Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2021

Zaczęłam to podsumowanie pisać w pracy na kolanie, pod wpływem nagłego natchnienia, pomiędzy jednym telefonem a drugim; kontynuowałam w Paryżu, dopisując kolejne skrawki urwanych myśli, a kończę w domu, popijając pokrzywą, którą zbierałam początkiem maja i tak jakoś zapomniałam o jej istnieniu, więc teraz się upajam.

Grudzień i końcówka roku zawsze jest u mnie dość gorący i jednocześnie pełen wyczekiwania. Tu Mikołajki, tydzień później moje urodziny, potem urodziny Eweliny – w tym roku osiemnaste! –, potem Święta (w tym roku wypadające wyjątkowo dennie, zwykły weekend z potrójną ilością żarcia), Sylwester i Nowy Rok – uf, dopiero wtedy można złapać oddech.

Grudzień pełen wyczekiwania, ale i refleksji, napadających mnie tak właśnie niemalże cały miesiąc – a bo urodziny, a bo rok dobiega końca, przychodzi czas podsumowań…

Swoje urodziny spędziłam w Paryżu – opowiem o tym innym razem, koniecznie! 😁

Ponoć wymiana krwinek w organizmie człowieka odbywa się co 7 lat. Może to wpłynąć na zmiany – w sposobie myślenia, bycia, życia. Dziś, rok po mojej czwartej wymianie krwinek (😂), jaka wg tej teorii miała miejsce w 2020 roku,  faktycznie zauważam pewne różnice w samej sobie. Tak jakby – jest inaczej. Wiele rzeczy zrozumiałam, trochę odpuściłam, kilku powiedziałam, że za cholerę nie odpuszczę, bo „trza cisnąć” i tak sobie żyję – carpe diem dzisiaj, bo jutra może nie być. Owszem, dodatkowo swoje zrobiła pandemia i ten dziwny czas, albo po prostu – tak się złożyło, tak miało być, tak pisane jest  gwiazdach, przeznaczenie i kropka. W każdym razie – dobrze mi się żyje. A jak mi nie jest dobrze, to biorę rower i jadę nad stawy, albo biorę kopaczkę i plewię rabaty w ogródku.

Po powrocie z Gruzji i odnalezieniu się w (post)pandemicznej rzeczywistości nauczyłam się czerpać radość z tego, co przynosi czas. Przede wszystkim tak urozmaicam sobie ten czas, by nie mieć ani jednej zbędnej chwili na szkodliwe „myślenie”. Praca-pracą, ale życie toczy się raczej po pracy 😉 ogródek i nasze wspólne z Muśmą wy/roz/prze/do/sadzanie, przycinanie, kopanie („HM, A Z KTÓREJ CZĘŚCI TRAWNIKA MOŻNA JESZCZE ZROBIĆ RABATĘ?!”), gotowanie i coraz bardziej wkręcające pieczenie, książki, ale nade wszystko i przede wszystkim – góry. Dobrze mieć blisko, o jak dobrze! (Choć zawsze mogłoby być bliżej 😝) Skoro nie mogę mieć innych wyjazdów – jadę w góry. Nałogowo. To jest nieuleczalne – chce się tylko więcej!

W 2022 roku czeka mnie zmiana kodu. 🙃 Tak, trójka z przodu. Tak, wiem, nie wyglądam, ale cyfry nie kłamią, choć młodość to stan umysłu. Chciałabym w tym roku zmiany kodu żyć tak, by w czyn wcielać wszystkie swe zamysły (oczywiście z głową 😅). Tak, jak spędziłam urodziny w Paryżu – chcę tu wejść, chcę ten kawałek tarty, o, ale w sumie brownie też chcę, a na deser po deserze należy mi się drink, a po drinku makaronik, BO TAKĄ MAM OCHOTĘ I JUŻ. Pełnia szczęścia.

Zbyt często zdarza mi się odpuszczać swe zamysły typu po robocie jechać na zachód słońca w Pieniny – mimo chęci i intuicji, która rzadko mnie zawodzi – bo korki, bo daleko, bo coś-ktoś mi tam powie, że niby „po co i bez sensu”. O nie. Chcieć – znaczy działać. Działać, nade wszystko! I to takie moje życzenie dla samej siebie na te urodziny i jednocześnie cel na 2022. Nie myśleć zbyt długo, tylko po prostu robić, co się umyślało w tym rudym, głupim łbie. Nawet Wyspiański powiedział kiedyś: „Dużo już by mogli mieć, gdyby tylko chcieli chcieć” – czyż to nie piękne przesłanie?

Żegnamy lata dwudzieste; witamy lata trzydzieste! Niech się dzieje OGIEŃ! 🔥

Urodzinowe zdjęcie wprost z Paryża. Tak na odmianę górskiego outfitu – czasem też potrafię się ubrać jak człowiek i wyglądać cywilizowanie 😝 Wrzuciłam je na relację na Instagrama – bardzo miło było widzieć tyle pozytywnych reakcji!

Paryżanka 🙃

Dobry był ten 2021, bardzo dobry. Znowu inny, znowu dziwny, Sytuacja nadal jest bardzo dynamiczna. Im dłużej żyję na tym świecie, tym mniej rzeczy mnie już dziwi. Zaszczepieni mieli nie nosić maseczek i swobodnie wyjeżdżać za granicę, ale jak to bywa w naszym uroczym, polskim grajdole, absurd goni absurd. Nieważne. Wedle zasady „żyj chwilą”, praktycznie przestałam słuchać radia (nawet w robocie lecimy na playlistach), bo mnie denerwuje głupie gadanie, medialne nadmuchiwanie i robienie z igieł wideł.

Zleciał szybko ten rok. W skrócie:

zima była długa, ale chociaż się wyszalałam na sankach, marzec dłużył mi się niemiłosiernie, arbuzy rosły jak oszalałe, a nie było warunków, by je wysadzić do gruntu. Czekałam na wiosnę z utęsknieniem (zawsze jestem za wiosną i kropka), a ta nie chciała buchnąć z pełną mocą. Za to sezon pszczelarski w robocie buchnął podwójnie i od wiszenia na telefonie miałam wyprany mózg. W międzyczasie zaniemówiłam i dosłownie straciłam głos. Lato było zdecydowanie zbyt krótkie, ale coś tam udało mi się z Eweliną podziałać w Tatrach, już zahaczając o jesień. Szpiglasik na bezgłosie, Świnica od Zawratu – petarda! – Kozi-Granaty, ale naszym wspólnym hitem została definitywnie wyprawa na Przełęcz pod Chłopkiem i pozaszlakowe wejście na Czarnego Mięgusza. To dopiero był odjazd! W międzyczasie z dnia na dzień zdecydowałam się pojechać w Dolomity – marzyłam o tym od lat! Jesień bardzo dopisała. W sumie to praktycznie co weekend gdzieś wybywałam, a te wszystkie szalone wyjazdy na wschody, zachody i różne wyrypy definitywnie uwieczniła Orla Perć końcem października – z której jestem dumna – na raz, w jeden dzień, w takich warunkach – cóż za endorfiny, cóż za adrenalina! I nie mam dość – latem tam wracam, z Eweliną i na zdjęcia. 😉 Do połowy listopada pogoda rozpieszczała, żal było tylko takich krótkich dni. Grudzień – jak to grudzień, prócz Paryża, wspominałam już o tym – upłynął głównie na oczekiwaniu. Szybkie Święta, w drugi dzień wypad na Wysoki Wierch zimową porą- pora zacząć wybierać zdjęcia do kalendarza na kolejny rok…

Stosunkowo mało w tym roku chodziłam po polach i polowałam na sarny – w końcu (jakby nie patrzeć) praca na etacie nanosi pewne ograniczenia, a poza tym zdecydowanie bardziej i częściej wyżywałam się w górach. Pieniny, Tatry, Tatry, Tatry nade wszystko i jeszcze raz Pieniny! Nigdy się nie znudzą, nigdy dość! To jest nieuleczalny nałóg. Chociaż z drugiej strony najlepsze zdjęcie moich kochanych dzikusków powstało właśnie w Tatrach, kiedy to schodząc ze Starorobociańskiego Wierchu spotkałam całe stado kozic! Poza tym jeszcze branżowo – makro pszczół – jedno moje zdjęcie ukazało się nawet na okładce gazety „PASIEKA”! W sumie to nawet piękny Lisik się trafił – i co lepsze – zdjęcie też udane! Czyli wcale nie jest aż tak słabo 😄

Moje zeszłoroczne postanowienie – by wyhodować arbuzy jeszcze większe i jeszcze słodsze niż rok wcześniej – nie do końca się powiodło z powodów czysto niezależnych ode mnie – słaba pogoda, deszcze, mało gorących dni. Udał się jeden jedyny, słodziutki i czerwony w środku, ale nie większy. POSTANOWIENIE DO POWTÓRNEJ REALIZACJI!

Co mi się jeszcze udało? Odważyłam się upiec bezę. Nie taki diabeł straszny, jak go malują! Teraz bezę piekę sukcesywnie, za każdym razem starając się dążyć do perfekcji. Beza deserem roku!

Beza z rana jak śmietana #aduparośnie

Małe zestawienie – 2021 w liczbach:

47 przeczytanych książek;

47 dni spędzonych w górach (w tym 5 x Wysoki Wierch, 4 x Kozi Wierch 3 x Babia Góra)

2 Legendy i jednocześnie wypad roku: ex aequo Orla Perć na raz i Czarny Mięgusz;

1 dawka szczepionki, która dała 4 wyjazdy zagraniczne – 2 x Słowacja, 1 x Włochy i 1 x Francja, która jest jednocześnie moim 23. krajem, który odwiedziłam;

1200 kwiatów mniszka zerwanych na syrop i 400 na nalewkę 😀

8 smaków nalewek i 1 wino;

• zdjęcia – w tysiącach.

Zdjęcie roku? Nie istnieje. Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Jaki problem miałam z wyborem zdjęć do kalendarza! Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2021, wybór czysto emocjnalno-subiektywny:

Postanowienia i cele na Nowy Rok?

Tak, jak już wspominałam – nade wszystko realizować swe pomysły, iść za głosem serca. To ma być mój rok. 🔥

Poza tym? Wyhodować duże, słodkie arbuzy – choć to nie ode mnie tylko zależy, a od pogody i batalii z hordą ślimaków i mrówek. Notować książki, które przeczytałam. Wrócić do Gruzji. Spisywać dni, spędzone w górach. Cisnąć poza szlaki. Wejść na Babią w mniej niż 60 minut. Ogólnie to bić rekordy. I nie żreć tyle czipsów!!!

Patrzę z wielką wdzięcznością na 2021 i z jeszcze większą nadzieją na 2022.

Wypijmy za ten odchodzący rok, za każdy promień słońca i za ten Nowy, co już czeka – by przyniósł same dobre chwile i by w żadnym stopniu nie ustępował kroku poprzednikowi!

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności dzisiejszych dziwnych czasów, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Życzę Wam też – jak zawsze! – dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało. Do siego roku!!