Dzikie wojaże

Tam, gdzie się kończy maj

Wiosna znowu wytrąca z równowagi. Chodzę taka rozedrgana, jak krople rosy na trawie, czy sama nie wiem, jak ten stan mego niespokojnego ducha nazwać. Znowu na nic nie mam czasu, bo wszędzie mnie nosi, latam jak nakręcona i tak dalej. Długo wiosna nie mogła się wyrobić, prognozy były niepewne, więc szybkie decyzje rodziły się bardzo spontanicznie, bardzo.

Dialog dwóch fotografów:

A: Głupia ta pogoda, ciągle się zmienia.

M: Dlatego wolę jesień. Jak w prognozie pokazuje lampę, to jest lampa.

A: A że ja jestem porąbana jak ta wiosenna pogoda, to i tak wolę wiosnę.

Z ogłoszeń parafialnych: miałam prelekcję w Zatorze – to już moja piąta dla publiczności! Śmiałam się, że na plakacie nazwali mnie „podróżnikiem”. Kiedyś słuchałam podcastu Gdziebądzia z Gdzieśtybył i fajnie rozróżnił: podróżnikiem był Kolumb, ja mogę być jedynie osobą podróżującą. Ale to taki lekki niuansik. 😆 Miło było znowu poopowiadać!

Ogłoszenie parafialne nr 2 – moje zeszłoroczne zdjęcie uli w rzepaku wylądowało na okładce branżowego czasopisma Pasieka.

Poza tym sezon ogródkowy pełną parą – praca po pracy dzieje się głównie tu. Standardem jest zawołanie Mamy: „Chodź tu, bo tak się zastanawiam, GDZIE BY TO POSADZIĆ? 😅

Praktycznie cały kwiecień upłynął w oczekiwaniu na to, jak wiosna nabierze kolorów. Tuż przed świętami, zaraz po pracy pojechałam na Podhale w poszukiwaniu krokusów. Koreczek jedynie w Makowie, potem aż do samego Zakopanego droga praktycznie pusta – nic, tylko jeździć po pracy! Spacer wśród szafranowych łanów, piknik na łące z widokiem na Giewont, a potem wypad do Zębu, najwyżej położonej wioski w Polsce – lubię takie dni. Szczegół, że droga tam i z powrotem zajęła więcej, niż spacerowanie. Po prostu lubię takie dni i zawsze warto się wybrać!

Preludium przedwiośnia w górach to wypad na Spisz i Zamagurze – wyskok na Przełom Białki, potem Czarna Góra Litwinka, a na deser przepiękna spiska wioska po słowackiej stronie – Osturnia i zachód słońca na jej polach, z widokiem na Tatry Bielskie. Co za miejsce, co za potencjał! Tak jak kiedyś zachłysnęłam się Litwinką (że aż się wywaliłam z wrażenia i potargałam sobie portki na kolanach), to teraz wiem, że na pewno wrócę na Osturnię!

Tatry z Czarnej Góry Litwinki

Pierwszy raz wiosnę pełną piersią poczułam późno, bo dopiero 28.04. Tradycyjne 3h roboty po robocie (ogródek sam o siebie nie zadba, zwłaszcza wiosną, a poza tym to najlepszy sposób na odstresowanie) nieco skróciłam i wybrałam się na szybki rower nadrzecznym wałem i pomiędzy stawami. Mocny zapach kwiatów czeremchy uderzył mnie jak z obucha. Śpiew ptaków, a nad stawami kanonada żabich rechotów – wszystko jeszcze dość nieśmiało, ale pewnie pokazało, że to nareszcie koniec snu zimowego i pora budzić się do życia.

Na następny dzień otwarłam sezon na dojazdy do pracy rowerem, a pod wieczór znowu wyskoczyłam na dobicie kilometrów i szybkie zdjęcia – jak pięknie wygląda wijąca się rzeka Skawa i rosnące po obu jej brzegach wierzby, oprószone młodziutkimi listkami! Wiosnę poczułam wtedy po raz drugi.

Trzeci dzień zachłyśnięcia się wiosną to ostatni dzień kwietnia i „majówkowy” wypad w Pieniny: wschód na górze Wdżar, foto-stop przy drodze w Sromowcach i fragment Pętli Spiskiej przez Polanę Tabor i Cisówkę (z majówkowym piwkiem i piknikiem na łące). Najlepszy był powrót – dzida! Droga pusta, a w stronę gór dzikie korki aż po sam Jordanów…

Potem z wiosną-wiosenką to już poszło i przestałam liczyć dni, w których czuję wiosnę. 

Maj okazał się nad wyraz ładny. Przyroda nadrobiła i pokazała swą krasę – aż chce się żyć, naprawdę. Rower, ogródek, syrop i nalewka z mniszka, gonię jak nakręcona, na nic nie mam czasu, ogólny rozgardiasz w głowie – wiosna. 😆 No i rzepak… Jak widzę te żółte pola, to przepadam, a ten rok jest nad wyraz bogaty w miejsca z dobrym widokiem! I w dodatku jakże blisko domu! Same plusy! ☺️

W tygodniu znowu szybki wypad po pracy – razem z Margot pojechałyśmy na Polanę Stumorgową. Mama skomentowała te wypad: „ Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnio to chyba na Poczwórnej* na jesień… (…) I zamiast leżeć na leżaczku, to co ja robię?! No idę!” 😆 A wybrałyśmy się dlatego, bo Ewelina zakończyła tego dnia swoje matury – niech się Młoda uczy celebrować ważne chwile w życiu! I powtarzać, popijając piwko z widokiem – WŁAŚNIE TAK TRZEBA ŻYĆ! 😆

*Mamie chodziło o Potrójną…

13.05 wypadał w piątek – tradycyjnie już wzięłam więc wolne w pracy (jakże 13-go w piątek być w pracy!!) pojechałam razem z Mamą i Eweliną na cały weekend w Pieniny. Potrzebowałam takiego wyjazdu. Pieniny wiosną są jedynym godnym wyborem – zielono, pięknie i świeżo, z widokiem na ośnieżone Tatry – czego chcieć więcej? No, ewentualnie łąki usłanej mniszkowym dywanem – wtedy to już oczopląs totalny, a gęba sama się śmieje (przynajmniej moja). Niespieszne wędrowanie, chłonięcie widoków i wrażeń – po 30 km nogi mogą boleć (zwłaszcza, jeżeli chodzi o spalenie ich na raka…), ale za to głowa jaka pusta, świeża! Z tym niespiesznym wędrowaniem to jednak źle to ujęłam – chciałam sobie pocisnąć i tak zrobiłam. 😛 Była jeszcze z nami Asia z Emilką, więc wszystkie moje dziewczyny szły swoim tempem, a Agusia latała „na czas”, by się sprawdzić i mieć rekordy do bicia. 😆 Nie, nie biegam. Ja tylko chodzę, ale raźnym, żwawym krokiem. Poszłam sobie na wschód słońca na Lubań – w 80 minut (zamiast 2,5 godzin, określonych na drogowskazie) i na wieży usłyszałam od gościa jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki w życiu ktoś mi powiedział: „DZIEWCZYNO, TEMPO TO TY MASZ ZABÓJCZE, NIE MOGŁEM CIĘ DOGONIĆ!” To jest zaraz obok tekstów w stylu: „Pijesz jak Ruska” od pewnego Rosjanina w Tallinnie i „Lubię, jak tak wulgarnie przeklinasz”. Wysoki Wierch w 45 minut – i to wcale nie z wywieszonym jęzorem, ale ot tak sobie, po prostu, hasając jak w podskokach…. Wszędzie piękna wiosna, soczyste, zielone kolory, chmurki i błękitne niebo – po prostu idealnie, nogi same lecą. Do sielankowego pejzażu brakowało jedynie stada owieczek 😉 Mama skomentowała i te moje wyczyny: „Aga to to taki półmutant. W górach nie pije, nie zatrzymuje się, odpowiada od niechcenia…” – zawsze mogę liczyć na jej szczerą opinię! 😆

Połaziłam sobie jeszcze po Sromowcach i Niedzicy, nie mogłam się nadziwić, jak szybko topnieje śnieg w Tatrach! Znaczy to jedno: sezon suchej skały blisko! Kozica już grzeje kopyta! 🔥

Na deser, trzeciego dnia pienińskich wojaży była Łapszanka z mniszkowym dywanem. Przeczytałam ostatnio w książce („Bieguni” Olgi Tokarczuk, mega), że jedyna właściwa perspektywa to ta z lotu ptaka, bądź z punktu widzenia żaby, żadna inna się nie liczy. Dlatego więc poświęcam się dla tych zdjęć, staram się jak mogę (choć sama nie wiem właściwie po co i w jakim celu – ot tak, fanaberie artystycznej duszy….) i takie oto efekty potem widać:

Łapszanka

Kolega w pracy pyta mnie ostatnio: „Czemu Ty rano – i to w pracy! – jesteś tak obrzydliwie zadowolona?!Odpowiedziałam mu, że w sumie mam wiele powodów do radości każdego dnia, więc tak samo z siebie, chociaż akurat wtedy powodem naczelnym był fakt, że jeszcze dwa dni i urlop! 

Zarobiona jestem przeokrutnie, nie ogarniam – chyba wypadałoby się zacząć pakować? 😆 Powiem Wam jedno – kolejne zdjęcia będą już nie z widokiem na Tatry… A na Kaukaz!

PS. To będzie wyjazd na takie YOLO, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki za samolot, żebym tam wsiadła i żeby wystartował!

Polana Tabor
Dzikie wojaże

Szukam świata, gdzie jedna jaskółka czyni wiosnę

Zima mnie męczy. Jak co roku – okropnie męczy. Fizycznie, bo się nie wygonię, ale jeszcze bardziej psychicznie. Wystarczy jednak, że na chwilę przyświeci słońce, ja od razu – jak słonecznik – obracam się w jego stronę, nastawiam się na jego zbawienne promienie i jakoś mi lżej, cieplej na duszy. Ogólnie jednak szarą-burą zimę znoszę fatalnie. Z każdym rokiem mam wrażenie, że coraz mocniej się to na mnie odbija. Tak w ogóle, to 1.01 Nowego Roku obudziłam się po imprezie w schronisku na Turbaczu, a mój głośnik w głowie huczał piosenkę „Kryzysowa narzeczona”: „mogłaś już być na dnie – a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się – co straciłaś…” Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie i stwierdziłam, że fajnie tak powitać 2022 rok.

(Kolejną sytuacją tego roku, która mnie rozbawiła, był świstak, który co roku w Ameryce przewiduje nadejście wiosny. Biedakowi zmarło się dzień przed sprawdzianem. Tak naprawdę nie jest to śmieszne, tylko straszne, ale cóż – elementy tragikomedii widoczne są gołym okiem także w XXI wieku. Rok 2022 zapowiada się ciekawie!).

O ile pierwsze dwa tygodnie stycznia były jeszcze w miarę dobre, o tyle praktycznie kolejne 4 tygodnie dały mocno popalić. Zimno, pizga złem, jakby chciało nas pochłonąć. Byłam już na takim etapie, że warczałam na sam dźwięk słowa „śnieg” – kazałam zastępować go wyrażeniem „białe gówno”. Tak w ogóle to doszłam do wniosku, że jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby dla mnie na okres zimowy wyemigrować w jakąś inną strefę – nie musiałoby być ciepło, ważne, by nade wszystko było słonecznie i jasno! Hm – może jakaś Madera? Tam mnie jeszcze nie było 😝

Łapię złote okruchy światła

Dokładnie 4.02 jak zawsze przed 7 w robocie otwarłam okno dla natlenienia atmosfery, usiadłam przed kompem i…usłyszałam donośny śpiew ptaka. I tak mnie wtedy pikło – kurde, wiosna. Jeszcze nieśmiała, ledwie „to dopiero przedwiośnie nasze”, ale to jest przecież znak! A znaki się szanuje! Będzie już tylko lepiej i tego się trzymajmy! Przy okazji przypomniał mi się pewien tekst – do którego nawiązałam w tytule tej notki, bardzo trafny na dzisiejsze czasy:

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
– Jarosław Borszewicz

Btw, oczywiście jak co roku dokarmiamy ptaki w ogrodzie. Poszło już jakieś 15 kg słonecznika (to tak lekko licząc), nie licząc gratisowych jeżówek, ogników i berberysów, czyli pozostałości po owocach lata. Odwiedzają nas turkawki, sikorki, wróble i mazurki, czyże, dzwońce, szczygły, zięby, a nawet grubodzioby! Wszystkie ptaszoły mile widziane, serdecznie zapraszamy do stołówki – ŻARCIE FREE! – taki baner mógłby wisieć na naszej pergoli albo bramie 😀 my za to mamy pociechę, a czasem nawet jakieś zdjęcie się trafi.

Modraszka

Zima zimą, ale nie jest tak, że tylko siedzę w domu i zamulam. Kiedy tylko warunki pozwalają – dzida w góry, albo na rower (też już przeorany, na całego – po polach, po stawach) Ostatnio wzięłam pojechałam do piekarni, ale wracałam okrężną drogą przez moje górki-pagórki i objeżdżając stawy – zamiast 1,5 km wyszło 9 😅 Cóż – trza cisnąć, nie ma lekko, a mnie zaczyna znowu nosić sakramencko… Takim to sposobem, mimo wszelkich niedogodności pogodowych, w górach spędziłam już 6 dni tego roku, wróży to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę praktycznie martwy sezon.

W długi weekend styczniowy (człowiek nie zdążył się zmęczyć robotą w nowym roku, a tu już wolne było…) wzięłam Mamę, Ewelinę, Nikusia i jabłuszko z allegro za 5zł i pojechałyśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję. Szybki, przyjemny spacer, widoki piękne, zima to jedyna pora roku, podczas której warto iść na Gęsią tylko dla Gęsiej (chociaż Ewelina wzbraniała się rękami-nogami, taką ma biedne dziecko traumę, kiedy schodziłyśmy z Krzyżnego przez Pańszczycę i Gęsią Szyję właśnie) 😄 O matko, ale się wyszalałyśmy na tych jabłuszkach… Jak stare dzikie konie! Aż zadki bolały! Dobrze, że byłyśmy na tyle wcześnie, że było pusto i mogłyśmy szaleć bez opamiętania i omijania bąbelków z sankami – nikomu się krzywda nie stała 🤪 Pobawiłam się jeszcze aparatem – tak na spokojnie, MYŚLĄC NAD ZDJĘCIEM (co nie zawsze mi się zdarza… a raczej rzadko) i osiągając zamierzone efekty. Takie czary mary i voilà! Takich zdjęć z Gęsiej Szyi w Internecie raczej nie znajdziecie! Na zdjęciu z lewej – Wysoka, na zdjęciu z prawej – Gerlach, Król Tatr 🏔

Potem był wschód słońca na Gorcu. Tydzień później wschodzik na Lubaniu – ten to się nigdy nie znudzi! Potem na 4 tygodnie przyszła dupówa, podczas której jedyną pociechą były książki, ptysie i beza. Przypominam sobie, że w sumie rok temu sytuacja wyglądała bardzo podobnie – fajna zima, szaleństwo na sankach, a potem czarna dziura, lisia nora i byle to jakoś przezimować. Kolejny argument na emigrację w jasne strony świata 😉

Kiedy wreszcie w prognozach ujawniło się stabilnie świecące słoneczko – i to w dodatku w weekend, a nie dzień roboczy! – wiedziałam, że to znak, a, jak już wspominałam, znaki trzeba wykorzystywać. W sobotę po południu zaplanowałam szybki babski wypad w Beskid Wyspowy – na zachodzik na Polanę Stumorgową pod Mogielicą. Zauroczyło mnie to miejsce, dlatego bardzo chciałam się nim podzielić z Eweliną. Szczerze mówiąc spodziewałam się błota na połowie szlaku, zaskoczyła mnie jednak ilość śniegu – jakość w sumie też. Ewelina przezornie wzięła ze sobą jabłuszko i wyszalała się jeszcze bardziej, niż na Rusinowej Polanie. Oczywiście Agusia też musiała przetestować. Z całego serca polecamy więc jabłkowanie na Stumorgowej! Mało ludzi, długi, dobry zjazd, bolące dupsko i od razu czujesz, że żyjesz! 😆 A zachód z widokiem na Tatry, a z drugiej strony na mojego ulubionego Ptysia – piękny. Wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, znowu będzie trzeba tam uderzyć!

W niedzielę powitałam wschodzące słońce po słowackiej stronie, na Przełęczy pod Tokarnią (za Wysokim Wierchem). Oczywiście znowu pierwsza myśl – kurde, wiosną, tak najlepiej kwietniową porą – tutaj będzie petarda… Opętała mnie ta wiosna już na samym przednówku, jak co rok!

Wszystko fajnie, ładne nawet te zdjęcia, klimatyczne, ale serio – DAJCIE MI WIOSNĘ, bo rzygam już tym białym tłem i rudą trawą. Jestem zdania, że dużo lepiej wyglądają ośnieżone góry w kontraście z zielonymi polami, po których igra światło z cieniem, z łąką kwitnących mleczy, z dmuchawcami, wirującymi na wietrze... Póki co cieszę się każdym promykiem słońca, każdym zielonym ździebełkiem, chodzę do lasu co drugi dzień, by sprawdzić stan kwitnienia przebiśniegów i wypatrzeć pierwszego zawilca – takie drobiazgi, składające się na ogólny odbiór świata. 💚

Byle do wiosny. Trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że kolejna porcja zdjęć będzie już bardziej świetliście-kolorowa!

PS. W tym tygodniu czeka nas najważniejsze święto lutego, zaraz po Dniu Kota – TŁUSTY CZWARTEK! Ja już piję ziółka, by przygotować swój trzeci żołądek na ich godne przyjęcie… Już teraz życzę Wam smacznego! 😋

PS2. Zrobiłam coś szalonego, tak totalnie w moim stylu. Z serii: pół dnia w robocie myślę, co by tu oddupcyć.

W Walentynki (których nie lubię i kategorycznie nie obchodzę) poszłam za głosem serca i… kupiłam bilety do Gruzji.

Piszę do Brata:

– Mam dla Ciebie newsa, ucieszysz się.

Jakiego?

Na Dzień Dziecka dostaniesz pół litra czaczy!

Nie wiem, czy to już ten czas, kiedy mogę się zacząć jarać? Bo beczeć będę w samolocie 😉 Ale to dopiero za 90 dni (19.02). Powiedziałam sobie w tym roku, że będę publikować na instagramie tylko aktualne zdjęcia, dlatego folder „SAKARTVELO” jest dla mnie folderem zamkniętym. Powstanie nowy, tegoroczny! Po niemalże 2,5 roku znowu stanę na gruzińskiej ziemi. Mogę się już jarać, mogę??!