Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Tam mnie jeszcze nie było!

Wąwóz Khde znałam jedynie z mapy. I ewentualnie ze słyszenia, że to wąwóz w terenie przygranicznym, potrzeba tam mieć pozwolenie i ogólnie nie da się. Tak, „nie da się”, jak to bywa w Gruzji. Jednak chcieć znaczy móc i wreszcie miałam okazję przekonać się na własne oczy! Przepustkę załatwia się na granicy gruzińsko-rosyjskiej, trwa to chwilę i jest bezproblemowe, trekking przyjemny, a widoki – miażdżą. A pomyśleć, że dopiero wczesna wiosna, ledwie pierwsze jej tchnienie – jak tam pięknie będzie, kiedy zrobi się zielono! Wąwóz wciśnięty pomiędzy „Wrota Kaukazu” – wokół same skały – robi wrażenie. Płaska jak deska dolina Truso po prostu wymięka! 😛 A tak w ogóle to takie wolne to ja definitywnie lubię. Złoić kawał drogi (ponad 15 km), umęczyć się – przez co po prostu odpocząć psychicznie. Teraz to niech sobie pada cały tydzień, na tyle gdzieś wystarczy poziomu naładowania moich baterii – czyli do kolejnego wolnego 😉

59022801_2097220113666814_884976362073358336_n.jpg
Wrota Kaukazu. 

Po drodze spotkały nas wszystkie cztery pory roku: lało jak z cebra, urywało głowę, świeciło słońce, zawiewało śniegiem, a na sam koniec przyszedł taki upał, że moje okulary przeciwsłoneczne jednak okazały się bardzo przydatne. (ja zawsze jestem zdania, że lepiej mieć. Optymistka z urodzenia – nawet jak leje, wierzę, że może wyjść w końcu słońce. 😀 )

59895112_2291739001043142_5709359005063708672_n.jpg

Lubię poznawać nowe miejsca, w których jeszcze nie byłam. Okazuje się, że nawet w Gruzji, w której tyle czasu już spędziłam, jest ich jeszcze bardzo dużo. Wąwóz Khde definitywnie będzie jednym z moich ulubionych kierunków. Tym bardziej, że można nim przejść do mojego ulubionego miejsca w okolicach Kazbegi – Juty. To brzmi jak wyzwanie! 😀 Niech no się zrobi cieplej i choć troszeczkę się zazieleni! Wczesna wiosna w Khde jest ledwie namiastką tego, jak to miejsce będzie wyglądać w rozkwicie… Nie pozostaje nic innego, jak wziąć namiocik, obiektyw szerokokątny i ruszyć w drogę! Przyjdzie na to pora.

59450106_329851294343306_2075035619960029184_n.jpg

Długo trzyma zima w tym roku, a ostatnie opady śniegu jeszcze bardziej utwierdziły jej panowanie w regionie. Cóż zrobić – taki mamy klimat – już się w sumie z tym pogodziłam i ze stoickim spokojem i okularami przeciwsłonecznymi w plecaku „na wszelki wypadek” będę wyczekiwać wiosny! 😀

PS. Nie wiem, czy miałam o czymś jeszcze napisać, nie chce mi się iść do pokoju i zerkać w notatki. Najwyżej będzie więcej tematów na kolejny raz, a z racji tego, że miałam nowe zdjęcia, po prostu chciałam się podzielić nimi na świeżo :)))