Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.

Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej

_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀

 

 

 

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

 

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2019.

Podsumowanie roku 2019

Leci ten czas jak opętały. I kolejna cyferka zmienia się do przodu, a tu ledwie dwa tygodnie temu miałam urodziny. Lubię sobie powtarzać, że „rocznikowo” się nie liczy – dzięki temu zazwyczaj odejmuję sobie ten jeden rok. Tak mniej więcej do listopada. 😀

Jakoś zawsze pod koniec roku nachodzą mnie takie myśli, mające być „podsumowaniem”, a tak naprawdę będące kopaniem w archiwum w poszukiwaniu zdjęć, na które w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Choć głównie faworytów mam murowanych, a te perełki to się nawijają tak totalnie przy okazji. 😉 Sesją roku definitywnie i prosto z buta mogę nazwać moje wejście na Elbrus na początku września – mam koło 100 zdjęć i naprawdę – nie ma tam złego, co jedne, to lepsze, mogę przebierać, ile chcę!

Przeczytałam, że ludzie, robiący sobie podsumowania roku dzielą się na trzy grupy:

  • Niepoprawni optymiści
  • Niepoprawni pesymiści
  • Realiści

Ja jakoś tak co roku siadam i sobie to układam, przelewając swe myśli na papier , ale nigdy nie myślałam, do jakiej grupy siebie zaliczyć. 😀 Po prostu lubię pisać i tyle, a z resztą i tak wszystko robię dla zdjęć. Ale chyba wciąż, mimo upływu lat, jestem, a przynajmniej bardzo staram się być – optymistką. Chociaż zawsze z nutą realizmu.

2019 również upłynął głównie pod znakiem Kaukazu. Tym razem już nie sama Gruzja, a na odmianę jeszcze Rosja, co było dla mnie najlepszą nagrodą i dawało poczucie, że studia, jakie skończyłam, przydają mi się w życiu, co mnie niezmiernie cieszy! Fajnie jest łączyć pracę z tym, co się lubi, a możliwość robienia zdjęć w tak niesamowitych zakątkach świata jest tego najlepszym dowodem. Naocznym. A dzięki temu, zupełnie przez przypadek, mam już na swoim koncie 3 wejścia na Kazbek i 4 na Elbrus. 😉

Ja nie planuję. A jeżeli już, to na pewno nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Ja działam. Tak samo też jest z moim celem na rok 2020 – głośno to obwieszczę światu, gdy dojdzie do skutku, także powoli zacznę czytać i kopać jak kret, mentalnie się przygotowując, a potem… to już bum! poleci!  😉

Zupełnie niespodziewanie w tym roku spełniłam jedno ze swych największych marzeń – wreszcie, po tylu latach głośnego wzdychania, poleciałam do Moskwy!

Wtedy to ten rosyjski piorun trzasnął mnie ponownie, może nawet jeszcze bardziej, teraz to już nieodwołalnie. Myślałam, że Kaukaz to trochę wyparł, ale okazało się, że nie. 😉 Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że chcieć, znaczy móc, a żeby móc, trzeba działać, a nie myśleć, a już na pewno nie mówić. Kropka. Z zachwytem w oczach, z uśmiechem i lekką głową przechadzałam się po Moskwie, co chwila tylko ochając i achając, bo bardziej zaskakującego miasta na świecie nie widziałam. W sumie to polecam zajrzeć i poczytać sobie pełną relację tu: https://agawielinska.wordpress.com/2019/06/09/%d0%bcoskwa-jak-z-bajki/

 

Skoro Moskwa, to i Stambuł – w końcu to też była dla mnie niesamowita  podróż. Tak w ogóle, to pomysł powrotu z Gruzji do Polski samochodem można uznać za najlepszą ideę tego roku, niewątpliwie! Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła. Cała relacja tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2019/10/24/swobodne-zapiski-z-dzikich-wojazy/

Stambuł – ach, ten orient. Tu właśnie przenika się Europa i Azja, Wschód i Zachód. Jedno jest pewne – Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam. Dobrze, że przywiozłam sobie zarówno jedno, jak i drugie – czekam na czarną godzinę, by kawę przegryźć bakławą i na samą myśl i tamte wspomnienia aż mi ślinka cieknie…

_DSC3296
Smak orientu. 

A’propos – trzeba dodać, że w tym roku do mojej kolekcji przybyły dwa nowe kraje: Turcja i Rumunia! Bo to, że na Ukrainie byłam już po raz piąty (w tym Kijowie po raz trzeci!), zakraja o drobną już psychozę, ale to wszystko dla sgusionki i słodyczy! 😉 To prawie jak z Gruzją, choć to inna bajka 😛 z ilością wjazdów do Rosji również straciłam rachubę.

_DSC4757
Kijów! 

Poza tym? Przeczytałam masę książek, aż zaczęłam żałować, że nie prowadzę statystyk i to jest moje postanowienie noworoczne – zapisywać ilość książek 😀 Tak z ciekawości! Zaczytuję się nadal w serii „Metro 2033”, głównie rosyjskojęzycznej; a za odkrycie roku uznaję Jewgienija Wodołazkina i jego „Awiatora”, którego sobie czytałam w drodze przez Turcję. 😉

Tak mi się przypomniało a’propos dziwnych postanowień: kiedyś miałam taką fazkę i przez cały rok zapisywałam swoje sny. Było to… dziwne, zwłaszcza, jak odnalazłam ten notes po latach. Innym razem z pomocą aplikacji liczyłam też kilometry, ale odkąd wyjechałam do Gruzji to powstały jakieś szalone cyfry i telefon mi siadał, więc przestałam 😀 Zbierałam jeszcze opakowania z czekolad, ale to znowu na pewno dłużej niż rok było 😉 Także trochę tych dziwactw już w życiu mam, nie ze wszystkich potrafię się wyleczyć. Z każdym rokiem staję się chyba jeszcze bardziej uparta (czasem jak osioł), nie daję sobie w kaszę dmuchać i ogólnie robię to, co mi (a nie komuś) się żywnie podoba. Ni ma lekko!

No dobra, starczy tego pitolenia. Przedstawiam Wam poniżej 12 subiektywnych zdjęć – czy to dobrych, czy to śmiesznych, częściej po prostu sentymentalnych. Bo 2019 taki własnie był – pełen wrażeń.  Zrobiłam masę zdjęć, niektóre nawet mi wyszły, poznałam super ludzi i ciągle nie mam dość, baaa! Chcę tylko więcej, coraz dalej i jeszcze wyżej – mam nadzieję, że Nowy Rok mi dopomoże.   Żeby 2020 nie ustępował kroku – tego życzę i sobie i każdemu z Was z osobna! Do siego roku!!

12.png

 

 

Dzikie wojaże

Swobodne zapiski z dzikich wojaży

Hej! Pozdrowienia z Witanowic! Jestem już w domu! 🙂 Po długich wojażach i powrocie do Polski samochodem z Gruzji, wreszcie jestem w domu, uf.

Mój tegoroczny powrót do domu, całe 3800km rozłożony został na kilka dni. Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2019-10-20 195050.jpg
Trasa naszej podróży do Polski. 

Z reguły jechaliśmy według zasady: cały dzień jazdy do bólu, a kolejny dzień odpoczynek i zwiedzanie. W ostatnim etapie nieco przyspieszyliśmy i ciachnęliśmy dwa dni jazdy pod rząd, by już szybciej znaleźć się w Polsce, w domu. Im bliżej, tym więcej myśli i ochoty, by po prostu już wrócić. Gdy przekroczyliśmy granicę Turcji i Bułgarii, zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już  P R A W I E  u siebie, gdy przejechaliśmy tzw Most Przyjaźni, oddzielający Bułgarię od Rumunii odśpiewałyśmy hymn Unii Europejskiej, na widok Lidla prawie się popłakałam, a potem to już po prostu poszło.

Podczas całej podróży prowadziłam swoje swobodne zapiski, dzięki którym udało mi się zachować jaki tako chronologię wydarzeń. I myśli. Czytajcie! :))))

Dzień 1, 14.10.2019:

Tak właściwie nasza długa droga do domu rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 12.10, kiedy opuściłyśmy Kazbegi, ale po dłuższym posiedzeniu w Tbilisi, w poniedziałek z rana wyjechaliśmy w stronę Batumi z przystankiem w Kutaisi; w sumie do pokonania 350km. Dalej nie zmieniłam swojego zdania na temat tego prowincjonalnego miasteczka, głównym celem którego jest lotnisko, a atrakcją fontanna z jelonkami na wybrukowanym rondzie w centrum. Nie przemawia do mnie, podobnie jak i z resztą groteskowe Batumi. O tak, groteskowe to dobre słowo. Wybujałe budowle pośrodku kamienistych plaż, kasyna co dwa kroki i syf jak to w Gruzji.  Może to już zmęczenie materiałem, ale strzelam focha na propozycję spędzenia jednego dnia dłużej na wybrzeżu Morza Czarnego, straszę opuszczeniem granicy na pieszo, byle znaleźć się już dalej od Gruzji. Czas na ostatnie zakupy, a dodatkowo chaczapuri po adżarsku dawkowane w ilości jedna sztuka na jeden sezon smakuje wyśmienicie, jak nigdy.

Dzień 2, 15.10.2019:

Popędzam wszystkich; perspektywa spędzenia jeszcze jednego dnia w Gruzji powoduje u mnie wzbudzoną nerwowość, naprawdę chcę już stąd wyjechać. Dodatkowo nie cierpię morza, więc to też mnie przeraża. Umawiamy się z Anią i Maćkiem, że wraz z przekroczeniem granicy w miejscowości Sapi przestajemy komentować nasz sezon, co było w Kazbegi tam i pozostaje, nie wymawiamy nazwy Gruzja, używając skrótu „państwo na G”, ogólnie przyjmujemy zasadę detoksu i dobrze nam to robi. Najlepsze dopiero przed nami i tego się trzymajmy, carpe diem! 🙂 Przez 300km jedziemy wybrzeżem Morza Czarnego, ten widok wcale nie działa na mnie kojąco, czytam, a raczej z pasją zaczytuję się w „Awiatorze” Wodołazkina i jakoś 900 km tego dnia przelatuje.

72960075_736699163471717_5596944541102899200_n
Maciek-kierowca, Ania-DJ i Agusia, królowa tyłów

Turcja zaskakuje od pierwszego wejrzenia. DUR to po ichniemu STOP, a TERESZKIER – dziękuję. Tyle z ich słownika udało mi się opanować. Aa, jeszcze YALA YALA, co znaczy szybciej-szybciej! Meczet znajduje się na niemalże każdej stacji benzynowej, raz, poszukując toalety otwarłyśmy jakieś drzwi i zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego w kiblu jest rozłożony dywan. Ups, to był meczet. Po drodze, pod wieczór zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpie na pierwsze spotkanie z turecką kuchnią: kebab przypominał mięso mielone w kształcie kiełbasy, był smacznie doprawiony i przede wszystkim nie śmierdział tak jak u nas na ulicy, więc spotkanie wypadło na plus, mimo, że nasza komunikacja zniżyła się do poziomu dna: oni do nas po turecku, a ja dostaję pomieszania umysłowego i z tej rozpaczy zaczynam do nich mówić po polsku: „Płow? Nie ma płowu? Nie ma? NIE MA?!” Okazało się, że faktycznie nie było.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już w nocy wjechaliśmy do Kapadocji, miasteczka Goreme.

Dzień 3, 16.10.2019:

Wczesnym rankiem obudziło mnie nawoływanie muzeina z pobliskiego meczetu do modlitwy. A tak właściwie jego darcie: wibrująco-świdrującym głosem, rozrywającym nocną ciszę. Witamy w muzułmańskim kraju, to taka Kabardino-Bałkaria do kwadratu. Było po 6, podrzemałam jeszcze chwilę, ale dziwne dźwięki jakby gazu nie pozwoliły mi pospać. Wyjrzałam przez okno i przetarłam oczy ze zdumienia: na niebie unosiły się dziesiątki balonów! Witamy w Kapadocji! Siedziałam jak zaczarowana, by nie budzić towarzyszy nie wychodziłam z pokoju, z perspektywy czasu tego żałuję, że nie poszłam na taras – nie mam dobrych zdjęć, ale w każdym razie co widziała panienka z okienka – to jej!

Cały dzień poświęciliśmy na niespieszne plątanie się po Kapadocji: miasteczku Goreme i Uchistar, nad którym króluje twierdza, położona na wzgórzu. Jest to definitywnie niesamowita kraina, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO zarówno pod względem kulturalnym, jak i przyrodniczym . Tufowe stożki zostały w dawnych czasach wykorzystane jako miejsce na klasztory, kościoły i domy, tworząc cały system podziemnych, skalnych miast. Upliscyche z państwa na G wymięka. 😉 Księżycowa kraina, zadziwiające. 

 

 

Dzień 4, 17.10.2019:

Do pokonania ponad 750 km, trzeba jednak przyznać, że tureckie drogi są w świetnym stanie. Kończę czytać „Awiatora” i nawet nie zauważam szybkiego upływu drogi. Zatrzymujemy się na kawę, szukamy sklepu i dochodzimy do wniosku, że w Turcji chyba jest prościej kupić traktor, niż zwykły jogurt. Mniej więcej w połowie obserwujemy przedmieścia Ankary, stosy nowych osiedli z kształtnymi domkami i masę innych budujących się konstrukcji. Tak, Turcja to kraj dobrze rozwinięty. Zupełnie, totalnie wbrew stereotypom!!! Jest dwa razy większa od Polski, zamieszkuje ją 80 milionów mieszkańców i co ciekawe – jest samowystarczalna niemalże pod każdym względem. Turcy mają upodobanie do białych samochodów, na widok bogatych i olbrzymich meczetów u ojca Rydzyka wystąpiłyby palpitacje serca, jednym słowem – mają rozmach, ni ma co. Węzły drogowe, mosty, tunel pod Bosforem – jedno wielkie wow, wow, wow.

Wieczorem dojeżdżamy do Stambułu, by dostać się do hotelu tkwimy w korkach, dzięki którym mamy szansę zaobserwować i zadziwić się tym miastem jeszcze nawet nie wysiadając z samochodu. Stambuł zamieszkuje ponad 15 milionów ludzi i to po prostu widać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim mieście. Big city life na pełnej petardzie.

Dzień 5, 18.10.2019:

Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam.

 

Starożytne miasto Bizancjum, przemianowane później na Konstantynopol, na pograniczu dwóch kontynentów i dwóch kultur. Europa kontra Azja, chrześcijaństwo kontra islam. Sny o potędze, miasto rodem z baśni o 1000 i jednej nocy. Pamiętam lekcje historii, kiedy pani opowiadała o największej świątyni o dźwięcznej nazwie Hagia Sofia, którą w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono na meczet. Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet, ale w środku nie robi jakoś olbrzymiego wrażenia. Grand bazar to znowu miejsce prawdziwie arabskie, jak z wschodniej baśni – mieszanka kultur, zapachów, smaków. Głosy, barwy, aromaty i znowu ten potrzepany muzein, który drze się na pół miasta, a jego wibrujący głos echem odzywa się w kolejnych meczetach!!! Wrażenia niezapomniane.

_DSC3296.JPG
Koloryt Stambułu.

Wieczorem płyniemy promem po Bosforze: to cieśnina geograficznie oddzielająca kontynent europejski od azjatyckiego, na granicy mórz Czarnego i Marmara, będącego częścią Śródziemnego. Geograficznie i tylko teoretycznie, bo bywając na Kaukazie i wchodząc na Elbrus wiem, jak z tą Azją i Europą bywa. Nie wspominając o granicy kulturowej. A tak w ogóle jakie to jest wspaniałe – ucząc się o tym w szkole 15 lat temu w życiu bym nie powiedziała, że kiedyś zobaczę to na własne oczy! I będę się zastanawiać, czy podręczniki mają rację. Pierwszy most łączący Bosfor wybudowano w 1973 roku (dopiero!), ma długość 1000m, a codziennie przepływa pod nim około 160 statków. A’propos jeszcze Bosforu – największym hitem na promenadzie są budki, gdzie można kupić kanapki z wędzoną rybą. Po prostu kawał buły jak do hot-doga z listkiem sałaty, na który kładą rybkę, wyłowioną chwilę temu z morza. Ponoć smaczne, ale nie miałam odwagi spróbować, nie przepadam za takimi nowinkami 😉

Nade wszystko inne jednak – Stambuł to miasto kotów. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś o nich film i tak samo nawet bym nie pomyślała, że będzie mi dane sprawdzić prawdziwość tych scen w realu. „Kedi – sekretne życie kotów” – polecam, piękny film. Koty to naprawdę pełnoprawni mieszkańcy tego miasta. Są ich całe setki! Na ławkach, w parkach, na promenadzie, w restauracjach i hotelach; wylegują się, przeciągają w ciepłym słońcu, ludzie je dokarmiają, głaszczą – i dbają. Są czyste, zdrowo tłuściutkie,  widać, że Turcy je lubią. (za co ja też ich już lubię!) Raj dla kociej mamy, takiej, jak ja!

A, ciekawostka. W 1855 właśnie w Stambule swój żywot skończył nasz narodowy wieszcz, Adaś Mickiewicz.

Dzień 6, 19.10.2019:

Z samego rana, poniekąd chcąc ominąć dzikie korki, wyjeżdżamy ze Stambułu i kierujemy się z stronę granicy z Bułgarią. Gdy z daleka widać już powiewającą flagę Unii Europejskiej, zaczynam mieć wrażenie, jakbym była już NIEMALŻE w domu. Zanim jednak opuścimy Turcję, na granicy każą nam wypakować wszystkie graty z auta, poczekać, a samochód ma jechać na prześwietlenie. Ech, gdyby to było takie proste: „wypakować bagaże”: jest ich cała kupa na nasze trzy osoby, z czego Maciek jest chociaż jakoś zorganizowany, a my z Anią mamy po trzy plecaki i pięć reklamówek, z których wszystko się wysypuje 😀 ludzie patrzą na nas jak na jakiś dziwaków: co to, w Turcji na 4 dni, a tyle rzeczy, skąd??? Nie było wypisane na naszych twarzach, że wracamy do Europy po ponad pół roku i jeszcze wielkim shoppingu w Stambule, prawie jak uchodźcy, córki marnotrawne ;). Auto pomyślnie przechodzi rentgen i ruszamy! Zanim przekroczymy granicę bułgarską, jeszcze jedna szybka formalność: dezynfekcja samochodu. Jest to groteskowo zabawne: płacisz 3 euro za jeden psik ze spryskiwacza w szyby. Kolejne zabawne zjawisko czekało po drugiej stronie Bułgarii, na granicy z Rumunią: opłata 6 euro za przejechanie mostu. W skrócie przez Bułgarię mkniemy jak rumak na stepie z jedynym przystankiem na przysmak lokalnej kuchni, sałatkę szopską. Na wieczór jesteśmy już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Aa, na widok Lidla mam łzy wzruszenia w oczach. Głupie, ale prawdziwe!

Dzień 7, 20.10.2019:

Po Stambule już nic mnie bardziej podczas tej podróży nie zaskoczy, a na pewno tym miejscem nie będzie Bukareszt, stolica Rumunii, przypominająca prowincjonalne polskie miasteczko pokroju Łodzi czy Kielc. Nie mam żadnych oczekiwań, a tak właściwie to nawet mi się nie chce. Mogę określić to miasto trzema słowami: secesja, dekadentyzm i marazm. A mimo to jest w pewnym stopniu ciekawe. Kluby nocne ze striptizem na każdej uliczce, masa antykwariatów, po prostu brakuje tu klimatu i na co zawsze zwracam uwagę – kolorytu. Już nawet nie mam weny na chodzenie po mieście: coraz bliżej domu, niemalże na przedmieściach Polski to już się tylko o jednym myśli: byle szybciej, byle już dojechać!  W każdym razie Bukareszt ma zauważalny w sobie olbrzymi potencjał:  jak obudzi się po komunistycznym śnie dyktatury Ceausescu’a, trwającym definitywnie za długo, za kilka-kilkanaście lat może stać się piękną perełką na mapie Europy Środkowo-Wschodniej!

Dzień 8, 21.10.2019:

Jedziemy przez Rumunię. Swojsko, przyjaźnie, mimo, że wszystkie widoki podziwiamy zza szyby samochodu. Zbaczamy z autostrady, by przejechać rozsławioną Trasą Transfogarską. Liczy 151 km długości i po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, osiąga wysokość 2042 m n.p.m.. Widoki piękne, późna jesień, ale składane serpentyny nie robią na mnie tak przerażającego wrażenia jak na innych, opowiadających o nich. Stwierdzam w duchu, że po Gruzji to jestem zobojętniona na zawijasy, prędkość na drodze i kilka innych rzeczy. 😉 w każdym razie Rumunia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie – będzie trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na eksplorację jej górzystych terenów – w końcu to piękne pasmo Karpat! Postanawiamy tego dnia cisnąć do bólu, Węgry przejeżdżamy już po ciemku i przed północą meldujemy się w robotniczym hostelu w Koszycach na Słowacji. Wiem, że od domu dzielą mnie niecałe 4 godziny. Zasypiam z myślą, że to ostatnia tułacza noc – kolejną owinę się już swoją pierzynką.

Dzień 9, 22.10.2019:

Zrywam się skoro świt. I myślę tylko o tym, by już być w domu. Granicę Polski razem z Anią przebiegamy – i obie mamy łzy wzruszenia w oczach. Jaka ta Polska jest piękna… Gdy widzę znak rzeki Skawa, ze śmiechem stwierdzam, że teraz to już nic by mnie nie powstrzymało, bo mogłabym sobie skleić tratwę i wraz z nurtem rzeki spłynąć do Witanowic, mimo, że nie cierpię wody. Albo zaszłabym na piechotę! Zesraj się, a nie daj się! Całe szczęście Maciek odstawia mnie jednak samochodem, w sam raz na obiad. I jem tą pomidorówkę, a w duszy beczeć mi się chce ze szczęścia.

Wiecie co? Wszędzie dobrze, naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Ale w domu najlepiej. Pod każdym możliwym względem.  Każ-dym. Przeżyłam tak jakby dwie wiosny, teraz wróciłam na drugą jesień – tylko lato jakoś mnie ciągle omija, bo znowu zima przed nami!

Długi powrót do domu tak naprawdę uświadomił mi, jak wiele mnie od niego dzieliło. Wiele kilometrów i wiele różnic: czasowych, kulturowych, mentalnych, gospodarczych, wszelakich. Że to fakt, są 3 godziny samolotem, ale kilometrów tak czy siak pozostaje prawie 4000 i to wcale nie jest takie hop-siup. Całe piękno właśnie właśnie w tej drodze i jej odczuwaniu!

Teraz przychodzi pora na nadrabianie zaległości wszelakich: kulinarnych, towarzyskich i każdych innych. Znikam na jakiś czas!:))))

PS. I już planuje kolejne dzikie wojaże, a jak!!! 😉

Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

«Paszła żara!» na koniec sezonu.

Gdzieś na początku czerwca wspominałam, że jak się karuzela zacznie kręcić, to obudzę się i ją zatrzymam gdzieś we wrześniu. Dzień dobry, wrześniu!

Wróciłam po raz kolejny z Elbrusa, rzuciłam plecak na podłogę i jakoś do mnie dotarło, że chyba pora zrobić porządek w tym burdelu na kółkach, poukładać rzeczy na swoje miejsce (cały sezon miejscem tym była właśnie podłoga, po co chować, jak za dwa dni musze znowu pakować? 😀 ), umyć, wyczyścić, OGARNĄĆ. Nie wiem jeszcze jak, bo ciężko dojść do siebie i do porządku po ponad 2,5 miesiąca w stylu niewiemjaksięnazywam 😉

Od ostatniego razu, kiedy to dwa tygodnie siedziałam w Rosji i zaliczyłam dwie nieudane próby ataku szczytowego, zdążyłam objechać jeszcze Swanetię, po czym znowu wróciłam do Bałkarii i, jak to mówi rosyjska młodzież – PASZŁA ŻARAAA! (*kulminacja jakiejś sytuacji) i w pięknym stylu po raz czwarty stanęłam na szczycie Elbrusa. A po raz siódmy na szczycie pięciotysięcznika 😉 to tak w kalejdoskopowym skrócie, a jak to wyglądało naprawdę…

_DSC8419.JPG
Bajkowy warun na Elbrusie. 

Za pierwszym wyjściem pogoda była tak fatalna, że nawet nie pakowałam ze sobą aparatu – nie pozostawiała złudzeń i nadziei. Było tak do bani, że w sumie to mnie aż bawiło – ciekawe doświadczenie – nie zawsze świeci słońce 😉 Przewodnik, Saszka, skomentował tą próbę ataku szczytowego: „Zdjęcie jakie ci zrobiłem jest jedyną rzeczą, która dziś dobrze wyszła”. Zdjęcie przedstawia ubawioną mysią mordkę w szarej zawierusze 😀 Ten sam przewodnik innym razem powiedział mi kolejną złotą myśl: „A wiesz po co ludzie chodzą na górę? Z braku pieniędzy – to przewodnicy – , lub z braku mózgu – to pozostali”. Szczere i prawdziwe. Ja chyba bardziej mózgu nie mam, że sama się rwę do góry.

Kolejnym razem zawracałam z 5400 i sprowadzałam w dół do ratraka człowieka, który źle się poczuł. Przeklinałam cały świat i rzucałam piorunami nie mniej niż burza, grzmiąca gdzieś w Karaczaju, oczywiście wszystko jakoś w głębi siebie, bo nie powiem – tu nie było nic śmiesznego, ale każdy odwrót w jakiś sposób boli. Miałam za to wspaniały spektakl – wschód słońca, a gdy reszta grupy, która stanęła na szczycie opowiedziała, że u góry nie było ani grama widoczności, poczułam drobną satysfakcję i koniec końców doszłam do wniosku, że to było przeznaczenie, że zawracałam. Niebo mi to wynagrodziło.

_DSC7145AAA.jpg
Kaukaz o wschodzie słońca. 

Wróciłam razem z Anią z Rosji, zupełnie niespodziewanie trafiło nam się pięć dni wolnego, więc, nie myśląc zbyt długo, spakowałyśmy się dość na przypał i bez głębszego planu pierwszą lepszą marszrutką wyjechałyśmy z Kazbegi. 😀 miałyśmy jechać do Pankisi, do Bakuriani, do Raczy , do Lagodekhi – czyli gdziekolwiek, gdzie nas jeszcze nie było, ale koniec końców, skończyłyśmy w miejscu doskonale nam znajomym, w Mestii. To też element przeznaczenia, dobrze, że nie pojechałam w sandałkach, a miałam jeszcze buty trekkingowe! Swanetia dobra na wszystko! To był cudowny czas, ostatnie dni sierpnia, w głowie grupa Kino i piosenka „Konczitsa leto”, tak bardzo prawdziwe w ten złoty czas… Bez żadnej spiny typu „muszę tam wleźć”, „muszę to”, „muszę tamto” – po prostu carpe diem, jest pięknie. Chciałam sobie przemyśleć kilka spraw, poszłam więc rana się trochę zmęczyć nad jeziorka Koruldi, a nawet sporo dalej; w sumie jedyny wniosek do jakiego wtedy doszłam, konwersując sama ze sobą to to, że… cholernie czuć już koniec sezonu. I chcę do Domu, do Polski. A tu jeszcze 1,5 miesiąca jakoś trzeba przeczekać. Byle się coś działo, nadal się kręciło na jakiś oparach, to będzie dobrze. Najwyżej znowu skończę w Swanetii i, popijając piwo, będę wpatrywać się w Uszbę i myśleć o Tatrach. A! Wygłosiłam jeszcze jedną głęboką myśl: „jeżeli chce się iść do przodu, to nie wolno stać w miejscu”. Ale wtedy byłam już po piwie, bo pewnych rzeczy na trzeźwo w Gruzji się nie da.

A’propos! W drodze na jeziora Koruldi odkrywa się jeden z najpiękniejszych widoków na moją ulubioną Wiedźmę wśród gór, Matterhorn Kaukazu, czyli  piękną Uszbę. Oczywiście miałam nosa, wychodząc po 6 – udało mi się napatrzeć, bo potem nadeszły chmury i zakryły cały widok. I tak sobie myślę – a kawałeczek dalej Elbrus, z którego to Uszba prezentuje się równie cudownie i majestatycznie jak ze Swanetii. Byłam „za górami”, a to tak jakby w przestrzeni „pomiędzy”. I wtedy z całą siłą dotarło do mnie, że „szczęście nie znajduje się z a  g ó r a m i – ono j e s t  w  g ó r a c h.

Wróciłam ze Swanetii, dupłam rzeczy na podłogę, a do plecaka spakowałam kupę sprzętu i już kolejnego jechałam do Rosji, na Elbrus. W międzyczasie hobbistycznie poprowadziłam grupę na Czeget (ja mam tak usrane z tym Czegetem, jak z Halą Gąsienicową – tysiąc planów i myśli, a i tak kończę zawsze tam!), a czekając na atak szczytowy nie wierzyłam własnym oczom (padał śnieg, a chłopaki lepili bałwana) i z uporem maniaka sprawdzałam prognozę pogody, która niezmiennie pokazywała lampę kolejnego dnia. Podchodziłam do tego sceptycznie, ale… naprawdę była lampa. Czyściuteńka noc, ale za to koszmarne zimno, myślę, że spokojnie w granicach 30* mrozu, w trzech parach rękawic miałam już wizję odmrożonych, czarnych paluchów, przez głowę zaczęły przelatywać mi myśli: „a na co mi to, zawracam, wschód słońca z 5000m też nie będzie zły, ostatnio wyszło na dobre” itp., itd, całe szczęście jednak zaczęłam powtarzać sobie mantrę „byle do wschodu” i… jakoś to poszło. I wlazło. Maaamusiu złota, to była bajka. Chyba najpiękniejszy warun, jaki mogłam sobie wyobrazić na Elbrusie, w życiu nie widziałam nic tak pięknego!! (Ale tylko do kolejnego razu 😉 )

_DSC8379.JPG
Wschód słońca na Elbrusie. 

Chciałam tym wejściem, po raz czwarty na szczyt Elbrusa, a po raz siódmy na pięciotysięcznik, w pewien sposób uwieńczyć ten cały pełen wrażeń sezon. Nu, paszła żara! I uwieńczyłam w piękny sposób. Piękniej nie mogłam sobie tego wymarzyć. Chociaż, szczerze mówiąc, do końca sezonu tak naprawdę jeszcze trochę zostało, coś jeszcze mogę  wykombinować, kto to wie, jakby się okazja nadarzyła… 😉 Ale póki co, na dziś dzień czuję się mega usatysfakcjonowana! Teraz pora odpocząć, odpowiadając w biurze na pytania turystów, jak dojść do kościółka, lub jakiej pogody należy się spodziewać, będąc w górach Kaukazu. (a w biurze nie siedziałam już ponad bite dwa miesiące!!! :O )

Nu, paszła żara! (kolejne głupie powiedzenie, które tak jakoś mi siadło, że teraz będę go nadużywać). Do następnego!  :))))) 

PS. Sucharek na koniec: wiecie, jak wygląda podryw „na alpinistę”? Mówi się z uśmiechem słodkiej idiotki: „A pokażesz mi, jak się zawiązać na tej linie?”

 

Dzikie wojaże

Żeby życie miało smaczek… czyli Kazbek na odmianę!

Sezon w pełni. Nawet nie wiem kiedy ten lipiec zleciał! Grafik na sierpień napięty do granic możliwości, także ani się obejrzę, a już będzie wrzesień. A potem październik i pora wracać do Polski. Kręci się, kręci życie jak szalona karuzela. Wspominałam kiedyś, że to sad-maso, ale kurde no. Lubię to. Jakoś się w tym zwariowanym chaosie odnajduję.

Ostatnio mam wręcz zdumiewającą częstotliwość wypraw, które zakończyły się postawieniem moich stópek na wysokości powyżej 5000 m n.p.m. Co niedziela to szczyt!!

14.07 – Elbrus 5642м

21.07 – Elbrus 5642м

28.07 – Kazbek 5033/5047/5054м

Wysokość Kazbeku nie jest jednoznaczna. Rosjanie twierdzą inaczej (ponoć mierzyli to od poziomu Morza Bałtyckiego, ale ja się nie znam i nie wiem, jak mierzy reszta świata), a ostatnio ekspedycja National Geographic doszła do wniosku, że od ostatniego pomiaru Kazbek jest jednak wyższy. Więc w sumie w końcu nie wiadomo, jak to z tym Kazbekiem jest.

_DSC5749.JPG
Kwitnący Kazbek.

Tak jeszcze a’propos. Tego drugiego wejścia na Elbrus w ogóle się nie spodziewałam, ale z racji dobrej aklimatyzacji po prostu zostałam postawiona przed faktem dokonanym: „jutro jedziesz, szykuj się”. Lubię takie niespodziewane zwroty akcji w swoim szarym życiu 😀

Stwierdziłam, że ostatnio częściej znajduję się na wysokościach (tak co najmniej 3600m n.p.m.), niż w dolinach. Poziom czerwonych krwinek, a przy okazji i adrenaliny, połączonej z endorfinami rośnie! Najśmieszniejsze jest to, że naprawdę czuję się jak górska kozica – doskonale, po prostu w swoim żywiole. I nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne.

Po kilkukrotnym pobycie pod/na Elbrusie, jak wspominałam ostatnio, stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo. Zaspokoiłam swoje tęsknoty. A teraz – jeszcze opalenizna z nosa nie zdążyła zejść, kiedy jutro się pakuję i ruszam raz jeszcze. Tak na deser. Albo na dobicie. Potem znowu stwierdzę, że jednak tęsknię za Elbrusem. Złażąc z góry, tak sobie myślałam: co wolę? Co jest dla mnie lepsze, bliższe sercu? Ciężko jednoznacznie to stwierdzić, ale chyba jednak przymierzam się do Elbrusa. Jestem zwolennikiem teorii pierwszego wrażenia, a panoramy, które tam zobaczyłam, nie mają sobie równych i za każdym razem powodują u mnie miękkość kolan.

_DSC5866-01_new.jpg
Niebo pełne gwiazd na szybko. 15 min przed wyjściem. na atak szczytowy. 

Oczywiście moja życiowa dewiza, że „głupi to ma zawsze szczęście” po raz kolejny się sprawdziła. Kazbek poszedł jak z płatka: pogoda żyleta, siła czołgu i wszystko jakoś dobrze się złożyło. W dodatku 100% mojej grupy stanęło na szczycie – całe 15 osób! To cieszy.:) Czasem sobie nieśmiało myślę, że może prócz tego głupiego, to i ja przynoszę szczęście? 😉 Tym razem miałam aparat przewieszony przez całą drogę. W ogóle szłam dużo bardziej świadomie niż za pierwszym razem, więc po prostu się tym cieszyłam. Chłonęłam widoki, wrażenia, doświadczałam. I jak tu gór nie kochać, skoro góry pokazują się z takiej strony… Można być największym głupim świata, ale dla takich rzeczy – chyba warto.

W dodatku dosłownie 20 minut przed wyjściem na atak szczytowy udało mi się jeszcze ustrzelić Drogę Mleczną. Sierpień miesiącem gwiazd, wyzwanie #MilkyWayChallange w trakcie! Kolejne próby już niedługo.

_DSC6160.JPG
Panoramy z Kazbeku. Macham Elbrusowi:) 

Tak sobie myślę, że czasem mi się nie chce. Przecież z natury jestem leniwa jak kot. Lubię leżeć i czytać książki. Nienawidzę żadnych ćwiczeń, ani treningów i tak właściwie nie robię nic dla swojego „bycia fit”, które ostatnio jest tak w modzie. Na przechwałki ludzi, ile ostatnio przebiegli przewracam oczami, a kawy nie wyobrażam sobie bez wafelka, a najlepiej to pięciu. Zamiast pełnowartościowych żeli energetycznych wciągam mleko skondensowane z tubki z kosmiczną ilością cukru. Jem cukierka za cukierkiem i doprawiam czekoladą, bo jakoś tak mi mało. A mimo to wszystko jakoś daję radę i koniec końców stwierdzam, że jednak od siedzenia w bazie wolę iść do góry. Że jednak mi się chce.  I oby ciągle się chciało. To tylko pierwsze bezsensowne myśli, kiedy wydaje mi się, że jestem zmęczona i po co mi to wszystko.

Po co? Bo Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.” I tak zawsze, w kółko.

Do następnego!

 

Dzikie wojaże

Życie na wysokim poziomie.

Krok za krokiem. 

Powinnaś skupić się właśnie na krokach, ale w głowie cała sokowirówka myśli.

Skrzypi wóz, wielki mróz…

Noc…ty maja palavina…!

Ciepło.

Zimno.

Tylko do przodu.

Byle iść.

Bez sensu ten potok myśli!!

Ale znowu:

Gołąbki. Jak ja bym zjadła gołąbki!

(I doprawiła karpatką, aj, karpatka)

I znowu: skrzypi wóz, pada śnieg, pędzą sanie… 

Zauważyłam u siebie tendencję, że wraz ze wzrostem wysokości, kiedy inni czują się gorzej słabną, mi przybywa sił i energii. Najgorzej jest do 4500 😉 potem już i kroki, i myśli – spokojne, pewne. Bo im wyżej, tym lepiej. Niewiele mi do szczęścia potrzeba – ledwie kilka pięciotysięczników. 

_DSC5254
Widok trochę ponad tzw „Siodła”, które to rozdziela Elbrus na dwa wierzchołki: Wschodni (5621 м) i Zachodni (5642 м)

O 8:00 byłam na szczycie Elbrusa. Po raz drugi, nie ostatni!

Z tego wyjścia mogę być dumna. Na pieszo, będąc w marnych 20% ludzi, niekorzystających z ratraka. I jeszcze prognozy pogody były kiepskie – w ogóle się nie sprawdziły – miał pizgać dziki wiatr, a tu raczej lampa była. O godzinie 23:00 ruszyć z wysokości 3700m n.p.m., a 9 godzin później stać na szczycie.  Połowa grupy wykruszyła się po drodze i cały czas słyszałam tylko:

Chłopaki, damy radę, chłopaki…

Ej, a ja to co?! – wrzeszczę przez szczękościsk, a  kominiarka to jeszcze zagłusza.

-Ty? Jesteś ponad podział!

Czyt. Agusiu: ty to jesteś jakaś inna, świr, narwaniec i w ogóle bez sensu!

A przed 12 znowu byliśmy w bazie na 3700m. Kawał drogi, dryłowanie góra, dół… W drodze powrotnej z każdym metrem niżej robiło się coraz gorącej, pozbywałam się tylko co chwila kolejnych warstw, a od tego wszystkiego to aż zgłodniałam jak dziki wilczek (Niestety nie było gołąbków, ale wybór padł na też nietypową jak na mnie potrawę, bo kurczaka w sosie śmietanowym, czyli naprawdę jak dla wilka. Mnie to trzeba porządnie przegonić po górach, bym przedłożyła słodycze na konkrety! Jak mawiał mój Dziadek Edek: muszę się przelecieć, by zacząć jeść 😀)

_DSC5041
Elbrus-Krasaviec z Czegetu.

Ok, Elbrus, a jak do tego doszło?

8.07 przyjechałam z grupą na pełną aklimatyzację. Za ten czas mieliśmy wszystkie cztery pory roku i przewyższenia rzędem ponad 3500m. „Z góry na dół, jak z jedenastego piętra” 😉

Stopniowe zdobywanie wysokości, z każdym kolejnym dniem stopniowa zmiana trudności – to się nazywa przygoda! Był wodospad Dzieviczyje Kosy, przypominający rozpuszczone warkocze dziewczyny, było Obserwatorium, z którego widać czubek Uszby, był mój ulubiony Czeget, z którego widać dwustożkowy Elbrus – wtedy pogoda dopisywała idealnie, za to, gdy kolejnego dnia przemieściliśmy się wyżej, w stronę Garabaszy i naszej bazy, zaczęło pizgać i wyć wiatrem, pluć śniegiem – warunki iście piekielne. Gdy szliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa, w pewnych momentach ciężko było ustać na nogach, nie wspominając o założeniu raków. (Wesołe to było.) Dlatego też prognozy na atak szczytowy były raczej średnie, ale całe szczęście, się nie sprawdziły. Jak to prognozy w górach. 😉

_DSC5105
Lodowiec „Siódemka” z Czegetu.

Jeszcze było śmiesznie na granicy rosyjsko-gruzińskiej (tej bardziej formalnej, bo na granicy republik zawsze jest śmiesznie i przypałowo, jak chcą mnie wziąć za żonę, częstować lemoniadą, czy coś w tym stylu)– pierwszy raz mi się zdarzyło, że pogranicznicy prowadzili ze mną luźną pogawędkę.

– Skąd wracasz?

– Z Elbrusa.

– Na szczycie byłaś? Ja bym tam za żadne pieniądze świata nie wszedł, choćby mnie zmuszali! Ej! – woła do kolegi – ona była na Elbrusie, ja bym tam nie poszedł, a ty?

– Ja też nie, tylko wariaci tam chodzą…

– Za żadne pieniądze!

Także uprzeżywali się chłopaki-pogranicznicy.:)

_DSC5287.JPG
Widok ze szczytu zachodniego na wschodni:)

Chciałam się sprawdzić. Siłowo, wydolnościowo, charakterem. Takie trochę sado-maso, bo nikt mnie nie zmuszał, sama się rwałam. Udało się. Byłam po raz kolejny na magicznych 5642m n.p.m. i póki co, na tę chwilę, czuję się tym wejściem bardzo usatysfakcjonowana.:) Małe, rude, piegowate, ale uparte i zawzięte jak cholera.

A teraz… Cóż. Stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo, w tym sezonie jeszcze mnie tam nie było! Pora to zmienić! Aklimatyzacja jest, no to co – sru! Utrzymujmy życie na wysokim poziomie! Prawda? 🙂

PS. Wiecie, co to górski western?

Wędrówka Apacza w poszukiwaniu sracza.

A że gówniane tematy są zawsze numerem jeden, to takie prawdziwe:)))))))))