Dzikie wojaże

Jaki tu spokój…

Ostatnie dni biura w tym sezonie. Jeszcze stąd na dobre nie wyjechałam, a już wiem, że wracam. Gruzja wciąga jak narkotyk, już chyba kiedyś gdzieś o tym wspominałam. Przeleciał ten czas jak błyskawica z prędkością światła. Korzystając ostatnio z wolnego i słonecznej pogody poszłam sobie na przełęcz Arsza. Posiedzieć, popatrzeć i powiedzieć Kazbekowi „papa, do zobaczenia!”. Takie swoiste deja-vu. To było moje pierwsze wyjście w góry w tym sezonie, musiało więc i być ostatnie. W kwietniu tuż za przełęczą śniegu było po kolana, w październiku udało się jeszcze złapać trochę żywych, mocnych barw i ciepłego światła. Złota gruzińska jesień, cieszę się, że udało mi się ją zobaczyć. Przekrój przez wszystkie cztery pory roku: wiosna, lato, jesień, zima.

_DSC0764.JPG
Mkinvartsveri, otulona jesienną szatą.

Niesamowicie było obserwować te przejścia na własne oczy. Z dnia na dzień, nie istnieje coś pomiędzy – widać to dopiero po zdjęciach, które sobie przeglądam. Dziwię się, ile przez ten czas zobaczyłam, ile to ja przeżyłam… Działo się! Tylu ludzi poznałam, tyle wrażeń i doświadczeń… Muszę jeszcze stworzyć listę hitów sezonu – niewątpliwie trochę tego będzie! 😀 Przyjdzie jednak jeszcze na to pora – przecież zostało jeszcze prawie dwa tygodnie, przez które Gruzja może zaskoczyć jeszcze nie raz! 😉 Po pół życia tu zdarzyło mi się jednak pod sam koniec sezonu, że taksówkarz – i to w dodatku kazbecki! – błysnął humorem:

– Taxi nie nada?

– Niet, spasiba.

– A samaljot?

– Samaljot możet byt!

Zdesperowany był, nie trafił na turystę, to co pozostaje: obrócić całą sytuację w żart.

_DSC0841.JPG
Z Przełęczy Arsza. Tu zaczęłam, tu kończę.

Łapie człowieka nostalgia. Sezon się kończy, Bezpieczny Kazbek zwinął bazę, coraz mniej ludzi na ulicach, wszyscy pochowani w domach, bo przecież zima idzie… Trzeba się więc napatrzeć na zapas, chłonąc widoki, by długimi, ciemnymi wieczorami w Polsce uśmiechać się na samą myśl, a patrząc na zdjęcia Kazbeku dziwić się i wspominać z rozrzewnieniem: „A ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… To jest taki paradoks: teraz tęsknię za domem, za Polską, a będąc tam będę tęsknić za tym moim małym, śmiesznym Kazbegi i życiem tu. I nic się na to nie poradzi.

W biurze cisza. Nic się nie dzieje, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Fakt, nadrobiłam wszelakie zaległości filmowe i obejrzałam to, co już dawno temu zamierzałam (między innymi „Bitwę za Sewastopol” i „Botoks”, a także sto pięćdziesiąt głupkowatych filmików), no ale ileż można. Zdecydowanie wolę, jak się coś dzieje, nawet, jeżeli były to pytania w stylu „a jaka będzie jutro pogoda”, szczerze powiem, że nawet mi tego trochę brakuje. Ostatnio z letargu wyrwała mnie Rosjanka, która przyszła zapytać, która to teraz w Gruzji jest godzina, bo ledwo przyjechała i chyba się pogubiła w czasoprzestrzeni. No cóż, doskonale to rozumiem. W końcu ja od pół roku nie przybieram sobie w ogóle do głowy, jaki jest dzień tygodnia; żyję datami z kalendarza.

Za równe dwa tygodnie będę już w domu, będę upierdzielać kotleta schabowego z kiszoną kapustą i zagryzać karpatką. Chyba oszaleję ze szczęścia 😉 ale póki co – trzeba korzystać. Ile tylko wlezie! Zostało jeszcze jedno miejsce, do którego koniecznie w Gruzji muszę teraz powrócić. I nie mogę się tego doczekać… tak na odmianę dla starego, dobrego Kazbegi:)

Dzikie wojaże

Lepsze od gór…

Pisane w piątek, 25.05.18

Lubię wolne dni w środku tygodnia. I wolny przepływ myśli z rana też lubię. Wczoraj miałam dzień wyprawowy, dziś wyciągam nogi, przeglądam zdjęcia, popijam kawę i czuję się bardzo usatysfakcjonowana i wypoczęta. Jestem takim dziwnym stworzeniem, które odpoczywa, męcząc się. Ale to tak porządnie, do (yyyyyyyy, ciśnie mi się brzydkie słowo, określające ten stan, szukam synonimu i nie mogę znaleźć! 😀 ) utraty tchu i sił! 😉 Obeszłam małą metaforą i obyło się bez zbędnej ekspresji. 😉

W okolicach Kazbegi robi się coraz bardziej zielono. Jak mnie to niesamowicie cieszy, aż żyć się chce! Wszystkie niesnaski i pretensje turystów (sezon zaczyna nabierać kolorów! :P) można puścić płazem, ponieważ mam pewność, że za trzy dni skoczę sobie w góry, wiatr wywieje mi z głowy wszystkie złe myśli, przy okazji adrenalinka naładuje mi akumulatory i znowu będę radosna i pełna energii do działania 😀

_DSC3506.JPG
Zielone Kazbegi i wstydliwy osiołek.

Mam jedną myśl o pracy w turystyce, jaką muszę się z Wami podzielić. Jakim paradoksem jest, że jednego dnia dostaję od trzech chłopaków czekoladę za radę i bycie miłą, a drugiego sypie się na mnie grad piorunów od sfrustrowanej Meksykanki. Większość ludzi, która do nas przychodzi, jest naprawdę miła – w końcu są na wakacjach, po co więc denerwować i siebie, i innych? Lepiej to olać i cieszyć się tym, że nie pada deszcz. Niestety, nie wszyscy tak myślą i dla niektórych do rangi sportu urasta zmieszać kogoś z kupą krowy na ulicy. Cóż, są krzesła i parapety, a ja od dziecka lepiej dogadywałam się ze zwierzętami. 😛 Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi gorzkimi pierdołami, lepiej iść w góry i zjeść wafelka, co właśnie zrobiłam wczoraj. 😉

Pogoda z rana nie nastrajała do wielkich wypraw, ale mimo wszystko wzięłam plecak, Nikusia, kurtkę i paczkę wafelków i ruszyłam przed siebie. Byle dalej, byle wyżej, byle odpowiednio się zmęczyć 😀 Zrobiłam sobie wycieczkę w stronę Kuro. Ten monumentalny masyw o wysokości maksymalnej ponad 4000 m robi zawsze piorunujące wrażenie. Groźny, z ostrymi ścianami i sypiącymi się ze zboczy kamieniami, kusi swoim rozmachem. Żeby wejść na Kuro, trzeba obejść całą grań i atakować od drugiej strony. Do zrobienia, nie powiem, biorąc pod uwagę to, że wczoraj, tak po prostu, byłam chyba niemalże w połowie drogi 😉 Cały sezon przede mną! Od górki do górki, po skałkach i kamieniach i tak sobie wędrowałam po grani. Ciągle było: o, to jeszcze ta jedna wyżej. Nie, tam też wejdę! Jeszcze ta, tam też jest prosto! Po czym nawet nie zorientowałam się jak daleko i wysoko już zaszłam. Jak zwykle gorzej jest z zejściem, w pewnych momentach wyzywałam siebie od narwanych wariatów, dla których nie ma przeszkód, ale jakoś dałam radę i przez to dziś cudownie się czuję! 😉 A jakie plenery odkryłam!!!! I całe zbocza, porośnięte rododendronami. Zobaczyć kwitnące kaukaskie rododendrony , to był jeden z największych fetyszów mojej wyprawy na Kaukaz, taki must see! Sezon na ich kwitnienie powolutku się rozpoczyna, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie i będą kwitły całe zbocza, a ja pójdę tam o złotej godzinie i to będzie PE-TAR-DA! 😀 nie mogę się doczekać 😀

_DSC3183.JPG
Kaukaskie rododendrony.

W Kazbegi coraz więcej ludzi. Sezon nabiera tempa. 😛 Fascynująca jest jedna sprawa – codziennie przemieszczamy się do centrum, idąc do pracy. Widzą nas i nie uwierzę, że nie rozpoznają – jednak trochę różnimy się od Gruzinek, chociażby ubiorem: ich jest zawsze czarny, a nasz kolorowy. Z resztą – ich kobiety nie chodzą po ulicach. Chodzą jedynie turystki, którymi też nie jesteśmy! To już ponad miesiąc, a i tak każdego dnia słyszymy: WY KUDA? W TBILISI? TAKSI NIE NADA?! Co ciekawe, obrotny taksówkarz nie zapyta Cię prosto w twarz, o nie. On odezwie się dopiero wtedy, jak przejdziesz. Co najmniej jakby chciał zobaczyć plecak lub ocenić tyłek 😀 Kiedyś szłam sama i jak co dzień było:

-Taksi nie nada?                                 

-Niet, spasiba!

-BIESPLATNA!!!!

Nie wiem, co byś ty chłopie ugrał na bezpłatnej taksówce dla mnie, ok, więc po raz kolejny grzecznie podziękowałam i zamiast do Tbilisi taksówką za darmo skierowałam się prosto do pracy. 😉 Albo jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wracamy do domu, a z samochodu po rosyjsku odzywa się kazbecki dżygit: „Cześć, co słychać?” My nic, idziemy. On bierze, podjeżdża bliżej, zajeżdżając nam niemalże drogę. „Cześć, co słychać?” – szczerzy zęby. Odzywa się Ania:

– Ale dlaczego chcesz z nami rozmawiać i siedzisz w aucie?

-A dlaczego mam wychodzić?

-Bo to dziwne?

Tak, Gruzini mają dziwne zwyczaje, związane zwłaszcza z samochodami. Oni jeżdżą nimi nawet do sklepu, który jest oddalony od domu o 50 metrów, serio. 1,5 kilometra to dystans nie do przejścia, w góry chodzą wariaci, im wystarczy, że dojadą, gdzie dojadą – przecież dla dżygita nie ma dróg nie do przebycia! Zesraj się, a nie daj się, hej! 😀 😀 😀 Kiedyś prawdziwi dżygici mieli prawdziwe konie, teraz mają mechaniczne 😉 Same przeboje są z nimi, co tu dużo mówić!

Jest znane rosyjskie powiedzenie, że „lepsze od gór mogą być tylko góry”, jednak ostatnio Elena,  którą miałam przyjemność poznać, rodowita moskwiczka powiedziała mi: „Aga, zapamiętaj to sobie. LEPSI OD GÓR MOGĄ BYĆ TYLKO GÓRALE!” Wot i wsjo, spasiba za wnimanije! 😀 😀 😀

PS. Tak jak obiecałam ostatnio – jest bardziej zielono na zdjęciach! 🙂