Dzikie wojaże

Tylko jedno w głowie mam…

2:57. Ktoż normalny wstaje o takiej porze ciemna listopadową nocą? Tak cieplutko w pierzynce, gdzie tam jeszcze do wschodu słońca…. Nigdy jednak nie mówiłam, że należę do osób „normalnych”, także DZYYYYNG! Wstaję od razu z wykopem i jadę w Tatry. Co lepsze – Ewelina, śpioch nad śpiochy, również na nogach, gotowa. Góry wzywają, a skoro tylko nadarzyła się okazja – nie można im odmówić!

W dodatku budzę się z piosenką, która będzie mi towarzyszyć całą drogę, zwłaszcza po ciemku (tak jakoś mam, że sobie śpiewam pod nosem, gdy czekam na słońce; za dnia mi przechodzi): TYLKO JEDNO W GŁOWIE MAM… Polecam przeróbkę.

A miałam już nigdzie nie jechać… 😉 Zawinąć się niedzielnym popołudniem w koc i popijając zdrowotną herbatę z rokitnikiem (lub z prądem, ewentualnie już jakiś czas chodzi za mną grzaniec, ale o ile wino bym u siebie znalazła, ciągle zapominam kupić pomarańczę) czytać książki lub oglądać jakieś głębokie rosyjskie filmy o życiowych dramatach. No nie. Dopóki śnieg nie zasypie gór na dobre – hajda w góry! Grzech nie korzystać, tym bardziej, że listopad nadarzył się wyśmienity, ładniejszy niż depresyjny październik.

W październiku najpierw cały czas padało i było pierońsko zimno, zasypało Tatry i już straciłam nadzieję na wędrówkę granią Czerwonych Tatr w jesiennych warunkach, a potem, po zmianie czasu, kiedy wracając z pracy po 16 było już ciemno, zrobiło się jeszcze bardziej depresyjnie.

Wyhaczyłam jednak dwa dni w tygodniu z okienkiem pogodowym, wzięłam wolne w robocie, jeden dzień poświęciłam na prace ogródkowe, a na myśl o drugim zaczynało mnie już nosić. Łaziłam, rozmyślałam i z tych rozmyślań zrodził się wypad na Pilsko. Na wschód słońca. Inaczej byłoby zbyt nudno, a ja potrzebuję nieco adrenaliny. Na Pilsko idzie się mozolnie, dłużej niż na Babią, oczywiście w środku nocy nic nie widać, ale za to na powrocie wszystko było nowe, przez co piękne. Po drodze brakowało tylko soczystej wiosny – było lato (ciepło), jesień (złoty las) i zima – taka ze śniegiem i zmrożonym lodem tuż pod szczytem. Wesoła była ślizgawka 😀

Na 12 już w domu, mogłam poświęcić się dalszym pracom polowym oraz kuchennym. Zrobiłam zupę dyniową na ostro z mleczkiem kokosowym, a na deser muffinki dyniowe – cóż, taki sezon, wcześniej ciągle był ryż z jabłkami, a na deser szarlotka 😉

Za to listopad powitał nas wprost bajkowo, rodem z Krainy Czarów. To znaczy dwa dni wcześniej, z dnia na dzień nagle zamknęli cmentarze, dowiedziałam się o tym w piątek po 16, także tegoroczny Wszystkich Świętych zdecydowanie różnił się o typowych. W sumie w tym roku nic już nie dziwi, dobrze, że choinki rosną nam w ogródku i zawsze możemy jedną ciachnąć, bo kto wie, co nasz cudowny rząd zrobi z Bożym Narodzeniem! W każdym razie – 1.11 po dupowatym październiku wlał iskrę nadziei, że jeszcze może być pięknie i jesiennie! I było. Brakowało mi porannych spacerów po polach, spotkań z sarnami – w tym roku, a przynajmniej na pewno od czerwca chyba więcej razy byłam w Tatrach, niż na foto-łowach… Ten jeden poranek wynagrodził mi wszelaki niedosyt! Nawet lisika udało mi się spotkać:)) Patrzcie, jak było bajecznie! I jak tu nie wierzyć w Krainę Czarów? 🙂

Poza tym udało mi się zrealizować swój jesienny cel i listopadowej niedzieli, gdzie było ciepło jak latem, szłam przez Czerwone Wierchy, napawając się feerią rudych barw. Fajna pętelka – z Kuźnic przez Halę Kondratową na Kopę Kondracka, potem wio na Kasprowy i zejście przez moją ulubioną Halę Gąsienicową powrót do Kuźnic. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, ciesząc się słońcem. Potrzebowałam takiej wędrówki. Praktycznie cały czas mając przed sobą wspaniałą Świnicę i w głowie układając sobie już plany na przyszły sezon. 😉 Śpiewałam sobie „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”, byłam w pełni usatysfakcjonowana, naprawdę jedyne, czego oczekując od tego roku, to wyjechać gdzieś tradycyjnie, na urodziny. Ale potem…

A potem, dokładnie w kolejną niedzielę znowu pojechałam w Tatry, w dodatku decydując się pójść – nie bagatela! – na Przełęcz Krzyżne. Skąd taka nazwa? Krzyżne pochodzi od położenia w miejscu, w którym krzyżują się trzy grzbiety.  Jest to tak właściwie przełęcz, łącząca Dolinę Roztoki z Doliną Pańszczycy i Doliną Waksmundzką. Co ciekawe, na początku ubiegłego stulecia przez Krzyżne przebiegała Orla Perć zaczynającą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza, biegnącą przez Wołoszyn,  Buczynowe Turnie, potem Granaty, przez Kozi do Zawratu. Początkowy odcinek do Krzyżnego został zamknięty w 1932, dziś jest krańcowym odcinkiem. To nasze kolejne muśnięcie Orlej Perci tego roku! (było już przejście Granatów i Kozi Wierch solo. Kiedyś przyjdzie czas na całość! :)))

To była taka wyprawa – wisienka na torcie i zakończenie letnio-jesiennych wojaży. W oczekiwaniu na zimę, a z tego co patrzę, pisząc tą notkę – troszkę już zasypało, a na Łomicy aktualnie -16*C 😀 do połowy grudnia może zdąży zrobić się stabilny śnieg, wolne w pracy już sobie zaklepałam!

Mały człowiek, wielka Orla Perć.

Pogoda tego dnia znowu dopisała wyśmienicie. Nie licząc kilku śliskich elementów, jak chociażby przy Siklawie, gdzie prawie straciłam zęby, lub miejsc na północnym zboczu, gdzie słońce słabo dociera. To jednak szczegół. Wejście na Przełęcz Krzyżne to po prostu MIAZGA – ale koniecznie polecam od Doliny Pięciu Stawów Polskich! Schodziłam w stronę Murowańca, skręcając potem na Wołoszyn i Gęsią Szyję i na 100% nie chciałabym tamtędy iść do góry. Zero motywacji przed sobą, prócz stromego żlebu pełnego kamieni. A od strony Piątki cały czas widoki pierwsza klasa: a to majestatyczne Tatry Bielskie, Gerlach, same te piękne ostre granie i tatrzańskie warstwy, przyprawiające mnie o ciarki, no coś pięknego! Jak tu mam nie śpiewać „Tylko jedno w głowie mam…”?!

To ostatnie – Gerlach z Gęsiej Szyi.

I tak to pozostawmy! Wena się wyczerpała.

Trzymajcie się ciepło w te ciemne, listopadowe wieczory!

PS. Straszne nie jest zimno, ale właśnie ciemność. Mówię to ja, dziecko złotego światła i kwiatów.

Dzikie wojaże

Swobodne zapiski z dzikich wojaży

Hej! Pozdrowienia z Witanowic! Jestem już w domu! 🙂 Po długich wojażach i powrocie do Polski samochodem z Gruzji, wreszcie jestem w domu, uf.

Mój tegoroczny powrót do domu, całe 3800km rozłożony został na kilka dni. Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2019-10-20 195050.jpg
Trasa naszej podróży do Polski. 

Z reguły jechaliśmy według zasady: cały dzień jazdy do bólu, a kolejny dzień odpoczynek i zwiedzanie. W ostatnim etapie nieco przyspieszyliśmy i ciachnęliśmy dwa dni jazdy pod rząd, by już szybciej znaleźć się w Polsce, w domu. Im bliżej, tym więcej myśli i ochoty, by po prostu już wrócić. Gdy przekroczyliśmy granicę Turcji i Bułgarii, zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już  P R A W I E  u siebie, gdy przejechaliśmy tzw Most Przyjaźni, oddzielający Bułgarię od Rumunii odśpiewałyśmy hymn Unii Europejskiej, na widok Lidla prawie się popłakałam, a potem to już po prostu poszło.

Podczas całej podróży prowadziłam swoje swobodne zapiski, dzięki którym udało mi się zachować jaki tako chronologię wydarzeń. I myśli. Czytajcie! :))))

Dzień 1, 14.10.2019:

Tak właściwie nasza długa droga do domu rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 12.10, kiedy opuściłyśmy Kazbegi, ale po dłuższym posiedzeniu w Tbilisi, w poniedziałek z rana wyjechaliśmy w stronę Batumi z przystankiem w Kutaisi; w sumie do pokonania 350km. Dalej nie zmieniłam swojego zdania na temat tego prowincjonalnego miasteczka, głównym celem którego jest lotnisko, a atrakcją fontanna z jelonkami na wybrukowanym rondzie w centrum. Nie przemawia do mnie, podobnie jak i z resztą groteskowe Batumi. O tak, groteskowe to dobre słowo. Wybujałe budowle pośrodku kamienistych plaż, kasyna co dwa kroki i syf jak to w Gruzji.  Może to już zmęczenie materiałem, ale strzelam focha na propozycję spędzenia jednego dnia dłużej na wybrzeżu Morza Czarnego, straszę opuszczeniem granicy na pieszo, byle znaleźć się już dalej od Gruzji. Czas na ostatnie zakupy, a dodatkowo chaczapuri po adżarsku dawkowane w ilości jedna sztuka na jeden sezon smakuje wyśmienicie, jak nigdy.

Dzień 2, 15.10.2019:

Popędzam wszystkich; perspektywa spędzenia jeszcze jednego dnia w Gruzji powoduje u mnie wzbudzoną nerwowość, naprawdę chcę już stąd wyjechać. Dodatkowo nie cierpię morza, więc to też mnie przeraża. Umawiamy się z Anią i Maćkiem, że wraz z przekroczeniem granicy w miejscowości Sapi przestajemy komentować nasz sezon, co było w Kazbegi tam i pozostaje, nie wymawiamy nazwy Gruzja, używając skrótu „państwo na G”, ogólnie przyjmujemy zasadę detoksu i dobrze nam to robi. Najlepsze dopiero przed nami i tego się trzymajmy, carpe diem! 🙂 Przez 300km jedziemy wybrzeżem Morza Czarnego, ten widok wcale nie działa na mnie kojąco, czytam, a raczej z pasją zaczytuję się w „Awiatorze” Wodołazkina i jakoś 900 km tego dnia przelatuje.

72960075_736699163471717_5596944541102899200_n
Maciek-kierowca, Ania-DJ i Agusia, królowa tyłów

Turcja zaskakuje od pierwszego wejrzenia. DUR to po ichniemu STOP, a TERESZKIER – dziękuję. Tyle z ich słownika udało mi się opanować. Aa, jeszcze YALA YALA, co znaczy szybciej-szybciej! Meczet znajduje się na niemalże każdej stacji benzynowej, raz, poszukując toalety otwarłyśmy jakieś drzwi i zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego w kiblu jest rozłożony dywan. Ups, to był meczet. Po drodze, pod wieczór zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpie na pierwsze spotkanie z turecką kuchnią: kebab przypominał mięso mielone w kształcie kiełbasy, był smacznie doprawiony i przede wszystkim nie śmierdział tak jak u nas na ulicy, więc spotkanie wypadło na plus, mimo, że nasza komunikacja zniżyła się do poziomu dna: oni do nas po turecku, a ja dostaję pomieszania umysłowego i z tej rozpaczy zaczynam do nich mówić po polsku: „Płow? Nie ma płowu? Nie ma? NIE MA?!” Okazało się, że faktycznie nie było.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już w nocy wjechaliśmy do Kapadocji, miasteczka Goreme.

Dzień 3, 16.10.2019:

Wczesnym rankiem obudziło mnie nawoływanie muzeina z pobliskiego meczetu do modlitwy. A tak właściwie jego darcie: wibrująco-świdrującym głosem, rozrywającym nocną ciszę. Witamy w muzułmańskim kraju, to taka Kabardino-Bałkaria do kwadratu. Było po 6, podrzemałam jeszcze chwilę, ale dziwne dźwięki jakby gazu nie pozwoliły mi pospać. Wyjrzałam przez okno i przetarłam oczy ze zdumienia: na niebie unosiły się dziesiątki balonów! Witamy w Kapadocji! Siedziałam jak zaczarowana, by nie budzić towarzyszy nie wychodziłam z pokoju, z perspektywy czasu tego żałuję, że nie poszłam na taras – nie mam dobrych zdjęć, ale w każdym razie co widziała panienka z okienka – to jej!

Cały dzień poświęciliśmy na niespieszne plątanie się po Kapadocji: miasteczku Goreme i Uchistar, nad którym króluje twierdza, położona na wzgórzu. Jest to definitywnie niesamowita kraina, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO zarówno pod względem kulturalnym, jak i przyrodniczym . Tufowe stożki zostały w dawnych czasach wykorzystane jako miejsce na klasztory, kościoły i domy, tworząc cały system podziemnych, skalnych miast. Upliscyche z państwa na G wymięka. 😉 Księżycowa kraina, zadziwiające. 

 

 

Dzień 4, 17.10.2019:

Do pokonania ponad 750 km, trzeba jednak przyznać, że tureckie drogi są w świetnym stanie. Kończę czytać „Awiatora” i nawet nie zauważam szybkiego upływu drogi. Zatrzymujemy się na kawę, szukamy sklepu i dochodzimy do wniosku, że w Turcji chyba jest prościej kupić traktor, niż zwykły jogurt. Mniej więcej w połowie obserwujemy przedmieścia Ankary, stosy nowych osiedli z kształtnymi domkami i masę innych budujących się konstrukcji. Tak, Turcja to kraj dobrze rozwinięty. Zupełnie, totalnie wbrew stereotypom!!! Jest dwa razy większa od Polski, zamieszkuje ją 80 milionów mieszkańców i co ciekawe – jest samowystarczalna niemalże pod każdym względem. Turcy mają upodobanie do białych samochodów, na widok bogatych i olbrzymich meczetów u ojca Rydzyka wystąpiłyby palpitacje serca, jednym słowem – mają rozmach, ni ma co. Węzły drogowe, mosty, tunel pod Bosforem – jedno wielkie wow, wow, wow.

Wieczorem dojeżdżamy do Stambułu, by dostać się do hotelu tkwimy w korkach, dzięki którym mamy szansę zaobserwować i zadziwić się tym miastem jeszcze nawet nie wysiadając z samochodu. Stambuł zamieszkuje ponad 15 milionów ludzi i to po prostu widać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim mieście. Big city life na pełnej petardzie.

Dzień 5, 18.10.2019:

Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam.

 

Starożytne miasto Bizancjum, przemianowane później na Konstantynopol, na pograniczu dwóch kontynentów i dwóch kultur. Europa kontra Azja, chrześcijaństwo kontra islam. Sny o potędze, miasto rodem z baśni o 1000 i jednej nocy. Pamiętam lekcje historii, kiedy pani opowiadała o największej świątyni o dźwięcznej nazwie Hagia Sofia, którą w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono na meczet. Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet, ale w środku nie robi jakoś olbrzymiego wrażenia. Grand bazar to znowu miejsce prawdziwie arabskie, jak z wschodniej baśni – mieszanka kultur, zapachów, smaków. Głosy, barwy, aromaty i znowu ten potrzepany muzein, który drze się na pół miasta, a jego wibrujący głos echem odzywa się w kolejnych meczetach!!! Wrażenia niezapomniane.

_DSC3296.JPG
Koloryt Stambułu.

Wieczorem płyniemy promem po Bosforze: to cieśnina geograficznie oddzielająca kontynent europejski od azjatyckiego, na granicy mórz Czarnego i Marmara, będącego częścią Śródziemnego. Geograficznie i tylko teoretycznie, bo bywając na Kaukazie i wchodząc na Elbrus wiem, jak z tą Azją i Europą bywa. Nie wspominając o granicy kulturowej. A tak w ogóle jakie to jest wspaniałe – ucząc się o tym w szkole 15 lat temu w życiu bym nie powiedziała, że kiedyś zobaczę to na własne oczy! I będę się zastanawiać, czy podręczniki mają rację. Pierwszy most łączący Bosfor wybudowano w 1973 roku (dopiero!), ma długość 1000m, a codziennie przepływa pod nim około 160 statków. A’propos jeszcze Bosforu – największym hitem na promenadzie są budki, gdzie można kupić kanapki z wędzoną rybą. Po prostu kawał buły jak do hot-doga z listkiem sałaty, na który kładą rybkę, wyłowioną chwilę temu z morza. Ponoć smaczne, ale nie miałam odwagi spróbować, nie przepadam za takimi nowinkami 😉

Nade wszystko inne jednak – Stambuł to miasto kotów. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś o nich film i tak samo nawet bym nie pomyślała, że będzie mi dane sprawdzić prawdziwość tych scen w realu. „Kedi – sekretne życie kotów” – polecam, piękny film. Koty to naprawdę pełnoprawni mieszkańcy tego miasta. Są ich całe setki! Na ławkach, w parkach, na promenadzie, w restauracjach i hotelach; wylegują się, przeciągają w ciepłym słońcu, ludzie je dokarmiają, głaszczą – i dbają. Są czyste, zdrowo tłuściutkie,  widać, że Turcy je lubią. (za co ja też ich już lubię!) Raj dla kociej mamy, takiej, jak ja!

A, ciekawostka. W 1855 właśnie w Stambule swój żywot skończył nasz narodowy wieszcz, Adaś Mickiewicz.

Dzień 6, 19.10.2019:

Z samego rana, poniekąd chcąc ominąć dzikie korki, wyjeżdżamy ze Stambułu i kierujemy się z stronę granicy z Bułgarią. Gdy z daleka widać już powiewającą flagę Unii Europejskiej, zaczynam mieć wrażenie, jakbym była już NIEMALŻE w domu. Zanim jednak opuścimy Turcję, na granicy każą nam wypakować wszystkie graty z auta, poczekać, a samochód ma jechać na prześwietlenie. Ech, gdyby to było takie proste: „wypakować bagaże”: jest ich cała kupa na nasze trzy osoby, z czego Maciek jest chociaż jakoś zorganizowany, a my z Anią mamy po trzy plecaki i pięć reklamówek, z których wszystko się wysypuje 😀 ludzie patrzą na nas jak na jakiś dziwaków: co to, w Turcji na 4 dni, a tyle rzeczy, skąd??? Nie było wypisane na naszych twarzach, że wracamy do Europy po ponad pół roku i jeszcze wielkim shoppingu w Stambule, prawie jak uchodźcy, córki marnotrawne ;). Auto pomyślnie przechodzi rentgen i ruszamy! Zanim przekroczymy granicę bułgarską, jeszcze jedna szybka formalność: dezynfekcja samochodu. Jest to groteskowo zabawne: płacisz 3 euro za jeden psik ze spryskiwacza w szyby. Kolejne zabawne zjawisko czekało po drugiej stronie Bułgarii, na granicy z Rumunią: opłata 6 euro za przejechanie mostu. W skrócie przez Bułgarię mkniemy jak rumak na stepie z jedynym przystankiem na przysmak lokalnej kuchni, sałatkę szopską. Na wieczór jesteśmy już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Aa, na widok Lidla mam łzy wzruszenia w oczach. Głupie, ale prawdziwe!

Dzień 7, 20.10.2019:

Po Stambule już nic mnie bardziej podczas tej podróży nie zaskoczy, a na pewno tym miejscem nie będzie Bukareszt, stolica Rumunii, przypominająca prowincjonalne polskie miasteczko pokroju Łodzi czy Kielc. Nie mam żadnych oczekiwań, a tak właściwie to nawet mi się nie chce. Mogę określić to miasto trzema słowami: secesja, dekadentyzm i marazm. A mimo to jest w pewnym stopniu ciekawe. Kluby nocne ze striptizem na każdej uliczce, masa antykwariatów, po prostu brakuje tu klimatu i na co zawsze zwracam uwagę – kolorytu. Już nawet nie mam weny na chodzenie po mieście: coraz bliżej domu, niemalże na przedmieściach Polski to już się tylko o jednym myśli: byle szybciej, byle już dojechać!  W każdym razie Bukareszt ma zauważalny w sobie olbrzymi potencjał:  jak obudzi się po komunistycznym śnie dyktatury Ceausescu’a, trwającym definitywnie za długo, za kilka-kilkanaście lat może stać się piękną perełką na mapie Europy Środkowo-Wschodniej!

Dzień 8, 21.10.2019:

Jedziemy przez Rumunię. Swojsko, przyjaźnie, mimo, że wszystkie widoki podziwiamy zza szyby samochodu. Zbaczamy z autostrady, by przejechać rozsławioną Trasą Transfogarską. Liczy 151 km długości i po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, osiąga wysokość 2042 m n.p.m.. Widoki piękne, późna jesień, ale składane serpentyny nie robią na mnie tak przerażającego wrażenia jak na innych, opowiadających o nich. Stwierdzam w duchu, że po Gruzji to jestem zobojętniona na zawijasy, prędkość na drodze i kilka innych rzeczy. 😉 w każdym razie Rumunia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie – będzie trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na eksplorację jej górzystych terenów – w końcu to piękne pasmo Karpat! Postanawiamy tego dnia cisnąć do bólu, Węgry przejeżdżamy już po ciemku i przed północą meldujemy się w robotniczym hostelu w Koszycach na Słowacji. Wiem, że od domu dzielą mnie niecałe 4 godziny. Zasypiam z myślą, że to ostatnia tułacza noc – kolejną owinę się już swoją pierzynką.

Dzień 9, 22.10.2019:

Zrywam się skoro świt. I myślę tylko o tym, by już być w domu. Granicę Polski razem z Anią przebiegamy – i obie mamy łzy wzruszenia w oczach. Jaka ta Polska jest piękna… Gdy widzę znak rzeki Skawa, ze śmiechem stwierdzam, że teraz to już nic by mnie nie powstrzymało, bo mogłabym sobie skleić tratwę i wraz z nurtem rzeki spłynąć do Witanowic, mimo, że nie cierpię wody. Albo zaszłabym na piechotę! Zesraj się, a nie daj się! Całe szczęście Maciek odstawia mnie jednak samochodem, w sam raz na obiad. I jem tą pomidorówkę, a w duszy beczeć mi się chce ze szczęścia.

Wiecie co? Wszędzie dobrze, naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Ale w domu najlepiej. Pod każdym możliwym względem.  Każ-dym. Przeżyłam tak jakby dwie wiosny, teraz wróciłam na drugą jesień – tylko lato jakoś mnie ciągle omija, bo znowu zima przed nami!

Długi powrót do domu tak naprawdę uświadomił mi, jak wiele mnie od niego dzieliło. Wiele kilometrów i wiele różnic: czasowych, kulturowych, mentalnych, gospodarczych, wszelakich. Że to fakt, są 3 godziny samolotem, ale kilometrów tak czy siak pozostaje prawie 4000 i to wcale nie jest takie hop-siup. Całe piękno właśnie właśnie w tej drodze i jej odczuwaniu!

Teraz przychodzi pora na nadrabianie zaległości wszelakich: kulinarnych, towarzyskich i każdych innych. Znikam na jakiś czas!:))))

PS. I już planuje kolejne dzikie wojaże, a jak!!! 😉

Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

Ostatni raz!

W krótkiej pieredyszce (nie wiem, jak to się po polsku mówi) pomiędzy odstawieniem jednej grupy, a odebraniem kolejnej, siadam do kompa, zgrywam zdjęcia i piszę to, co się nawarstwiło w mojej rudej łepetynie przez ostatnie trzy tygodnie. W sumie to ostatnie porywy tego sezonu. Wszystko ostatnie: ostatni Elbrus, ostatnia grupa, ostatnie wyjście na Meteo (ale tylko, jak wcześniej go nie zasypie). Oczywiście ostatnie – zaznaczę – w tym sezonie, bo kolejny też się już szykuje (sic!). Za bardzo ta praca wciąga, by tak po prostu (i w dodatku bez życiowych alternatyw) z niej zrezygnować. Sad-maso, niemycie się przez 5 dni, spanie w barakach, jedzenie owsianki z kisielem o 1 w nocy, ogólnie ujęta adrenalina w żyłach i te sprawy. 😉

Także ostatnie, chociaż z perspektywą powrotu, ale mimo wszystko łapie człowieka smuteczek-nostalgia. Tak mi się przypomniało ze studiów: tak, jak Eskimosi mają kilkadziesiąt słów na określenie śniegu, tak samo w języku rosyjskim istnieje kilka określeń smutku. Stopniowanie od nostalgii aż do beznadziejnej rozpaczy. To ja mam tak leciutko. 😉 Chciałoby się napatrzeć tak na zapas, wchłonąć w siebie jak najwięcej obrazów, by długim zimowym wieczorem móc się ogrzać ciepłem tych wspomnień.  (ależ ja plotę.)

Wyżej w górach już zima na całego. Przewodnicy się śmieją (ja mam w sumie to samo), że zbyt wiele ciepła i lata to oni nie widzą. Co najwyżej – zimno i śnieg lub jeszcze więcej śniegu. Trzeba dopiero do Turcji pojechać lub na Cziornoje Morje. Lub Malediwy. Lub gdziekolwiek. A najlepiej to pojechać by mi do Polski. I wio w Tatry, bo po tych wszystkich kaukaskich wojażach, jak bardzo bym ich nie kochała, brakuje mi ich widoku.

_DSC8879A.JPG
Kazbek w jesiennej odsłonie.

Pierwsza połowa września, od czasów powrotu z Elbrusa, upłynęła pod hasłem „biurowy psychiatryk”.  Po ponad 2,5 miesiącach w ciągłych rozjazdach w końcu przyszła pora na objęcie wachty w biurze. Nie było to lekkie. 😀 Jeżeli ktoś chciałby mnie wyprowadzić z równowagi i doprowadzić do białej gorączki, przechodzącej w szewską pasję, to polecam zapytać się mnie, jaka będzie pogoda. Polecam, to znaczy ostrzegam. Nic, ale to nic na świecie mnie tak nie denerwuje, jak pytanie o prognozę pogody. A w ogóle moje podium zdobyła kobita, zapytawsza mnie o godzinie 18:55: „A nie wie pani, czy jutro te chmury też tak nisko będą wisieć?!” Ludzie, litości, jesteśmy w górach. A do Boga mi daleko, bym to wiedziała. Oooh święty Wincenty. Za to podnoszą morale drobne gesty, jak ogromna brzoskwinia od grupy Białorusinów, którym pożyczyłam kawałek sznurka, czy czekolada „tak do kawy”. Także jakoś przetrwałam.

Pomiędzy biurowym młynem miałam dwa dni wolne, cudownym trafem pogoda wtedy dopisała, nawet Kazbek się odsłonił (co w tym sezonie jakoś częste nie było, nie mówiąc o całych dniach z pełną widocznością), udało mi się więc to wykorzystać i skoczyć na zdjęcia w jesiennej odsłonie. Jednego dnia na przełęcz Arsza, a kolejnego łaziłam po stromych zboczach Kuro. Czyli klasyka kazbeckiej klasyki.

A potem znowu, po raz ostatni w tym sezonie, pojechałam na Elbrus. Czekałam na ten wyjazd jak na zbawienie od pytań o prognozę pogody.:))) i tak cudownie było. W nocy spadł pierwszy śnieg – już gdzieś tak od wysokości 2500m było biało. Kontrast ze złotymi lasami był wprost porażający, nie mogłam się napatrzeć. Droga poszła całkiem sprawnie, dlatego miałam jeszcze czas, by skoczyć sobie na szybki spacerek. Poszłam jakąś polną drogą, którą jeszcze nigdy nie szłam, z ciekawości by sprawdzić, gdzie mnie zaprowadzi. Na logikę wychodziło się nią na jakąś skałę typu punktu widokowego, z którego widać Elbrus, ale … nie doszłam, bo trafiłam na stado koziorożców (wszyscy je nazywają w Rosji „kaukaskimi turami”). One się patrzą na mnie jak na kosmitę, niespiesznie przeżuwając resztki trawy, wystające spod śniegu, a ja stoję jak wryta, bojąc się poruszyć, by ich nie przestraszyć. Ooooch, jak ja wtedy zatęskniłam za swoim Tamronkiem, lufą! Choć na dobrą sprawę były tak blisko mnie, w ogóle się nie bały, że nawet zwykły obiektyw dał radę. A nawet jeżeli by nie dał – co widziałam, to moje.:)))  Stado koziorożców, no wyobraźcie to sobie!!!

_DSC9461AA.jpg
Tury kaukaskie

Moja ostatnia grupa była grupą indywidualną, w postaci jednego Holendra, Derka. Wznosiłam się na wyżyny swojego angielskiego, słowa mieszały mi się z rosyjskim, jeszcze kilka takich dni i zapomniałabym polskiego. 😉 Prognozy były średnie, nie brałam więc sprzętu na szczyt, pokornie przyznając do siebie fakt, że mój ostatni szczyt w tym sezonie już był. 😉 ale i tak było fajnie. Kolejnego dnia poszliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa (taaak, ostatnie 4800m n.p.m. w tym roku! 😛), świeciło piękne słońce, ale wiał mocny wiatr i było tak dziko zimno, że musiałam przebierać paluszkami i przeklinałam swoją głupotę, czemu tylko jedne rękawiczki ze sobą wzięłam. „Wydawało się ciepło” na Elbrusie nie ma prawa istnienia. Mimo wszystko to był super dzień. I kolejne tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset zdjęć Uszby, Siódemki i Shtavleri. Tak do kolekcji. 😉

_DSC9551A.jpg
Uszba po raz n-ty. 

Trzeci dzień również koziczka na dupie nie usiedziała i poszła gdzie? No gdzie? No oczywiście na Czeget! Doszłam do wniosku i zapisałam to w swoich złotych myślach, że Czeget jest takim „Kasprowym Kaukazu” i to z kilku względów.

1) wszystkie drogi tak czy siak prowadzą właśnie tam,

2) jest kolejka, ale po co, jak można się zmęczyć, dryłując na pieszo,

3) w skrócie, uwielbiam.

Tak, wiem, mało odkrywcze, ale serio zawsze mnie tak jakoś ciągnie podświadomie w tamte strony. Znając życie, pierwsze, gdzie skończę, jadąc z Tatry, to oczywiście Kasprowy. 😉

_DSC9763.JPG
Wąwóz Baksański w drodze na Czeget. 

Pogadałam sobie jeszcze z bałkarskim przewodnikiem, przy okazji dowiadując się, że jego dziadek był pierwszym Bałkarcem na szczycie Everestu, a potem temat zszedł na Pik Lenina i słynny bieg na Elbrus („Elbrus Race”), odbywający się raz do roku w sierpniu. Jak się okazało, Dałhat też brał kiedyś w nim udział.

-I jaki miałeś czas?

-Niee, Aga, nie ma się czym chwalić, słaby czas. Rekordziści od dołu, czyli od Azau wbiegają w 3,5 godziny. Za 45 minut pokonują przewyższenie 1000m i są na Stacji Mir.

-No dawaj, a Ty jaki miałeś czas?

-7,5 godziny z Azau na szczyt.

Ok, wariaci,  w ogóle mój mały móżdżek nawet nie może sobie tego wyobrazić, przecież to niemożliwe, no jak – 3,5 godziny na szczycie, przewyższenie 4500m – nierealne! Ale tu obok mnie siedzi człowiek, który wbiegł w „beznadziejne” 7,5 godziny. Realny człowiek! W 7,5 godziny to trudno zajść na szczyt z bazy na 4000m. A on, ot tak, po prostu, wbiegł sobie tak od dołu. Kozica we mnie chowa kopytka. 😉

A koniec końców pogoda się zdupcyła (ale to tak serio) i odetchnęłam w duszy, że dobrze, że tego sprzętu ze sobą jednak nie targałam. To się nazywa intuicja.

No i trzeba było wracać do Gruzji. Z przystankiem na zakupy we Władykaukazie, trzeba było zrobić zapasy, by potem przewieźć je do Polski, jakoś staram się nie myśleć, jak ja to wszystko spakuję, będę się martwić za 3 tygodnie. Skoro to samo robiłam, kupując w Moskwie ósmą książkę, stwierdziłam, że trzeci dżem z szyszek, kilka czurczeli, czakczaków i pół litra sgusionki  nic nie zmieni 😀 nic a nic!

No. Także w gotowości na ostatnią grupę, potem jeszcze kilka dni i trzeba będzie zacząć te książki i dżemy upychać. A Mama moja powie: „No Agusiu, po co tyle tego przywoziłaś?!” No taki chomik ze mnie i cóż ja poradzę. Książek sobie nie potrafię odmówić, a smakami po prostu lubię się dzielić.:)))

PS. A ja dopiero zrobiłam zapasy z rosyjskiej strony. 😉 muszę jeszcze dokupić czaczę i wino!

 

 

Dzikie wojaże

Swanetia.

Od mojego wyjazdu ze Swanetii minęły już dwa tygodnie. Wyjeżdżałam, to świata nie było widać, a dziś, patrząc na zdjęcia koleżanki, skręca mnie w środku – taka pogoda! W sumie w Polsce też nie ma na co narzekać, ale chcę jeszcze raz przenieść się do tej niesamowitej krainy na północnym zachodzie Gruzji.

Bo Swanetia jest magiczna. 

Po pół roku życia w Kazbegi nastał wreszcie ten moment, by znowu spakować plecak i ruszyć na drugi koniec Gruzji (tak blisko, a tak daleko!) – do Swanetii, w której zakochałam się, będąc tu po raz pierwszy, czyli dwa lata temu. Nie wiem, co ta kraina ma w sobie takiego, że przyciąga i niesamowicie hipnotyzuje. Może to lasy, ostre szczyty i całe górskie pasma, dzika przestrzeń, zadbane obejścia i porządek – czyli na dobrą sprawę wszystko to, czego jakoś tak brakuje czasem w Kazbegi. Niby ciągle to jedna i ta sama Gruzja, ale taka inna, która ciągle zachwyca – zwłaszcza taką porą roku i cudowną jesienią.

Swanetia jest pełna magii, tak samo jak ciepłe promienie słońca, przebijające przez złote liście. Definitywnie tego mi trzeba było, by naładować akumulatory i po prostu cieszyć się tym, co mam. I cieszyć się tym, jak jest. Po prostu się cieszyć, bo niczego więcej do szczęścia nie potrzeba.

Przeogromny masyw Szchara, przepiękna i kusząca Wiedźma-Uszba, piramidowy stożek Tetnuldi – można się napatrzeć na różnorodność górskich pejzaży i jednocześnie podziwiać całą panoramę grzbietu Wielkiego Kaukazu (którą nomen-omen podziwiałam w sierpniu z Elbrusa i również miałam dziki oczopląs).

_DSC1870.JPG
Swanetia w pełnej krasie, jesiennym złotym porankiem.

Swanetia, ze względu na swoje górskie i trudno dostępne położenie przez lata była odizolowana od Gruzji. Wiele autonomicznych tradycji zachowało się po dziś dzień, czego głównym przykładem może być chociażby język swański – całkowicie odrębny, do niczego niepodobny, w codziennym użyciu.  „Dzień dobry” to „choczalada” 🙂

Jakoś ciężko to sobie wyobrazić, że 20-30 lat temu w Swanetii władzę sprawowała mafia, której główną zasadą, jaką się kierowała była zemsta rodowa i porywanie ludzi dla okupu. A może to tylko część mitu, legendy o swańskich góralach? Dziś w Mestii, stolicy regionu, jest porządek, hotele w stylu zakopiańskim, masa przytulnych knajpek, a ludzie są… No właśnie. Są tacy inni – niby górale z krwi i kości, a tacy inni – uśmiechnięci, otwarci, energiczni. Chyba, że po prostu jestem jakaś spaczona po całym sezonie, zbyt wielu ludzi spotkałam i każdy przejaw odbiegający od normy był dla mnie zaskoczeniem, to też możliwe 😀

Kilka ciekawostek:

  • Dawno temu w każdym swańskim domu stał tron, na którym siadał tylko gospodarz.
  • Swanetia – kraj tysiąca wież. Do dziś przetrwała zaledwie garstka, ale i tak stosunkowo dużo – w końcu to niemalże 1000 lat. Są dwa typy wież – mieszkalne, kilkupiętrowe i obronne strażnice – to zazwyczaj te samotne, których głównym celem było informowanie o nadejściu wroga. Choć tak naprawdę nikt nie wie po co i dlaczego – główną zagadką ich budowli jest chociażby brak okien, z których można by cokolwiek obserwować. 🙂 i żyć w nich ciężko, bo ani pieca, ani komina… dlatego swańskie wieże to zagwodzka. Lepiej pozostać przy podziwianiu, a nie roztrząsać! 😉 W Mestii wież zostało koło 40 – głównie mieszkalno-prestiżowych – przez wieki należały one do bogatych lokalnych klanów.
  • W Swanetii znajduje się aż 299 lodowców.
  • Drogę do Mestii wybudowano dopiero w 1935 roku.
  • Swańska tradycja nakazuje  wypić nie mniej niż trzy kieliszki. Oczywiście najlepiej czaczy. Gdy wszystkie kieliszki się stukają, Swanowie z radością wołają: buczki buczki! Cokolwiek to oznacza.
  • Szchara (5193m n.p.m.) to najwyższa góra Gruzji i tzreci co do wielkości szczyt całego Kaukazu. „Shkhara” – to po swańsku szczelina. Po gruzińsku „shkhara” to cyfra 9 – stąd często można usłyszeć, że Szchara ma 9 wierzchołków, co nie jest prawdą, bo jest to masyw. Z jej lodowców bierze początek rzeka Inguri.
  • „Matterhorn Kaukazu”, schronienie bogini łowów Dali, „Wiedźma” to tylko niektóre nazwy dwuwierzchołkowej Uszby,  jednejz najbardziej charakterystycznych i najtrudniejszych gór całego Kaukazu. Na szczycie, wedle miejscowych podań, odbywały się sabaty czarownic. Brzmi zachęcająco. 😀

Swanetia była perełką – uwieńczeniem całego półrocznego pobytu w Gruzji. Jakby wszystkiego było mało i trzeba było jeszcze więcej. 

Wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że w przyszłym roku też tam będę. :)))))))))

Dzikie wojaże

Jaki tu spokój…

Ostatnie dni biura w tym sezonie. Jeszcze stąd na dobre nie wyjechałam, a już wiem, że wracam. Gruzja wciąga jak narkotyk, już chyba kiedyś gdzieś o tym wspominałam. Przeleciał ten czas jak błyskawica z prędkością światła. Korzystając ostatnio z wolnego i słonecznej pogody poszłam sobie na przełęcz Arsza. Posiedzieć, popatrzeć i powiedzieć Kazbekowi „papa, do zobaczenia!”. Takie swoiste deja-vu. To było moje pierwsze wyjście w góry w tym sezonie, musiało więc i być ostatnie. W kwietniu tuż za przełęczą śniegu było po kolana, w październiku udało się jeszcze złapać trochę żywych, mocnych barw i ciepłego światła. Złota gruzińska jesień, cieszę się, że udało mi się ją zobaczyć. Przekrój przez wszystkie cztery pory roku: wiosna, lato, jesień, zima.

_DSC0764.JPG
Mkinvartsveri, otulona jesienną szatą.

Niesamowicie było obserwować te przejścia na własne oczy. Z dnia na dzień, nie istnieje coś pomiędzy – widać to dopiero po zdjęciach, które sobie przeglądam. Dziwię się, ile przez ten czas zobaczyłam, ile to ja przeżyłam… Działo się! Tylu ludzi poznałam, tyle wrażeń i doświadczeń… Muszę jeszcze stworzyć listę hitów sezonu – niewątpliwie trochę tego będzie! 😀 Przyjdzie jednak jeszcze na to pora – przecież zostało jeszcze prawie dwa tygodnie, przez które Gruzja może zaskoczyć jeszcze nie raz! 😉 Po pół życia tu zdarzyło mi się jednak pod sam koniec sezonu, że taksówkarz – i to w dodatku kazbecki! – błysnął humorem:

– Taxi nie nada?

– Niet, spasiba.

– A samaljot?

– Samaljot możet byt!

Zdesperowany był, nie trafił na turystę, to co pozostaje: obrócić całą sytuację w żart.

_DSC0841.JPG
Z Przełęczy Arsza. Tu zaczęłam, tu kończę.

Łapie człowieka nostalgia. Sezon się kończy, Bezpieczny Kazbek zwinął bazę, coraz mniej ludzi na ulicach, wszyscy pochowani w domach, bo przecież zima idzie… Trzeba się więc napatrzeć na zapas, chłonąc widoki, by długimi, ciemnymi wieczorami w Polsce uśmiechać się na samą myśl, a patrząc na zdjęcia Kazbeku dziwić się i wspominać z rozrzewnieniem: „A ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… To jest taki paradoks: teraz tęsknię za domem, za Polską, a będąc tam będę tęsknić za tym moim małym, śmiesznym Kazbegi i życiem tu. I nic się na to nie poradzi.

W biurze cisza. Nic się nie dzieje, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Fakt, nadrobiłam wszelakie zaległości filmowe i obejrzałam to, co już dawno temu zamierzałam (między innymi „Bitwę za Sewastopol” i „Botoks”, a także sto pięćdziesiąt głupkowatych filmików), no ale ileż można. Zdecydowanie wolę, jak się coś dzieje, nawet, jeżeli były to pytania w stylu „a jaka będzie jutro pogoda”, szczerze powiem, że nawet mi tego trochę brakuje. Ostatnio z letargu wyrwała mnie Rosjanka, która przyszła zapytać, która to teraz w Gruzji jest godzina, bo ledwo przyjechała i chyba się pogubiła w czasoprzestrzeni. No cóż, doskonale to rozumiem. W końcu ja od pół roku nie przybieram sobie w ogóle do głowy, jaki jest dzień tygodnia; żyję datami z kalendarza.

Za równe dwa tygodnie będę już w domu, będę upierdzielać kotleta schabowego z kiszoną kapustą i zagryzać karpatką. Chyba oszaleję ze szczęścia 😉 ale póki co – trzeba korzystać. Ile tylko wlezie! Zostało jeszcze jedno miejsce, do którego koniecznie w Gruzji muszę teraz powrócić. I nie mogę się tego doczekać… tak na odmianę dla starego, dobrego Kazbegi:)

Dzikie wojaże

W krainie wyniosłych wież.

Jesień w pełni. Jest przepięknie, do czasu, aż nie spadnie śnieg, a wraz z nim złote liście z drzew.

Za mną ostatnia grupa w tym sezonie. Jeszcze nie pora podsumowań, carpe diem póki można i te sprawy… Ostatnie 10 dni września upłynęło w miłej atmosferze i dobrym towarzystwie, pogoda dopisała, widoki jeszcze bardziej, czegoż chcieć więcej! Miałam swoje babie lato, poranne mgły, pajęczynki i złote kolory. Na osłodę dobiegającego końca sezonu miałam w pigułce wszystko to, co najpiękniejsze: Jutę i wejście na Przełęcz Chaukhi, Meteo, raz jeszcze Chewsuretię (porównanie z lipca) i przepiękną, nieodkrytą jeszcze Tuszetię. Kwintesencja. Chłonęłam wszystkie widoki i wrażenia, by jak najgłębiej wryły się w pamięć i by długimi, zimowymi wieczorami w Polsce móc wspominać te chwile pełne złotego światła, ciepła i radosnej beztroski.

W Shatili wspominałam swoją hiszpańską grupę i mój szok na brak kucharza, który miał tam być, w Tuszeti jeździłam konno (a jednak!!! Kiedyś to w końcu musiało nastąpić! Jestem pewna, że z nartami też tak będzie!) i – jak zawsze – taka praca to czysta przyjemność!

 

Jak już wspomniałam, zupełną nowością był dla mnie jeden z nielicznych nieodkrytych jeszcze dla mnie regionów Gruzji – Tuszetia. Kolejne marzenie podróżnicze – odhaczone!

Tuszetia to magiczna kraina. Zatopiona wśród szerokich zboczy Północnego Kaukazu, ze względu na trudnodostępność jeszcze niezepsuta przez hordy turystów, pełna lokalnych wierzeń i szczypty magii. Cała ludność Tuszeti liczy około 100 osób i skupia się w 40 miejscowościach, formą przypominających ufortyfikowane twierdze. Znaczna część mieszkańców żyje tu tylko latem – wraz z pierwszym śniegiem przenosi się w cieplejsze i bardziej dostępne regiony pobliskiej Kacheti lub Tbilisi. Tuszowie słyną z odwagi, waleczności, a także, jak na prawdziwych górskich dżygitów przystało – miłości do koni. Przepastne doliny są idealnym miejscem na rajdy konne, które również i nasza grupa miała w planach.

_DSC0106.JPG
Tuszetia z końskiego grzbietu.

W ramach ciekawostki:

  • dawniej jeździec na koniu, mijający wioskę, winien zejść z konia i przejść przez nią pieszo,
  • do Tuszeti zabronione jest wwożenie i spożywanie wieprzowiny (Tuszetia to ostatni schrystianizowany teren Gruzji, mieszanka lokalnych wierzeń i religii),
  • lokalny napój to aludi – piwo, smakiem przypominające nieco rosyjski kwas,
  • toasty podzielone są na 3 grupy: za Boga, za zmarłych i za żyjących
  • w 2003 roku otwarto Tuszecki Park Narodowy (spotkać tu możemy wilki, rysie, kozice, a nawet lamparty kaukaskie!), największy w tej części świata
  • do miejsc świętych nie wolno zbliżać się kobietom ( bo są nieczyste 😛 dzieci i staruszki mogą 😉 )

Droga, prowadząca do głównej wioski, Omalo, mierzy 72 km. Z racji tego, że wcześniej była jedynie pasterską ścieżką i przez 30 lat użytkowania nie należy do osiągnięć cywilizacji w formie autostrady, a także licznych serpentynem, jedzie się nią około 5 godzin. Zwana Drogą Śmierci, trafiła na listę 10 najbardziej niebezpiecznych dróg świata. Z kolei Przełęcz Abano to najwyżej położona przejezdna droga na całym Kaukazie. Ja to już jestem tak uodporniona i niewzruszona, ludzie mają mnie za wariatkę, ale na mnie ani jeden zakręt nie zrobił wrażenia i nie podniósł ciśnienia 😉

_DSC0643.JPG
Droga Stu Zakrętów z Przełęczy Abano (2900m n.p.m.)

Przez cały okres trwania wycieczki (jak zawsze) miałam niesamowite szczęście i pogoda dopisała. Jedynym wyjątkiem był dzień podróży do Tuszeti –  mgła choć oko wykol, widoczność sięgająca metra. Świetnie! -nie widać przepaści, w które możemy sie stoczyć przy nieostrożnym ruchu kierownicą. Cale szczęście nasz szofer to oaza spokoju i rodowity Tuszyniec, kursujący tą trasą każdego dnia. Oczywiście ja byłam niepocieszona, tracąc tak wyśmienite widoki z drogi, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. 😉 Wpatrywałam się we mgłę, rozmyślając. Niektórzy w górach lub podobnych warunkach cierpią na anoreksję górską, a ja wprost przeciwnie, mam wzmożony apetyt. Tak to jest, kiedy pada deszcz, a dzieci się nudzą. Dorośli jedzą.

Czas się tu zatrzymał. Gdyby nie droga, wybudowana na przełomie lat 70 i 80, ludzie nadal żyliby tu jak przed wiekami. Dziś do wysokorozwiniętej cywilizacji w prawdzie jeszcze daleko, ale dzięki (lub przez…) turystom powoli życie zaczyna nabierać rozmachu. O ile można to tak nazwać. 😉 Ludzie nigdzie, ale to zupełnie nigdzie się nie spieszą. Jest cicho, spokojnie. Nie wiem dlaczego, ale Omalo bardzo skojarzyło mi się z miasteczkiem Czarnobyl – ten sam rodzaj czasem aż kłującej w uszy ciszy na poły wymarłej miejscowości. Wstaje się tutaj nie z pieniem koguta, a rżeniem konia. Siwek, stojący na wzgórzu radośnie rżał co chwila, nie pozwalając spać. Co ciekawe, wieczorem też go słychać – lokalny krzykacz:)

Stare, tuszeckie miejscowości przypominają wioski-twierdze. Ze względów bezpieczeństwa nie leżą w dolinie, lecz wysoko na stromych zboczach. Głównym elementem każdej wsi, częścią jej zabudowy gospodarczej są wieże, zwane koszkebi, które pełniły nie tylko funkcje mieszkalne, ale przede wszystkim obronne. To dzięki nim możliwy był kontakt między wioskami i szybki oraz skuteczny sposób informowania o dostrzeżeniu wroga (bliskość granicy z Czeczenią i Dagestanem).

_DSC0314AAA.jpg
Koszkebi.

Jak już wspominałam, w Tuszeti miałam okazję zasmakować rajdów konnych. To od dawna było moje marzenie! 😀 Agusia wreszcie się wyszalała! Nie wiem, co było bardziej niesamowite: widoki, oglądane z końskiego grzbietu, wiatr we włosach, czy samo obcowanie z tak mądrym, wspaniałym zwierzęciem. W ogóle to najlepszy był jednak pęd. W szaleństwie tkwi metoda, jak zawsze. Bo Gruzja jest taka, ze na drugiej lekcji jazdy konnej płynnie przechodzisz do galopu. Omija podstawy, przechodząc do poziomu zaawansowanego. Muszę jednak przyznać, że był to dla mnie większy extreme niż Kazbek i Elbrus razem wzięte – bo tam ufasz sobie i swoim nogam, a tu musisz w całości poddać się rytmu konia. Jak się nie zgrasz – spadniesz. Całe szczęście, mój Siwek był przekochany, poczułam z nim pełną nić porozumienia, więc czułam się całkowicie bezpiecznie. W galopie zwłaszcza! 😉 Nieco bałam się o mój aparat, przewieszony przez ramię, ale jakoś przetrwał. Za szaleńczą jazdę sam mnie jednak ukarał, bo jak schodziłam z siodła, to walnęłam sama siebie i teraz chodzę z blizną na nosie. Po dwóch dniach, mimo uczucia jakbym siedziała na beczce, nieco poobijana z siniakami, ale w pełni szczęśliwa – nadal nie miałam dość i gdyby tylko była możliwość kontynuacji – byłabym pierwszą chętną! Niestety grupa musiała wracać do domu, już był na to czas… Dla mnie jednak, co się odwlecze, to nie uciecze, bo do koni na pewno wrócę! 😉

Za niedługo w górach spadnie śnieg i droga do Tuszeti znów stanie się nieprzejezdna – na kolejne 9 miesięcy odetnie ją od świata. Tylko kamienne wieże sprzed wieków, dumne, niewzruszone i nigdy niezdobyte, będą trwały na straży, opierając się wiatrom i za nic mając surową zimę i niepogodę.

 

Dzikie wojaże

Niebo pełne gwiazd, czyli jak zawsze na pełnym gazie.

18.09.18, wtorek

Środek nocy. Zrywam się i rozchylam namiot, wystawiając głowę, by zobaczyć, czy mgła się rozwiała i widać gwiazdy. Chyba mam zwidy. Pomiędzy namiotami biega lis z wielką, rudą kitą – chyba go wystraszyłam blaskiem czołówki, bo pogubił się, pokręcił w kółko i uciekł, spłoszony.  Nie, to nie zwidy. Niebo pełne gwiazd. Przemagam się więc, wychodzę z ciepłego śpiwora i idę robić zdjęcia. Miałam nosa – to, że całą drogę pada deszcz, a mgła wisi jak w Mordorze nigdy nie oznacza, że nocą się to nie rozwieje. O 2 niebo było usłane gwiazdami – można od nich dostać zawrotu głowy!

Muszę znaleźć kamień, który posłuży mi za statyw. Jedno zdjęcie przetwarza się 30 sekund, więc od oczekiwania w bezruchu trochę marznę. Do namiotu wracam przed 3 i jakoś nie mogę się już zagrzać, chłód przenika do szpiku kości. Zdaję sobie sprawę, że trochę przesadziłam, bo kto normalny zrywa się w środku nocy i spędza godzinę na polu, robiąc zdjęcia gwiazd? Z których wyszły może trzy.

Przewracam się z boku na bok. Mam wrażenie że ktoś łazi obok mojego namiotu. Lisik?? Czy może sfora bezpańskich psów? A może to tylko złudne wrażenie i po prostu zaczyna wiać? Chyba tak, to tylko wiatr. Uspokajam się, zwijam w kokon i w końcu nad ranem zasypiam. Gdy rano się budzę i wystawiam głowę, u wejścia do namiotu stoi czarny jak diabeł, kulawy pies, wesoło merdający ogonem.

Tak w skrócie wyglądała moja wczorajsza noc. Ubzdurałam sobie powtórkę zdjęć nocnych, bo ostatnio nie miałam ze sobą szerokokątnego obiektywu i widząc niebo nad Saberdze strasznie żałowałam. Miała być raz jeszcze Juta, ale tak jakoś przy okazji się złożyło, że zaprowadziłam grupę i tam z nimi spałam. Całą, caluteńką drogę padał deszcz. Myślę sobie: ależ ja jestem szurnięta!! Z własnej, nieprzymuszonej woli iść z dużym plecakiem, moknąć i marznąć potem w namiocie – to nie jest do końca normalne. 😀 Gwiazdy jednak wyszły, więc mam nadzieję, że nie marznęłam nadaremno i  z moich zdjęć też coś wyjdzie.:)

aaagggg.jpg
Niebo pełne gwiazd.

A rano jaki cudowny widok!! Wdrapałam się na górkę i miałam swoje chmury, wiszące nad Kazbegi. Z jednej strony widok na lodowiec, a z drugiej taki spektakl… Warto było poprzedniego dnia zmoknąć. Okazuje się, że w moich szalonych pomysłach jak zwykle jest metoda – podświadomie wiem, że mają one rację bycia i zawsze wychodzi na moje! 🙂

W ostatnie dni byłam też w Dolinie Truso i w Jucie – jako przewodnik dla dwóch Żydów z Izraela, którzy wcale nie wpisywali się w typiczność swojej nacji, więc było bardzo miło i sympatycznie. Już gołym okiem widać, jak wszystko przywdziewa jesienne barwy… Lubię ten czas, pięknie jest. A co do kropelek i pajęczynek – wczoraj w drodze na Saberdze było tak wilgotno, że mi się na warkoczu osadzały! Miałam swoje kropelki! Jeszcze brakowało zamrożonych rzęs 😉

_DSC8859
Konik z Juty.

Jutro przejmuję kolejną grupę, pewnie ostatnią w tym sezonie – będę z nimi aż do końca września, a plany mamy bardzo bogate! Będzie super! 😀 Potem to już tylko październik, sezon dobiegnie końca i ogółem to przeleci jak z bicza trzasnął… Nawet się nie obejrzę, a już w domu będę! A, a’propos – jak tak siedzę w tym namiocie i piszę na kolanie, to tak sobie myślę, jak bardzo napiłabym się teraz z rana kubka gorącego mleka z roztopionym masełkiem…. Och ach!:)

Na sam koniec jeszcze jedna anegdotka z codziennego życia Agencji Górskiej z serii KOCHAM MOICH TURYSTÓW: przychodzi kiedyś pani do biura, przegląda pamiątki, zerka na mapę, a w końcu pokazuje palcem na butle z gazem:

-Szto eta?

-Eta gaz.

-A kamu eta?
-Nu, alpinistam.

Pani zdziwiona, patrzy na mnie jak na wariatkę, po czym z całkowitą powagą pociera nos i pyta:

-A zaczem alpinistam gaz? Sztoby ego niuchać?

Hm. Wciągać gaz, żeby dodał Ci skrzydeł. Można i tak, na pełnym gazie! W Gruzji przecież wszystko można.

No astarożna. 🙂

Dzikie wojaże

Polowanie na babie lato.

4.09.18

Wrzesień. Dzieciaki poszły do szkoły, a ja łapię się za głowę, starając doliczyć się lat, „kiedy to było”… Tracę rachubę czasu 🙂

Zaraz obok maja najpiękniejszy miesiąc roku. Widać już gołym okiem, jak wszystko zmienia swoje barwy… Coraz wcześniej robi się ciemno, skłony gór zaczynają przypominać nasze Czerwone Wierchy, nad dolinami nieruchomo zastygły chmury, mgliste poranki, jeszcze mi tylko brakuje złotego światła i babiego lata, płynącego na wietrze. Wtedy już całkowicie poczułabym ten klimat jesieni. Jarzębina i rokitnik gotowe do zerwania, a ja, za każdym razem przechodząc obok nich, miewam fantazje, żeby ich owoce zalać czaczą i zaskoczyć Gruzinów wymyślnym smakiem słodkiej naleweczki! 😀 Ostatnio nawet dostałam od jakiegoś turysty pół litra, chciał wyrzucić butelkę do kosza, ale jak ją spontanicznie otrzymałam, tak spontanicznie oddałam tego samego wieczoru – bardziej potrzebującym 😉

_DSC8309.JPG
Kazbegi zmienia barwy.

Po sześciodniowej zmianie w biurze naczelną rzeczą, którą robię w wolny dzień w pierwszą godzinę po pobudce jest nastawienie prania. W dwie godziny, kiedy jeszcze zazwyczaj nie pada, zdąży mi wszystko wywiać, a resztę dnia mogę spędzić na cudownie odmóżdżającym sprzątaniu kuchni, łazienki, a także przeglądaniu Aliexpress i rozmyślaniu, jakaż to pierdoła za mniej niż 2$ mogłaby mi się przydać. Moja Mama przestała już te paczuszki nawet rozpakowywać, po prostu rzuca na jeden stos w kącie mojego pokoju – kupa rośnie i czeka na powrót Agusi. Najśmieszniej kiedyś było, jak zamówiłam sobie dwie koszulki – jak okazało się, identyczne zamówiłam jakiś miesiąc wcześniej. Spodobał mi się kolor. To chociaż oznacza jedno – jak mi coś raz wpadnie w oko, to jestem stała w uczuciach 😉

Cztery wolne dni to już baaardzo dużo. (To, co posprzątałam zdążyło się już ubrudzić). Dobrze, że już jutro do pracy!! 🙂 Nadrobiłam społeczne zaległości, dokończyłam książkę i WRESZCIE NORMALNIE POSZŁAM NA ZDJĘCIA. Z brakiem dzikich zwierząt w okolicy już się jakoś pogodziłam, choć to boli okropnie, ale zwykłego wyjścia w plener odpuścić nie można. To jak z sztuką dla sztuki – nie może być „przy m okazji”. 😉 Aaaach, tego mi trzeba było! Wyjścia po 5 rano, polowania na światło i dozy zachwytu. No i oczywiście przewiania głowy. Zawsze, gdy pizga tak, że urywa głowę, myślę sobie, że na Meteo muszą mieć przekichane. Nie mówiąc o tych, co akurat idą na szczyt! Wtedy dziękuję w myślach, że ja miałam tak idealne warunki… Farciarz nad farciarze. W ogóle pewnie niektórzy mogli sobie pomyśleć, że się przechwalam, bo jak wróciłam, to każdemu mówiłam: „A wiesz, że byłam na Kazbeku i Elbrusie?!” , ale to wszystko było z radości. 🙂 Po prostu nadal nie mogę uwierzyć w swoje szczęście: że tak wszystko idealnie się złożyło i dzięki temu bez wiekzych problemów mogłam wejśc na obie te góry… Więc teraz jak patrzę na Kazbek, mogę sobie tylko wyobrażać, jakie warunki muszą tam w danej chwili panować. A ja tam byłam. O, tam, na samym czubku.

Jak wisienka na ptysiowym torcie.

_DSC8480.JPG
Co tam musi się dziać na górze…

Wróciłam zziębnięta, wypiłam kawusię i resztę dnia z czystym sumieniem mogłam sobie czytać i przewracać się z boku na bok. Idealne lenistwo. Czasem tak po prostu trzeba, na odmianę dla życia na pełnych obrotach. 😉 Co jednak za dużo, to niezdrowo, potwierdzone naukowo! Przede mną kolejne 11 dni w biurze, ogarniania gruzińskiej rzeczywistości i walki z wiatrakami. A potem… a potem to znowu w drodze, znowu góry i polowanie na babie lato i chmury, wiszące nad dolinami…

Dzikie wojaże

Pogodynka stwierdza: idzie jesień.

Idzie jesień. Do takiego wniosku doszłam jakieś trzy dni temu, kiedy to, prowadząc transmisję na żywo z Witanowicami, spojrzałam na pole i stwierdziłam, że „o kurde, jest 20:20 a tak ciemno!” To spostrzeżenie tylko utwierdziło moje wcześniejsze przeczucia. To, że chmury nisko wiszą z rana, to, że jakaś rześkość w powietrzu, to, że jarzębina dojrzewa… Ludzie patrzą się na mnie, jak na wariatkę: „Przecież dopiero sierpień!”, ale ja wiem swoje 😀 co roku tak mam, że mój biologiczny zegar już z początkiem sierpnia stwierdza: wsjo, koniec, jesień blisko… Co wcale nie oznacza, że to źle! Po prostu stwierdzam fakt. 😉 Bardzo lubię babie lato, złote światło i rześkie poranki. Nic, tylko budzić się z kurami i biegać po górach!!!

Ostatnio jakoś sporo się tych przemyśleń mi nagromadziło. To tak akurat, tuż po półmetku, o którym wspominałam poprzednim razem.

Z perspektywy czasu i nagromadzonego doświadczenia upewniłam się w jednej rzeczy: absolutnie nie nadaję się do pracy biurowej. Choćbym jak bardzo się starała, nie potrafiłabym udawać, że jestem ułożoną i akuratną dziewczynką, która nigdy nie podniesie głosu. Pracowałam w biurze prawie 1,5 roku, ale byłam najbardziej roztrzepaną i rozklętą osobą w całej firmie – zupełnie niepasującą do otaczającej mnie rzeczywistości. Brakowało mi wrażeń i kontaktu z ludźmi – dlatego jestem teraz tu, gdzie jestem, czyli w Kazbegi. W centrum turystycznego sztormu. Tu też jest coś na kształt biura, które jednak z typowym biurem ma niewiele wspólnego, bo jest raczej czymś na kształt centrum dowodzenia. Tak bym to określiła 😀 Po całym tygodniu, równych 7 dniach bez przerwy, spędzonych w biurze, po najazdach turystów różnych maści i waści jakoś wcale nie czuję się wyprana, a raczej jeszcze bardziej nakręcona jak pozytywka. Ostatnio odwiedził nas sam Ryszard Pawłowski – mieć zdjęcie z słynnym himalaistą to nie lada gratka! I takie znajomości, że głowa mała! Cóż, taka praca i za to ją kocham 😀 😀 😀 Teraz przyszedł czas na reset przed kolejną grupą. Od 11.08, przez całe 11 dni czeka mnie spore wyzwanie, ale zrelacjonuję je przy następnej okazji, by było o czym opowiadać. A będzie o czym!!! 😉

38775468_1895410677194420_179251662689402880_n
Ryszard Pawłowski i dwie Agi 🙂

W naszym biurze Mountain Freaks jest się kimś na kształt Wielkiego Ogarniacza Wszechświata. Naszą dewizą jest: „Rzeczy niemożliwe robimy od ręki, na cuda trzeba trochę poczekać”. Ostatnio śmiałam się, że wpiszę sobie do mojego CV kilka istotnych rzeczy:

  • załatwianie noclegów, transportów i transferów (szerokorozumiana logistyka)
  • profesjonalne i ekspresowe składanie namiotów (to lubię najbardziej!)
  • bycie kucharzem polowym dla 20 osób, bez wcześniejszego nastawienia i przygotowania (czysta improwizacja)
  • wiązanie raków drugiej osobie w pozycji pucybuta (zawsze służę pomocą)

A, zapomniałabym znowu o jeszcze jednej istotnej rzeczy. Mam również idealne kwalifikacje na pogodynkę. Przychodzą ludzie z najbardziej głupkowatym pytaniem pod słońcem: A CZY WIESZ JAKA JUTRO BĘDZIE POGODA???? Często bez jakiegokolwiek hello, priviet, dzień dobry, wyliż mi żyć – po prostu JAKA BĘDZIE POGODA. Przewracam wtedy oczami i z ironicznym uśmiechem odpowiadam:

Nie mam pojęcia, Bogiem nie jestem, a że znajdujemy się w wysokich górach… Cóż. Rożnie może być. Prawdopodobnie będzie padać.

-Och, naprawdę?

Nie, na żarty. Centrum meteorologiczne i pogodynka Agusia przecież blefuje. Gdzieżby taka mała słodka dziewczynka mogła zmyślać. Jesień wyczuwam w każdej krwince, to pogodę też mogę przewidywać, a co – i tak zapewne będę miała rację! W każdym razie prawdopodobieństwo deszczu jest dużo wyższe, niż prawdopodobieństwo żaru z nieba. Cóż, dzień dobry, witamy w górach!

Taki młyn potrwa jeszcze pewnie koło miesiąca, potem turyści stwierdza, że już jesień i tłumy przestaną walić do naszych drzwi, a ja zapewne stwierdzę, że chyba wreszcie napiłabym się czaczy. Lub chociaż czaczaju. (kolejny, obok  kawy ze sgusionką, wynalazek rodem z Meteo. Czaczaj = czacza + czaj). Dla padniatia nastrojenia, bo brakuje mi adrenaliny, która tak bardzo uzależnia.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n.jpg
czasem zdarzają mi się chwile, gdy mnie wcina i nie wiem, jak mam zareagować.

Jestem tu już niemalże cztery miesiące. Upływający czas najbardziej widać po moich zdjęciach i ilościach śniegu na Kazbeku – jak bardzo się wszystko zmieniło. Jestem już zaprawiona w bojach, uodporniona na dziwne pytania (w większości!), ale i tak czasem zdarzają mi się chwile, gdy mnie wcina i nie wiem, jak mam zareagować.

Dzwoni kiedyś doi mnie nieznajomy numer. Łamaną ruszczyzną, słychać, że Gruzin. Ha! Że też od razu nie pomyślałam, że normalny Gruzin nigdy w życiu nie rozpocząłby ze mną gadki po rusku! Już wtedy powinno mi się zapalić czerwone światełko, ale nie, gdzieżby.

– Słyszałem, że organizujecie wycieczki do Truso i Juty, potrzebuję przewodnika na pojutrze. I jeszcze na Saberdze, trzeci dzień!

– Przewodnika? To trzeba do biura przyjść, załatwić.

– Ale ja od Niki mam numer!

– Dobra, to ja się zorientuję w dostępności i oddzwonię.

Profesjonalizm nade wszystko. 😉

Nie minęła minuta, zaś dzwoni ten sam. Jakby mu się ciut ruski poprawił, a w dodatku słyszę śmiech.

– To jak z tym przewodnikiem? A tak w ogóle to nie poznajesz mnie?

Zgłupiałam.

– Eeeeeeej, kto sobie ze mnie jaja robi??!! To żart, prawda???

Okazało się, że chłopaki z Meteo chcieli mnie nabrać i oczywiście im się to udało. Jestem zbyt łatwowierna, we wszelaki kit uwierzę. Komiczne, prawda? Odegram się, nie odpuszczę! Będą mieli Agnieszeczkę… 😛

Dobra, koniec moich pierdół na dzisiaj. (choć tak właściwie skrobię to od trzech poranków, bo przecież wieczorami mój móżdżek nie funkcjonuje tak jak rano). Do kolejnego razu, po 22.08!!! Dziś ubogo ze zdjęciami, zarobiona byłam i nie mam nic specjalnie nowego, ale następnym razem nadrobię 😀 (mam nadzieję, że będzie czym!) TRZYMAJCIE KCIUKI!