Dzikie wojaże

Urodzinowa Barcelona

Barcelona chodziła za mną już od dłuższego czasu. Chyba od wtedy, kiedy po raz pierwszy pochłonął mnie Zafon i jego „Cień Wiatru” albo jeszcze bardziej „Gra Anioła”. Na okrągłe urodziny chciałam sobie zafundować jakiś fajny wyjazd, ale ciągle jakieś przeszkody –  standardowe brak czasu/brak pieniędzy/pandemia/wojna czy Bóg wie co jeszcze. Stwierdziłam, że to dobry czas na spełnianie marzeń, dlatego nie myśląc zbyt długo, siadłam przed komputerem i kupiłam bilety. Ostatnimi czasy często wracałam wspomnieniami do swojego wypadu do Moskwy – solo, sama byłam też w Baku i czułam się doskonale, dlatego do Barcelony też postanowiłam lecieć bez towarzysza. Chciałam na te urodziny pobyć sama ze sobą i swoimi myślami, wycieczka śladami bohaterów literackich, spacerować swoim tempem, aż do obtarcia stóp, chłonąć wszystkimi zmysłami.

Dwa słowa jeszcze o Zafonie – jednym z moich ulubionych współczesnych autorów, który niestety nic więcej już nie napisze, bo zmarł w 2020 roku w wieku 56 lat. To jeden z tych pisarzy, który potrafił mnie zaczarować i porwać. Motyw książek w jego prozie jest bardzo ważny, a co się tyczy samej Barcelony – można uznać, że miasto jest pełnoprawnym bohaterem literackim. 23.04 znany jest jako dzień św. Jerzego, patrona Barcelony – Sant Jordi. Tego dnia ulice katalońskich miast zapełniają się książkami i stoiskami z różami. Nie może również zabraknąć smoków, bowiem to z walki z nim zasłynął święty Jerzy. To taki mix dnia książek i walentynek. Zwyczaj bowiem nakazuje podarować tego dnia komuś bliskiemu  książkę i różę. Piękne, prawda? „Jesteśmy jak cienie, ukrywamy się za literami”. Naczytałam się o tej Barcelonie u Zafona, musiałam się więc przekonać na własne oczy. Odnaleźć Arc Del Teatre, gdzie ukryty był Cmentarz Zapomnianych Książek, kawiarnię Els Quatro Gats (4 koty) i charakterystyczny dom z wieżyczką, który wynajmował David Martin. AHHH, podróż literacka niczym w Moskwie!

Tak w ogóle to urodzinowy wyjazd… Zmiana kodu, trójka z przodu! Nie było żadnych podsumowań, ani „listy rzeczy do zrobienia przed trzydziestką”. Za późno. A z resztą to tylko cyfry, nie zrobiłam „przed”, to zrobię „po”. Co mi się udało własnymi nogami, rękami, fartem, zbiegiem okoliczności czy siłą woli i swoim działaniem to zdobyć tytuł magistra, którego do niczego nie używam, wejść 4 razy na Elbrus, 3 razy na Kazbek i odwiedzić 24 kraje. Jak na dziewczątko z Witanowic to całkiem sporo, skoro nawet na gminnej prelekcji nazywają mnie „podróżniczką”.

Mam swój świat, którego nie porzucę, chodzę swoimi ścieżkami (a najczęściej jest to czysty offroad), nie usiedzę w jednym miejscu. Za dziecka najgorszą karą było schowanie książki, a mama mimo szczerych chęci nie oduczyła mnie czytania przy jedzeniu. Nie kupię sobie drona, bo pewnie bym go utopiła, jak telefon w morzu, który odpłynął na fali, albo z falą. Ze śmiesznych historii w moim życiu to wpadłam do studni i wywaliłam się na prostym parkingu tuż przed autem, koncertowo rozbijając oba kolana i drąc spodnie. W wieku 28 lat. Całkiem niedawno uszkodziłam sobie rzepkę w kolanie, uderzając się garnkiem na kiszoną kapustę. Nie pytajcie J A K – przypał to moje drugie imię.

Czas szybko ucieka. Staram się żyć jak najbardziej świadomie i czerpać radość z każdego dnia i prostych rzeczy, składających się na ten dzień. To chwile składają się na życie. Tyle. 😊

Chińskie ciasteczko szczęścia w Barcelonie w dniu moich urodzin

Hola hola, teraz zapraszam do Barcelony! Z zaśnieżonej Polski i mrozu -13*C wylądowałam w innym świecie. Btw – Hiszpania – mój 24. odwiedzony kraj! Przyjemne ciepło, palmy, pomarańcze, no bajka. Taki klimat odpowiadałby mi cały rok! Zima mogłaby istnieć tylko na Spitsbergenie.

Barcelona to drugie co do wielkości miasto Hiszpanii, stolica autonomicznej Katalonii. Leży nad Morzem Śródziemnym, a z samolotu widać Pireneje. Miasto sztuki. Od Gaudiego wolę jednak Zafona, ale artystyczny klimat unosi się w powietrzu jak zapach churrosów z czekoladą. Barcelona ma tylko nieco ponad 50 dni deszczowych rocznie, a czysta słoneczna pogoda w grudniu to ponad 300 godzin. Wystawiam twarz do słońca i chodzę w samej koszuli, bo podczas gdy t u jest +17*C, w Polsce tym czasem zasypało. Odpowiada mi taki klimat, chociaż jarmark bożonarodzeniowy i św. Mikołaje średnio zgrywają się z palmami na promenadzie. Zastanawiam się, skoro drzewa ledwie zaczynają tracić liście w połowie grudnia (platany, miłorzęby), to kiedy zdążą wyrosnąć im nowe? Świetnie za to zgrywa się melodia Bella Ciao, przygrywaną tuż przy głównej alei miasta, prowadzącej nad morze przez trzech uśmiechniętych dziadków. Słucham zafascynowana, mam ochotę wyciągnąć telefon i nagrać filmik, nie robię tego jednak, zostawiając to wspomnienie tylko dla siebie. Uśmiecham się i idę dalej.

Płacę 10 euro za wstęp do Parku Güell i uważam, że są to najlepiej wydane pieniądze w Barcelonie. Zaraz obok crossaintów z kremem, od których cały dzień pachną mi ręce i lodów o smaku białej czekolady pod słynną Sagradą Familią. Budowa Parku rozpoczęła się w roku 1900, ale dla publiczności otwarto go dopiero w 1963 roku. Kilkanaście lat później został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kilka słów należy się w tym miejscu na temat osoby Antoniego Gaudiego, który został poproszony o zaprojektowanie kilku budynków w parku – chociaż znany jest głównie jako architekt słynnej katedry Sagrada Familia. Po 1914 roku poświęcił się jej całkowicie, zamieszkał nawet na terenie budowli, a po śmierci został, zgodnie ze swym życzeniem, w niej pochowany. Zmarł w 1926 roku w wyniku obrażeń doznanych trzy dni wcześniej, gdy potrącił go tramwaj. W ramach ciekawostki – zakończenie budowy Sagrady Familii planowane jest na setną rocznicę śmierci Gaudiego, czyli w 2026 roku – mają jeszcze trzy lata. Już teraz jednak katedra ma imponujący wygląd i poraża (a w pewnym momencie i przeraża), nawet z daleka. Neogotyk i secesja to główne cechy stylu architektury Gaudiego. Casa Batlo, Casa Milla i Casa Vicens są tego idealnym obrazem. Eksperymentował, puszczał wodze fantazji, śmiało wykorzystując w swych projektach fantastyczne formy i zawiłe desenie oraz kształty podpatrywane w przyrodzie. Nawiązywał do płynności podwodnego świata. Gaudi wszystkimi pracami umieszczonymi w parku Güell chciał pokazać, że da się w jakiś sposób zespolić architekturę z przyrodą. Chciał wkomponować w pagórki oraz roślinność dzieła ręki człowieka, nie naruszając przy tym naturalnej harmonii natury. 

Sagrada Famila

W Parku Güell czułam się  jak prawdziwa Aga w Krainie Czarów. Tym bardziej, że zupełnie irracjonalnie, na olbrzymich palmach, harce urządzały sobie mnichy nizinne. To takie zielone papugi. Tak, papugi. Papugi w Barcelonie!!! W internecie można przeczytać o ich pladze w Madrycie, Walencji czy właśnie Barcelonie, choć dla mnie było to zjawisko niesamowite. Każdego dnia fascynował mnie ich wesoły świergot wśród palm (chociaż piszą o nim „wrzask”) oraz to, jak przemykały nad głowami ludzi. Kosmos! Właśnie tak będę pamiętać Park Güella. Jak magiczną Krainę Czarów z fantastycznymi mozaikami Gaudiego i radosnym świergotem zielonych papug. Nikt mi tego wspomnienia nie zabierze ani nie odmieni. Najpiękniejsze z całej Barcelony!

Stwierdziłam wtedy, że sama nie wiem, czy to przez te wszechobecne i rozwrzeszczane papugi, ale Barcelona tak bardzo skradła moje serce, że postawiłabym to miasto w moim TOP-5 miast ever – zaraz po Moskwie, Petersburgu i Kijowie, obok Budapesztu ex aequo z Pragą. 🙃

W Parku Güell spędziłam dobre kilka godzin. Plątając się tam i z powrotem, robiąc zdjęcia najdłuższej ławki na świecie i przyglądając się mozaikom Gaudiego –a każda z nich była jedyna i niepowtarzalna. Po drodze z Parku miałam zaznaczony na mapie jeden z zachwalanych punktów widokowych. Jestem fanką panoram miast z punktów widokowych, dlatego Bunkry del Carmel musiały zostać odhaczone! Bunkry El Carmel zlokalizowane są na wzgórzu Turó de la Rovira na wysokości 262 m n.p.m. Podczas hiszpańskiej wojny domowej na szczycie wzgórza zamontowano działa, które zostały skierowane w stronę miasta. Siały one terror i postrach wśród mieszkańców. Podobną złą sławą okryty jest zamek Castell de Montjuic, w którym przetrzymywano i torturowano katalońskich więźniów. Samo wzgórze znane jest jako zielone płuca Barcelony, znajduje się tu Muzeum Katalońskie, stadion i wioska olimpijska, a rzut beretem jest do Placu Hiszpańskiego i areny walk byków, przerobionej obecnie na galerię handlową.

Jak już jestem przy Montjuic – umyślałam sobie pójść na to wzgórze, by zobaczyć cmentarz, który opisywał Zafon. Można tu wjechać kolejką linową, ale przecież według Agusi kolejki są dla słabych, lepiej dryłować 6 km pod górę w jedną stronę! Tylko po to, by obejrzeć cmentarz. Swoją drogą – to też pewne dzieło sztuki – nie tylko ze względu na owiane sławą kamienne anioły. Pochowani są tu najbardziej zasłużeni mieszkańcy Barcelony (oczywiście poza Gaudim, którego pochowano w Sagradzie Familii). Atmosfera cmentarza idealnie wpisuje się w mroczny nastrój Zafona. Przypałem byłoby się zgubić na cmentarzu – wolałam do tego nie dopuścić, a było to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę mnogość piętrowych alejek i nagrobków 😉 Nie wiedziałam, że władze Barcelony podjęły decyzję o organizacji wycieczek z przewodnikiem. Poprowadzono nawet trzy trasy – artystyczną, historyczną i łączoną.

W Barcelonie z jednej strony czuć niesamowitą przestrzeń – w końcu morze rzut beretem, ale z drugiej strony są wąskie uliczki średniowiecznej Dzielnicy Gotyckiej – Barri Gòtic. Lubię takie klimatyczne miejsca, w których dobrze się gubi. Idąc bez mapy, skręcić to tu-to tam, chłonąc cienie i mroki zakamarków Barcelony.

Zaliczyłam kolejny punkt widokowy – dach katedry św. Eulalii. A przy okazji i samą katedrę – to tak zamiast Sagrady Familii, na którą patrzyłam tylko z oddali (32 euro za wstęp do niedokończonej katedry jakoś mnie zniechęciły). Na krużganku, wśród gotyckich kolumn, przechadzały się białe gęsi.😁 13 ptaków jest trzymanych przy Katedrze, bo św. Eulalia, patronka katedry miała właśnie trzynaście lat gdy zginęła męczeńską śmiercią. Nie spodziewałam się tego w takim miejscu. Ciekawe 😊

Najbardziej niesamowite w całym wypadzie do Barcelony było dla mnie to, że w połowie grudnia mogłam się cieszyć słońcem i przyjemnym ciepłem, chodziłam w samej koszuli cały dzień (płaszcz wyciągałam z plecaka na sam wieczór). Żałowałam, że nie wzięłam sobie spódnicy, bo momentami było mi za ciepło! Tak sobie to skojarzyłam, bo podczas wejścia na dach Katedry trochę wiało i musiałam się opłaszczyć. Siedziałam sobie na ławce, patrzyłam na dachy Barcelony i zajadałam rodzynki w czekoladzie. A w dole gwar. Na dziedzińcu przed Katedrą było rozłożone kilka straganów i kolejny jarmark bożonarodzeniowy. Podśpiewywałam sobie Feliz navidad dadada (oczywiście tylko te dwa słowa, więcej nie znam) i dziwiłam się, jakie małe śkaradztwa tam sprzedają, ja bym zrobiła lepsze:

Jak się dowiedziałam, w Katalonii wciąż kultywuje się tradycję Tío de Nadal, czyli drewnianego pieńka, któremu przykleja się oczy i uśmiechniętą buzię. Pień ten kupuje się na początku adwentu i dzieci mają za zadanie dbać o niego – karmić i okrywać kocykiem, by nie zmarzł. 24.12 dzieci biją pieniek kijkami i śpiewają mu specjalną piosenkę, żeby następnego dnia pozostawił po sobie prezenty. AHA. Ile to człowiek może się dowiedzieć o otaczającym świecie i jego niesamowitych tradycjach po prostu podróżując… Prawdziwym zwieńczeniem celebracji Świąt Bożego Narodzenia jest dopiero święto Trzech Króli. Uroczyste orszaki na ich cześć przybyły do nas właśnie z Hiszpanii. To oni przynoszą dzieciom jeszcze więcej prezentów, niż symboliczne podarki od pieńka. 😉 Dzieci piszą listy nie do św. Mikołaja, ale właśnie do Trzech Króli, którzy przyszli do Jezusa z darami. Niegrzeczne dzieci znajdują zamiast prezentów bryłki węgla – odpowiednik polskiej rózgi. Oh, gdyby dzisiaj u nas dla niegrzecznych św. Mikołaj czy tam Trzej Królowie, czy nawet diabeł w czystej postaci przynosił w prezencie węgiel… Wszyscy staliby się bardzo niegrzeczni 😆

Jeszcze dwa piękne miejsca, które skradły moje serce. Łuk Triumfalny – jestem ich kolekcjonerką 😁 widziałam już w Paryżu, Mediolanie – teraz kolejny w Barcelonie. Ten był trochę inny, bo z czerwonej cegły. Wprost od Łuku, aleją między palmami trafiłam do kolejnego magicznego zakątka Barcelony – Parku Ciutadella. 17-hektarowy Park Cytadeli jest zdecydowanie najpiękniejszym parkiem w całym mieście – jego nazwa pochodzi od zburzonej w 1714 roku znienawidzonej cytadeli, na której miejscu go zbudowano. Jest zdecydowanie mniej popularny niż Park Guell i w przeciwieństwie do niego, po Ciutadelli spacerują i wypoczywają również miejscowi. Masa tam ekstrawaganckich budynków i pomników – chociażby mamuta. 😁 Centralnym punktem Parku jest fontanna Cascada. Składa się ona z wodospadu, przyległego do niej sztucznego jeziora z turkusową wodą, w której taplały się kaczki, gęsi gęgawy i czaple, a po obu bokach znajdują się dwa ciągi schodów, po które można wejść na górę fontanny.  I znowu wszędzie te mnichy nizinne, zielone papugi, które w Polsce kosztują od 300 zł – ich radosny gwar, gonitwy wśród koron palm i wyjadanie nasion kwiatów. One tam były u siebie, spacerujący ludzie to tylko dodatek. Byłam zachwycona Ciutadellą i bardzo się cieszyłam, że zupełnie przypadkiem trafiłam w tak niesamowite miejsce!

Jak nie lubię morza… to wieczorny spacer brzegiem Morza Śródziemnego był niesamowity. Usiadłam sobie na kamiennym leżaku, wyciągnęłam z plecaka kartonik białego winka i wypiłam, świętując swoje urodziny i wszystkie piękne miejsca, które dotychczas w życiu widziałam i które jeszcze zobaczę. Lubię to w tych południowych krajach, że wino w kartoniku jest tańsze niż analogiczny soczek dla dzieci w Polsce 😉 Port i plażę Barcelonettę również dobrze zapamiętam.

Wszystko co dobre ma jednak swój koniec i po trzecim wieczorze w Barcelonie trzeba było znowu upchać wszystko do małego plecaka i szykować się do drogi powrotnej. Samolot miałam jakoś po 9, chciałam jechać na lotnisko przed 7, ale najpierw poszłam sobie kupić kawę i ostatniego rogalika z czekoladą – nie mogłam go sobie odpuścić, tak mi zasmakowały. Stwierdziłam, że wolę pojechać wcześniej i poczytać sobie książkę lub poprzeglądać zdjęcia, by móc spamować na Instagramie przez kolejne trzy dni. Wypiłam kawę, rogaliki w papierowej torebce niosę w ręku, chcę sprawdzić na mapsach, czy dobrze idę na ten autobus… A tu nagle staję się bohaterem filmu akcji: ktoś przejeżdża obok mnie na rowerze i wyrywa mi telefon z ręki. Pierwsza myśl, jak błyskawica – o nie, to jest sen, ale głupi sen! Druga – o nie, przecież ja tam mam  w s z y s t k o! A potem zaczynam krzyczeć, po polsku: przecież ja mam zaraz samolot! Samolot! Niestety to nie film ani nie sen. Zostałam okradziona. Tak właściwie to był napad – w biały dzień, chociaż jeszcze wczesną porą, bo przecież przed 7, kiedy miasto dopiero budzi się do życia. Całe szczęście, że zachowałam tyle trzeźwości umysłu, że stwierdziłam, że zgłoszenie tego na policję nic nie da i jak dalej będę tak stała, to się spóźnię na samolot. Pojechałam na lotnisko, dzięki uprzejmości nieznanej Chorwatki z autobusu dałam znać do domu, by mi zablokowali telefon i konto bankowe. Całe szczęście, że dokumenty miałam przy sobie. Poszłam do odprawy, samolot miał opóźnienie, nie wiedziałam nawet, która jest godzina. Czułam się… fatalnie. Choć to dość lekkie słowo na określenie tego stanu, tamtych chwil i tego, co przeżywałam. Szczegółów oszczędzę.

W samolocie siedziałam przy oknie – cóż za chichot losu! i podczas lądowania w Krakowie widziałam Widmo Brockenu, w którym zamiast postaci zawisła sylwetka samolotu. Zdjęcia, jak się domyślacie, brak – aparat zostawiłam w domu. Zdjęć nie mam praktycznie wcale – tyle, co wysłałam na szybko przez Messengera, „prześlij dalej” te same zdjęcia do wszystkich najbliższych i to głównie z pierwszego dnia. Więcej mam zdjęć papug, którymi się zachwycałam, niż całej reszty. (a zdjęcia wyszły mi nad wyraz fajne z tego wyjazdu, bo i pogoda dopisała i miejsca…) Cóż.

Mogłam nie iść po tą kawę. Mogłam wracać tak jak przyszłam. Mogłam wyjść kilka minut później. Albo wcześniej. Mogłam zrobić sobie chmurę na zdjęcia. Mogłam. Ale mogłam też dostać w łeb. Prócz telefonu mogli mi ukraść torebkę z dokumentami. Mogłam nie zdążyć na samolot, mogłam nie wrócić do domu. Co ja bym wtedy zrobiła??! Mogli mi ukraść ten telefon drugiego dnia, a nie ostatniego. Mogłam nigdzie nie jechać. Nie wychodzić z domu. Albo wyjść i wpaść od auto. Mogłam.

A tak w ogóle cóż to za idiotyczne gdybanie! Potem się dowiedziałam, że nie ja jedna jestem ofiarą napadu w Barcelonie. Koleżance z pracy brata rowerzysta wyrwał telefon, a gościu idący za nią popchnął ją i wyrwał torebkę z dokumentami. Takich przypadków jest więcej. „Trzeba być bardziej uważnym” – powiedział mi pan w banku, na co roześmiałam się mu w twarz, życząc powodzenia, gdy w dużym mieście będzie trzymał telefon w ręku, jak robi to każdy. Każdy! To nie jest kradzież kieszonkowa, to jest wyższa sztuka kradzieży i napadu.

Barcelona jest tak niesamowita, tak bajeczno-magiczna, że aż mi się serce kraja, że człowiek człowiekowi takie zło może wyrządzić. Nie chciałabym, żeby to wydarzenie rzutowało na mój wyjazd, bo przez te trzy dni w Barcelonie byłam zachwycona i czułam się po prostu szczęśliwa, ale, niestety, rzutuje to. Na samą myśl o Barcelonie kulę się w sobie, boję się osób wymijających mnie na rowerze, gdy idę po Wadowicach. To, że udało mi się ten mój urodzinowy wyjazd jakkolwiek opisać, uważam za prawdziwy sukces.

Włożyłam w ten opis barcelońskich wojaży całe swoje serce. Chcę pamiętać piękne chwile, które mnie tam spotkały w dzień moich okrągłych urodzin, a skoro mam tak niewiele zdjęć, muszę to sobie wyryć w głowie, zapamiętać te obrazy. Tego nikt mi nie wyrwie z ręki ani z głowy.

Dziękuję tym, którzy dotarli do końca. Trzymajcie się!

PS. Kolejne Dzikie Wojaże już wkrótce! Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, jestem dziś bogatsza o nowe doświadczenia!

Dzikie wojaże

Urodzinowy Paryż

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że nie lubię w dzień urodzin siedzieć w domu lub nie daj Boże w pracy (tfutfu), to najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… W tym roku zawiało mnie bardzo nietypowo – bo na Zachód. Do Paryża.

Agusia i Wieża Eiffla

Francja jest moim 23. Krajem, który odwiedziłam. W sumie to tak się trafiło z tym Paryżem – odwiedziłyśmy (oczywiście z Eweliną) naszego Wujka, który tam mieszka i pracuje. Wiadomka – z lokalsem najlepiej! Nikt inny tak nie zna dobrych knajp, ciekawych zakamarków i ogólnie nie pokaże miasta!

Prawdę mówiąc nie miałam żadnych oczekiwań co do Paryża. Pomijam fakt „pandemii” i tego, że dopóki nie usiadłam w samolocie, nie byłam pewna niczego, nawet się więc nie nastrajałam. Podróżowanie „w czasach zarazy” jest inne, do końca nie wiadomo, czy uda się wyjechać.

Oczywiście, jak to bywa, nawet na lotnisku jeszcze w to nie wierzyłam! Na przypale, albo wcale. Wchodzimy do budynku na Balicach – samolot Ryanair Beauvais (czyt. BOWE) przekierowany – odlot z Katowic, bo mgła. Skomentowałam to ironicznym uśmieszkiem. Oj mój losie-losie, tak chcesz ze mną walczyć? Ok, transportują nas wreszcie jak prosięta do tych Katowic. Po drodze mgła choć oko wykol. Znowu sobie myślę – no ni ciula, nie wylecimy dzisiaj! Oj mój losie. Wszystko mi na przekór! Koniec końców, by nie przeciągać tych moich zmagań z losem, usiadłam w tym samolocie – z ponad 3 godzinnym opóźnieniem!!! – westchnęłam głęboko, a wraz z rozgrzewaniem się silników już wszystko poszło, pojechało (kocham ten dźwięk, powoduje we mnie ciary i wrzenie krwi) nareszcie mogłam zacząć CIESZYĆ SIĘ PODRÓŻĄ! Yeah! Po dwóch latach wreszcie lecę samolotem i aż chce mi się z tego powodu ryczeć! Całe dwa lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do Kijowa – dwa lata… Och, ileż emocji. Dopiero więc jak wzbiliśmy się w przestworza, ponad mgłę, ponad chmury – uderzyło nas czyste słońce i ujrzeliśmy wystające, błyszczące czubki Tatr (!) – coś pięknego! Wystarczyło tylko unieść się ponad. Im wyżej, tym lepiej – ZAWSZE!

Jeszcze nie wierzymy, że lecimy!

A tak BTW – w międzyczasie oczekiwań tak sobie siedzę i ze stoickim spokojem czekam cierpliwie na odprawę, czytam książkę i stwierdzam, że tęsknię za brzmieniem obcego języka. Nagle gdzieś pośród głosów wybija się gruziński. Nie rozumiem, ale rozpoznaję słowa po intonacji, oderwana od czytania podnoszę głowę – no oczywiście, że gruziński! Tęsknię za tym ich darciem, charczącymi spółgłoskami, intonacją – co za chora miłość!

Wracając do Paryża.

Lotnisko BOWE to totalna dziura. Serio. Bywałam już w dziwnych miejscach na świecie, typu lotnisko Kutaisi czy dworzec autobusowy we Lwowie czy Budapeszcie, ale takiej dziury jak jedno z trzech lotnisk Paryża to nie widziałam. Nie dość, że na końcu świata (ok, rozumiem), to nawet obsługi nie było 😄 szok. Jak można przejść bez kontroli dokumentów, O SPRAWDZENIU CERTYFIKATÓW COVIDOWYCH NIE WSPOMINAJĄC! Wpuścili nas do Francji ot tak. Jako certyfikat szczepionki mogłabym mieć wydrukowany kod QR z paczki chipsów lub opis miodu wielokwiatowego z etykietki Pasieki, cokolwiek. Żeby było śmieszniej – pierwszy i ostatni raz certyfikat szczepień, który nam dokładnie sprawdzili i zeskanowali pokazałyśmy idąc do kibla przy kinie w galerii (bo te w galerii były już zamknięte). Komedia, jak dla mnie.

Sami widzicie, z jakimi przygodami, ale w końcu dotarłam do tego Paryża. Poderwałam się na widok wielkiego megalopolis i wyrastającej figurki Wieży Eiffla – znaku firmowego francuskiej stolicy, jakby nie patrzył. W ramach ciekawostki – Wieża Eiffla miała być tylko tymczasową instalacją przeznaczoną do rozbiórki po 20 latach. Wybudowano ją na Światowe Targi w 1889 roku. Ma wysokość 324 metrów, składa się z 18 tysięcy metalowych części zespolonych 2,5 milionami nitów i waży 10100 ton. Stoi do dzisiaj, urosła do rangi symbolu i ma się bardzo dobrze.

Żelazny symbol Paryża

Jak już wspominałam, nie miałam żadnych oczekiwań względem Paryża. Dużo słyszałam opinii – jest nawet pojęcie „syndrom paryski” – że ludzie spodziewają się efektu wow, a tu dupa blada, Paryż nie spełnia oczekiwań. Dlatego ja się na nic nie nastawiałam. I to było dobre podejście!

Planowałam wcześniej urodzinowego food tripa do Włoch, wyszła Francja – tego też się nie spodziewałam, ale i to okazało się niezłym food tripem! Od pierwszego wyjścia na ulicę – zwabił mnie zapach, przykleiłam się do szyb jakiejś piekarnio-cukierni (fr. BULANŻERKA) i przepadłam. POŻERA SIĘ OCZAMI. Naprawdę, patrzyłam na te wszystkie cuda-cudactwa, a ślina ciekła. Nosem w sumie też, bo piekarnie wypiekają świeże pieczywo nie raz, ale 2 lub 3 razy dziennie. Jak Francja, to oczywiście bagietki – w ramach ciekawostki: paryska bagietka stworzona została na zamówienie Napoleona. Jego kucharz miał stworzyć bułkę, która  zmieściłaby się w spodniach żołnierzy wojsk napoleońskich. Tak właśnie powstała bułka paryska o wymiarach 65×6 cm, która są do dziś chronione francuskim prawem. Dostajesz takie bagiety prosto do łapy, owinięte w papier (normalnie jak puri, chleb gruziński) – po drodze do domu zdążysz opierdzielić już połowę tej cieplutkiej i pachnącej pyszności… Wujek się śmiał, że najbardziej paryski obrazek to pięknie ubrana dziewczyna na skuterze z fajką w ręce i bagietkami wystającymi z plecaka 😄

Bagieta!

– i croissanty! O matko. Słodkożercy nie mają we Francji lekkiego życia; byłam 4 dni, chciałam spróbować i tych croissantów (wersja z czekoladą, wersja pusta), i krep (naleśników z budek na ulicach – też w papierku do łapy; lubię takie klimaty), i eklerków, i brownie, i tartaletek, i makaronków, i o mamo, wszystkiego tego pięknego, co na pewno jest też smaczne, ale:

  1. Żołądek nie jest z gumy;
  2. Portfel też nie jest z gumy – te pyszności kosztują. Dla przykładu średnio: ekler 4 euro, makaronik 1,6 euro.

Jak żyć.

W dodatku to wszystko jest tak piękne, że o matko. Chciałabym trafić do takiej paryskiej cukierni na kurs zdobienia wypieków, są perfekcyjne w każdym calu! 😍 Ale dobra, koniec mojej ody do słodyczy, choć na ten temat mogłabym tak długo, popatrzcie sami na te zdjęcia i po prostu przyznajcie mi rację! 😜

Paryż zamieszkuje ponad 2,1 mln ludzi – szczerze mówiąc zdziwiło mnie to, myślałam, że będzie to koło 7-8. (Stambuł i Moskwa nadal na prowadzeniu jako największe miasta, w którym byłam), ale i tak sprawia wrażenie wielkiego megalopolis. Może to przez ilość turystów – rocznie sięgającą do 30 mln przyjezdnych. Stolica Francji podzielona na dzielnice – obecnie jest ich 20, ułożonych w spiralę rozchodzącą się od centrum miasta. Metro liczy 14 linii, dwie kolejne są w budowie. Jasna architektura idealnie kontrastowała z szarym, grudniowym niebem. Mimo to wszystko Paryż wydał mi się nieco martwy, chłodny, bez życia – takie było moje odczucie. Francuzi chodzą jak roboty, nie rozmawiają ze sobą (ah, to wschodnie przekrzykiwanie się i pełen werwy chaos, w którym się tak odnajduję!), nie uśmiechają się… Niby porządek, czysto, ale życia brak. Pomijam fakt, że brzmienie francuskiego totalnie do mnie nie przemówiło – mówią, jakby połknęli żabę, ale ta żaba utknęła w połowie przełyku. Nie moje klimaty, a ucho mam dobre, wyczulone. 😆

Co do życia i jego braku – w Paryżu nie widziałam ani jednego kota i ani jednego psa na ulicy (mieszkańców miasta, jak w każdym innym gdzie byłam!) – ani jednego!! Za to… W Paryżu są szczury. Szczury wielkości kotów. W parku pod Wieżą Eiffla naliczyłam ich 5 – na jednym skwerze! Ciekawe bardzo. Taki widać urok 🐭

Paryż dość długo nie kojarzył mi się z żadnym innym miastem. Zero, nic. Do czasu, aż zobaczyłam Luwr. O kurde, toż to Petersburg! Ermitaż, Pałac Zimowy! Od razu to ujrzałam, skąd Piotruś car Wszechrusi wziął inspirację! 😉 Luwr – to najczęściej odwiedzane muzeum na świecie – rocznie zalicza je pawie 10 mln turystów. A owa słynna Piramida, wybudowana końcem XIX wieku na podobieństwo Piramidy Cheopsa, jest najbardziej popularnym motywem wśród Rosjanek na instagramie 😆 ja też mam tam zdjęcie, w dodatku w swoim czaderski czerwonym berecie, ale nie psułam sobie swojego górskiego profilu, wrzucając takie zdjęcie na insta! 😂

Agusia i Piramidy pod Luwrem

Największe wrażenie zrobiła na mnie Dzielnica Montmarte z górującą nad nią Bazyliką Sacre Coeur (SAKREKER).

Już w połowie XIX wieku Montmartre stał się ulubionym miejscem artystycznej cyganerii. Ten duch artyzmu unosi się tam do dziś, widać go gołym okiem! Być może dlatego tak bardzo przypadł mi do gustu, mogłabym się tam włóczyć dwa dni! Lubię takie miejscówki 😅 Oczywiście nie omieszkałam wydać całe 7 euro i wejść po 234 schodach (tak mówi internet, bo ja tego nie liczyłam!) na dzwonnicę Sakreker, by zobaczyć przepiękną panoramę Paryża.

U podnóża Montmartre znajduje się słynny paryski Plac Pigalle, gdzie sprzedawane są opiekane kasztany (pachnie nimi na pół ulicy! Ale jakoś w końcu nie spróbowałam), słynny jeszcze z jednej rzeczy – czerwonych latarni 😅 a dzisiaj po prostu pubów, sex shopów i klubów. Ktoż nie słyszał o teatrze Moulin Rouge! Ów Czerwony Młyn wyróżnia się z daleka – czadowo było zobaczyć to na własne oczy! Tak jak i słynną knajpę Le Chat Noir (LE SZANUŁA) z czarnym kotem w emblemacie – kiedyś kabaret skupiający artystyczną bohemę Paryża. Co ciekawe – pamiętam, jak w Petersburgu widziałam plakaty z Le Chat Noir i już wtedy ten kocur wpadł mi w oko!

Jeszcze jedna świetna miejscówka – z serii tych czadowych, bo bezpłatnych 😆 Galeria Lafayette – i to nie ze względu na drogie butiki Diora czy Gucciego, bo takie nigdy w życiu mnie nie jarały i jarać nie będą, ale ze względu na dach, na który można wjechać schodami ruchomymi przez kilka pięter – i na panoramę miasta, która się z tego dachu roztacza!! Moje MUST SEE W PARYŻU zaliczone! ✌️

Wnioski z urodzinowej wycieczki do stolicy Francji? Nie odczułam syndromu paryskiego. Może dlatego, że nie miałam co do niego żadnych oczekiwań, a może dlatego, że mi po prostu niewiele do szczęścia potrzeba i potrafię się cieszyć wszystkim.

Przede wszystkim – najważniejsze, że mogłam się wyrwać na kilka dni z Polski. I polecieć samolotem, bo mi bardzo tego brakowało.

Oby 2022 rok przyniósł więcej Dzikich Wojaży!!! I dłuższych podróży samolotem! 🙃 Trzymajcie się ciepło i łapcie jeszcze kilka zdjęć z Paryża!

Dzikie wojaże

Urodzinowy Kijów.

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… To sobie pojechałam. A tak właściwie – poleciałam.

Żeby było śmieszniej, towarzyszką moich urodzinowych wojaży jest już zawsze od paru lat moja Siostra Ewelina, która swoje świętuje 5 dni po moich, w dzień urodzin Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili, czyli 18,.12. 😀

Wrzuciłam na instagramową relacje zdjęcie paszportu z podpisem i krótką ankietą: No to fru! Jedyny słuszny kierunek – na Wschód! Gdzie lecę? A) Ukraina B) Rosja C) Gruzja . Co najśmieszniejsze, najwięcej osób zagłosowało na państwo na literę G. Połowa mniej – na Rosję (oj tak, tam to bym sama chciała lecieć, ale jest jak jest….), a najmniej na Ukrainę. A to tam właśnie leciałam.

IMG_20191215_122000.jpg
Urodzinowy wypad Sióstr.:)

Ukraina jest świetna! Byłam tam już po raz piąty, więc wiem, co mówię. 🙂 Miałam jechać do Lwowa, ale że mój Brat kategorycznie stwierdził, że on już autobusem na Ukrainę nigdy więcej nie pojedzie, zaczęłam szukać połączeń samolotowych. A propo’s szybka dygresja: przypomnę szybko, dlaczego Mateusz zraził się do podróżowania autobusem. Gdy jechałam z nim do Kijowa w czerwcu 2017 roku, był to czas, gdy Unia Europejska zniosła wizy dla Ukraińców. Był ich cały autobus, a na przejściu pomiędzy naszymi państwami niewyobrażalne korki. Mieliśmy być w Krakowie na 7:00, byliśmy o 19:20, na granicy spędzając całe 12 godzin, z czego podróż z Kijowa do Krakowa zamiast 11 godzin, trwała prawie dobę. Mieliśmy po jednej drożdżówce, które skonsumowaliśmy dość szybko, nawet nie przypuszczając, że czeka nas tak długie oczekiwanie, potem zaczęliśmy jeść batoniki czekoladowe, które wieźliśmy dla naszej Siostry i całej bandy, a kończyło się na zapychaniu cukierkami, bo nic więcej już nie mieliśmy. Mnie ta historia szczerze rozbawiła, choć tak naprawdę wtedy nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy raczej płakać, a Mateusz, jak widać, zraził się na amen.

No więc zaczęłam szukać połączeń samolotowych. Okazało się, że z Balic do Lwowa nic nie lata, ale jest za to Kijów. Hm. Niby po raz trzeci w przeciągu 2,5 roku, Mateusz też już był, no ale… Kijów jest w moim ścisłym TOP-3, więc polecieliśmy, takie miasta się nie nudzą. A dla Eweliny i tak wszystko było nowe.:)

_DSC4777.JPG
Matka Ojczyzna i czołgi z Donbasu

Kijów to miasto z długą i niesamowitą historią. Niemalże na każdym kroku czekają różne pamiątki przeszłości: od starodawnej stolicy Rusi Kijowskiej (IX-XII wiek), poprzez okres, kiedy to miasto należało do Wielkiego księstwa Litewskiego, czyli wielikoj Polszy od morja do morja, poprzez szarobury, ale kwiecisty socjalizm, aż do uzyskania swobody po upadku Związku Radzieckiego, wolność o całkowitą niezawisłość, wreszcie przejmujące wydarzenia z 2014 roku kiedy to Kijowski Majdan był na ustach całego świata. Już podczas pierwszego wyjazdu największe wrażenie zrobił na mnie właśnie Majdan Niezależności. Tym razem pogoda nie była tak szałowa jak poprzednio, ale to miejsce ma naprawdę taki klimat, że odczuwa się go nawet, gdy ziąb i mgła. A może wtedy nawet jeszcze bardziej.

Obowiązkowym punktem wyprawy było odwiedzenie Kijowsko-Pieczerskiej Ławry.  O matko. Ile ja się o tym miejscu musiałam czytać na zajęciach z literatury staroruskiej!! Albo historii Rusi!! Niesamowite, zobaczyć na żywo miejsce, tak ważne dla kultury i historii nie tylko Rusi Kijowskiej (dzisiejsza Ukraina, Rosja i Białoruś), ale i Europy i świata!! Także to miejsce również z typu „must see”, nie nudzi się!

Ławra, zwana „matką monasterów”, jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. Pamiętam, jak w czerwcu w sadzie tuż za Ławrą gałęzie czereśni uginały się od owoców. Tym razem aura troszkę inna, ale jakby specjalnie na okazję mego powrotu do tego miejsca, w niedzielę wyszło piękne słońce i mogłam powtórzyć zdjęcia. Jak widzicie, ja naprawdę lubię wracać tam, gdzie już byłam i nic na to nie poradzę!

_DSC4757.JPG
Ławra Kijowsko-Pieczerska, widok z dzwonnicy. 

Co ciekawe – na przełomie ostatnich 2 lat Kijów znacznie podrożał. Pamiętam, że w 2017 za wstęp do Ławry (Dzwonnica) płaciłam 35 hrywien, w tym roku już 50. Jeden przejazd kosztował 4 hrywny, a dziś już 8 – raz tyle! Mimo to wszystko Ukraina jednak nadal jest tania, bo za wielką siatkę cukierków i czekoladowych Dedów Marozów na choinkę zapłaciłam niecałe 30 zł. I oczywiście nie obyło się bez zakupu sgusionki (mleko skondensowane z cukrem, gotowe do spożycia, najlepsze do naleśników, cała moja rodzina tak je). Wzięłam od razu 3, bo to moja choroba – a co by było, jakby w lodówce zabrakło mi sgusionki?! Może masła i jogurtów, ale nie mojego wschodniego przysmaku! 😉

Była jednak jedno nowe miejsce, którego poprzednim razem nie widziałam. Kijowski odpowiednik WDNH, a raczej WDNG, czyli w skrócie Centrum Wystawienniczego. Tym moskiewskim byłam tak zachwycona, że musiałam je zobaczyć w świetle nocnym, jak i wrócić na kolejny dzień; nie inaczej stało się tym razem. 😀 Nie wiem, czy przyciągnęło mnie tak samo miejsce i jego sowiecki klimat, czy swoje trzy krople dodał jarmark bożonarodzeniowy i grzaniec. HIT! Grzaniec z białego wina, z imbirem i rokitnikiem (który ubóstiwam prawie jak sgusionkę)! Tak, to zapewne podświadomie dla niego tam wróciłam. 😉 Bo przecież jak wyjazd urodzinowy, to musiałam sobie wypić na zdrowie, a jak. Nie obyło się również bez wizyty w słynnej już także w Polsce ukraińskiej knajpie Pijana Wiśnia. Serwują tam jeden produkt: nalewkę wiśniową. 100 lub 150 ml. To też było hitem.:) A’propos: Ukraina jest prawosławna, świętować zaczyna 31.12 (bo Nowyj God), a Boże Narodzenie obchodzi dopiero 7.01, tym bardziej się cieszyłam, że jarmark już był i mogłam poczuć ten piękny klimat oraz napić się grzańca z rokitnikiem 😀

IMG_20191213_173024.jpg
Grzaniec z białego wina z imbirem i rokitnikiem.

3 dni w Kijowie minęły jak z bicza trzasnął i trzeba było wracać do polskiej rzeczywistości. Kto nie był jeszcze w stolicy Ukrainy, a ma jakiekolwiek wątpliwości, to podpisuję się rękami i nogami, że naprawdę warto, nie pożałujecie! Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania co do organizacji takiej wycieczki – śmiało, służę radą.:)

PS. A jeżeli chcecie sobie porównać, jak Kijów wygląda w połowie czerwca, zapraszam tu: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/kijow/

PS2. Mój drugi wyjazd do Kijowa był tylko przystankiem do Czarnobyla, a tekst tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/ekstremalnie-czarnobyl-i-prypec/

 

Dzikie wojaże

Zimowa Kraina Czarów – MOko.

Kiedy zaczynam się snuć po domu jak zbity pies i gdy jak u Mickiewicza: Czegoś mi brakuje, coś widzieć żądam; I tęskniąc sobie zadaję pytanie: czy to już T E N  C Z A S, to odpowiedź zazwyczaj jest jedna. Tak, pora jechać w góry.

Ledwie miesiąc minął, a już chciało się gór, chciało się przewietrzyć głowę, przemrozić myśli. Domowa stacja meteorologiczna funkcjonowała niemalże od pierwszych dni grudnia, optymalizacja wyboru terminu wypadu była ściśle uzależniona od warunków 😀 cóż ukrywać, warun ważna rzecz, by zdjęcia fajne były, a aparat nie ucierpiał od śnieżycy!

Oczywiście jak zwykle mój kompas w głowie wskazywał na kierunek Kuźnice, ale z racji nie do końca pewnej pogody stwierdziłam: aa kij. Lata nie byłam na Morskim Oku! A bo co to dla mnie za wyzwanie, jak droga asfaltowa, blablabla. W sezonie nie ma to żadnego uroku, jeszcze tysiąc pięćset ludzi na każdy metr kwadratowy.  Postanowiłam jednak zaryzykować- jak się okazało, intuicja mnie nie zawiodła. 🙂 Z resztą – zimowa sceneria robi z tego miejsca całkowicie bajkowe otoczenie! Człapie się to 10 kilometrów i całą drogę można się zachwycać, naprawdę.

Co tu dużo gadać, popatrzcie z resztą sami: 

 

Samo Morskie Oko to największe jezioro w Tatrach, położone u stóp Mięguszowieckich Szczytów, na wysokości 1395 m n.p.m. Panorama przedstawia od wschodu Grań Żabich (Żabia Czuba 2079 m.n.p.m., Żabi Szczyt Niżni 2098 m.n.p.m., Żabi szczyt Wyżni 2259 m.n.p.m.), Mięguszowieckie Szczyty (Czarny 2404 m.n.p.m., Pośredni 2393 m.n.p.m., Wielki 2438 m.n.p.m.), Cubrynę ( 2376 m.n.p.m.) po Szpiglasowy Wierch (2172 m.n.p.m.). Dalej grań skręca w kierunku północnym i przez Miedziane (2233 m.n.p.m.) i Opalone (2115 m.n.p.m.) domyka otoczenie Morskiego Oka. Wyróżniająca się sylwetka Mnicha (2070 m.n.p.m.), zarys karu polodowcowego nad Czarnym Stawem (1583 m.n.p.m.) i ciemna barwa ściany Kazalnicy (2159 m.n.p.m.) to charakterystyczne składniki krajobrazu nad Morskim Okiem.

_DSC4691.JPG
Panorama znad Morskiego Oka. 

„Bo jak jest zima, to ma być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury” – prawda? Nie wszyscy jednak to przyjmują do wiadomości, tak samo jak to, że tą porą bardzo szybko zapada zmrok. Z Morskim Okiem związana jest groteskowa historia. Śmieszna i tragiczna zarazem. Tym bardziej, że zdarzyła się już nie jeden raz: turyści utknęli nad jeziorem, ponieważ zastał ich zmrok, a konne zaprzęgi wtedy nie kursują! Po godzinie 17 zaalarmowali straż pożarną, policję, biedny TOPR, a nawet wojewodę małopolskiego o tym, że mają problem z powrotem do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się szlak. Na miejsce wysłano dwa patrole policyjne. Okazało się, że na zejście czeka grupa niemal pięćdziesięciu turystów, którzy nie mają latarek i boją się zejść w dół. Czytając takie informacje, czasem mam wrażenie, że niektórych ludzi powinien nastraszyć głodny miś, by uruchomić ich szare komórki. 🙂

Oczywiście mam już takie zboczenie zawodowe, że będąc w górach pierwsze co, to patrzę komuś na buty 😀

Napatrzyłam się, na jakiś czas mi wystarczy. A żebym za bardzo się nie stęskniła – 7.01.2019 znowu lecę do Gruzji. Uwaga uwaga – na narty. Żeby było śmiesznie, będę je miała pierwszy raz w życiu na nogach. Boję się trochę, najbardziej chyba boję się tego, że… mi się to spodoba i będę miała kolejne (drogie) hobby. DZIOŁCHA Z GÓR I NA NARTACH NIE JEŹDZI!!!!!!!!! Trzeba to zmienić 😀 Przy okazji zobaczę, jak zimowa Kraina Czarów wygląda w wersji gruzińskiej.

Si ja! :)))))))