Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2019.

Podsumowanie roku 2019

Leci ten czas jak opętały. I kolejna cyferka zmienia się do przodu, a tu ledwie dwa tygodnie temu miałam urodziny. Lubię sobie powtarzać, że „rocznikowo” się nie liczy – dzięki temu zazwyczaj odejmuję sobie ten jeden rok. Tak mniej więcej do listopada. 😀

Jakoś zawsze pod koniec roku nachodzą mnie takie myśli, mające być „podsumowaniem”, a tak naprawdę będące kopaniem w archiwum w poszukiwaniu zdjęć, na które w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Choć głównie faworytów mam murowanych, a te perełki to się nawijają tak totalnie przy okazji. 😉 Sesją roku definitywnie i prosto z buta mogę nazwać moje wejście na Elbrus na początku września – mam koło 100 zdjęć i naprawdę – nie ma tam złego, co jedne, to lepsze, mogę przebierać, ile chcę!

Przeczytałam, że ludzie, robiący sobie podsumowania roku dzielą się na trzy grupy:

  • Niepoprawni optymiści
  • Niepoprawni pesymiści
  • Realiści

Ja jakoś tak co roku siadam i sobie to układam, przelewając swe myśli na papier , ale nigdy nie myślałam, do jakiej grupy siebie zaliczyć. 😀 Po prostu lubię pisać i tyle, a z resztą i tak wszystko robię dla zdjęć. Ale chyba wciąż, mimo upływu lat, jestem, a przynajmniej bardzo staram się być – optymistką. Chociaż zawsze z nutą realizmu.

2019 również upłynął głównie pod znakiem Kaukazu. Tym razem już nie sama Gruzja, a na odmianę jeszcze Rosja, co było dla mnie najlepszą nagrodą i dawało poczucie, że studia, jakie skończyłam, przydają mi się w życiu, co mnie niezmiernie cieszy! Fajnie jest łączyć pracę z tym, co się lubi, a możliwość robienia zdjęć w tak niesamowitych zakątkach świata jest tego najlepszym dowodem. Naocznym. A dzięki temu, zupełnie przez przypadek, mam już na swoim koncie 3 wejścia na Kazbek i 4 na Elbrus. 😉

Ja nie planuję. A jeżeli już, to na pewno nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Ja działam. Tak samo też jest z moim celem na rok 2020 – głośno to obwieszczę światu, gdy dojdzie do skutku, także powoli zacznę czytać i kopać jak kret, mentalnie się przygotowując, a potem… to już bum! poleci!  😉

Zupełnie niespodziewanie w tym roku spełniłam jedno ze swych największych marzeń – wreszcie, po tylu latach głośnego wzdychania, poleciałam do Moskwy!

Wtedy to ten rosyjski piorun trzasnął mnie ponownie, może nawet jeszcze bardziej, teraz to już nieodwołalnie. Myślałam, że Kaukaz to trochę wyparł, ale okazało się, że nie. 😉 Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że chcieć, znaczy móc, a żeby móc, trzeba działać, a nie myśleć, a już na pewno nie mówić. Kropka. Z zachwytem w oczach, z uśmiechem i lekką głową przechadzałam się po Moskwie, co chwila tylko ochając i achając, bo bardziej zaskakującego miasta na świecie nie widziałam. W sumie to polecam zajrzeć i poczytać sobie pełną relację tu: https://agawielinska.wordpress.com/2019/06/09/%d0%bcoskwa-jak-z-bajki/

 

Skoro Moskwa, to i Stambuł – w końcu to też była dla mnie niesamowita  podróż. Tak w ogóle, to pomysł powrotu z Gruzji do Polski samochodem można uznać za najlepszą ideę tego roku, niewątpliwie! Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła. Cała relacja tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2019/10/24/swobodne-zapiski-z-dzikich-wojazy/

Stambuł – ach, ten orient. Tu właśnie przenika się Europa i Azja, Wschód i Zachód. Jedno jest pewne – Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam. Dobrze, że przywiozłam sobie zarówno jedno, jak i drugie – czekam na czarną godzinę, by kawę przegryźć bakławą i na samą myśl i tamte wspomnienia aż mi ślinka cieknie…

_DSC3296
Smak orientu. 

A’propos – trzeba dodać, że w tym roku do mojej kolekcji przybyły dwa nowe kraje: Turcja i Rumunia! Bo to, że na Ukrainie byłam już po raz piąty (w tym Kijowie po raz trzeci!), zakraja o drobną już psychozę, ale to wszystko dla sgusionki i słodyczy! 😉 To prawie jak z Gruzją, choć to inna bajka 😛 z ilością wjazdów do Rosji również straciłam rachubę.

_DSC4757
Kijów! 

Poza tym? Przeczytałam masę książek, aż zaczęłam żałować, że nie prowadzę statystyk i to jest moje postanowienie noworoczne – zapisywać ilość książek 😀 Tak z ciekawości! Zaczytuję się nadal w serii „Metro 2033”, głównie rosyjskojęzycznej; a za odkrycie roku uznaję Jewgienija Wodołazkina i jego „Awiatora”, którego sobie czytałam w drodze przez Turcję. 😉

Tak mi się przypomniało a’propos dziwnych postanowień: kiedyś miałam taką fazkę i przez cały rok zapisywałam swoje sny. Było to… dziwne, zwłaszcza, jak odnalazłam ten notes po latach. Innym razem z pomocą aplikacji liczyłam też kilometry, ale odkąd wyjechałam do Gruzji to powstały jakieś szalone cyfry i telefon mi siadał, więc przestałam 😀 Zbierałam jeszcze opakowania z czekolad, ale to znowu na pewno dłużej niż rok było 😉 Także trochę tych dziwactw już w życiu mam, nie ze wszystkich potrafię się wyleczyć. Z każdym rokiem staję się chyba jeszcze bardziej uparta (czasem jak osioł), nie daję sobie w kaszę dmuchać i ogólnie robię to, co mi (a nie komuś) się żywnie podoba. Ni ma lekko!

No dobra, starczy tego pitolenia. Przedstawiam Wam poniżej 12 subiektywnych zdjęć – czy to dobrych, czy to śmiesznych, częściej po prostu sentymentalnych. Bo 2019 taki własnie był – pełen wrażeń.  Zrobiłam masę zdjęć, niektóre nawet mi wyszły, poznałam super ludzi i ciągle nie mam dość, baaa! Chcę tylko więcej, coraz dalej i jeszcze wyżej – mam nadzieję, że Nowy Rok mi dopomoże.   Żeby 2020 nie ustępował kroku – tego życzę i sobie i każdemu z Was z osobna! Do siego roku!!

12.png

 

 

Dzikie wojaże

Urodzinowy Kijów.

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… To sobie pojechałam. A tak właściwie – poleciałam.

Żeby było śmieszniej, towarzyszką moich urodzinowych wojaży jest już zawsze od paru lat moja Siostra Ewelina, która swoje świętuje 5 dni po moich, w dzień urodzin Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili, czyli 18,.12. 😀

Wrzuciłam na instagramową relacje zdjęcie paszportu z podpisem i krótką ankietą: No to fru! Jedyny słuszny kierunek – na Wschód! Gdzie lecę? A) Ukraina B) Rosja C) Gruzja . Co najśmieszniejsze, najwięcej osób zagłosowało na państwo na literę G. Połowa mniej – na Rosję (oj tak, tam to bym sama chciała lecieć, ale jest jak jest….), a najmniej na Ukrainę. A to tam właśnie leciałam.

IMG_20191215_122000.jpg
Urodzinowy wypad Sióstr.:)

Ukraina jest świetna! Byłam tam już po raz piąty, więc wiem, co mówię. 🙂 Miałam jechać do Lwowa, ale że mój Brat kategorycznie stwierdził, że on już autobusem na Ukrainę nigdy więcej nie pojedzie, zaczęłam szukać połączeń samolotowych. A propo’s szybka dygresja: przypomnę szybko, dlaczego Mateusz zraził się do podróżowania autobusem. Gdy jechałam z nim do Kijowa w czerwcu 2017 roku, był to czas, gdy Unia Europejska zniosła wizy dla Ukraińców. Był ich cały autobus, a na przejściu pomiędzy naszymi państwami niewyobrażalne korki. Mieliśmy być w Krakowie na 7:00, byliśmy o 19:20, na granicy spędzając całe 12 godzin, z czego podróż z Kijowa do Krakowa zamiast 11 godzin, trwała prawie dobę. Mieliśmy po jednej drożdżówce, które skonsumowaliśmy dość szybko, nawet nie przypuszczając, że czeka nas tak długie oczekiwanie, potem zaczęliśmy jeść batoniki czekoladowe, które wieźliśmy dla naszej Siostry i całej bandy, a kończyło się na zapychaniu cukierkami, bo nic więcej już nie mieliśmy. Mnie ta historia szczerze rozbawiła, choć tak naprawdę wtedy nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy raczej płakać, a Mateusz, jak widać, zraził się na amen.

No więc zaczęłam szukać połączeń samolotowych. Okazało się, że z Balic do Lwowa nic nie lata, ale jest za to Kijów. Hm. Niby po raz trzeci w przeciągu 2,5 roku, Mateusz też już był, no ale… Kijów jest w moim ścisłym TOP-3, więc polecieliśmy, takie miasta się nie nudzą. A dla Eweliny i tak wszystko było nowe.:)

_DSC4777.JPG
Matka Ojczyzna i czołgi z Donbasu

Kijów to miasto z długą i niesamowitą historią. Niemalże na każdym kroku czekają różne pamiątki przeszłości: od starodawnej stolicy Rusi Kijowskiej (IX-XII wiek), poprzez okres, kiedy to miasto należało do Wielkiego księstwa Litewskiego, czyli wielikoj Polszy od morja do morja, poprzez szarobury, ale kwiecisty socjalizm, aż do uzyskania swobody po upadku Związku Radzieckiego, wolność o całkowitą niezawisłość, wreszcie przejmujące wydarzenia z 2014 roku kiedy to Kijowski Majdan był na ustach całego świata. Już podczas pierwszego wyjazdu największe wrażenie zrobił na mnie właśnie Majdan Niezależności. Tym razem pogoda nie była tak szałowa jak poprzednio, ale to miejsce ma naprawdę taki klimat, że odczuwa się go nawet, gdy ziąb i mgła. A może wtedy nawet jeszcze bardziej.

Obowiązkowym punktem wyprawy było odwiedzenie Kijowsko-Pieczerskiej Ławry.  O matko. Ile ja się o tym miejscu musiałam czytać na zajęciach z literatury staroruskiej!! Albo historii Rusi!! Niesamowite, zobaczyć na żywo miejsce, tak ważne dla kultury i historii nie tylko Rusi Kijowskiej (dzisiejsza Ukraina, Rosja i Białoruś), ale i Europy i świata!! Także to miejsce również z typu „must see”, nie nudzi się!

Ławra, zwana „matką monasterów”, jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. Pamiętam, jak w czerwcu w sadzie tuż za Ławrą gałęzie czereśni uginały się od owoców. Tym razem aura troszkę inna, ale jakby specjalnie na okazję mego powrotu do tego miejsca, w niedzielę wyszło piękne słońce i mogłam powtórzyć zdjęcia. Jak widzicie, ja naprawdę lubię wracać tam, gdzie już byłam i nic na to nie poradzę!

_DSC4757.JPG
Ławra Kijowsko-Pieczerska, widok z dzwonnicy. 

Co ciekawe – na przełomie ostatnich 2 lat Kijów znacznie podrożał. Pamiętam, że w 2017 za wstęp do Ławry (Dzwonnica) płaciłam 35 hrywien, w tym roku już 50. Jeden przejazd kosztował 4 hrywny, a dziś już 8 – raz tyle! Mimo to wszystko Ukraina jednak nadal jest tania, bo za wielką siatkę cukierków i czekoladowych Dedów Marozów na choinkę zapłaciłam niecałe 30 zł. I oczywiście nie obyło się bez zakupu sgusionki (mleko skondensowane z cukrem, gotowe do spożycia, najlepsze do naleśników, cała moja rodzina tak je). Wzięłam od razu 3, bo to moja choroba – a co by było, jakby w lodówce zabrakło mi sgusionki?! Może masła i jogurtów, ale nie mojego wschodniego przysmaku! 😉

Była jednak jedno nowe miejsce, którego poprzednim razem nie widziałam. Kijowski odpowiednik WDNH, a raczej WDNG, czyli w skrócie Centrum Wystawienniczego. Tym moskiewskim byłam tak zachwycona, że musiałam je zobaczyć w świetle nocnym, jak i wrócić na kolejny dzień; nie inaczej stało się tym razem. 😀 Nie wiem, czy przyciągnęło mnie tak samo miejsce i jego sowiecki klimat, czy swoje trzy krople dodał jarmark bożonarodzeniowy i grzaniec. HIT! Grzaniec z białego wina, z imbirem i rokitnikiem (który ubóstiwam prawie jak sgusionkę)! Tak, to zapewne podświadomie dla niego tam wróciłam. 😉 Bo przecież jak wyjazd urodzinowy, to musiałam sobie wypić na zdrowie, a jak. Nie obyło się również bez wizyty w słynnej już także w Polsce ukraińskiej knajpie Pijana Wiśnia. Serwują tam jeden produkt: nalewkę wiśniową. 100 lub 150 ml. To też było hitem.:) A’propos: Ukraina jest prawosławna, świętować zaczyna 31.12 (bo Nowyj God), a Boże Narodzenie obchodzi dopiero 7.01, tym bardziej się cieszyłam, że jarmark już był i mogłam poczuć ten piękny klimat oraz napić się grzańca z rokitnikiem 😀

IMG_20191213_173024.jpg
Grzaniec z białego wina z imbirem i rokitnikiem.

3 dni w Kijowie minęły jak z bicza trzasnął i trzeba było wracać do polskiej rzeczywistości. Kto nie był jeszcze w stolicy Ukrainy, a ma jakiekolwiek wątpliwości, to podpisuję się rękami i nogami, że naprawdę warto, nie pożałujecie! Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania co do organizacji takiej wycieczki – śmiało, służę radą.:)

PS. A jeżeli chcecie sobie porównać, jak Kijów wygląda w połowie czerwca, zapraszam tu: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/kijow/

PS2. Mój drugi wyjazd do Kijowa był tylko przystankiem do Czarnobyla, a tekst tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/ekstremalnie-czarnobyl-i-prypec/

 

Dzikie wojaże

EKSTREMALNIE: CZARNOBYL I PRYPEĆ!!!

Zostałam ostatnio nazwana „autorką bloga podróżniczego„, (jakoś jednak bardziej utożsamiam się z fotografią i Agą z Krainy Czarów https://www.facebook.com/agawielinska/ , no ale cóż) – z tejże więc okazji relacja z kolejnego wojażu. Bardzo dzikiego, bardzo ekstremalnego. Muszę się streszczać z pisaniem, bo w planach kolejna wyprawa, rzut beretem, ale liczę, że warunki mi dopiszą!
Już z dawien dawna chodził mi po głowie wyjazd do Czarnobyla. Wiadome, rożne rzeczy biegają i skaczą po mojej rudej głowie. Jest tam Syberia, Kirgistan, Kazbek i inne ciekawe rzeczy, ale między tymi właśnie miejscami przechadzał się Czarnobyl. No ale- prościej zebrać się na wyprawę na Ukrainę, niż nad Bajkał – chcąc nie chcąc.
Ileż to ja się naczytałam książek o czarnobylskiej Zonie… A właściwie o Strefie Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, jak brzmi pełna nazwa. Jest to całkowicie wyludniony i kontrolowany teren 30 kilometrów wokół elektrowni uszkodzonego reaktora nr 4, w którym 26.04.1986 roku wybuchł pożar. Strefa największego skażenia to 10 km.
Mówiąc obrazowo- teren Strefy to wielkość państwa Luksemburg lub trzech Warszaw. Robi wrażenie. 
Jeszcze większe wrażenie robią inne liczby, ale o nich wspomnę później.
A tak w ogóle, nie spodziewałam się, że po raz drugi w przeciągu trzech miesięcy odwiedzę Kijów. Niby tylko na jeden dzień, ale zawsze coś. W Polsce od dwóch tygodni lało. W dzień wyjazdu w naszej wiosce wylała mała rzeczka i zatopiła boisko sportowe i inne takie ekscesy, nie wiadomo co spakować, jak się ubrać. Okazuje się, że Kijów – 900 km dalej, a tam… Upał 30*C. O matko, jakie to było cudowne. Grzało w dupsko porządnie, ale każdy ile mógł chciał złapać otulające promienie słońca.
Po raz kolejny była też stara, piękna Ławra. Nie udało mi się skoczyć na dzwonnicę i popatrzeć na panoramę, czas był napięty, w końcu był to wyjazd organizowany przez biuro, a nie Agę, ale i tak nie było źle.

A’propos wyjazdu organizowanego.
Drażniła mnie trochę pani pilot, to już trochę takie zboczenie zawsze i wszędzie głównodowodzącego… Jak można opowiadać o biednej Ukrainie i panach Polakach, a nie wspomnieć, że ostatnie metro jest po północy?
Albo powtarzać: „Nie bójcie się mówić po polsku!”. No nie zgodzę się. We Lwowie może by to jeszcze przeszło, ale nie w Kijowie. Może się mądrzę, ale cóż, czasem tak bywa. 😀  Trochę słabe, jak dla mnie, ale to może takie moje widzi-mi-się.
Podczas gdy grupa poszła zwiedzać kolejne cerkwie, moja najlepsza pod słońcem grupa w postaci dwóch głów i mnie, poszła na Majdan na zachód słońca. I było cudownie, a nade wszystko: było warto.

Znowu to samo. To miejsce chyba tak wpływa.
Można siedzieć, gapić się przed siebie, popijać zimny cydr i po prostu cieszyć się chwilą.
Bo jest tak pięknie. 

 

Nie Kijów jest jednak głównym tematem dzisiejszego wpisu!

Były powiat czarnobylski, dzisiejsza Zona (to dość popularny rusycyzm- po prostu „strefa”) to teren ukraińskiego Polesia. Naturalną granicą Strefy, a jednocześnie państw: Ukrainy i Białorusi jest rzeka Prypeć, w swoje czasy ochładzająca pracujące reaktory jądrowe. (Dziś Prypeć jest domem między innymi dla dwumetrowych sumów-mutantów, połykających bułki w całości!)
Punkt wjazdowo-kontrolny do Zony: Dytjatki. Poczułam dreszczyk!!!
Przy okazji przekraczania granic chyba do końca życia będę wspominać drugi rozdział swojej pracy magisterskiej, traktujący o przestrzeni literackiej.
Coś w tym naprawdę jest, że człowiek zawsze czuje się nie do końca swojo.
Tym bardziej, jak nawet na wjeździe do zamkniętej strefy wokół dawno nieczynnej elektrowni atomowej, trzeba czekać i kwitnąć jak pierwiosnek!
W końcu ruszamy. Na podbój Zony!
Wracając do liczb. Są przerażające.
 
Teren Czarnobylskiej Zony to 76 wysiedlonych wiosek. 530 km dróg. 12 mostów.
W przeciągu miesięcy ewakuowano ponad 200 000 osób, zamieszkujących najbardziej zagrożone tereny. Ludziom powiedziano, że wyjeżdżają na 3-4 dni, ale ich „wyjazd” trwa już ponad 11 315 dni…
Co jeszcze lepsze- wybuch w reaktorze miał miejsce o 1 w nocy. Rano nikt z mieszkańców Prypeci nie zdawał sobie sprawy, co własnie się wydarzyło. Był pożar, strażacy, ok… Ewakuację rozpoczęto dopiero 36 godzin po awarii. Pomysleć, ile do tego czasu ludzie się nawdychali… Co jeszcze śmieszniejsze- w Kijowie, 150 km dalej, na 1.05 „normalnie” odbyła się parada…
Trochę przerażające, wdychać cichą śmierć i nawet o tym nie wiedzieć.
Bo przecież nie pachnie, nie śmierdzi, nie widać, nie słychać… NIC.
Miastem, stworzonym dla przesiedleńców, jest Sławutycz; dużo osób zamieszkuje w Kijowie, ale są też ewenementy: samo-osadnicy. Ci, którzy mimo zakazów powrócili do swoich domostw w opustoszałych wioskach. Było ich koło tysiąca. W przeciągu całych 31lat, które minęły od wybuchu w elektrowni, dziś zostało ich tylko 250 osób. W większości powrócić zdecydowali się ludzie starsi, przywiązani do ziemi i niewyobrażający sobie innego życia.  Bo przecież nie przesadza się starych drzew…
 
Na terenie Zony stacjonują 2 jednostki wojskowe, są tam 2 przychodnie lekarskie, 3 hotele pracownicze, 1 poczta… 5500 osób obsługuje Zonę, z czego całe 3500 pracuje na terenie Elektrowni.
Wybuch i pożar uszkodził reaktor numer 4; całą Elektrownię wyciszono dopiero w roku 2000 (wyciszono- czyli do tego roku nadal produkowała prąd), jednakże paliwo jądrowe ciągle tam jest. Nowy sarkofag nad zniszczonym reaktorem powstał w listopadzie 2016roku, wciągnięto go na stary, który „wytrzymał” całe 30 lat. Wielu ludzi twierdzi, że trochę zeszpecił krajobraz, ale w końcu chodzi o bezpieczeństwo.
Przecież w środku reaktora 4 znajduje się ponad 150 ton ciągle aktywnego paliwa jądrowego- musi być nieustannie ochładzane… W wyniku wybuchu powstało ponad 300 tongruzu radioaktywnego. Przeniesienie paliwa i ostateczne zamknięcie elektrowni planuje się na 2066 rok.
Tak naprawdę cały czas trwa likwidacja skutków awarii.
Utrzymanie Zony kosztuje Ukrainę (i pośrednio Amerykę, ale to tak na marginesie) trylion hrywien. (Nie wiem ile to zer, ale chyba dużo). 20 rocznych budżetów państwa.
Budowę miasta Prypeć, stworzonego specjalnie dla ludzi, pracujących na terenie Elektrowni, rozpoczęto w roku 1966.
Średnia wieku miasta wynosiła 26 lat.
Warto wspomnieć o fenomenie tego miasta. Mieszkali tam prawdziwi wybrańcy losu: mieli wszystko. Kolorowe telewizory, samochody, basen, stadion, przedszkole, diabelski młyn… Praca w elektrowni zapewniała duże pieniądze i prestiż społeczny.
Wszystko to przepadło, zostało zniweczone w jedną kwietniową noc…
IMG_20170923_155636-01
Witamy w Prypeci, Wymarłym Mieście, mieście Duchów… 
Byłam w szoku. Jedna wielka, potężna, ogromna R-U-I-N-A.
Nie mogłam pojąć tego, co jest tego powodem, bo przecież nie pożar w Elektrowni, oddalonej od Prypeci 2 km. Czas? Owszem. Ale i ludzie. Trochę szabrownicy, trochę psy ogrodnika: ja nie mam, to i innym nie pozwolę tego mieć… Strasznie smutne i ciężkie do ogarnięcia racjonalnie.
Na poniższym zdjęciu – Chwytak. 

Czyli po prostu część od koparki, którą wyrywano drzewa z Rudego Lasu – tuż przy zniszczonym reaktorze. Głupi metal, a przechwycił taką dawkę promieniowania, że do dziś, gdy przyłoży się do niego licznik Geigera, to piszczy jak szalony,  12 µSv/h!* (mikrosiwerty na godzinę).  
 
Dla przykładu:
5 µSv – prześwietlenie zęba,
10 µSv – dawka promieniowania naturalnego, jaką przyjmuje przeciętny człowiek podczas jednego dnia,
40 µSv – lot z Nowego Jorku do Los Angeles,
100 µSv – prześwietlenie klatki piersiowej.
Spędziwszy cały dzień w Prypeci i Czarnobylu nie nałapałam się go więcej, niż trzy badania rentgenowskie lub jedną tomografię.
Więc nie taka Zona straszna, jak ją malują, bo promieniowanie jest wszędzie i nie da się go uniknąć. 😉 
_DSC2696.JPG
Równie ciekawym miejscem były opuszczone zakłady Jupiter. 

Jest to bardzo ciekawe miejsce: oficjalnie produkowano tam radia i magnetofony. W praktyce zakładu nie opuścił żaden tego typu sprzęt elektroniczny. Chodzą plotki, że robiono tam czarne skrzynki i kostki do reaktorów atomowych. Nikt nie wie i nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę. Zona kryje w sobie wiele tajemnic… 
Tydzień przed moim przyjazdem w Prypeci miał miejsce mały incydent.
Grupa naszych zdolnych i niezwykle pomysłowych rodaków chciała uruchomić Diabelskie Koło, w związku z czym po Zonie spacerowało dużo więcej patroli policyjnych, niż zazwyczaj. Nie było wiadome, czy uda się wejść do opuszczonych bloków i „pozwiedzać” mieszkania, ale na szczęście się udało i to nawet nie jeden blok.
Ale w każdym mieszkaniu niemalże to samo. 
Głównym punktem wycieczki był, wiadome, Sarkofag. Pod nim- stary Sarkofag, a jeszcze pod nim- uszkodzony reaktor elektrowni jądrowej. 

I to tam do dziś siedzi sobie „spokojnie” 150 ton radioaktywnego paliwa… 
Mówią, że ten starszy był ładniejszy, dużo bardziej fotogeniczny, słowem, spóźniłam się, ale ten też robi wrażenie. Takie, że aż ciarki przechodzą…
_DSC2831
Okolice Rudego Lasu to najbardziej skażony teren- bo najbliżej reaktora. 
Licznik pikał 19,32. 
W jego bliskości żyje słynny Siemion – lisek, mieszkaniec Zony. Lubi smakołyki i jest świetnym modelem, ale mi chyba nie chciał zapozować. Chyba, że w tym momencie akurat spał, więc muszę jechać raz jeszcze, by go spotkać!
_DSC2925
Wiecie co to? Też swojego czasu nie wiedziałam. Albo czytałam, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Oko Moskwy – radar pozahoryzontalny Duga 2, wybudowany w utrzymywanym lata w tajemnicy kompleksie wojskowym Czarnobyl-2. 
 
Ta kupa żelastwa, wysoka na 150m i długa na 500m (nie ogarnąć tego wzrokiem!!), wybudowana została wcześniej niż sama Elektrownia. Nieładnie mówię: „kupa żelastwa”, a to tak istotny przedmiot w historii stosunków międzynarodowych, zwłaszcza między Związkiem Radzieckim i Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie nazywali Dugę „Rosyjskim Dzięciołem”, ponieważ skutecznie zakłócała fale radiowe i charakterystycznie stukała. 
Centrum dowodzenia miasta Czarnobyl-2. To tam, przed ogromnymi monitorami, siedzieli sobie radzieccy generałowie i komentowali wydarzenia na świecie.
Jak zeszliśmy z dachu budynku, było już całkiem późno, przed 17, a trzeba było jeszcze odwiedzić, jak sama nazwa wyprawy brzmi, sam Czarnobyl!
Prypeć to jedno, młode miasto, a historia Czarnobyla sięga XII wieku! 
Nazwa pochodzi od słów „czorna bylina” – oznaczająca piołun.
 
I teraz uwaga, ciekawe. O piołunie jest napisane w Apokalipsie św. Jana- to tą roślinę trzymał w ręku jeden z Aniołów Zagłady. WOW.
Dziś czasowo mieszkają tam pracownicy Zony- co ciekawe- często w swoich starych mieszkaniach, które musieli opuścić przy okazji ewakuacji…
Jest jakiś spokój w tym miasteczku. Cisza. Ale nie martwa cisza, jak w Prypeci. Czarnobyl ma w sobie duże pokłady nadziei na przyszłość, nadziei na życie. 
Miasteczko jest zadbane, wypielęgnowane, czyste… Na rabatach bujnie kwitną aksamitki i cynie, a z drzewa na drzewo przeskakują ptaki, radośnie przy tym ćwierkając…
Ciekawe, czy nastaną takie czasy (albo raczej: kiedy nastaną takie czasy), że w Czarnobylu znów będzie gwarno i pełno… 
Nie wspomniałam jeszcze kilku istotnych liczb: w wyniku awarii Elektrowni bezpośrednio zginęła tylko jedna osoba– pracująca przy pompach. Wszyscy pozostali zmarli w wyniku radiacji…
Mówi się o kilkunastu dzielnych strażakach, potem o kilku pracownikach… Raczej nie wspomina się o konkretnej liczbie „zwykłych ludzi”, którzy stracili życie w wyniku wdychania radioaktywnych pyłów… Ile ich było: kilkaset, kilka tysięcy, kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy??? Tego nie dowie się nikt. Na przykład: za przyczynę zgonu lekarze podawali grypę jelitową. Akurat. To była choroba popromienna.
I to jest wielka tragedia Czarnobyla. 
Dużo wrażeń, dużo myśli…
To nie było zwykłe miasto, do którego jedzie się pozwiedzać. To nie były pejzaże, na które jedzie się napatrzeć i je wchłonąć. 
To było coś całkowicie innego.
Trochę przerażające, bardzo zastanawiające, dające do myślenia.
Jednym słowem: BYŁO WARTO.
PS. Ale stanowczo za krótko!!!!!!!!!!!!!!! 
PS2. Morał jest jeden: trzeba jechać raz jeszcze: spotkać się z Siemionem, oraz przenocować 😉
Dzikie wojaże

Kijów.

Czasem człowiek wpada w doła, jak zbyt długo siedzi w jednym miejscu i trudno mu odnaleźć jakikolwiek sens. Tu praca, dom, znowu praca, deszcz, niepogoda, lub, co gorsze: w tygodniu ładny, a weekend do bani i tak w kółko.

100% sensu za to odnalazłam w mojej kolejnej, długoweekendowej (czerwcowej) wyprawie – w sumie na wariata (cóż za nowość!) zebrałam się w niecały tydzień i pojechałam do Kijowa. 
Wiecie – nie chodzi o to, że sztuką jest się zebrać w tydzień: spakować się itp. Największą sztuką jest ogarnięcie psychiczne i mentalne nastawienie– ruszam w niesamowitą wyprawę, muszę być skupiona i przygotowana na wszystko. 🙂 a to jednak wymaga poświęcenia i czasu, i sporych nakładów uwagi.
Uwielbiam spontaniczne wyjazdy, a Kijów definitywnie można do takich zaliczyć.  Sporo osób pytało mnie:
-Jedziesz do Kijowa? Przecież tam była wojna! Jest tam bezpiecznie?
Odpowiadam: o wiele bardziej bezpiecznie, niż obecnie w Londynie czy Paryżu. 
 
Czy będąc w Kijowie czułam strach? Nie, nie ma czego się bać. Świadomość tego, że na wschodzie Ukrainy cały czas, bez ustanku toczy się wojna jest trochę straszne, ale jest to miasto w pełni bezpieczne. Kijów to miasto spokojne, wręcz leniwe, jak kot, który ledwo obudził się ze snu. Tak naprawdę, Kijów nie przypomina mi żadnego innego miasta, które miałam okazję zobaczyć wcześniej. Nic, zero skojarzeń. No, chyba że to minimalne odniesienie do złotych kopuł Moskwy.
To, że Kijów mnie „zaskoczył” to mało powiedziane. 
Kijów mnie porwał i oczarował. (HAHAHA, Z MOICH TEKSTÓW WYNIKA JEDEN WNIOSEK: JAKŻE ŁATWO MOŻNA MNIE PORWAĆ I OCZAROWAĆ, TAK NIEWIELE TRZEBA!:))))))
Dziwi mnie, że tak mało osób chce zobaczyć to niesamowite miasto… Człowiekiem z aparatem, czyt. turystą, byłam praktycznie tylko ja. A szkoda, bo Kijów naprawdę wart jest uwagi.
_DSC8060.JPG
Kijów to miasto z długą i niesamowitą historią. Niemalże na każdym kroku czekają różne pamiątki przeszłości: od starodawnej stolicy Rusi Kijowskiej (IX-XII wiek), poprzez okres, kiedy to miasto należało do Wielkiego księstwa Litewskiego, czyli wielikoj Polszy od morja do morja, poprzez szarobury, ale kwiecisty socjalizm, aż do uzyskania swobody po upadku Związku Radzieckiego, wolność o całkowitą niezawisłość, wreszcie przejmujące wydarzenia z 2014 roku kiedy to Kijowski Majdan był na ustach całego świata.
Tak, definitywnie największe wrażenie podczas całej wyprawy zrobił na mnie Majdan Niezależności.
Z pełną świadomością twierdzę, że to miejsce jest niesamowite. Budzi takie nasycenie różnych, różnorakich uczuć, że to przerasta wyobrażenie. Zachwyca, zmusza do refleksji, jeszcze raz zachwyca, po czym każe się zatrzymać, chłonąć, myśleć i siedząc na dachu jednej knajpy popijać zimne piwo i patrzeć na zachodzące słońce, cały czas mając na uwadze to, by myśli burzliwie kłębiły się po głowie…  Tak, takie to właśnie miejsce.
_DSC8531
To właśnie ten plac, będący sercem miasta, na początku 2014 roku był czarny: dosłownie i w przenośni. Czarny od setek tysięcy ludzi, będących tam i walczących o swobodę swojego kraju i czarny od smoły z płonących opon. Ciężko to sobie wyobrazić, kiedy ciepłe, czerwcowe słońce muska Cię po twarzy…
Kijów pełen jest drobnych symboli tego, jak Ukraina walczy i jednoczy się z Europą. 
Powiedziałabym inaczej- może nie tyle Ukraina, co Kijów!!! To Kijów się starał, to Kijów walczył i to Kijów oberwał najbardziej!!
Aleja Bohaterów Niebiesnoj Sotni (wcześniej bodajże Instytucka lub coś w ten deseń, wyleciało mi to z głowy dokładnie). Barykady z cegieł, zerwanych z bruku. A obok zdjęcia poległych. 20, 18, 25, 30 lat… Zdjęcie obok zdjęcia. Obok kwiaty, kokardki, znicze… Strasznie przejmujące.
_DSC8102
Niebiesna Sotnia- pierwsze sto osób, które zginęło na Majdanie w lutym 2014 roku. 
To do ludzi, znajdujących się głównie na tej ulicy, strzelali snajperzy z dachu Hotelu Ukraina.
W czwartek pod wieczór zmęczenie dało jednak w kość, nie tyle może mi, jestem przecież jak koń pociągowy, nigdy niezmożony, co mojemu towarzyszowi doli i niedoli, który w końcu się zbuntował i powiedział, że on ani kroku więcej nie jest w stanie zrobić i nie marzy o niczym innym, jak wrócić i pójść spać.
No dobra. Z racji tego, że mam dobre serce, spełniłam to żądanie. 😀
Czekał za to na nas długi i pełen wrażeń piąteczek-piątunio!!
Miałam oczywiście już wszystko obczajone, co chciałabym zobaczyć, konkrety i jeszcze raz konkrety, nie pozostało więc nic innego, aniżeli ruszać w drogę na podbój Kijowa!
_DSC8228
Przepiękna panorama lewego brzegu Dniepru. (Centrum miasta jest prawobrzeżna).
Co ciekawe- miałam wrażenie, że Dniepr w Kijowie jest bardzo szeroki. W pewnym momencie, metro wyjeżdża nawet na powierzchnię, jedzie mostem, można się jarać panoramą miasta, było to niesamowite, ale to tak na marginesie. 🙂
Przeczytałam jednak, że Dniepr w Kijowie jest bardzo wąski. Wow. Chciałabym w takim razie zobaczyć, jaki jest „szeroki” w innych częściach Ukrainy!!
Obowiązkowym punktem wyprawy było odwiedzenie Kijowsko-Pieczerskiej Ławry. 
O matko. Ile ja się o tym miejscu musiałam czytać na zajęciach z literatury staroruskiej!! Albo historii Rusi!! Niesamowite, zobaczyć na żywo miejsce, tak ważne dla kultury i historii nie tylko Rusi Kijowskiej (dzisiejsza Ukraina, Rosja i Białoruś), ale i Europy i świata!!
Ławra, zwana „matką monasterów”, jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. W pewnych miejscach robienie zdjęć aparatem było dodatkowo płatne (jak chociażby w Uspienskim Soborze), ale rozwalił mnie argument kobiecinki, sprzedającej bilety:
-Niech pani sobie lepiej schowa ten duży aparat, bo za robienie zdjęć trzeba dodatkowo zapłacić, ale telefonem można śmiało fotografować!! 
Średni rozumiem logikę, ale ok. Nie ma problemu!
_DSC8167.JPG
W kompleksie normalnie żyją i pracują prawosławni mnisi. Dbają o ogród, uprawiają działki… Kurcze! Nawet urodzaj w sadzie mieli jakiś ponadprzeciętny!!! Podczas gdy w Polsce czereśni było na palcach policz, bo przyszły mrozy, to tam gałęzie uginały się od owoców! Chyba je sobie wymodlili, innej opcji nie widzę! 🙂 Sad, niestety (dla wszystkich odwiedzających) lub całe szczęście (dla mnichów) był ogrodzony.
Skończyło się więc na smaku.
Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała wspiąć się na jakiś punkt widokowy, by pozachwycać się panoramą Kijowa z góry. W tym wypadku punktem obserwacyjnym okazała się dzwonnica w Ławrze.
_DSC8244
Widoki z góry są najlepsze, ale ile razy można chodzić w kółko dzwonnicy. 🙂
W końcu opuściliśmy teren Ławry i poszliśmy dalej w teren.
W okolicy pomnika Matki-Ojczyzny znajduje się Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak na wschodzie nazywa się II wojna światowa) i mnóstwo drobnych symboli walki o wolność. Także współczesnych.

Pomnik Matki-Ojczyzny – fajny punkt orientacyjny, ze względu na monumentalność i wysokość- ponad 135 metrów. Cały czas, z uporem maniaka, powtarzałam jednak, że to „Matka-Gruzja”. M. z uporem maniaka nazywał go „Matka-Rosja”. Się nam usrało.

Wiecie, że Kijów też ma swoją tęczę??? W dodatku „tęcza” jest Pomnikiem Przyjaźni Narodów- rosyjskiego i ukraińskiego. Rzecz jasna pochodzącym z czasów Związku Radzieckiego. Jest jednakże jedna różnica między tęczą kijowską i warszawską- Ukraińcy, mimo kłótni z Rosjanami, nie spalili swojej tęczy, a nawet nie próbowali. Może temu, że jest z betonu? 😀 Chociaż innych śladów dewastacji nie zauważyłam.
Więc to tylko dobrze o nich świadczy. Od drugiej strony tęcza, Arka Drużby Narodow, również wygląda ciekawie. Powiedziałabym, że prezentuje się wręcz bajkowo! 
_DSC8395
Tuż za Arką znajduje się most, gdzie pieszo można przejść na drugą stronę Dniepru. Nogi powoli wchodzą w dupę, ale oczywiście, idziemy!!! Przecież nie popuściłabym takiej okazji. Trochę zaczęło się chmurzyć, co jednak nie przeszkadzało wielbicielom kąpieli w rzece na oddawanie się przyjemnościom. Ciekawe, jak musi to wyglądać w sierpniowy, upalny dzień!! A tak w ogóle, Kijów ma całkiem sporo plaż. Słynne są także wysepki na Dnieprze- niektóre są prywatne, z daczami ukraińskich oligarchów.
Ale z reguły przybrzeżne plaże są ogólnodostępne i bardzo popularne wśród kijowszczan.
_DSC8405
Pod sam wieczór znowu przemieściliśmy się na Majdan. Musiałam tam wrócić.

W ciągu całej wyprawy powracałam tam wielokrotnie: chciałam zobaczyć, jak się prezentuje o każdej porze dnia i wieczoru.
Od Majdanu zaczęłam i na Majdanie skończyłam swą przygodę z Kijowem. 
Więc jakże tu nie przywiązać się do tego miejsca…
_DSC8512
„WOLNOŚĆ JEST NASZĄ RELIGIĄ”.
Tak na marginesie, ten olbrzymi baner założono tuż przed finałem Eurowizji, który w tym roku miał miejsce w Kijowie. Chciano zasłonić zniszczony budynek, którego nie zdążono odremontować.
Muszę przyznać, że Kijów bardzo sprawnie podniósł się po wydarzeniach sprzed 3 lat. Podniósł się w sensie właśnie odbudowy zniszczeń. Pozostawiono jedynie symbole, mające na celu przypominać o wydarzeniach tamtych dni. Te, widoczne są niemalże na każdym kroku…
Po zachodzie słońca chciałam zobaczyć centrum miasta nocą. Oczywiście miałam farta, bo na Majdan przyszliśmy akurat na pokaz tańczących fontann.
Usiedliśmy sobie na schodach pod iglicą, tak siedzieliśmy, patrzyliśmy, myśleliśmy o tym i o owym…
Tak, defnitywnie Majdan jest najlepszym miejscem do rozmyślań z całego Kijowa.
To coś jak wyciąg narciarski w Mestii. Jedziesz, patrzysz na góry i myślisz, myślisz… Myślisz bez końca o wszystkim i o niczym. 
Czasem każdemu człowiekowi potrzebne są takie miejsca. takie resety.
Siedzimy i popijamy piwo. 
Chwilo, trwaj. 
_DSC8697
A propo’s piwa na Majdanie:
-To my możemy tak siedzieć i pić?! A straż miejska, policja, mandat?!
-Pij, jesteśmy na Wschodzie.
Sobota, czyli nasz ostatni dzień w Kijowie była bardzo na luzaka. W sumie wszystkie najważniejsze punkty „zaliczyliśmy” już poprzedniego dnia; mogliśmy więc poświęcić prawie cały dzień na spokojne błąkanie się uliczkami i wchłanianie kolorytu miasta.
Chciałam odnaleźć dwa miejsca – Pejzażną Aleję, słynącą z mozaikowych tworów i Andrijewski Zjazd- starodawną ulicę, łączącą górną (starszą) część miasta z dolną, nowszą, jednakże nie był to szukanie za wszelką cenę.
Jak zwykle miałam farta, bo oba miejsca odnalazłam całkowicie przypadkiem i w obu przypadkach byłam zachwycona znaleziskiem!!  W środku niektórych figur znajdowały się ławki, a że było baaardzo duszno (padać zaczęło tuż po tym, jak wsiedliśmy do autobusu, znowu nam się udało!) fajnie było skorzystać z takich udogodnień w ciężkiej wędrówce! Bajkowe miejsce:)
_DSC8714
W Kijowie jest cała masa bajecznie kolorowych murali, jeden piękniejszy i ciekawszy od drugiego!! Cały dzień można by poświęcić jedynie na odszukanie tych wszystkich ulicznych dzieł sztuki. To może kolejnym razem, tematyczna wycieczka do Kijowa mogłaby być! 
Wschód mnie zachwyca, Wschód mnie fascynuje i za każdym razem jeszcze bardziej zadziwia. Naprawdę wiele już widziałam i mało co mnie dziwi, zbyt dobrze znam tą ukochaną przeze mnie mentalność. 🙂 
Jednakże psy ze schroniska, które można adoptować ot tak, z ulicy- zaskoczyły mnie całkowicie. „POMÓŻCIE SCHRONISKU- NAKARMCIE BEZDOMNE PSY I KOTY!” – głosi napis na zgiętej tekturze. To takie proste, że aż chwyta za serce. Co jeszcze ciekawsze, psiaki były bardzo miłe i grzeczne, a gdybym pośród nich zobaczyła kota, chyba bym się pobeczała na środku ulicy i musiałabym odejść ze złamanym sercem. Biedne zwierzaki i dobrzy ludzie.
Autobus do Krakowa mieliśmy pod sam wieczór.
Byłam wściekła jak osa, bo trochę mieliśmy obsuwę w czasie i musiałam wybierać: albo pójdę na zakupy do dużego sklepu, albo spokojnie zdążę na dworzec i na autobus, a z racji tego, że aż takim bezmózgiem i wariatem nie jestem, zachowałam się z rozsądkiem.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo znalazłam mały sklepik, z którego wykupiłam cały zapas mojego najcudowniejszego i najpyszniejszego „mleczka”- sgusionki. Cały zapas, czyli dwie małe puszki, a dziękowałam starszej kobicie, jakby to było płynne złoto. Uśmiała się ze mnie i dziwiła się, że w Polsce nie mamy gotowego mleka skondensowanego, które można wylać wprost na naleśniki i zlizywać z talerzy. 😉
Powrót do Polski był hm. Zaskakujący. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.
W Krakowie mieliśmy być na 7 rano. Byliśmy na 19. 🙂 Na granicy staliśmy… 12 godzin, a cała droga zajęła 26 godzin. Zajechałabym do Bułgarii za ten czas, do Grecji!! ;o
Po 4,5 godzinach czekania:
M: A może przejdźmy tą granicę na piechotę? 
Spojrzenie Agi.
M: Aha, ale i tak musielibyśmy czekać na autobus.
30 minut później:
M: W takim tempie to mi się niechody zagoją!!
Biedny, nie zdawał sobie sprawy, że przed nim było jeszcze 7 godzin w tempie metr na godzinę 😀 Chociaż i tak jest to mało ważne. Daliśmy radę i było warto! 🙂