Dzikie wojaże

Żeby życie miało smaczek… czyli Kazbek na odmianę!

Sezon w pełni. Nawet nie wiem kiedy ten lipiec zleciał! Grafik na sierpień napięty do granic możliwości, także ani się obejrzę, a już będzie wrzesień. A potem październik i pora wracać do Polski. Kręci się, kręci życie jak szalona karuzela. Wspominałam kiedyś, że to sad-maso, ale kurde no. Lubię to. Jakoś się w tym zwariowanym chaosie odnajduję.

Ostatnio mam wręcz zdumiewającą częstotliwość wypraw, które zakończyły się postawieniem moich stópek na wysokości powyżej 5000 m n.p.m. Co niedziela to szczyt!!

14.07 – Elbrus 5642м

21.07 – Elbrus 5642м

28.07 – Kazbek 5033/5047/5054м

Wysokość Kazbeku nie jest jednoznaczna. Rosjanie twierdzą inaczej (ponoć mierzyli to od poziomu Morza Bałtyckiego, ale ja się nie znam i nie wiem, jak mierzy reszta świata), a ostatnio ekspedycja National Geographic doszła do wniosku, że od ostatniego pomiaru Kazbek jest jednak wyższy. Więc w sumie w końcu nie wiadomo, jak to z tym Kazbekiem jest.

_DSC5749.JPG
Kwitnący Kazbek.

Tak jeszcze a’propos. Tego drugiego wejścia na Elbrus w ogóle się nie spodziewałam, ale z racji dobrej aklimatyzacji po prostu zostałam postawiona przed faktem dokonanym: „jutro jedziesz, szykuj się”. Lubię takie niespodziewane zwroty akcji w swoim szarym życiu 😀

Stwierdziłam, że ostatnio częściej znajduję się na wysokościach (tak co najmniej 3600m n.p.m.), niż w dolinach. Poziom czerwonych krwinek, a przy okazji i adrenaliny, połączonej z endorfinami rośnie! Najśmieszniejsze jest to, że naprawdę czuję się jak górska kozica – doskonale, po prostu w swoim żywiole. I nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne.

Po kilkukrotnym pobycie pod/na Elbrusie, jak wspominałam ostatnio, stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo. Zaspokoiłam swoje tęsknoty. A teraz – jeszcze opalenizna z nosa nie zdążyła zejść, kiedy jutro się pakuję i ruszam raz jeszcze. Tak na deser. Albo na dobicie. Potem znowu stwierdzę, że jednak tęsknię za Elbrusem. Złażąc z góry, tak sobie myślałam: co wolę? Co jest dla mnie lepsze, bliższe sercu? Ciężko jednoznacznie to stwierdzić, ale chyba jednak przymierzam się do Elbrusa. Jestem zwolennikiem teorii pierwszego wrażenia, a panoramy, które tam zobaczyłam, nie mają sobie równych i za każdym razem powodują u mnie miękkość kolan.

_DSC5866-01_new.jpg
Niebo pełne gwiazd na szybko. 15 min przed wyjściem. na atak szczytowy. 

Oczywiście moja życiowa dewiza, że „głupi to ma zawsze szczęście” po raz kolejny się sprawdziła. Kazbek poszedł jak z płatka: pogoda żyleta, siła czołgu i wszystko jakoś dobrze się złożyło. W dodatku 100% mojej grupy stanęło na szczycie – całe 15 osób! To cieszy.:) Czasem sobie nieśmiało myślę, że może prócz tego głupiego, to i ja przynoszę szczęście? 😉 Tym razem miałam aparat przewieszony przez całą drogę. W ogóle szłam dużo bardziej świadomie niż za pierwszym razem, więc po prostu się tym cieszyłam. Chłonęłam widoki, wrażenia, doświadczałam. I jak tu gór nie kochać, skoro góry pokazują się z takiej strony… Można być największym głupim świata, ale dla takich rzeczy – chyba warto.

W dodatku dosłownie 20 minut przed wyjściem na atak szczytowy udało mi się jeszcze ustrzelić Drogę Mleczną. Sierpień miesiącem gwiazd, wyzwanie #MilkyWayChallange w trakcie! Kolejne próby już niedługo.

_DSC6160.JPG
Panoramy z Kazbeku. Macham Elbrusowi:) 

Tak sobie myślę, że czasem mi się nie chce. Przecież z natury jestem leniwa jak kot. Lubię leżeć i czytać książki. Nienawidzę żadnych ćwiczeń, ani treningów i tak właściwie nie robię nic dla swojego „bycia fit”, które ostatnio jest tak w modzie. Na przechwałki ludzi, ile ostatnio przebiegli przewracam oczami, a kawy nie wyobrażam sobie bez wafelka, a najlepiej to pięciu. Zamiast pełnowartościowych żeli energetycznych wciągam mleko skondensowane z tubki z kosmiczną ilością cukru. Jem cukierka za cukierkiem i doprawiam czekoladą, bo jakoś tak mi mało. A mimo to wszystko jakoś daję radę i koniec końców stwierdzam, że jednak od siedzenia w bazie wolę iść do góry. Że jednak mi się chce.  I oby ciągle się chciało. To tylko pierwsze bezsensowne myśli, kiedy wydaje mi się, że jestem zmęczona i po co mi to wszystko.

Po co? Bo Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.” I tak zawsze, w kółko.

Do następnego!

 

Dzikie wojaże

Od Chewsureti po Kazbek.

Po całych dwóch tygodniach wróciłam do cywilizacji!! Jestem teraz jak typowy człowiek XXI wieku,  leżę w łóżku z komputerem, podjadam ciasteczka, słucham popsy i piszę. Takie psychiczne odreagowanie 😉

Ostatnie dni spędziłam z grupą 16 Hiszpanów, a tak właściwie – Basków. Dwa dni przed przyjazdem napisali maila, czy ich przewodnik może nie mówi czasem po hiszpańsku, bo ich angielski jest bardzo słaby? Ulżyło mi wtedy, bo okazało się, że jesteśmy na podobnym poziomie, więc wiedziałam, że się dogadamy 😀  Szczerze mówiąc spodziewałam się grupy 16 gorących junaków, a na lotnisku okazało się, że najmłodszy z nich ma 40, a najstarszy 70  lat. Opadła mi kopara, bo przecież w perspektywie mieliśmy trekking z Chewsureti do Juty, czyli jakieś 60 km po górach, a potem jeszcze chcieli wejść na Kazbek! Okazało się jednak, że kondycji mógłby im pozazdrościć niejeden 20-latek! Z takimi to można chodzić! 😉 Przy tym okazali się ciepłymi, uśmiechniętymi i przesympatycznymi ludźmi. Gdy rozmawiali ze sobą po baskijsku, nie rozumiałam ani słowa, ale czasem śmiałam się razem z nimi, jakbym właśnie usłyszała najlepszy kawał świata! Ja mówiłam do jednego po angielsku, on tłumaczył całej reszcie i tak wyglądała nasza komunikacja, a mimo to otrzymałam tyle przejawów sympatii i wdzięczności, że aż byłam w szoku, że tak się da. Cóż, uśmiech i entuzjazm działa jednak cuda i to ponad barierami! 😀 cudowne, naprawdę! Jak tu nie kochać tej pracy w Gruzji, skoro przynosi tyle pozytywnych wrażeń?

_DSC6537.JPG
Turkusowe jeziorko Abudelauri.

Nasz trekking po Chewsureti rozpoczęliśmy w Szatili. Niestety, nie zrobiłam tam ani jednego zdjęcia, bo w ferworze wszelakich przygotowań do trasy kłóciłam się z Gruzinami, wciąż jeszcze myśląc, że sobie ze mnie (znowu) żartują, twierdząc, że nie mamy lokalnego przewodnika, bo sobie nie przyszedł. Okazało się, że to była prawda. Ja zostałam więc polowym kucharzem wyprawy, a Misza, którego rola miała ograniczać się do rozkładania namiotów, na podstawie map z telefonu wyliczał nachylenia terenu i ogarniał trasy na kolejne dni. I daliśmy radę!! Mistrzowie improwizacji 😉 Upał dał nam się ostro we znaki, oczywiście zjarało mnie w kolejnych dziwnych miejscach, o których bym nie pomyślała (pod kolanami?!), ale to już żadna nowość 😛 stwierdziłam, że lepszy jednak upał, niż deszcz. Nieraz pokonywaliśmy spore dystanse, trzeba było trawersować zbocza i balansować na graniach, po za tym przedzieraliśmy się przez chaszcze pełne dzikiej marchwi i olbrzymich barszczów (potem w głowie pika taka lampka: a jak się poparzę? Ponoć jednak kaukaskie barszcze nie są zmutowane i nie parzą) Całe szczęście obyło się jednak bez problemów. 🙂

Z Szatili w Kistani, potem w Gudani, gdzie wprost z namiotu rozpościerał się najpiękniejszy widok, jaki mogłam sobie wymarzyć, dalej do Roszki i nad jeziora Abudelauri, gdzie miejsce biwakowe było równie magiczne, jak poprzedniej nocy, przez przełęcz Chaukhi, aż do Juty. Było pięknie, naprawdę.

_DSC6405.JPG
Wprost z namiotu rozpościerał się najpiękniejszy widok, jaki mogłam sobie wymarzyć.

Potem szliśmy na Meteo, połowa próbowała swych sił na Kazbeku, a ja siedziałam z przewodnikami (jakby inaczej!) , piłam herbatę za herbatą i znowu co chwila robiłam maślane oczka z prośbą o tłumaczenie ich opowieści 😉 trzeba się tego gruzińskiego jednak zacząć porządnie uczyć :P znowu poznałam tyle niesamowitych ludzi, że szok. Mam teraz takie znajomości w środowisku górskim, że nie pozostaje nic innego, jak tylko zdobywać szczyty! 😉 liczę na to, że już niedługo zdobędę swoje pierwsze 5000 😀 z taką częstotliwością przebywania na Meteo i doskonałą aklimatyzacją, to tylko kwestia dobrego okna pogodowego i sru! Hiszpanom niestety nie udało się stanąć na szczycie ze względu na zbyt silny wiatr, ale droga również była dla nich niezapomnianym przeżyciem, a to przecież w górach liczy się najbardziej.

Liczę, że będą Gruzję wspominać miło! Teraz czeka mnie kilka dni w biurze, popadnę w sam środek tajfunu turystów i zdobywców Mkinvartsveri, potem kolejna grupa, kolejne wyzwania i już sierpień na horyzoncie i jeszcze więcej atrakcji…:)

PS. I oczywiście mam zaproszenie do Bilbao! Nawet z propozycjami matrymonialnymi na podstawie zdjęć ich synów 😉