierwszym tygodniu!!!  Dobrze mi pikło w moim małym móżdżku jakoś tydzień przed wyjazdem, że jechać z jednym kawałkiem szkiełka, uznawanego jako „filtr szary połówkowy, działający w systemie cookin” to dość ryzykowne, no ale gdzieżby. To że dzwoni w jakimś kościele, wcale nie oznacza, że trzeba tam iść. 😉 Mam więc nadzieję, że mój filtr jakimś cudem jednak przetrwa, choć to będzie hardcorowe wyzwanie, naprawdę! Bez niego nie miałabym takich zdjęć, jakie mogę posiadać dzięki niemu 🙂

Jeszcze jest tu w miarę cicho i spokojnie. Słysząc o pogodzie w Polsce i na kamerce oglądając kwitnące już rośliny, żywcem robi mi się przykro 😦 cóż, nie można mieć wszystkiego jednocześnie… Trzeba przyznać, że tutaj też nie ma na co narzekać, słońce nas w ostatnim tygodniu rozpieszczało, ale poranne przymrozki i temperatury w okolicach 6*C hartują człowieka dość solidnie 😀 Podobnie z niektórymi trasami – w takiej Dolinie Truso chociażby byliśmy pionierami, otwierającymi nowy sezon! W lecie wszystko to będzie wyglądać caaaałkiem inaczej. Na bujną zieleń i wypas baranków przyjdzie poczekać co najmniej do czerwca. Brzmi trochę strasznie, gdzie tam do czego, ale cóż zrobić! Póki co  muszę radować oczy ośnieżonymi górami.

Pożyjemy, zobaczymy! Mam czas do czerwca na poznawanie lokalnych smaczków i miejsc, które mogę potem wykorzystać jako plener. Potem dopiero się zacznie! Wtedy nie będzie już „zmiłuj”, tylko będę polować na wschody słońca (OBIECUJĘ!) , jedyna taka okazja, trzeba więc wykorzystywać, ile tylko można! 🙂 🙂

 

Dzikie wojaże

Estonia 2013.

Można rzec, że „Estonia 2013” była moim pierwszym, dużym przedsięwzięciem. Nie miałam jeszcze nawet 21 lat, kiedy zadecydowałam o wyjeździe na prawie pół roku. Ta decyzja okazała się jedną z bardziej trafnych w moim dotychczasowym życiu. 🙂

Estonia stała się dla mnie trampoliną do kolejnych dzikich wojaży. Ba, z każdym razem coraz bardziej spontanicznych i szalonych!

Z dużym sentymentem wspominam ten czas i mój kochany Tallinn, który już na zawsze pozostanie w moim sercu. Mnóstwo lasów, wyludnione plaże o poranku, wąskie uliczki Starego Miasta i jedna wredna mewa, koczująca na niczego nieświadomych turystów na punkcie widokowym.

Dzikie wojaże

Coś się kończy, coś się zaczyna.

1-go sierpnia 2013 roku, w przededniu półrocznego wyjazdu do Estonii, założyłam swojego pierwszego bloga i tak w nim pisałam: 

„Coś się kończy, coś się zaczyna”– jak donosi Sapkowski ( moja miłość!) Coś w tym jest.
Skończył się lipiec, zaczyna sierpień, o. Skończyły się wakacje, zaczyna…  a zaczyna projekt o jakże rozległym tytule: ESTONIA 2013. Zgodnie z dewizą ” do odważnych świat należy” wyjeżdżam na stypendium Erasmus do Estonii. Do pięknego, nadmorskiego Tallinna. Na całe pięć miesięcy, a może i ciutkę więcej, kto wie. Pożyjemy, zobaczymy! 😉

Wyjeżdżam już pojutrze, ażeby być na miejscu w niedzielę wieczorem. Od poniedziałku będę brała udział w zajęciach nauki języka estońskiego- czuję, że może być wesoło! – i tak będzie cały sierpień. Tak, tzn: rano zajęcia, a po południu zwiedzanie, wycieczki, słońce, hulaj dusza i te sprawy.

Największy problem: co pakować. Co da się jeszcze upchnąć, co odrzucić, co mi się przyda, a bez czego przeżyję.. Większość rzeczy już czeka gotowa. Byle tylko niczego nie zapomnieć! 😉

Hm. Co mnie tak w ogóle natchnęło?
Znajomi pytają: „Nie boisz się jechać tak daleko, całkiem sama?!” No cóż. Jeżeli miałabym czekać na to, aż będę gotowa i wyzbędę się całego strachu- mogłabym czekać całe życie i nic z tego nie mieć. Wariacka część mojej natury więc wrzeszczy: СМЕЛОСТЬ ГОРОДА БЕРЁТ!  ( smelost’ garada berjot- do odważnych świat należy, ale po rosyjsku to tak cudownie brzmi! ❤ )
Jasne, że się boję, Jasne, że będę tęsknić. Za rodziną, bliskimi, przyjaciółmi.. Za Kotkami moimi. Za kwiatkami, za polami, lasami i górami. Za Polską. Ale przecież… 5 miesięcy szybko minie. Będzie wszystko dobrze. Ba, a ileż będzie przeżyć, doświadczeń! Warto więc podjąć jedną, ale jakże ważną decyzję i zaryzykować.
Ale nigdy nie żałować.!”

 

Dziś, z perspektywy czasu (a minęły już cztery bite lata!) wiem, ile projekt „ESTONIA 2013” zmienił w moim życiu. I jak bardzo zmienił mnie samą.

Przede wszystkim na całego włączył mi się tryb nomady. Nie mogę usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, bo popadam w depresję i najzupełniej w świecie, obrazowo rzecz ujmując, to mi odwala. Czasem po prostu człowiek potrzebuje tego, by go porządnie wywiało i tym samym przewietrzył głowę. Potem łatwiej się funkcjonuje w naszej szarej rzeczywistości.

Nie boję się spontanicznych decyzji i weekendowych wyjazdów, podczas których mało się śpi i dużo chodzi. Budapeszt, Praga, Lwów, Bratysława, Kijów… Trochę już tego było. Czasem się śmieję, że mogłabym założyć swoje biuro podróży i być super przewodnikiem, o ile tylko moi klienci byliby w stanie dotrzymać mi kroku, bo z reguły jestem niezmożonym koniem, brnącym do góry i ciężko za mną nadążyć. (Wolę iść pod górę, niż z niej schodzić).

Kocham wypady w pobliskie Tatry, kocham też wojaże w nieco dalsze regiony świata. Z każdego przywożę ze sobą masę zdjęć i jeszcze więcej wrażeń, którymi lubię dzielić się z innymi. Mam nadzieję, że nowa wersja bloga będzie prostsza i bardziej czytelna.

Wiedzcie jedno – szykuje się gruuuuba sprawa i liczę na odezw ze strony Czytelników! :))