Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

 

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!

Dzikie wojaże

Górska melisa.

Mija tydzień, dopakowana do granic własnych możliwości wsadzili mnie w pociąg do Wawy (na szczęście do samolotu weszłam już o własnych siłach :D) i rozpoczął się drugi gruziński sezon dzikich wojaży. Oczywiście już zaliczyłam kilka wyjść w góry z aparatem – jednak bliskość Cerkwi i szlaku na Kazbek to super sprawa. Obliczyłam, że jak idę raźnym krokiem, Kazbek widzę już 15 minut po wyjściu z domu, a przy Cerkwi jestem w 30 minut. Ale to ja, a ja, jak to kozica: „mogę iść szybciej, nie jeden chciałby biec” 😀 więc nie mówię tego turystom.

_DSC9487.JPG
Kazbek ze szlaku z Gergeti.

Mam takie wrażenie, jakby od października nie minęło pół roku, ale jakieś dwa tygodnie. Nic się nie zmieniło – śniegu przybyło, ale że topnieje w oczach, po prostu jest urozmaiceniem krajobrazu. Jakbym sobie po tych górkach hasała tak bardzo niedawno. Znam ludzi, znam miejsca – to był powrót jak do siebie. By z kopyta rozpocząć nowy sezon. Wiem, gdzie iść na zdjęcia, wiem, skąd jest ładny wschód słońca – można tak wyliczać. Mimo to Gruzja wciąż zaskakuje i sprawia, że cały porządek i „znanie” może runąć. Szłam ostatnio do grupy wychodzącej na Kazbek o 7 rano. Patrzę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nasz znajomy zimą sprawił sobie psa. Piesek jest duży i potrzebuje się wybiegać. Co robi jego właściciel? Powoli jedzie autem z uchyloną szybą, a piesiu truchta obok samochodu. No przecież Gruzin nie będzie się wysilał, po co ma iść z psem na spacer, jak może jechać?! Miałam ochotę zrobić im zdjęcie, ale z racji tego, że to jeden kazbecki szycha, a ja się wstydzę robić ludziom zdjęcia, kiepski ze mnie reportażysta, nie zrobiłam. Musicie sobie wyobrazić ten poranny spacer 😀

_DSC9569.JPG
Moje poranne spacery z towarzyszem Biszkoptem.

Taka to gruzińska rzeczywistość. Stwierdziłam, że po powrocie w październiku bardzo zaczęłam doceniać Polskę, chociażby za sprawność działań. W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny 😉 Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. 😀 na mnie uspokajająco działają tylko góry. 😉 Są lepsze niż jakbym sobie zaparzyła 20 torebek melisy na raz.

_DSC9770.JPG
Góry lepsze niż melisa.

Miałam wolne dwa dni i zrobiłam prawie 40 km. Zrobiłam pierwsze przejście na Przełęcz Arsza i sprawdziłam stan drogi w Dolinie Truso. W skrócie: śniegu wpizdu i o ile na Przełęcz idzie się przyjemnie, bo w większości śnieg można ominąć, o tyle w kanionie w Truso zeszła lawina i owszem, zapadając można przeorać, ale to żadna przyjemność.  Dryłuję tak pod górę wczoraj, klucząc góra-dół, pizgało niemiłosiernie i było mi zimno w ręce strasznie, migła mi nawet myśl, że chyba się zawrócę, ale stwierdziłam, że no bez przesady! 😀 jestem nie wyżej niż tylko na 2950m! Ale serio, wiało okropnie. Co dopiero musiało być na Meteo, czy na Kazbeku :O Za to widoki wprost bajkowe. I cieszę się, że zrobiłam to przejście! Uspokoiłam skołatane nerwy i naładowałam baterie na kolejne przygody pt. Agusia KONTRA Gruzińska Rzeczywistość. Teraz mogę stawiać jej czoła. 🙂

 

Dzikie wojaże

Gruzińskie zimowisko.

Dawno minęły już w moim życiu czasy ferii zimowych. Moja podstawowa matematyka w liczeniu na palcach chyba by już tego nie ogarnęła. 😀 Nie no, może troszkę przesadziłam, w każdym razie nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam ferie zimowe, nie wspominając o wyjazdach-zimowiskach, z których to jedynie przypomina mi się mój zimowy wypad do Zakopanego w 3 klasie podstawówki, kiedy ze skoczni zjeżdżałam na jabłuszku. 😉

Jak zawsze w takich sytuacjach, jakimś cudownym trafem, wszystkie znaki na niebie i wszystkie drogi prowadzą do Gruzji. 

Oczywiście wszystko z i dzięki Mountain Freaks .

_DSC5329.jpg
Mkinvartsveri zimową porą. 

Przyjechaliśmy z lotniska do Kazbegi, po czym zaczął ostro sypać śnieg. Przełęcz Krzyżowa stała się nieprzejezdna, a Kazbegi odcięte od Gudauri i reszty świata, bo nawet od drugiej strony – granicy z Rosją, też było zamknięte. Tak więc po ptokach. Nauka nart na stokach najpopularniejszego kurortu na Kaukazie zeszła na drugi plan.

Nie można jednak powiedzieć, że nudziliśmy się w Kazbegi – co to, to nie! Były sanki, grzane wino, jeszcze więcej wina, a i narty w końcu miałam na nogach i nawet ćwiczyłam freeride! Byłam tym trochę przerażona, parę razy prawie wpadłam w krowę na ulicy (!!!), ratowałam się zaspami na poboczach – stoki Gudauri okazały się jednak i mimo wszystko dużo prostsze do ogarnięcia 😉 Zjazd z Monastyru św. Eliasza, Agusia dzień drugi nart na nogach, Ania skomentowała „Widać, że my to jednak jesteśmy ludźmi bez rozumu”. Cóż. To drobny niuans gruzińskiego pojmowania rzeczywistości.

Tak więc Kazbegi odcięte od wszechświata, ale zimowy widok na Kazbeczek działał jakoś ciepło na serduszko i jak dla mnie, to mogłam tam siedzieć cały tydzień i się wpatrywać. Znowu cały czas mi kołatało: i ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… Niewyobrażalne, a jednak dokonane. 🙂 

_DSC5961.jpg
Kazbek w promieniach wschodzącego słońca. 

W końcu jednak zeszła duża lawina, droga została odśnieżona i mogłam zobaczyć, jak wygląda jazda bez trzymanki na stoku narciarskim. I nawet mi się to spodobało! Ale i tak stwierdzam, że jakoś pewniej czuję się, stąpając po ziemi na własnych nogach, a nie poziomych szczudłach, a poza tym podczas wjazdu kolejką można czasem zasnąć. 😀 Chyba, że spróbowałabym podejścia na skiturach, ale to już inna bajka!

Pogoda jak złoto, widoki miażdżą, czego chcieć więcej? Na co mi Alpy, skoro mogę mieć cały Kaukaz na wyciągnięcie ręki?

_DSC5873-01.jpeg
Widok ze szczytu Kudebi.

Śmieję się, że skoro już jako tako jeżdżę na nartach, to mogłabym spróbować na jakimś stoku w Polsce, ale to nie byłoby to samo. Stwierdziłabym jeszcze, że za krótki, za płaski, za wąski czy coś jeszcze i co mi z tego? Jak narty, to tylko w Gudauri! Tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie – różne stopnie trudności (nawet dla takiego początkującego przedszkolaka jak ja!) , długie trasy na przewyższeniu pomiędzy 1900 a 3300m n.p.m. – taki zjazd z Sadzele do samego miasteczka to grubo ponad 40 minut!

Poza tym Gudauri ma świetną infrastrukturę rozrywkową – kawiarnie, knajpki, a nawet włoską restaurację! Żyć nie umierać i popijać grzańcem! My jakoś oczywiście, z racji profesji i znajomości, częściej przesiadywaliśmy u ziomków z Rescue, których znaczna większość to znajomi przewodnicy z Kazbeku i zawsze można było liczyć u nich na ciepłe i miłe przyjęcie. Ich jedna z baz – na 2700m, tzw BBC (Beberi Biczebis Sostavi – „drużyna starszych chłopaków”), kolejna na szczycie Kudebi na wysokości 3006m, (obok gruzińskiej flagi) – klimat Meteo, tyle że o niebo czystsze, no i bliżej do cywilizacji 😀 poczułam tą atmosferę, powspominałam bazowe chwile i z naładowanymi bateriami – czekam na więcej, w sezonie!

Póki co cieszmy się Polską. ;)))

Dzikie wojaże

Zimowa Kraina Czarów – MOko.

Kiedy zaczynam się snuć po domu jak zbity pies i gdy jak u Mickiewicza: Czegoś mi brakuje, coś widzieć żądam; I tęskniąc sobie zadaję pytanie: czy to już T E N  C Z A S, to odpowiedź zazwyczaj jest jedna. Tak, pora jechać w góry.

Ledwie miesiąc minął, a już chciało się gór, chciało się przewietrzyć głowę, przemrozić myśli. Domowa stacja meteorologiczna funkcjonowała niemalże od pierwszych dni grudnia, optymalizacja wyboru terminu wypadu była ściśle uzależniona od warunków 😀 cóż ukrywać, warun ważna rzecz, by zdjęcia fajne były, a aparat nie ucierpiał od śnieżycy!

Oczywiście jak zwykle mój kompas w głowie wskazywał na kierunek Kuźnice, ale z racji nie do końca pewnej pogody stwierdziłam: aa kij. Lata nie byłam na Morskim Oku! A bo co to dla mnie za wyzwanie, jak droga asfaltowa, blablabla. W sezonie nie ma to żadnego uroku, jeszcze tysiąc pięćset ludzi na każdy metr kwadratowy.  Postanowiłam jednak zaryzykować- jak się okazało, intuicja mnie nie zawiodła. 🙂 Z resztą – zimowa sceneria robi z tego miejsca całkowicie bajkowe otoczenie! Człapie się to 10 kilometrów i całą drogę można się zachwycać, naprawdę.

Co tu dużo gadać, popatrzcie z resztą sami: 

 

Samo Morskie Oko to największe jezioro w Tatrach, położone u stóp Mięguszowieckich Szczytów, na wysokości 1395 m n.p.m. Panorama przedstawia od wschodu Grań Żabich (Żabia Czuba 2079 m.n.p.m., Żabi Szczyt Niżni 2098 m.n.p.m., Żabi szczyt Wyżni 2259 m.n.p.m.), Mięguszowieckie Szczyty (Czarny 2404 m.n.p.m., Pośredni 2393 m.n.p.m., Wielki 2438 m.n.p.m.), Cubrynę ( 2376 m.n.p.m.) po Szpiglasowy Wierch (2172 m.n.p.m.). Dalej grań skręca w kierunku północnym i przez Miedziane (2233 m.n.p.m.) i Opalone (2115 m.n.p.m.) domyka otoczenie Morskiego Oka. Wyróżniająca się sylwetka Mnicha (2070 m.n.p.m.), zarys karu polodowcowego nad Czarnym Stawem (1583 m.n.p.m.) i ciemna barwa ściany Kazalnicy (2159 m.n.p.m.) to charakterystyczne składniki krajobrazu nad Morskim Okiem.

_DSC4691.JPG
Panorama znad Morskiego Oka. 

„Bo jak jest zima, to ma być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury” – prawda? Nie wszyscy jednak to przyjmują do wiadomości, tak samo jak to, że tą porą bardzo szybko zapada zmrok. Z Morskim Okiem związana jest groteskowa historia. Śmieszna i tragiczna zarazem. Tym bardziej, że zdarzyła się już nie jeden raz: turyści utknęli nad jeziorem, ponieważ zastał ich zmrok, a konne zaprzęgi wtedy nie kursują! Po godzinie 17 zaalarmowali straż pożarną, policję, biedny TOPR, a nawet wojewodę małopolskiego o tym, że mają problem z powrotem do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się szlak. Na miejsce wysłano dwa patrole policyjne. Okazało się, że na zejście czeka grupa niemal pięćdziesięciu turystów, którzy nie mają latarek i boją się zejść w dół. Czytając takie informacje, czasem mam wrażenie, że niektórych ludzi powinien nastraszyć głodny miś, by uruchomić ich szare komórki. 🙂

Oczywiście mam już takie zboczenie zawodowe, że będąc w górach pierwsze co, to patrzę komuś na buty 😀

Napatrzyłam się, na jakiś czas mi wystarczy. A żebym za bardzo się nie stęskniła – 7.01.2019 znowu lecę do Gruzji. Uwaga uwaga – na narty. Żeby było śmiesznie, będę je miała pierwszy raz w życiu na nogach. Boję się trochę, najbardziej chyba boję się tego, że… mi się to spodoba i będę miała kolejne (drogie) hobby. DZIOŁCHA Z GÓR I NA NARTACH NIE JEŹDZI!!!!!!!!! Trzeba to zmienić 😀 Przy okazji zobaczę, jak zimowa Kraina Czarów wygląda w wersji gruzińskiej.

Si ja! :)))))))