Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej

_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀