Dzikie wojaże

Niezliczona ilość zachwytów

Wróciłam z Gruzji i znalazłam się w środku ula. Tak niemalże dosłownie, biorąc pod uwagę specyfikę swojej pracy i branżę pszczelarską w szczycie sezonu, który tego roku dopisał wybitnie, co odbijało się na ilości naszej pracy. Dlatego każdą możliwość wypadu w góry skrzętnie wykorzystywałam, by doładować baterie oraz uzupełnić swój poziom energii i tym samym sił życiowych. O matko, uzbierało się tego tyle, że aż straciłam rachubę! Lato przyszło znienacka, trwało zdecydowanie za krótko i już odchodzi, choć niespiesznie, ale pozostawiając za sobą niedosyt i poczucie nostalgii. „Mam summertime sadness”, jak to śpiewają w zasłyszanej piosence.

Ale cofnijmy się jeszcze do czerwca, lipca – chcę się z Wami podzielić zdjęciami, których zrobiłam podczas tych wypraw tak dużo, że nie ogarniam 😉 wrzuciłam na fejsa czy insta po jednym i tyle. Wszystko na bieżąco, bo wypadów było tak dużo – i oby tylko więcej! A bogate archiwa – nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą! Jedno Wam powiem – selekcja zdjęć do kalendarza na 2023 będzie okrutna i mega trudna.

Wróciłam z Gruzji, nie mogłam się pozbierać, a swoim torem to już poszło-pojechałoo… Razu jednego (oczywiście w tygodniu, po robocie) Babia na zachód i kwitnące zawilce na urodziny Mamy, tydzień później znowu Babia na zachód Percią Akademików (wypad 2w1 – zarówno towarzyski i nie chodzi tu tylko o towarzystwo mojego Nikona 😄 , jak i lekko wyczynowy, bo Percią szłam po raz pierwszy, ale za to na pewno nie ostatni!).

Kwitnący zachód na Babiej Górze

Potem, gdy tylko zaczął się sezon na Tatrzańskie Dzikie Wojaże, przepadłam już doszczętnie i bezapelacyjnie, bo nic mnie tak nie wciąga, jak te pozornie niepozorne gołe skały i ściany i strzeliste wierzchołki. Ktoś nazwałby to kupą kamieni, ale dla mnie chyba nie ma nic piękniejszego. Na rozruszanie były słowackie Tatry Zachodnie i Baraniec, ale można powiedzieć, że sezon dopiero otworzył wschód słońca na Kozim Wierchu. Wyjazd  z domu o 21, w środku nocy godzina spędzona pod schroniskiem na podziwianiu nieba pełnego gwiazd i liczeniu tych spadających (normalnie niczym sierpniowe Perseidy), sam wschód o dzikiej porze 4:34, ale ilość piękna, jaką dojrzałam tego poranku przyćmiła wszystkie trudy i samo-zamykające się z niewyspania oczy. Było warto, stokroć warto! (Zawsze warto!) No i wreszcie w Tatrach zaczynało robić się zielono!

Już na zejściu w Dolinie Pięciu Stawów (godzina jakoś po 7) mijamy grupkę chłopaków z linami.

– Nie macie może baterii paluszków? Idziemy się wspinać, a kolega zapomniał do krótkofalówki.

– Oj, ja mam tylko małe baterie.

– O tak te małe! Mogę je od Ciebie odkupić? Proszę?

Roześmiałam się szczerze: – Odkupić? Oszalałeś? Proszę, weź wszystkie!

Dałam chłopakowi paczkę baterii z życzeniem udanego wspinu, a jednocześnie z cichą nadzieją, że karma kiedyś wróci 😉

Kolejny wypad to zrealizowanie naszego z Eweliną celu, który chodził za nami już tak od końca lata 2020 roku, kiedy to coraz śmielej zaczęłyśmy patrzeć na tatrzańskie szczyty i szukać kolejnych zamysłów w naszym zasięgu. Mała Wysoka po słowackiej stronie Tatr. Wybrałyśmy trasę wiodącą z Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody i powrót tą samą drogą – może długi i z tymi samymi widokami, ale za to wygodny ze względu na auto na parkingu. Czytałam opisy tego szlaku z tytułami w stylu „najnudniejsza dolina ever”, „jak to 12 km się dłużyło”, ja jednak byłam zachwycona i nie narzekałam ani trochę – ani na te same widoki, ani na długość, ani na jakikolwiek stopień nudy. Jedynie troszeczkę na słońce, bo na zejściu mi przygrzało, ale to tak tylko troszeczkę!

Dzień wcześniej padał deszcz i pogoda w Tatrach była lekko denna, nic nie było widać, ale tak jakoś wyczułam nosem, że warto zawierzyć prognozom i pojechać. Intuicja. No i kurde, miałam rację. Idziemy, idziemy przez tą „niby nudną” dolinę (jak dla mnie szlak do Morskiego Oka lub Chochołowska są sto razy bardziej nudne), lekka mgła, rosa na około, a tu nagle, w momencie, mgła się rozstępuje i wyłania się ściana. Wielka ściana. Agusię w tym momencie wmurowało razem z salomonkami.

O ku.wa, o ku.wa, o ja nie mogę, to jest Młynarz, ściana Młynarza! – gadam przejęta, przeklinając pod nosem, a Ewelina spokojnie odpowiada: Nie Agusiu, to tylko ściana Małego Młynarza. Małego!

Z mgły wyłania się ściana Młynarza. Małego Młynarza.

O matko. Ilość przekleństw zachwytu, wypowiedzianych tego dnia przerosła nawet mnie samą i moją niewyparzoną gębę również.

Idziemy, idziemy, pytam Eweliny, jak się czuje, bo było dość ciepło i ja na przykład czułam się trochę przygrzana i przyjarana (jakkolwiek to brzmi), a ona mi odpowiada: Dyszę sobie, ale idę – nie muszę siadać i jest dobrze. No i w końcu dolazłyśmy – na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką, po słowacku zwaną Vychodną Vysoką. O matko, tyle się naoglądałam zdjęć z tamtego miejsca, tak cudownie było je zobaczyć na żywo! I te wszystkie tatrzańskie kolosy – od Gerlacha, Wysokiej, poprzez Lodowy i Łomnicę, aż po wspaniały i rogaty Staroleśny na pierwszym planie! Oczopląs! I to jeszcze z dynamicznymi chmurkami, które sprawiały, że cały czas coś się działo. Na szczycie przesiedziałyśmy chyba ze dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały. Dobrze jest się nigdzie nie spieszyć!

Rozkręciłam się. Tak cudownie dopisała pogoda, że kolejny weekend również zapowiadał się ładny,  przynajmniej sobota. Taki z możliwymi chmurkami, ale i słoneczny, choć chłodny, więc zaopatrzyłam się w długie portki i puchówkę (oraz nieodłączne dwie pary rękawiczek, których już w ogóle z plecaka nie wyciągam – czy luty, czy lipiec). Grzech było nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Trójka szalonych fotografów hobbystów ( zerknijcie na profile @moocharsky i @matimomot na Instagramie) wybrała się na kolejny wschód. Tymczasem rudy Aganiok spełnił swoje kolejne życiowe marzenie – wschód słońca na Rysach! To było coś niesamowitego. Trzeci raz byłam na Rysach i dopiero teraz, za trzecim razem, warun siadł idealnie (pierwszym razem mleko i ulewa, za drugim wiatr urywający głowę i spychający w przepaść). Co więcej – zostałam odczarowana! Po raz trzeci widziałam Widmo Brockenu! A potem czwarty, siódmy i już straciłam rachubę ile ich tam jeszcze było 😉

Brocken po raz trzeci, nieostatni!

Tego dnia na Rysach działa się istna magia. Stałam tak jak zaczarowana i nie mogłam oderwać oczu od tego spektaklu. Co się tam działo, to głowa mała! Brak słów – z resztą zobaczcie sami małą namiastkę tego 😄

Magia!

Można powiedzieć, że po Rysach trochę „doszłam do wprawy” z tymi wschodami, bo nawet już mi się spać tak bardzo nie chciało, jak poprzednim razem na Kozim po zarwanej nocce 😉 To w sumie tak jak ze wstawaniem o 1 w nocy, by standardowo jechać w góry – idzie się do tego przyzwyczaić i budzik o tak dzikiej porze nie jest już nawet taki straszny. A najlepsze (najgorsze?) jest to, że apetyt na te wszystkie wschody rośnie w miarę jedzenia…

Jednym z moich postanowień noworocznych końcem zeszłego roku było „trza cisnąć” – realizuję je więc jak tylko mogę, no i cisnę… W ogóle wtedy miałam taki ciąg aktywności, że jak nie góry, to rower, znowu górki (nawet jeżeli jest to szybki wypad po pracy na Leskowiec na borówki), znowu rower, jeszcze więcej roweru… Trza cisnąć, tym bardziej, że to lato jest tak krótkie, ładnych i słonecznych dni mamy tak niewiele… Smutne to trochę. A na pewno nostalgiczne.

Z serii: najpiękniej za miedzą

Kolejny wypad – realizacja kolejnego celu z Eweliną. Wymarzyłam sobie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem w pełnej zieloności – uff, udało mi się o rzut beretem! Bo nie chcę nic powiedzieć, ale zaczynam zauważać pierwsze przejawy rudej trawy pomiędzy tą zielonością i letnimi kwiatami…

Tak w ogóle to jest straszne – wyjątkowo wcześnie łapie mnie takie poczucie, bo tak od połowy lipca, jak wyszłam rano z domu i uderzył mnie lekki powiew… jesieni? Jeszcze nie zrobiłam rytualnego odsłuchu piosenki „Kończy się lato” rosyjskiej grupy Kino, ale chyba pora to uczynić – jesień jak fix, z każdym dniem coraz bardziej ją nie tylko czuć, ale i widać! Ok, włączam… https://www.youtube.com/watch?v=iOvYGQtFBNM

Morskie Oko o 6 rano zawsze robi wrażenie – bez tych dzikich tłumów, które można spotkać tam po południu… Ale za to tak spokojnie od Czarnego Stawu pod Rysami, zielonym szlakiem pod Chłopka… Jak to stwierdził napotkany na zejściu pan –wreszcie cisza i nie będzie już ludzi w sandałach” – trafił w sedno! Tam nie ma przypadkowych turystów, nie ma dzikich tłumów, więc jest spokojnie, a nade wszystko – bajecznie pięknie! Kto jednak ma zawirowania głowy od patrzenia w przepaść – polecam najpierw oswoić się na mniej eksponowanym szlaku. Dla nas jednak adrenalinka pierwsza klasa i aż chce się więcej 😄

Posiedziałyśmy spokojnie na Przełęczy, popatrzyłyśmy na Mięgusza Czarnego, na którego to szczyt wlazłyśmy zeszłej jesieni – lubię taką formę szczytowania i chilloucik 😉 w dodatku kupiłam sobie ostatnio termos obiadowy – powiem Wam, że spaghetti na szczycie smakuje wprost wybornie i wręcz wyrywałyśmy sobie ten termos z rąk, ale całe szczęście starczyło na nas dwie. Polecam taki zakup 😄 Po tym wypadzie stwierdziłam, że kolejny raz nad Morskim Okiem będę w październiku, nie wcześniej 😆

Nie zdążyłam sobie dychnąć na spokojnie, a tu kolejny weekend na horyzoncie… W dodatku 23.07 – Dzień Włóczykija, a dzień święty trzeba święcić!! Miał być wschodzik w Pieninach, może Babia, bo blisko… a skończyło się na kolejnej nowince w moim górskim CV – na Koprowym Wierchu w Tatrach Słowackich! Ledwie tydzień wcześniej pokonywaliśmy połowę tej samej trasy idąc na Rysy, kiedy to na rozwidleniu przy Żabim Potoku skręcaliśmy na prawo – na Koprowy szlak prowadził na lewo. Dużo słyszałam o tym szczycie, równie dużo zdjęć się naoglądałam, więc dobrze było zweryfikować te wyobrażenia z rzeczywistością. Zapowiadali cieplej, niż tydzień wcześniej, więc poszłam na żywioł i ubrałam krótkie gacie, a potem, oczekując godzinę na wschód, szczękałam zębami z zimna (dzięki czemu wybudziłam się już totalnie). Po ostatnich upałach było to bardzo orzeźwiające i wręcz przyjemne 😄 Może ten wschód na Koprowym nie był tak bardzo spektakularny, jak na Rysach, ale również miał swój urok. Bardzo widokowe miejsce – trzeba będzie tam powtórzyć jakiś jesienny zachodzik 😉

Pomiędzy tym wszystkim był jeszcze zachód słońca na Wysokim Wierchu (w Pieninach nie byłam od maja!), borówki na Leskowcu i na Potrójnej, przetwory, rower i inne takie atrakcje.

Kończy się lato?

Po tym wszystkim rzuciłam paskudne wiedźmie zaklęcie: Oh, ale bym chciała deszczowy weekend, posiedziałabym w domu i se dychnęła, nalewki trzeba poprzelewać. Mówisz i masz Ruda Wiedźmo – cały, caluteńki weekend deszcz padał jak z cebra, aż trzy beczki na deszczówkę nam przelało w ogródku. Hm. No dobra, jednak przesadziłam. Nie powinnam pewnych rzeczy wypowiadać na głos i rzucać tak silnych zaklęć. 😉planowałam wolne w tygodniu i wypad w Tatry – wierzbówka w rozkwicie!! – a u rzeki płyną szlakami. Nie mówiąc o suchej skale. Całe szczęście do czwartku zdążyło się wypogodzić. Uwielbiam jednodniowy urlop w środku tygodnia – dzida w góry o 2 w nocy. Zdążyłam nawet na wschód! Niech nam będzie różowo, niech róż będzie z nami… Patrzymy na świat przez różową wierzbówkę… W takim miejscu i takim czasie można przywoływać z pamięci wszystkie powiedzenia związane z różem – macie coś jeszcze na myśli? 😆 Popatrzcie sami. BTW – poniższe zdjęcie zostało wybrane przez Ekipę ze Schroniska Murowaniec jako jedno z trzech najlepszych, obrazujących szczyt kwitnienia wierzbówki tego roku. I ja w tym zaszczytnym gronie!

Rożowo mi!

 Różowe łany wierzbówki kiprzycy na Hali Gąsienicowej były tylko przedsmakiem tego, co czekało na nas później. Po raz kolejny chciałam zmierzyć się z Orlą Percią. Tym razem nie na raz jednego dnia, jak zrobiłam to końcem października zeszłego roku, ale z  Eweliną – przedłużając jej „najdłuższy fragment”. W 2020 przeszłyśmy razem Granaty, w 2021 odcinek Kozi Wierch-Granaty, to w 2022 musiał paść Zawrat-Granaty. Na 20-te urodziny Eweliny (rocznikowo w 2023) przejdziemy razem całość, to już postanowione 😉 Śmiałam się, że kuuurde – ledwo się świstaki obudziły, a tu zaraz pójdą spać (sic!), a ja jeszcze w tym roku żadnego nie widziałam! Chwilę później Ewe wypatrzyła jednego grubasa wśród skał – uf, zaliczone! Oczywiście widziałyśmy też kozicę – to zawsze dla mnie jest takie swoiste uspokojenie i znak, że tego dnia wszystko w górach będzie dobrze. Ot, zwykła kozica na szlaku.

Tym razem Orlą Perć (ok, jej 2/3, ale w tym najtrudniejszy technicznie fragment Zawrat-Kozi – btw – szlak Skrajny Granat-Krzyżne był zamknięty z powodu remontu, więc nawet jakbyśmy chciały przejść całość nie byłoby to tego dnia możliwe) przeszłam dużo bardziej świadomie i już nie miałam w głowie „tylko nie patrz w dół” i że się zdupcę (za przeproszeniem) od tego samego patrzenia, chociaż tak prawdę mówiąc to od tych przepaści można dostać zawrotów głowy. Wiedziałam, jaki fragment teraz przechodzimy, gdzie się znajdujemy i w ogóle. Przed pierwszym krokiem nad przepaścią i dotknięciem łańcucha poprosiłam Ewe, żeby szła przede mną – jakoś lubię mieć świadomość, że przede mną jest ktoś, kto to przejdzie – wtedy wiem, że ja też dam rady. Chyba nie poszłabym na Orlą solo – bałabym się. Przed Żlebem Honoratka westchnęłam głośno, a potem to już poszło-pojechało. Dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Na spokojnie, ale z buzującą we krwi adrenaliną, z dziką frajdą dałyśmy radę! Cóż – Orla tylko dla Orłów, ewentualnie dla dwóch Kozic z Witanowic 😉

Słowem dnia został „upierdek” – powtarzałam je notorycznie, określając tak chociażby Giewont czy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów – bo ten Kozi od Orlej to miażdży i wbija w salomonki. A, tak przy okazji – jeden pan, widząc dwie młodo wyglądające kozice w kolorowych kaskach i krótkich spodenkach skwitował, że mamy nieodpowiednie buty jak na Orlą Perć. NO NIE ZGODZĘ SIĘ Z PANEM – wypaliłam, gotowa bronić swoich różowych biegówek salomonków z najlepszą podeszwą pod słońcem i jeszcze bym się z gościem pokłóciła tuż przed Kozimi Czubami 😉 nie lubię, gdy ktoś, totalnie niemający pojęcia próbuje mi wciskać swoją rację. To, że mam niskie buty „niechroniące kostki” jeszcze nie świadczy o mojej nieodpowiedzialności! Polecam przyczepić się kogoś idącego na Rysy w adidaskach, bo pan chyba złych butów w Tatrach nie widział.

Widok ze Skrajnego Granatu – chyba najpiękniejszy z całej Orlej 🙂

Czy Orla była kwintesencją tego lata? Myślę, że poniekąd tak. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, bo warunki były świetne, pogoda dopisała – a teraz za to pada deszcz i prognozy nie zapowiadają szybkiej poprawy. Teraz to już dupówa może być, jesień na całego. Poza tym byłam bardzo dumna z Eweliny, jak dobrze sobie poradziła na tym szlak. Zuch, maładiec. Otwarli remontowany szlak Skrajny Granat-Krzyżne, więc pewnie jakiegoś pogodnego wrześniowego dnia wybierzemy się tam dla czystej przyjemności, zanim Młoda pojedzie na studia… Wtedy plan lata będzie zrealizowany w 100%. 😄

A na deser – jeszcze więcej różu!

Teraz to już tylko jesień! 💛

Trzymajcie się ciepło!

Dzikie wojaże

Porcja ciepłych złudzeń

Z Comą na głośnikach wspominam, jak kosmicznie dłużył mi się marzec zeszłego roku. Nie byłam wtedy ani razu w górach, pogoda była do bani i tak jakoś miałam ochotę się wystrzelić w kosmos. „Dla mnie też za długa zima i zła”. W tym roku o niebo lepiej. Pomijając fakt wojny na Ukrainie i drogiej benzyny. Za to ogłosili koniec pandemii, tak dla balansu. 😆

Babia Góra, 5 minut od domu

Myślę, że Tłusty Czwartek tego roku zapamięta większość z nas. Kiedy my tu sobie jemy pączki oblane lukrem na śniadanie, obiad i podwieczorek, a w sąsiednim państwie, w sercu Europy wybucha wojna. Było to dla mnie bardzo ciężkie, ponieważ, można powiedzieć, znam ludzi z obu stron frontu. Rosjan – otwartych, gościnnych, z którymi można było porozmawiać o przepisie na ciasto, jak i literaturze, ale i Ukraińców – tak samo – otwartych, gościnnych. To ludzie tacy jak my. A tu nagle wojna. Rosja, „moja” Rosja atakuje Bogu ducha winną Ukrainę. Zaczyna się propaganda, a ja, przeglądając rosyjskie nagłówki nie wierzę w to, co widzę. Znajomy przewodnik spod Elbrusa przyznał, że jest mu wstyd, że ma rosyjski paszport. Wstrząsnęło mną to wszystko, cały pierwszy tydzień żyłam tylko tym, „co na wojnie”, żal mi było zwierząt w zoo i na ulicach, żal mi było nawet zniszczonego samolotu Mrija (nomen omen – „mrija” to po ukraińsku „marzenie”)! W końcu stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć, bo nie jestem w stanie funkcjonować, a umartwianie się nic nie da, bo doszłam do wniosku, że widząc coś takiego jeszcze bardziej trzeba się cieszyć tym, co się ma. I doceniać, bo można to wszystko stracić przez jednego szaleńca w kilka minut. Poszłam sobie kiedyś w tygodniu na Babią Górę, spizgało mnie konkretnie, przeczyściło łeb i wróciłam do siebie. Dzisiaj jedynie szybki research, najlepiej w postaci memów. Moim hitem są definitywnie te z traktorami i czołgami, ale wielkie brawa również dla Gruzinów, którzy na prośby Rosjan o dotankowanie okrętu na Morzu Czarnym odpowiedzieli, jak to oni, z humorem: Cóż, jak się skończy paliwo, to będziecie musieli wiosłować…

A jeszcze nie tak dawno czytałam książkę o Donbasie i pisałam recenzję – dziś nabiera to innego znaczenia… https://arytmia.eu/apartament-w-hotelu-wojna-reportaz-z-donbasu/

Tatry z Babiej Góry i smog w dolinie

Pierwszy weekend marca, tuż po odświeżeniu i resecie głowy, wybrałam się z Matim na wschód słońca na Babią Górę. Myśleliśmy najpierw o wschodzie na Kasprowym, ale że była sobota godzina 19, na ustalenia trochę późno, bo wypadałoby jechać tak o 22, padło na Babią. A bo zimą w tym roku nie byłam, a że w sumie blisko, no to jazda. Kurde. Trzeba było jechać na ten Kasprowy. Babia tego dnia była po prostu za nisko. W totalnej mgle, choć oko wykol, a na kamerkach TOPR w Tatrach – piękne słońce, a w dole inwersja. Morze chmur. Ale jakoś tak stwierdziłam – no i dobre. Tak miało być. Ważne, że wyszłam z domu i się wyrwałam. W sumie to śmiać mi się chciało. Miałam omrożone rzęsy (mimo, że nie było zimno), a ludzie na szlaku w drodze powrotnej się zatrzymywali i mówili: o jeju, jakie ma pani piękne rzęsy! Miałam bekę, bo w życiu nie słyszałam komplementu na temat swoich rzęs, które raczej do zbyt okazałych nie należą! 😂

Zgredek ze zmrożonymi rzęsami

Na wschód słońca na Kasprowy pojechaliśmy tydzień później. Pobudka 23:20, wyjazd o północy. Mocna kawa i można działać (ta kawa w drodze to powoduje, że śrubki mi wskakują na właściwe obroty i jestem jak nakręcona). Wschód wschodem, ale tak stoję i patrzę się na piękną Świnicę w zimowej szacie – zdjęcia bez szału, bo jakoś tak nie mogłam się skupić … Pokręciłam się, pomyślałam i skończyłam na taternickim wierzchołku Świnki. 😄 Łaaaa, co za ogień! Tego mi trzeba było! Taką zimę to ja lubię 🤩 Oczywiście przeżyłam pierwsze zjaranie tego roku. Jak na połowę marca – takie konkretne. Potrzebowałam witaminki D, ale to już taka dawka końska! Tak, zapomniałam kremu z filtrem. Nie uczę się na błędach, tak aż do kolejnej powtórki.

Naładowana adrenaliną i pozytywną energią już w niedzielę wieczorem powtarzałam sobie, że tylko spokojnie, byle do piątku… Pogoda piękna, więc grzech nie wykorzystać! I tak jakoś z rozpędu kolejny weekend też pojechałam w góry. Nie ma to jak pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitać w Tatrach i to w tak zimowej scenerii! 😉Spełniłam swój mały górski cel – Zadni Granat zimą. Uwielbiam widoki z Orlej Perci, nie mają sobie równych! Nie widziałam ich aż od końca października – stęskniłam się! Plażing smażing na Granacie, ludzie płacą za solarium, a ja to mam za free. Mądrzejsza jednak o zeszłotygodniowe doświadczenia spakowałam krem, więc mogłam opalać się bez ryzyka flagi na czole. Dupa. Co z tego, że ryj w miarę posmarowałam, jak spaliło mi szyję (jakby mnie kto przyduszał) i ręce (bo było tak ciepło, że miałam podwinięte rękawy)? Nie, definitywnie nie uczę się na błędach – i tak za każdym razem coś mnie jednak zaskoczy. Przypomniało mi się, jak w Gruzji spaliłam się pod kolanami, a będąc w Baku odbiły mi się wiązane sandały. 1,5 godziny na szczycie, a mogłabym tak do zachodu zostać, tak było fajnie. Oczywiście zdjęć tysiąc pięćset, bo przecież kolory się zmieniają, chmurki przemieszczają, wychodzi dusza impresjonisty, a potem szukaj najlepszego kadru! Ładowanie baterii – in progres… 🔥

Marzec jeszcze iście zimowy, jakoś ta wiosna nie może się wykaraskać, ale zaczęły się powoli prace ogródkowe i rozsady – trzymajcie kciuki za ciepły sezon i moje dzielne arbuzy! Ostatnio miałam też fajne spotkanie z sarnami – poszłam kawałeczek w pola, stałam za krzakiem tarniny, a tuż przede mną stado 13 osobników. Napatrzeć się i nacieszyć nimi nie mogłam! Pomiędzy pracą a weekendowymi wypadami w góry udało się również przeciupać na rowerze całe 104 km po swoich okolicznych górkach-pagórkach. Trza cisnąć, forma sama się nie zrobi. Ostatnio w rozmowie z kim (już nie pamiętam z kim, za dużo gadam) stwierdziłam, że zima fajna, ale mimo wszystko ja już czekam na suchą skałę. – Co to jest Sucha Skała? Gdzie ten szczyt?

Doczekałam się wreszcie zmiany czasu. Miała być po raz ostatni, ale ponoć weszła ustawa, że Unia Europejska ma podjąć decyzję, który czas pozostawia do roku 2026. Przedłużone ze względu na pandemię i wojnę – jako argumenty na wszystko… W każdym razie – godzina 19 i dopiero zachodzi słońce! To bardzo budujące – i ileż czasu po pracy, który można dobrze zagospodarować! Starczy i na ogródek, i na rower, i na zachody słońca… Nie jechałam w Tatry, ale ujrzawszy w niedzielę rano z ogródka Babią Górę – wreszcie wróciła szalona przejrzystość – pierwsze co, to poszłam w pola, po czym postanowiłam, że ja tego tak nie zostawię, nie usiedzę i po szybkiej kalkulacji pojechałam z Eweliną na Potrójną. Biedne dziecko miało się uczyć do matury z matematyki (z matematyki na humanie – bez komentarza……………….), a zła starsza siostra je drastycznie wyrwała z tego transu i nakazała żwawy spacer na jakąś górkę! 😉 Potem jednak bardzo cieszyła się, że się ze mną wybrała, bo było pięknie. Gdybym ja miała taką starszą siostrę, która by mnie tak wyciągała… 😆

Babia Góra z Potrójnej

Przeleciał marzec szybko. W prognozach na najbliższe dni jakieś załamanie pogody na horyzoncie – no tak, kwiecień plecień, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i jakoś to przetrwać… A z drugiej strony nabrałam smaczka na zimowe Tatry, może uda się zrealizować jeszcze jeden mały cel… Tak na majówkę w zimowych warunkach na przykład 😆 Bo to, że śnieg będzie leżał do końca czerwca, to standard. Pożyjemy zobaczymy. Życie uczy, że plany to można mieć…

W każdym razie – wiosna jest bliżej niż dalej, jest praktycznie tuż za rogiem i tylko czeka, by buchnąć całą mocą zieleni i nadziei! Tego się trzymajmy!

PS. Co do tego zdjęcia:

Mama: Jak to zdjęcie zrobiłaś? Przecież nie padało. Pokazujesz inną rzeczywistość.

Aga: Nie, ja tylko ją czaruję. Spryskiwaczem.

Dzikie wojaże

Nigdy dość!

W zeszłym roku już po Jagnięcym Szczycie (w połowie września) ogłosiłam koniec sezonu na Tatry Wysokie – czułam się nasycona wrażeniami, emocjami i widokami – po czym jeszcze w połowie listopada koniec sezonu odwołałam i ciupałam na Krzyżne, a w grudniu na Świnicę. W tym roku jakoś końca sezonu dotychczas nie ogłaszałam, bo sukcesywnie cisnę nadal. Jesienna pogoda sprzyja bardziej niż latem (to jest jakieś fatum! Gdyby tak było w lipcu i sierpniu, to… gdybać to sobie mogę…) – cudownym fartem wypogadza się na weekend, jakże więc tu nie cisnąć? Ładuję baterie jak tylko mogę, a te wydają się nie mieć dna. Albo po prostu są tak rozładowane, że już się nie nadają i potrzebują częściej i więcej prądu 😄 Nawet śnieg sypie i topnieje, po czym dwa dni później znowu jestem w górach.

W październik weszłam z kopyta, a jak. Nie wolno ignorować Bożych znaków w postaci dobrej pogody w weekend. Szkoda tylko, że dzień taki krótki, ale nie można mieć wszystkiego. Były Czerwone Wierchy, były wspaniałe jesienne Pieniny trzy tygodnie pod rząd, zdążyło zasypać i stopnieć, po czym znowu zasypać; a mówią, że trzeci śnieg to już zostanie. Ble. Tak na dobrą sprawę, przez większą część roku w Tatrach leży śnieg.

I tak powoli, powolutku, cichaczem, jakoś tak totalnie niespodziewanie… tak tłumaczę to sobie, że na zakończenie sezonu letnio-jesiennego z elementami zimowymi udało mi się przejść całą Orlą Perć. Całą, na raz, w jeden dzień! Od Zawratu, przez Kozi, Granaty, aż po Krzyżne! Dla nie do końca wtajemniczonych – Orlą Perć uważa się za najtrudniejszy i najbardziej wymagający technicznie i kondycyjnie szlak w polskich Tatrach, na którym przez ostatnie 100 lat zginęło 120 osób. Czas przejścia przy dobrych, letnich warunkach to 6-8 godzin plus szlak podejściowy i zejściowy – nasz dzień w górach (od auta do auta) liczył 20 godzin. Niebotyczne ekspozycje, głębokie żleby, wąskie kominki i idealnie piękne graniówki – NO PO PROSTU MUSIAŁAM ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ LEGENDĄ! Dodam, że to już druga tatrzańska legenda tego roku – Chłopek nie był taki straszny – a Orla?

Gdzieś z Orlej Perci

To było moje wielkie górskie marzenie. Tyle już po Tatrach chodzę, że brałam to poniekąd jako punkt honorowy. Bardzo chciałam, ale jednocześnie się bałam, więc plany nie wychodziły poza sferę marzeń. A tu się trafiło w towarzystwie dwóch Szczygłów – i pyk – poszło, pojechało. Ogień, petarda, sztos i „ale jazz”, ogólnie to byłam tak zaaferowana, że aparat wyciągnęłam na całej trasie może z pięć razy. Priorytety były nie fotograficzne tego dnia 😉 Co było piękne – zero ludzi na szlaku, więc obyło się bez korków na szlaku – masakra, co tam musi wyrabiać się latem 😮 Momentami zapiera dech i jak to Mama moja powiedziała – serce mocniej może nie zabije, ale wzrokowo to strach. To tak dla równowagi od nucenia „ale jazz” albo „nas nie dogoniat” – przez pół drogi powtarzałam i zastanawiałam się, w jakiej bajce to było: „TYLKO NIE PATRZ W DÓŁ, NIE PATRZ W DÓŁ… Nie zatrzymuj się i nie patrz w dół… W dół nie patrz… nie zatrzymuj się i w dół nie patrz… O, nie, ja w dół patrzę!” – taki ze mnie był Osioł ze Shreka! Definitywnie Orla nie jest dla ludzi z lękiem wysokości i o słabych nerwach!! Przez cały czas – a szlak jest długi i wymagający – trzeba być na maksa opanowanym i skoncentrowanym na tym, co się robi. Zwłaszcza, gdy w żlebach po północnej stronie śnieg i lód, a Ty musisz patrzeć, by dobrze wbić kolce raków. Wrażenia i przeżycia wprost nie do opisania!

Jestem świrem, jestem harpaganem i hardcorem, Orla końcem października – to dla mnie jak +100 do lansu, ego wzrosło, co to ja nie jestem 🤘😄 Tak się to już czuje człowiek, który zmierzył się z Legendą i sobie poradził. Takie w stylu „Jak hartowała się stal” 😆

Szlak jest wymagający, ale piękny. Cieszę się, że przeszłam go wcześniej, zanim wzięłam tam Ewelinę. Jedno jest pewne – na Orlą wrócę. Siostry-Kozice muszą zmierzyć się z nią wspólnie. A z resztą muszę wrócić po zdjęcia. I skupić się na tym, gdzie jest Żleb Honoratka, bo schodząc nim jakoś nie skojarzyłam i nie zwróciłam uwagi na ten sławetny fragment. Drabinkę na Koziej Przełęczy przeszłam świadomie – ujarana tym, że wcale, ale to wcale nie jest tak straszna, jak piszą! I w ogóle całością.

Piękny był to dzień, ale we wtorek trzeba było wstać, iść do pracy i jakoś funkcjnować! Wyglądałam jak małe zombie, gdyby to był Halloween, nie musiałabym się przebierać 😆 wgl jakie to jest śmieszne – raz się nie pomalujesz do roboty i od razu wszyscy zwracają uwagę: Aga, co taka niewyspana? Ze dwa dni chodziłam trochę jak połamana, ale rower jest dobrą rehabilitacją na mięśnie, więc szybko wróciłam do formy 🙂

Orla była w poniedziałek, a w sobotę stwierdziłam, że Tatr mi mało, więc wzięłam Ewelinę i pojechałyśmy w stronę Zakopca. Miał być Szpiglas, ale tak jakoś spontanicznie zmieniłyśmy zdanie, uznałyśmy, że asfalt w dwie strony nam nie straszny i poszłyśmy na Rysy. Liczyłyśmy, że poza sezonem to i ludzi będzie mniej i ogólnie jakoś łatwiej znieść ten straszny odcinek. Łaa, znowu był czad. Ewe po sobocie ogłosiła swój własny „koniec sezonu na Tatry Wysokie” (ja nadal nic), uzasadniając to tym, że „przecież Szpiglas to nie Wysokie”, więc kto wie, co przyniesie nam jeszcze listopad. 😄 Ogólnie to tego dnia pizgało solidnie. Gdyby taki wiatr był w poniedziałek, Legenda Orlej pozostałaby niesprawdzona – jestem tego pewna. W pewnych momentach, zwłaszcza na grani tuż przed szczytem, miałam wrażenie, że wiatr mnie uniesie, a ja pofrunę sobie na jego fali jak (popieprzona) sikorka. Całe szczęście jednak nie uleciałam. Mimo końcówki października ludzi było całkiem sporo, trzeba było bardzo ostrożnie schodzić – serio aż nie chcę myśleć, co się tam musi wyrabiać w lecie!

Na Rysy raczej już się nie wybieram, nie czuję konieczności powtórki; ale za to w przyszłym roku mam plan, że za pierwszymi łańcuchami skręcę sobie w lewo i pozaszlakowo odwiedzę Niżne Rysy – o tak, to jak najbardziej! Pół drogi fascynowałyśmy się widokami Mięguszy z innej perspektywy i było tylko takie: o jaaa, toż to jest Czarny, przecież my tam byłyśmy, o tam, na samym szczycie! To jest w Tatrach najpiękniejsze – ten ogrom, widziany z innej perspektywy, stroma ścieżka wiodąca zakosami i świadomość, że się tam było. Kręci to do potęgi!

Tak więc przeszłam Orlą, z rozpędu skoczyłam na Rysy, a dosłownie trzy dni później Tatry znowu zasypało. Trzeci śnieg już niby zostaje, więc udało się oblecieć dosłownie w ostatnich podrygach jesieni.

Gdzieś pomiędzy tatrzańskimi szczytowaniami i adrenaliną, przez cały październik przewijały się spokojne, idylliczne Pieniny – do połażenia, do pozachwycania się. Udało mi się wziąć Mamę i Ewelinę i skoczyłyśmy sobie nawet na weekend. Oczywiście Agusia mistrz organizacji i logistyki, wycieczka wyszła przednia (polecam tego przewodnika!). W piątek z rana skoczyłyśmy na Rusinową Polanę i Wiktorówki – Mama była zachwycona, a ja jeszcze bardziej – raz, że widoki i teoretycznie nic więcej do szczęścia nie potrzebuję, a dwa – ja po prostu lubię, kiedy inni się cieszą.

W drodze na Rusinową Polanę

Po Rusinowej poszłyśmy jeszcze na wyżerę do Roztoki, po czym czerwoną strzałą skierowałyśmy się w stronę Łapszanki, która w ten weekend była naszą bazą wypadową. Łapszankę odkryłam dopiero w tym roku, byłam już tam kilkukrotnie i jakoś się nie nudzi to miejsce – podobnie zresztą jak Wysoki Wierch. W ogóle całe Pieniny nic a nic się nie nudzą! Zrobiłyśmy fajny szlak – 11km – pętelkę od Łapszanki przez Piłatówkę i Pawlikowy Wierch aż do Rzepisk i z powrotem na Łapszankę. Lubię takie łażenie po łąkach bez szlaku, więc byłam zachwycona, a Dziewczyny – cóż, tak za połową trasy to już nie miały wyjścia, musiały iść za mną 😄 Najlepsze było, jak śledziłam sobie szlak na mapce w telefonie i w pewnym momencie przed nami wyrasta straszna dzida. Hm. No cóż – jak tak szlak wiedzie, tak trzeba iść. Ruszyłam żwawo z kopyta, a tu nagle… Z gospodarstwa tuż przy ścieżce przez płot przeskakuje pięć indyków i biegnie w moją stronę, gulgocąc. Szybka ocena sytuacji: ja może (ale to może!) bym uciekła, cisnąć pod górę, ale poniżej została jeszcze Mama z Eweliną, a pomiędzy nami te wielkie indyki! Dodam, że moja czerwona kurtka raziła bardziej, niż wyblakłe rude włosy. Zawróciłam więc i uciekłam przed indykami z powrotem na dół. Mama chciała zrobić zdjęcie Agusi spieprzającej przed zgrają czarnych indorów, ale niestety przemknęłam tak szybko, że na zdjęciu załapały się tylko indyki na środku ścieżki. No i musiałyśmy obejść po łące obok naszą dzidę, by nie narażać się na gniew Bogu ducha winnych ptaszysk. To znaczy ja tak stwierdziłam, bo wolałam nie ryzykować. Ewelina za to odpłaciła się następnego dnia, gdy na szlaku w Kacwinie wyszły nam dwa psy – lepiej nie ryzykować, robimy wycof. TY UCIEKŁAŚ PRZED INDYKAMI! Ok, 1:1. 

Na sobotę miałam w planach pokazać Mamie Lubań, ale w piątek wieczorem stwierdziła, że po tych moich Rzepiskach to ona już nigdzie nie pójdzie, NOOO, MOŻE NA WSCHÓD SŁOŃCA NA ŁAPSZANKĘ, bo to 300m, ale nic więcej, bo tak w ogóle to ja jestem niepoważna, a ona nie ma 20 lat!!! Tak w skrócie. Poszłyśmy więc na wschód, pizgało złem niemiłosiernie, palce prawie mi odpadły, ale po powrocie dobra kawa nie jest zła i krew od razu lepiej krąży po takich wspaniałym narkotyku. Potem pojechałyśmy do Kacwina – chciałam odnaleźć kadr kapliczki Matki Boskiej Śnieżnej na tle Tatr, ale wyżej wspomniane psy na szlaku trochę nam pokrzyżowały plany, a z resztą światło było już do bani. W każdym razie wrócę tam sobie, bo przecież tego dnia miałyśmy chodzić NA SPOKOJNIE. Kacwin to urocza spiska wioska, jest cicho, idyllicznie, w takim miejscu chciałoby się mieć daczę.

Dobra, wszystko fajnie, ależ ile można to „na spokojnie”! W końcu Mama, Ewe i ja to jedna krew, jeden pieron w nas drzemie, a to o czymś definitywnie świadczy. Skończyłyśmy więc na Lubaniu, jak to zakładałam w swoich planach. 😄 A bo jeszcze za wcześnie wracać do domu, dzień ładny, to trzeba wykorzystać, a tam szlak przyjemny i wieża widokowa na szczycie… Mama podsumowała, że ona nie pojmuje, jakim sposobem, ale ja znowu postawiłam na swoim i wszystko wyszło tak, jak chciałam. Cóż, dar przekonywania z nutką lekkiej perswazji zawsze działa 😄

Złota godzina o poranku z Łapszanki

O matko, upisałam się znowu, a to ledwie wycinek tego, co ostatnio wyprawiam. Za dużo gadam. Btw – 16.11 będę miała prelekcję w Andrychowie – tą, która miała być w kwietniu 2020 roku, czyli po ponad 1,5 roku! Wtedy znowu się nagadam i co lepsze – znajdą się ludzie, którzy będą tego mojego gadania słuchać! Powspominam sobie kaukaskie wojaże, łezka w oczku się zakręci, ech… Dobrze, że mam te Tatry, bo inaczej bym chyba zgłupła! 🙃

PS. Żeby uzupełnić bilans kaloryczny po Orlej i Rysach kilka dni później, powinnam zacząć przyjmować pastylki z paliwem jądrowym, bo ciągle chodzę głodna. 🤘

Dzikie wojaże

 Koniec lata

Z końcem sierpnia (w tym roku nawet wcześniej) zaczyna mi „grać w głowie” jedna, natarczywa piosenka, jakże pasująca do otoczenia – „Kończy się lato” Wiktora Coja i Grupy KINO. Nie słucham jej zimą ani wiosną, zapominam o niej totalnie; powraca do mnie sama – właśnie końcem lata. Myślę sobie wtedy – ach, no tak, to już ten czas. Kojarzy mi się również ze Swanetią – kiedy to dwa lata temu pojechałyśmy z Anią na zasłużony urlop – wszystkie drogi prowadzą do Mestii. Siedziałyśmy w Uszguli, naprzeciw potężnej ściany Szchary, Ania grała na ukulele, konie przechadzały się po łąkach, a trawa złociła się w oczach.

Koniec lata – sezon dobiega końca, pył osiada na drodze, wszystko zamiera, wycisza się, uspokaja, szykuje do letargu i zawieszenia w czasoprzestrzeni. Oooo tak. Zapasy w większości porobione, czekośliwek, sosów słodko-kwaśnych i innych smakołyków powinno wystarczyć na całą zimę, nalewki też „produkcja w progresie”

Tak w ogóle to czuję się taka nienasycona, mam wrażenie, że to lato minęło zbyt szybko. Albo wcale go nie było?! Czerwiec minął jak szalony, a w Tatrach było śniegu po kolana; połowę lipca padało, a sierpień to już w ogóle dzień taki krótki, jesień w powietrzu, o ostatnim tygodniu nie wspominając. Sezon jest definitywnie za krótki. Jak sobie pomyślę o tym, że tak naprawdę za niedługo znowu będę musiała wymieniać opony na zimowe (zmieniałam je w maju) i wstawać 15 minut wcześniej tylko po to, żeby rozgrzać auto, to mi słabo. 😀

Nie popadajmy jednak w przed-jesienną melancholię, jeszcze dużo przed nami! Mam nadzieję, że wrześniowa pogoda dopisze. Tymczasem przedstawiam krótką relację fotograficzną za ostatnie kilka wypadów 🙂

Pogoda w sierpniu była jaka była, na to człowiek nic nie poradzi. Wyskoczyło jednak piękne okienko, zapowiadające się na 13-go w piątek, no to co – Agusia tup-tup-tup, idzie żebrać o wolne. DEEJ, DEEJ, DEEJ. Siadło, no to dzida w Tatry, oczywiście z niezawodnym towarzyszem górskich doli i niedoli, czyli Eweliną. A’propos! Ewelinie stuknęła ostatnio 4. rocznica tatrzańskich wojaży – w 2017 zabrałam ją na Kasprowy przez Halę i powrót przez Myślenickie Turnie, przezywała mnie przez pół drogi i sapała drugie pół, tak pomiędzy przekleństwami, a dziś? Świnica przez Zawrat, Kozi-Granaty, 4:00 start z Palenicy no i jazda! Nie odstaje i nie odpuszcza, co mnie bardzo cieszy!

Plan na 13-go w piątek był bardzo ambitny: Palenica-Piątka-Kozi Wierch-Granaty-Hala Gąsienicowa-Kuźnice. Btw, w piątkiem 13-go jest jak z dniem urodzin – nie mogłam go spędzić w pracy! Pogoda i warunki dopisały, widoki po drodze pierwsza klasa, jednym słowem: SZTOOOOOS, PETARDA, BOMBAA! I kolejna część Orlej Perci, za nami! Stanęłam na Skrajnym Granacie i pomyślałam sobie, że ooooh, jakże bym poszła dalej, aż na Krzyżne… Czas nas jednak gonił. Padło więc postanowienie: za rok Orla w całości, na raz! Przyjdzie czas :)))

Widok ze Skrajnego Granatu

Ludzie, których mijaliśmy w drodze na Kozi, śmiali się, że nie warto iść do góry, przecież tam nic nie ma, kupa kamieni i nic więcej, nie warto… W ogóle tak świetnie się trafiło, że ludzi na Orlej tego dnia było wręcz wyjątkowo mało, a jeżeli już byli, to sami mili i sympatyczni. Najlepsza trójka Słowaków, których przepuszczałyśmy na zejściu w Żlebie Kulczyńskiego – a oni cały czas się odwracali i patrzyli, czy nie potrzebujemy pomocy na trudniejszych odcinkach. Oni po słowacku, my po polsku i się dogadali, a jak! Słowacy to jest cudowny naród, naprawdę bardzo ich lubię. Uśmiechnięci, pomocni, nie narzekają – aż zatęskniłam za ich częścią Tatr! 😉 Aż chce się więcej po takim wypadzie! I tylko więcej.

Tydzień później mój towarzysz pojechał nad morze, a ja, chcąc wyrwać się z zamkniętej pętli praca-dom, postanowiłam, że zrobię sobie BABUSIA-CHALLENGE, czyli jak szybko wejdę sama na Babią Górę. Pojechałam z myślą o zachodzie słońca i podsumuję to tak: jechałam dłużej, niż wchodziłam na szczyt z Krowiarek. 😀 Rezultat to 66 minut! Z jedzeniem borówek po drodze. 66 minut – kiedy znaki pokazują 2,5h. Jestem świrem. 🤪 Ogólnie to zapewne nic takiego, nothing speciall, ale jak dla takiego lamusa, co tylko chodzi, to się jaram. Teraz nic, tylko zejść poniżej 60 minut!

Jak to na Babiej, przyjemnie mnie spizgało, przewietrzyło głowę i byłam gotowa na kolejne wyzwania w pracy. Lubię takie szybkie, spontaniczne wypady! A jego podsumowaniem może być cytat z okazji przypadającego na ten dzień Dnia Fotografii: „Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię” i to jest czysta prawda.

A jeszcze lepszy cytat: „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz czeka na światło” Cóż. Do mistrza mi daleko, ale dla dobrego światła wejdę na szczyt Babiej w 66 minut, zamiast „ustawowych” 2,5h 🔥😉

Odliczałam jednak dni do planowanego wyjazdu na Słowację. Przecież po to się szczepiłam, żeby wyjechać za granicę, a jak! 🤪 a w dodatku Lodowa Przełęcz to nie lada gratka dla koneserów tatrzańskich widoków, także cóż się dziwić mojemu rozedrganiu na samą myśl. Wypad udał się po całej linii. Piękny szlak, przez Dolinę Jaworową z zejściem do Terinki (Chata Tery’ego) i Starego Smokowca.

Lodowa Przełęcz (2376m) jest najwyżej położona przełęcz w całych Tatrach, dostępna szlakiem turystycznym. A Lodowy Szczyt – trzeci co do wysokości (po Gerlachu i Łomnicy) szczyt Tatr – to ten kolos, którego solidną, przysadzistą piramidę doskonale widać nawet z Witanowic.

Widoki z Lodowej Przełęczy.

W pewnym momencie za Doliną wszystko zaszło mgłą, już zaczęłam tracić nadzieję… Po co iść taki kawał, skoro wisienka na torcie się utopiła w czekoladzie… Z trzepotem serca zaczęłam nawet ciche modły w stylu DEJ BOŻE, DEJ, gadałam do ptaków, by te chmurzyska rozwiały, no świr. Ale pomogło. I moim oczom ukazał się spektakl. Dzięki Bogu!

No i powie mi ktoś, że to nie jest petarda, a ja mam nie mieć oczopląsu od takich widoków.

Usłyszałam ostatnio, że po mnie widać, jak jestem ujarana w górach. Cóż, nie będę z tym polemizować, mi wiele nie trzeba. ⁠😉

A tak w ogóle to … to biorę urlop na cały przyszły tydzień i ruszam w drogę! Kumpel z roboty stwierdził, że gdy o tym mówię, to aż się świecę. Jedno Wam powiem – TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO! Jaram się jak pochodnia! Wam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za pogodę i oczekiwać relacji!

Ciao!

PS. Na bieżąco spam na moim instagramie: https://www.instagram.com/agawielinska

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza. Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.
1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału). _DSC0288 _DSC0250f 2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”. Hit wycieczki: A: Mamuś, jak się czujesz? M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok! Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać. Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było: A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić? M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!
_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.
Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę. Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne. _DSC0693d Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła. Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉 3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀 _DSC1082 Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉 Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne! Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤ _DSC0812 PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :> PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀