Dzikie wojaże

 Koniec lata

Z końcem sierpnia (w tym roku nawet wcześniej) zaczyna mi „grać w głowie” jedna, natarczywa piosenka, jakże pasująca do otoczenia – „Kończy się lato” Wiktora Coja i Grupy KINO. Nie słucham jej zimą ani wiosną, zapominam o niej totalnie; powraca do mnie sama – właśnie końcem lata. Myślę sobie wtedy – ach, no tak, to już ten czas. Kojarzy mi się również ze Swanetią – kiedy to dwa lata temu pojechałyśmy z Anią na zasłużony urlop – wszystkie drogi prowadzą do Mestii. Siedziałyśmy w Uszguli, naprzeciw potężnej ściany Szchary, Ania grała na ukulele, konie przechadzały się po łąkach, a trawa złociła się w oczach.

Koniec lata – sezon dobiega końca, pył osiada na drodze, wszystko zamiera, wycisza się, uspokaja, szykuje do letargu i zawieszenia w czasoprzestrzeni. Oooo tak. Zapasy w większości porobione, czekośliwek, sosów słodko-kwaśnych i innych smakołyków powinno wystarczyć na całą zimę, nalewki też „produkcja w progresie”

Tak w ogóle to czuję się taka nienasycona, mam wrażenie, że to lato minęło zbyt szybko. Albo wcale go nie było?! Czerwiec minął jak szalony, a w Tatrach było śniegu po kolana; połowę lipca padało, a sierpień to już w ogóle dzień taki krótki, jesień w powietrzu, o ostatnim tygodniu nie wspominając. Sezon jest definitywnie za krótki. Jak sobie pomyślę o tym, że tak naprawdę za niedługo znowu będę musiała wymieniać opony na zimowe (zmieniałam je w maju) i wstawać 15 minut wcześniej tylko po to, żeby rozgrzać auto, to mi słabo. 😀

Nie popadajmy jednak w przed-jesienną melancholię, jeszcze dużo przed nami! Mam nadzieję, że wrześniowa pogoda dopisze. Tymczasem przedstawiam krótką relację fotograficzną za ostatnie kilka wypadów 🙂

Pogoda w sierpniu była jaka była, na to człowiek nic nie poradzi. Wyskoczyło jednak piękne okienko, zapowiadające się na 13-go w piątek, no to co – Agusia tup-tup-tup, idzie żebrać o wolne. DEEJ, DEEJ, DEEJ. Siadło, no to dzida w Tatry, oczywiście z niezawodnym towarzyszem górskich doli i niedoli, czyli Eweliną. A’propos! Ewelinie stuknęła ostatnio 4. rocznica tatrzańskich wojaży – w 2017 zabrałam ją na Kasprowy przez Halę i powrót przez Myślenickie Turnie, przezywała mnie przez pół drogi i sapała drugie pół, tak pomiędzy przekleństwami, a dziś? Świnica przez Zawrat, Kozi-Granaty, 4:00 start z Palenicy no i jazda! Nie odstaje i nie odpuszcza, co mnie bardzo cieszy!

Plan na 13-go w piątek był bardzo ambitny: Palenica-Piątka-Kozi Wierch-Granaty-Hala Gąsienicowa-Kuźnice. Btw, w piątkiem 13-go jest jak z dniem urodzin – nie mogłam go spędzić w pracy! Pogoda i warunki dopisały, widoki po drodze pierwsza klasa, jednym słowem: SZTOOOOOS, PETARDA, BOMBAA! I kolejna część Orlej Perci, za nami! Stanęłam na Skrajnym Granacie i pomyślałam sobie, że ooooh, jakże bym poszła dalej, aż na Krzyżne… Czas nas jednak gonił. Padło więc postanowienie: za rok Orla w całości, na raz! Przyjdzie czas :)))

Widok ze Skrajnego Granatu

Ludzie, których mijaliśmy w drodze na Kozi, śmiali się, że nie warto iść do góry, przecież tam nic nie ma, kupa kamieni i nic więcej, nie warto… W ogóle tak świetnie się trafiło, że ludzi na Orlej tego dnia było wręcz wyjątkowo mało, a jeżeli już byli, to sami mili i sympatyczni. Najlepsza trójka Słowaków, których przepuszczałyśmy na zejściu w Żlebie Kulczyńskiego – a oni cały czas się odwracali i patrzyli, czy nie potrzebujemy pomocy na trudniejszych odcinkach. Oni po słowacku, my po polsku i się dogadali, a jak! Słowacy to jest cudowny naród, naprawdę bardzo ich lubię. Uśmiechnięci, pomocni, nie narzekają – aż zatęskniłam za ich częścią Tatr! 😉 Aż chce się więcej po takim wypadzie! I tylko więcej.

Tydzień później mój towarzysz pojechał nad morze, a ja, chcąc wyrwać się z zamkniętej pętli praca-dom, postanowiłam, że zrobię sobie BABUSIA-CHALLENGE, czyli jak szybko wejdę sama na Babią Górę. Pojechałam z myślą o zachodzie słońca i podsumuję to tak: jechałam dłużej, niż wchodziłam na szczyt z Krowiarek. 😀 Rezultat to 66 minut! Z jedzeniem borówek po drodze. 66 minut – kiedy znaki pokazują 2,5h. Jestem świrem. 🤪 Ogólnie to zapewne nic takiego, nothing speciall, ale jak dla takiego lamusa, co tylko chodzi, to się jaram. Teraz nic, tylko zejść poniżej 60 minut!

Jak to na Babiej, przyjemnie mnie spizgało, przewietrzyło głowę i byłam gotowa na kolejne wyzwania w pracy. Lubię takie szybkie, spontaniczne wypady! A jego podsumowaniem może być cytat z okazji przypadającego na ten dzień Dnia Fotografii: „Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię” i to jest czysta prawda.

A jeszcze lepszy cytat: „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz czeka na światło” Cóż. Do mistrza mi daleko, ale dla dobrego światła wejdę na szczyt Babiej w 66 minut, zamiast „ustawowych” 2,5h 🔥😉

Odliczałam jednak dni do planowanego wyjazdu na Słowację. Przecież po to się szczepiłam, żeby wyjechać za granicę, a jak! 🤪 a w dodatku Lodowa Przełęcz to nie lada gratka dla koneserów tatrzańskich widoków, także cóż się dziwić mojemu rozedrganiu na samą myśl. Wypad udał się po całej linii. Piękny szlak, przez Dolinę Jaworową z zejściem do Terinki (Chata Tery’ego) i Starego Smokowca.

Lodowa Przełęcz (2376m) jest najwyżej położona przełęcz w całych Tatrach, dostępna szlakiem turystycznym. A Lodowy Szczyt – trzeci co do wysokości (po Gerlachu i Łomnicy) szczyt Tatr – to ten kolos, którego solidną, przysadzistą piramidę doskonale widać nawet z Witanowic.

Widoki z Lodowej Przełęczy.

W pewnym momencie za Doliną wszystko zaszło mgłą, już zaczęłam tracić nadzieję… Po co iść taki kawał, skoro wisienka na torcie się utopiła w czekoladzie… Z trzepotem serca zaczęłam nawet ciche modły w stylu DEJ BOŻE, DEJ, gadałam do ptaków, by te chmurzyska rozwiały, no świr. Ale pomogło. I moim oczom ukazał się spektakl. Dzięki Bogu!

No i powie mi ktoś, że to nie jest petarda, a ja mam nie mieć oczopląsu od takich widoków.

Usłyszałam ostatnio, że po mnie widać, jak jestem ujarana w górach. Cóż, nie będę z tym polemizować, mi wiele nie trzeba. ⁠😉

A tak w ogóle to … to biorę urlop na cały przyszły tydzień i ruszam w drogę! Kumpel z roboty stwierdził, że gdy o tym mówię, to aż się świecę. Jedno Wam powiem – TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO! Jaram się jak pochodnia! Wam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za pogodę i oczekiwać relacji!

Ciao!

PS. Na bieżąco spam na moim instagramie: https://www.instagram.com/agawielinska