Dzikie wojaże

Przed-sezonowe Pod-Elbrus-ie.-

Połowa maja już za nami, leci ten czas jak oszalały. Jeszcze pięć miesięcy równe i będę w Polsce! 😉 W Kazbegi w końcu nastała wiosenna aura. W sumie to w przeciągu dosłownie trzech dni buchnęło wszystko, jak oszalałe. Kwitną pierwiosnki w górach, wiśnia za biurem (będzie miała dużo owoców, będzie znowu co obrywać!), trawa zieloniutka… I śniegu coraz mniej na stokach gór, aż trudno uwierzyć, że ledwie tydzień temu miejscami było go po kolana. Magia. Słońce potrafi czynić cuda.:) Od razu lepiej na sercu człowiekowi!

_DSC0579.JPG
Wąwóz Darialski – otwarte Wrota Kaukazu.

Ostatnio miałam też niespodziewany wyjazd służbowy – i to pod Elbrus! Po raz kolejny się powtórzę – taką pracę to można mieć 😀 Zanim jednak to się stało, miałam kilka przygód po drodze, jak to zawsze bywa. Na przypale, albo wcale! Gdzieś po majówce czas nagle bardzo przyspieszył. Jednego dnia musiałam się zebrać dosłownie w 15 minut, spakować i pędem jechać do Tbilisi, by nad ranem odebrać grupę z lotniska, spędzić z nimi cały dzień w Sighnaghi, a na kolejny spokojnie wrócić do Kazbegi. Kluczową informacją dla dalszej narracji jest fakt, że byłam trochę przeziębiona – zawiało mnie, jak szłam z mokrymi włosami i trochę mnie to trzymało. W Kazbegi 10*C, w Sighnaghi 30*C i wtedy mnie trafiło. Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos. Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem! 😛

Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. 😀 Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłam) tak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło! To chyba Kazbegi na mnie źle działa, bo jakoś ten sezon nie mógł się tak z początku wykluć, albo po prostu wyjścia w góry mi brakowało, ot co! 😉

_DSC1736a (8)-01.jpeg
Kazbek, widziany z Osetii.

Także razem z towarzyszką dzikich wojaży Anną objechałyśmy Rosję, robiąc przedsezonowy rekonesans pod Elbrusem. Cudownie było, pod każdym względem. Dopisały warunki, pogoda, samopoczucie – wszystko złożyło się na powodzenie wyjazdu. Na granicy koleś tylko zapytał, po co nam wiza biznesowa, kazał nam chwilę poczekać zanim wbił pieczątki, po czym dodał, że po co nam jechać do Kabardino-Bałkarii, skoro Osetia jest ładniejsza? Bez sensu! Przekraczanie granic zawsze niesie ze sobą mały element adrenaliny. 😀 Tak samo na granicy republik – też trzeba wychodzić, pokazywać paszport, odpowiadać na pytania gdzie i skąd jadę, ile mam lat i czy mam męża i takie tam standardowe gadki-szmatki – tyle, że tam to już na luzaka, bez takiej spiny A PO CO CI WIZA BIZNESOWA. Potem jeszcze z małych przypałów naszemu kierowcy nalali na stacji benzynowej diesla, zamiast benzyny, ale jakoś sytuacja została uratowana i szczęśliwie dojechałyśmy do Azau, wioski pod Elbrusem.

Rosja to definitywnie moja bajka. Nie pytajcie dlaczego – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Niech wszyscy mówią co chcą, ale jakoś zawsze mi się tam wszystko podoba – niby skromnie, ale zadbane wszystko. Drzewa pobielone wapnem, trawniczki przystrzyżone, czysto, ludzie nie wrzeszczą na siebie – inny świat niż gruzińska rzeczywistość! I jedzonko takie domowe – twaróg, gęsta śmietana, rosół… I kaukaskie manty, czak-czaki, chyczyny. Pyszności. Tak to można żyć! Mogę rozbić swą bazę pod Elbrusem i stamtąd dowodzić rosyjskim oddziałem Mountain Freaks. 😉

_DSC0868.JPG
Elbrus – 5642 m n.p.m. – i ja na tym samym samiuśkim czubku jego byłam!

Kabardino-Bałkaria to twór stworzony przez Stalina za czasów Związku Radzieckiego. (On tak miał, że łączył w republiki dwa zupełnie rożne, czasem wręcz wrogie sobie narody, zwłaszcza z upodobaniem robiąc to w Kotle Kaukaskim, w którym wrzało, wrze i będzie wrzeć…) Zamieszkują go Kabardincy i Bałkarzy, mówiący swoimi językami z kosmicznej grupy tureckiej. Są wyznania islamskiego, stąd meczety na tle niebotycznych gór i muzeini, nawołujący do modlitwy wśród tej górskiej ciszy robią niesamowite wrażenie.

Aklimatyzacja przeszła z sukcesem! Pełny plan wejścia na Elbrus z stopniowym zdobywaniem aklimatyzacji wygląda tak:

  • Podejście do wodospadu Czyrnabaszi, zwanego też „Deviczije kosy”, gdyż woda spływa po skałach niczym rozpuszczone włosy dziewczyny,
  • Wejście na Czeget (można wjechać kolejką, ale to jak z Kasprowym, dla kozic nie istnieje) – to już wysokość ponad 3000m,
  • Wjazd kolejką na Garabaszi (3800) i podejście na Skały Pastuchowa – niemalże 4800m n.p.m.!

Z reguły czwarty dzień się odpoczywa w bazie na 3500-4000m, a piątego atakuje się szczyt. Szósty na wypadek niepogody.

_DSC1082.JPG
Wodospad Devichie Kosy.

Elbrus nie należy w zdobywaniu do jakiś wymagających lub super ciekawych szczytów. Ot, najwyższy szczyt Europy, mierzący 5642m, tak właściwie to góra człapana, z silnym wiatrem i chłodem. Jeszcze w ramach ciekawostki – Elbrus jest wygasłym wulkanem i najwyższym szczytem Kaukazu, ma dwa wierzchołki. Jego nazwa pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego i oznacza „błyszczący”. Szczyt posiada też określenia w językach narodów zamieszkujących jego okolice. Nazwa karaczajsko-bałkarska „Mingi tau” oznacza Wieczną Górę, a kabardyjska „Oszchamacho” – Góra Szczęścia. 

Ja już mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka i że podejście nudne, ale panoramy z Elbrusa nie mają sobie równych, a na samo ich wyobrażenie i wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Cieszyłam się więc jak dziecko, mogąc je podziwiać po raz kolejny. Zawsze mi brakuje słów w takich momentach, na opisanie piękna gór.:) Doszłyśmy z Anią do tych Skał Pastuchowa, prawie 4800m i miałam taką moc, takie parcie, że stwierdziłam, że jakby nie była godzina 13, a kolejnego dnia nie musiałybyśmy wracać do Gruzji, to bym i na szczyt wlazła. Potem jeszcze mi tak piknęło w rudym łbie, że przecież na Elbrusa – ale tylko przy dobrej pogodzie i warunkach!!! – mogłabym i sama wejść. Sama na Elbrus – to brzmi jak wyzwanie! 😀

_DSC1522.JPG
Towarzyszka Anna podziwia panoramy Wysokiego Kaukazu.

Tymi widokami, zwłaszcza przy takich warunkach, niemożliwe jest się nasycić. Nigdy dość, zawsze mało. Siedzieć tam całą dobę, od świtu, poprzez zmierzch i przez całą noc patrzeć na gwiazdy – może wtedy stopień naładowania baterii widokami osiągnąłby poziom dodatni. A tak to… Aż żal było opuszczać Azau i wracać do Kazbegi. Na koniec od pani Tatiany z hotelu Antau dostałyśmy po folkowej chustce na głowę – ucieszyłam się, bo będę miała na zmianę ze swoją góralską chustką 😉 na okazję bycia pod Elbrusem! Do następnego razu!

Nie pozostaje nic innego, jak utrzymywać aklimatyzację na wysokim poziomie i czekać na kolejny wyjazd! Taka perspektywa nravitsa, nravitsa mnie*…;)

*podoba mi się!

PS. Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania, dotyczące wejścia na Elbrus lub aklimatyzacji – piszcie, chętnie podzielę się wiedzą 🙂

Dzikie wojaże

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Wyprawa do najdzikszego Wąwozu Kazbegi – KHDE.

Tam mnie jeszcze nie było!

Wąwóz Khde znałam jedynie z mapy. I ewentualnie ze słyszenia, że to wąwóz w terenie przygranicznym, potrzeba tam mieć pozwolenie i ogólnie nie da się. Tak, „nie da się”, jak to bywa w Gruzji. Jednak chcieć znaczy móc i wreszcie miałam okazję przekonać się na własne oczy! Przepustkę załatwia się na granicy gruzińsko-rosyjskiej, trwa to chwilę i jest bezproblemowe, trekking przyjemny, a widoki – miażdżą. A pomyśleć, że dopiero wczesna wiosna, ledwie pierwsze jej tchnienie – jak tam pięknie będzie, kiedy zrobi się zielono! Wąwóz wciśnięty pomiędzy „Wrota Kaukazu” – wokół same skały – robi wrażenie. Płaska jak deska dolina Truso po prostu wymięka! 😛 A tak w ogóle to takie wolne to ja definitywnie lubię. Złoić kawał drogi (ponad 15 km), umęczyć się – przez co po prostu odpocząć psychicznie. Teraz to niech sobie pada cały tydzień, na tyle gdzieś wystarczy poziomu naładowania moich baterii – czyli do kolejnego wolnego 😉

59022801_2097220113666814_884976362073358336_n.jpg
Wrota Kaukazu. 

Po drodze spotkały nas wszystkie cztery pory roku: lało jak z cebra, urywało głowę, świeciło słońce, zawiewało śniegiem, a na sam koniec przyszedł taki upał, że moje okulary przeciwsłoneczne jednak okazały się bardzo przydatne. (ja zawsze jestem zdania, że lepiej mieć. Optymistka z urodzenia – nawet jak leje, wierzę, że może wyjść w końcu słońce. 😀 )

59895112_2291739001043142_5709359005063708672_n.jpg

Lubię poznawać nowe miejsca, w których jeszcze nie byłam. Okazuje się, że nawet w Gruzji, w której tyle czasu już spędziłam, jest ich jeszcze bardzo dużo. Wąwóz Khde definitywnie będzie jednym z moich ulubionych kierunków. Tym bardziej, że można nim przejść do mojego ulubionego miejsca w okolicach Kazbegi – Juty. To brzmi jak wyzwanie! 😀 Niech no się zrobi cieplej i choć troszeczkę się zazieleni! Wczesna wiosna w Khde jest ledwie namiastką tego, jak to miejsce będzie wyglądać w rozkwicie… Nie pozostaje nic innego, jak wziąć namiocik, obiektyw szerokokątny i ruszyć w drogę! Przyjdzie na to pora.

59450106_329851294343306_2075035619960029184_n.jpg

Długo trzyma zima w tym roku, a ostatnie opady śniegu jeszcze bardziej utwierdziły jej panowanie w regionie. Cóż zrobić – taki mamy klimat – już się w sumie z tym pogodziłam i ze stoickim spokojem i okularami przeciwsłonecznymi w plecaku „na wszelki wypadek” będę wyczekiwać wiosny! 😀

PS. Nie wiem, czy miałam o czymś jeszcze napisać, nie chce mi się iść do pokoju i zerkać w notatki. Najwyżej będzie więcej tematów na kolejny raz, a z racji tego, że miałam nowe zdjęcia, po prostu chciałam się podzielić nimi na świeżo :)))

 

Dzikie wojaże

Notka na chilloucie.

28.05.

Za równe 5 miesięcy obudzę się w domu, w swoich ukochanych Witanowicach. Mój kocur strzeli focha i nie będzie na mnie spoglądał przez dwa tygodnie, a ja rozpocznę ucztę kulinarną, trwającą miesiąc i przytyję 5 kilogramów. Ale to za 5 miesięcy, póki co cieszę się Gruzją 😉 Mam jeszcze bardzo dużo czasu, wykorzystuję go więc jak tylko mogę. Kocham Gruzję za jedną naczelną rzecz (Kaukaz jest ponad wszystkim, więc się nie wlicza do tego rankingu:) – spontaniczność i ogólną zasadę „niet prabliema!” .

Koleś widzi, jak głaszczę konia. „Chcesz? Wsiadaj!” Nie zdążyłam w sumie nawet tej propozycji przemyśleć, tylko po prostu wsiadłam. Jak i oni, tak i ja! Co się będę wstydzić i ograniczać! Pojeździłam sobie na koniku, trochę wierzgał, ale jak na pierwszy raz poszło mi całkiem nieźle 😀 Dopiero potem sobie uświadomiłam: a jakbym spadła i sobie łeb rozwaliła? To bym dopiero miała swoją spontaniczność!

Sytuacja numer dwa: jadę z grupą Rosjanek do Juty. Skręcamy z głównej drogi, a Chabuka, nasz kierowca pyta: „Masz prawo jazdy?” Mam, ale nie przy sobie. „Niet prabliema, dawaj!” Ale ja się boje! „Nie bojsja, dawaj!” , po czym zamieniłam się miejscami z pasażera na kierowcę. Dodam, że nigdy w życiu nie prowadziłam takiego auta: coś w stylu minibusa, w dodatku automat z kierownicą po prawej stronie, ale oczywiście znowu moje działania wyprzedziły myśli. „Ty chyba lubisz szybko jeździć!” YYYYYY, jadę normalnie? Przejechałam tak po gruzińskich wertepach chyba z 10 km i powiem jedno: CHCĘ WIĘCEJ! 😀 Aga za kierownicą Mitsubishi Delika, jak sobie to przypomnę, to aż się uśmiecham na samą myśl!

Pewnie wszyscy Gruzini już huczą, że jakaś ruda wariatka odwala dziwne rzeczy w Kazbegi, które z reguły są zarezerwowane tylko dla mężczyzn 😉 Jeszcze mam obiecane wspinanie na skałkach i narty (to chyba musiałabym wpaść tu zimą) – no i oczywiście jeszcze więcej koni i jeszcze więcej za kierownicą! 😀 Ech, czyste szaleństwo. Jak ja to uwielbiam….

_DSC4026fffffffff.jpg
Polowanie na światło.

6.06

Pędzi ten czas jak szalony. Już jest czerwiec, za niedługo miną dwa miesiące odkąd jestem w Gruzji, a ja naprawdę, ale to naprawdę tego nie odczuwam. Pytam kogoś, jak tam leci: „No, nic nowego, wszystko dobrze”. A u mnie tyle rzeczy się dzieje, że czasem ciężko za nimi nadążyć. Ciągle ktoś przychodzi, o coś pyta, coś trzeba pomóc, załatwić, pamiętać o turystach zostawionych na pastwę losu na 8 godzin w Truso wśród stad dzikich baranów i psów pasterskich – nie ma czasu ani na tęsknotę, ani tym bardziej na nudę. To mi się właśnie podoba! 😀

Nabieram właśnie energii przed przyjazdem grupy, którą będę dowodzić przez pełne siedem dni. 24/24. Czytam mądre książki, dzięki którym (mam nadzieję), będę jak chodząca i trajkotająca encyklopedia, którym nie da się zagiąć żadnym pytaniem! :D Chociaż ostatnio miałam zagwozdkę: „Jak będzie naparstek po rosyjsku? Moja siostra zbiera naparstki i nie mogę nikomu wytłumaczyć, o co mi chodzi!” Hm, ja też nie mam fioletowego pojęcia, prawdę mówiąc. Zagięła mnie 😉

Energii nabierałam też ostatnio w Tbilisi, choć prawdę mówiąc jestem jak szybko-ładująca się bateria i wiele mi zazwyczaj nie potrzeba. 😉 Spotkałam się z moją znajomą panią profesor, Nino, z którą przez trzy miesiące dzieliłam kuchnię w akademiku w Tallinnie.  Nino ugościła mnie w swoim domu w iście gruzińskim stylu. Po sytej kolacji ona kończyła swoją pracę przy komputerze, a ja siedziałam na balkonie (w krótkim rękawku!!! To cudowne ciepło!) i popijałam herbatę z konfiturą. Totalny chillout, chwilo trwaj wiecznie. I sobie tak siedziałam, i myślałam o tym, jak jest pięknie i że są takie momenty w życiu, że człowiek czuje, że już nic więcej nie musi, bo jest dobrze właśnie tak, jak w tym momencie. Następnego dnia krążyłam po Tbilisi zupełnie sama, bez żadnego pośpiechu (jednocześnie idąc jak szalona, bo przecież kocham szybkie tempo), bez celu, po prostu czerpiąc czystą przyjemność z tego, że idę przed siebie, świeci słońce i mogę mieć rozpuszczone włosy, bo w Kazbegi zaraz wiatr by mi je splątał. 😉 Czasem potrzebne są takie krótkie resety i poczucie harmonii z resztą wszechświata. Po czymś takim miło się wraca w góry, ot co.

A’propos. Oczywiście nie mogłam dziś spać nad ranem, nie myśląc więc zbyt wiele, zerwałam się z łóżka i poszłam w góry. O 5:40. Dobrego miałam nosa!! Teraz przynajmniej wiem, żeby zobaczyć Kazbek w świetle wschodzącego słońca muszę wyjść co najmniej godzinę wcześniej >.< 😀 Wiem jeszcze (och, ja to zawsze wiem, a i tak robię swoje, to takie czasem okropnie przewidywalne! :P), że naprawdę trzeba zjeść wcześniej śniadanie, albo chociaż spakować paczkę wafelków na drogę! Bo dziś pewnie poszłabym dalej, taka pogoda śliczna, gdyby nie stado burczących pszczół w moim brzuchu 😉 Gdy ja już wracałam, to ludzie ledwo wychodzili na szlak! Wszyscy patrzyli na mnie jak na jakiegoś wariata. Jedna dziewczyna nawet zapytała: „Wracasz z Meteostancji?” Czyli to po prostu widać, że jestem górskim świrem. Definitywnie muszę wychodzić więc jeszcze wcześniej! 😀

Takiego właśnie wyjścia w góry mi brakowało. Szybkie rach-ciach, ładne światło, kilka strzałów i już człowiek w skowronkach na cały dzień. Ledwo wróciłam, zjadłam, wypiłam kawę, na szybko przejrzałam zdjęcia i już planuję, gdzie by tu skoczyć na zachód słońca! 😉 Mam nadzieję, że pogoda nie ulegnie zmianie – trzymajcie kciuki!

_DSC4192BBBBBB.jpg
Owieczki na szlaku, w tle Cminda Sameba.

W planach na najbliższe dni bardzo napięty grafik – grupa, a potem… Nie zdradzę Wam jeszcze kolejnego celu moich dzikich wojaży, ale gwarantuję, że będzie bardzo dziko! W dodatku jadę sama, więc nikt nie będzie mi powtarzał: „Ale Aga, zwolnij trochę, już nie mogę!” Sama padnę 😉

Widzimy się po 20.06!!! 😀 😀 😀

Dzikie wojaże

Lepsze od gór…

Pisane w piątek, 25.05.18

Lubię wolne dni w środku tygodnia. I wolny przepływ myśli z rana też lubię. Wczoraj miałam dzień wyprawowy, dziś wyciągam nogi, przeglądam zdjęcia, popijam kawę i czuję się bardzo usatysfakcjonowana i wypoczęta. Jestem takim dziwnym stworzeniem, które odpoczywa, męcząc się. Ale to tak porządnie, do (yyyyyyyy, ciśnie mi się brzydkie słowo, określające ten stan, szukam synonimu i nie mogę znaleźć! 😀 ) utraty tchu i sił! 😉 Obeszłam małą metaforą i obyło się bez zbędnej ekspresji. 😉

W okolicach Kazbegi robi się coraz bardziej zielono. Jak mnie to niesamowicie cieszy, aż żyć się chce! Wszystkie niesnaski i pretensje turystów (sezon zaczyna nabierać kolorów! :P) można puścić płazem, ponieważ mam pewność, że za trzy dni skoczę sobie w góry, wiatr wywieje mi z głowy wszystkie złe myśli, przy okazji adrenalinka naładuje mi akumulatory i znowu będę radosna i pełna energii do działania 😀

_DSC3506.JPG
Zielone Kazbegi i wstydliwy osiołek.

Mam jedną myśl o pracy w turystyce, jaką muszę się z Wami podzielić. Jakim paradoksem jest, że jednego dnia dostaję od trzech chłopaków czekoladę za radę i bycie miłą, a drugiego sypie się na mnie grad piorunów od sfrustrowanej Meksykanki. Większość ludzi, która do nas przychodzi, jest naprawdę miła – w końcu są na wakacjach, po co więc denerwować i siebie, i innych? Lepiej to olać i cieszyć się tym, że nie pada deszcz. Niestety, nie wszyscy tak myślą i dla niektórych do rangi sportu urasta zmieszać kogoś z kupą krowy na ulicy. Cóż, są krzesła i parapety, a ja od dziecka lepiej dogadywałam się ze zwierzętami. 😛 Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi gorzkimi pierdołami, lepiej iść w góry i zjeść wafelka, co właśnie zrobiłam wczoraj. 😉

Pogoda z rana nie nastrajała do wielkich wypraw, ale mimo wszystko wzięłam plecak, Nikusia, kurtkę i paczkę wafelków i ruszyłam przed siebie. Byle dalej, byle wyżej, byle odpowiednio się zmęczyć 😀 Zrobiłam sobie wycieczkę w stronę Kuro. Ten monumentalny masyw o wysokości maksymalnej ponad 4000 m robi zawsze piorunujące wrażenie. Groźny, z ostrymi ścianami i sypiącymi się ze zboczy kamieniami, kusi swoim rozmachem. Żeby wejść na Kuro, trzeba obejść całą grań i atakować od drugiej strony. Do zrobienia, nie powiem, biorąc pod uwagę to, że wczoraj, tak po prostu, byłam chyba niemalże w połowie drogi 😉 Cały sezon przede mną! Od górki do górki, po skałkach i kamieniach i tak sobie wędrowałam po grani. Ciągle było: o, to jeszcze ta jedna wyżej. Nie, tam też wejdę! Jeszcze ta, tam też jest prosto! Po czym nawet nie zorientowałam się jak daleko i wysoko już zaszłam. Jak zwykle gorzej jest z zejściem, w pewnych momentach wyzywałam siebie od narwanych wariatów, dla których nie ma przeszkód, ale jakoś dałam radę i przez to dziś cudownie się czuję! 😉 A jakie plenery odkryłam!!!! I całe zbocza, porośnięte rododendronami. Zobaczyć kwitnące kaukaskie rododendrony , to był jeden z największych fetyszów mojej wyprawy na Kaukaz, taki must see! Sezon na ich kwitnienie powolutku się rozpoczyna, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie i będą kwitły całe zbocza, a ja pójdę tam o złotej godzinie i to będzie PE-TAR-DA! 😀 nie mogę się doczekać 😀

_DSC3183.JPG
Kaukaskie rododendrony.

W Kazbegi coraz więcej ludzi. Sezon nabiera tempa. 😛 Fascynująca jest jedna sprawa – codziennie przemieszczamy się do centrum, idąc do pracy. Widzą nas i nie uwierzę, że nie rozpoznają – jednak trochę różnimy się od Gruzinek, chociażby ubiorem: ich jest zawsze czarny, a nasz kolorowy. Z resztą – ich kobiety nie chodzą po ulicach. Chodzą jedynie turystki, którymi też nie jesteśmy! To już ponad miesiąc, a i tak każdego dnia słyszymy: WY KUDA? W TBILISI? TAKSI NIE NADA?! Co ciekawe, obrotny taksówkarz nie zapyta Cię prosto w twarz, o nie. On odezwie się dopiero wtedy, jak przejdziesz. Co najmniej jakby chciał zobaczyć plecak lub ocenić tyłek 😀 Kiedyś szłam sama i jak co dzień było:

-Taksi nie nada?                                 

-Niet, spasiba!

-BIESPLATNA!!!!

Nie wiem, co byś ty chłopie ugrał na bezpłatnej taksówce dla mnie, ok, więc po raz kolejny grzecznie podziękowałam i zamiast do Tbilisi taksówką za darmo skierowałam się prosto do pracy. 😉 Albo jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wracamy do domu, a z samochodu po rosyjsku odzywa się kazbecki dżygit: „Cześć, co słychać?” My nic, idziemy. On bierze, podjeżdża bliżej, zajeżdżając nam niemalże drogę. „Cześć, co słychać?” – szczerzy zęby. Odzywa się Ania:

– Ale dlaczego chcesz z nami rozmawiać i siedzisz w aucie?

-A dlaczego mam wychodzić?

-Bo to dziwne?

Tak, Gruzini mają dziwne zwyczaje, związane zwłaszcza z samochodami. Oni jeżdżą nimi nawet do sklepu, który jest oddalony od domu o 50 metrów, serio. 1,5 kilometra to dystans nie do przejścia, w góry chodzą wariaci, im wystarczy, że dojadą, gdzie dojadą – przecież dla dżygita nie ma dróg nie do przebycia! Zesraj się, a nie daj się, hej! 😀 😀 😀 Kiedyś prawdziwi dżygici mieli prawdziwe konie, teraz mają mechaniczne 😉 Same przeboje są z nimi, co tu dużo mówić!

Jest znane rosyjskie powiedzenie, że „lepsze od gór mogą być tylko góry”, jednak ostatnio Elena,  którą miałam przyjemność poznać, rodowita moskwiczka powiedziała mi: „Aga, zapamiętaj to sobie. LEPSI OD GÓR MOGĄ BYĆ TYLKO GÓRALE!” Wot i wsjo, spasiba za wnimanije! 😀 😀 😀

PS. Tak jak obiecałam ostatnio – jest bardziej zielono na zdjęciach! 🙂

Dzikie wojaże

Sezon burz.

Ostatnie dni wyglądają następująco: z samego rana piękna pogoda! Zastanawiam się, czy w ogóle brać ze sobą kurtkę. Po południu: oberwanie chmury. Dziękuję opatrzności, że jednak tą kurtkę zabrałam. Dzień w dzień. Morał jest jeden: trzeba wstawać wcześnie rano i cieszyć oczy słońcem : )

Oczy cieszy jeszcze jeden fakt: robi się coraz bardziej zielono. Porośnięte zieloniutką trawą zbocza gór wyglądają naprawdę oszałamiająco i w dodatku są diabelnie fotogeniczne! Najwyższa w końcu pora, by wiosna dotarła i na nasz kazbecki koniec świata :))

Sezon burz.
Sezon burz.

A’propos wczesnego wstawania: mój proces całkowitej aklimatyzacji w Kazbegi prawdopodobnie dobiegł końca, bo budzę się już według normalnego, odwiecznego zegarka: przed 6 rano. Nie ważne, czy kładę się spać o 23, czy o 1, otwieram oczy, a tu 5:48. Już naprawdę czuję się tak, jakbym była w domu, to takie normalne dla mnie  😉

Wspominałam już, jak szybko płynie tutaj czas? Ani się obejrzę, a zaraz już czerwiec będzie. Czuję się jak w jakiejś innej realności, całkowicie poza przestrzenią. Czy to góry, czy to ludzie tak na to wpływa – ciężko powiedzieć. Pewnie wszystkiego po trochu.

_DSC2323.JPG
Coraz bardziej zielono.

W ostatnim tygodniu miałam okazję wyrwać się w góry (oczywiście miałam szczęście – było ładnie, zdążyłam wrócić tuż przed kolejną burzą), a przy okazji zrobić krótki fotoreportaż (ehe, ja i „krótki fotoreportaż” 😛 !!! 500 zdjęć.) dwóm grupom, wychodzącym na Kazbek: skiturowym Słowakom i „zwykłym” Anglikom – czyli wchodzącym na nogach, a nie na nartach. Odprowadzałam ich aż do Saberdze (3000 m, tam, gdzie byłam ostatnio i tam, gdzie będę się umawiać na randki z dżygitami :D), przy okazji robiąc zdjęcia i będąc rudą atrakcją sezonu, skaczącą po górkach jak kozica. Słowacy mieli różne pomysły: chcieli mnie wziąć ze sobą, pakując do plecaka, oferowali zamianę miejsc: ja idę na Kazbek, oni za mnie do pracy, a na koniec gruziński przewodnik zapytał:

Jeździsz na nartach? Nie? Szkoda. Wzięłabyś ich poprowadziła na Kazbek zamiast mnie, mi się spać chce. Po kilku minutach dodał jeszcze: Oni są szaleni, mi by się tak nie chciało.

Cóż. Już to zauważyłam, że ludzie, chcący wejść na Kazbek, do formy „normalności” nie do końca się wpisują. W sumie każdy górski wariat tak chyba ma. Daleko szukać nie trzeba, widzę to po sobie każdego dnia 😀 Na samym początku nie mogłam się wczuć w rolę fotoreportera, ale potem się rozkręciłam i było tylko lepiej! Czekam na kolejną grupę, którą będę mogła odprowadzić 😉 taką pracę to ja lubię, co tu dużo mówić!

_DSC2561f.jpg
Po śladach.

W sumie to ludzie są jednak bardzo dziwnym gatunkiem. Nie przestaną mnie zadziwiać – nigdy-przenigdy! Do mojej KSIĘGI ABSURDÓW ostatnio dołączyło pytanie: „Skoro para kijków trekingowych kosztuje 10 lari, to jak wezmę jeden kijek, to zapłacę 5?” (absolutny hit minionego tygodnia!). Poza tym powinnam być chodzącą encyklopedią i wiedzieć, co na jakiej wysokości się znajduje i jaka jest amplituda przewyższeń między kościółkiem Cminda Sameba i Sabertse, o kilometrach nie wspominając! Myślałam, że zdając maturę z matematyki porzucam ją na wieki wieków, a tu teraz się okazuje, że zmuszona jestem wyliczać jakieś śmieszne amplitudy, jakby sobie sami nie byli w stanie odjąć 3000-2200 😀

Poza tym ludzie i ich idiotyczne pytania mogą czasem obrzydnąć, czasem więc konieczne jest ratowanie się ucieczką – byle dalej i byle wyżej.

Czekam więc na sprzyjające warunki pogodowe, czekam aż zakwitną całe połacie kaukaskich rododendronów, mój ogrodniczy fetysz w dzikości, marzy mi się wtedy wschód słońca gdzieś w okolicach mojej magicznej „trójki” i to poczucie wolności, że nic więcej do osiągnięcia szczęścia w danym momencie nie jest już potrzebne. A! Jeszcze jedna rzecz mi się marzy – jakaś kozica, chociaż jedna, bo strasznie, ale to strasznie brakuje mi saren i wystrzału adrenaliny, gdy naciskam spust migawki… Prócz tych cichych pragnień, wyciągniętych gdzieś z otchłani, to jest absolutnie wspaniale i nie ma na co narzekać! 😉 W kolejnym poście zrobi się już bardziej zielono, mogę Wam to obiecać! 🙂

Dzikie wojaże

Kachetia.

Kazbegi. W centrum tego kaukaskiego wszechświata znajduje się drewniana, oszklony kiosk z pamiątkami. To tak zwana przez nas „budka kontemplacyjna”, skąd można nie tylko rozmyślać nad sensem egzystencji, ale i bacznie obserwować życie, toczące się na rynku. Kierowcy zawsze zwalniają, przypatrując się: „a kto dziś w budzie siedzi?”, turyści zagadują o narodowość (bo dlaczego nie wiem, jak mówi się po gruzińsku „do widzenia”?! Wszyscy nie mogą wyjść z podziwu) i takie tam. Kiedy pada deszcz, jak dziś, ludzie pytają: „A co robić w taką pogodę w Kazbegi?” Jak to co – iść do super knajpy i pić wino! Można też popisać, co właśnie czynię.Jestem już miesiąc w Gruzji, ale zupełnie nie czuję upływu czasu. Czuję się, jakbym funkcjonowała w jakiejś innej realności. Przyznam, że kręci mnie taka realność! Góry, dużo ludzi (ciekawych i bardziej ciekawych), byle jeszcze tak nie padało! 😉

Ostatni tydzień w ogóle minął jak z bicza strzelił – w poniedziałek po pracy wyruszyłyśmy z Anią na południe – w stronę cywilizacji 😉 Tbilisi można się zachłysnąć! Tam już lato, a u nas, w górach, ledwo się zielono zaczęło robić! Po trzech tygodniach zjechać na niziny i paradować w krótkim rękawku – to spore wydarzenie! Nawet spacer po mieście o 1 w nocy był dla nas fascynujący – jakbyśmy nagle znalazły w jakiejś orientalnej bajce…

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą...)

Tbilisi nocą (błyszczą i migocą…)

Noc była ciepła (i krótka), a z samego rana ruszałyśmy już w stronę Kacheti – regionu Gruzji, słynącego głównie z wina. Gruzja jest niezwykle różnorodnym krajem – ma wysokie góry, ciepłe morze, żyzne pola, a nawet stepy i półpustynie z regionu David Gareja – właśnie to one były naszym celem tego dnia.

David Gareja to kompleks monastyrów, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Byłam tam już w lipcu, ale Ewa zasugerowała, że w maju to zupełnie inny świat, więc warto to zobaczyć. Z racji tego, że David Gareja leży na końcu planety i ciężko tam się dostać, ktoś wpadł na świetny pomysł i stworzył Gareja Line – marszrutkę, która codziennie o 11 zbiera ludzi z Tbilisi spod pomniku Puszkina i zabiera nas za 30 lari (w dwie strony) tam, gdzie dociera tylko 4×4. Świetna sprawa!

Majowe David Gareja to naprawdę inna bajka. Tak diametralnie odmienny widok, niż kosmiczne krajobrazy, jakie pamiętam z lipca, że głowa mała! Bujna zieleń, łąki łany, nic, tylko kręcić się w kółko i podziwiać z każdej strony, coś pięknego!

_DSC1638
Kosmiczne pejzaże.

Marszrutka Gareja Line odjeżdża o 16 (do Tbilisi jedzie około 2,5-3 godziny) i po 40 minutach zatrzymuje się w Udabno – wiosce na końcu świata, sztucznym tworze i wymyśle sowieckich inżynierów ( w latach 80-ych przesiedlono tam grupę swańskich górali), jedynej w promieniu wielu, wielu kilometrów. To jest fenomen, że dwójka Polaków (tak, Polacy w Gruzji są chyba najbardziej przedsiębiorczym narodem, oczywiście poza samymi Gruzinami) stworzyła tam hostel i dobrze prosperującą restaurację. To właśnie tam spędziłyśmy naszą drugą noc – chciałyśmy przekonać się, jak wygląda przywitanie dnia pośród kwitnących na żółto stepów.

Naszym kolejnym (prawdę powiedziawszy – głównym) celem było Sighnaghi, by jednak do niego dotrzeć, z Udabno musiałyśmy się dostac do Sagarejo, a stamtąd złapać marszrutkę, jadącą z Tbilisi do Sighnaghi. Skomplikowane, ale do ogarnięcia! 😀 Marszrutka z końca świata (Udabno) ponoć jeździ, ale tak naprawdę nikt nie wie skąd i o której. „Pomiędzy 8 a 9” – usłyszałyśmy. Zapytana inna kobieta pokazała na palcach „4”. HMMM. Oznaczać to może: za 4 godziny, o 4, a może jednak za 4 dni??? By nie stać w miejscu, idziemy i łapiemy stopa pośrodku stepu i na pace ciężarówki (szkoda, że nie był to wielki i burczący ZIŁ lub KAMAZ!) dojeżdżamy do Sagarejo, a stamtąd, w końcu, do Sighnaghi. Przejażdżka stopem na pace to definitywnie największa przygoda tej wycieczki! Byłam niczym piaskownica, ale mega frajda – chcę więcej! 😉

_DSC1838.JPG
Jedziemy autostopem…

Po takiej dziurze jak Udabno w Sighnaghi można się po prostu zakochać – w końcu to „Miasto Miłości”, a Urząd Stanu Cywilnego pracuje tam całodobowo. Jest to serce Kacheti – może nieoficjalnie, bo stolicą regionu jest Telawi, w którym nic nie ma, ale kulturalnie i rozrywkowo na pewno. Lubię taki klimat małych, urokliwych miasteczek. Namiastka Toskanii, w której nigdy nie byłam. Nic, tylko siedzieć na werandzie i sączyć lemoniadę, jeżeli komuś wino wychodzi już bokami 😉

W Sighnaghi miałyśmy listę „Must see” – oczywiście również z myślą o turystach. Udało nam się odnaleźć wszystko, prócz jednego punktu – cmentarza. Wieczorem Gio, nasz gospodarz, obficie polewa winem.

-Gio, my zaraz umrzemy!

-Nie umierajcie, przecież najpierw chciałyście zobaczyć cmentarz!

Wszyscy strasznie się dziwili, dlaczego tak bardzo zależy nam zobaczyć ten cmentarz. Brali nas za turystki – cmentarz jak cmentarz, co tam interesującego i dlaczego tak usilnie go szukamy? A jednak gruzińskie cmentarze są inne niż polskie – tradycją są wielkie portrety na nagrobkach – w ulubionej bluzie, przy samochodzie, na koniu – wszelkie scenki rodzajowe w wersji nagrobkowej. Poza tym, ten w Sighnaghi (w końcu go znalazłyśmy, najśmieszniejsze jest to, że przechodziłyśmy tuz obok uliczki, w którą należy skręcić) jest położony w naprawdę urokliwym miejscu i pięknie stamtąd widać góry Tuszeti – oczywiście o ile pogoda jest sprzyjająca.

Cały kolejny dzień spędziłyśmy na wycieczce objazdowej „Winnym szlakiem” – w końcu Kachetia winem słynie i płynie. Ciekawa sprawa posłuchać i zobaczyć, jaką drogę musi przejść winogrono, by stać się zabutelkowanym winem, gotowym do eksportu na przemysłową skalę. Wrażeń dużo, będzie o czym opowiadać turystom. Czasem czuję się jak jakieś guru, mające dostep do tajemnej wiedzy, o której inni nie mają pojęcia. Morał jest taki – wszystkiego trzeba najpierw spróbować na własnej skórze, by móc opowiadać o tym innym – ot, cała filozofia! 🙂

W piątek trzeba było myśleć o powrocie. Nawet jeżeli ma się samochód, tak czy siak droga w góry prowadzi przez Tbilisi. Dostałyśmy się na dworzec Didube, skąd można złapać transport Kazbegi i szukałyśmy stanowiska, z jakiego odjeżdża, gdy napadła na nas cała chmara taksówkarzy. „No tak, myślą sobie, turystki z wielkimi plecakami, może coś ugram!” Ooo nie wujku, nie ma głupich, z dziesięciokrotnie podbitą ceną!! Rozmowa na kilka głosów:

-A Wy gdzie?

-W Kazbegi!

-Oj, to dawaj na taksi! Wy tam na Kazbek idziecie?

-Nie, na marszrutce! Może w lecie!

-Oj, widać, że Wy ekstrim lubicie, widać!

Nie ustaliłyśmy jednak, niestety, czy extrem to jechać marszrutką, czy wchodzić na Kazbek? Pozostanie tajemnicą, co poeta miał na myśli 😉

Do Kazbegi, na przednim fotelu obok kierowcy czułam, że wracam jak do domu. Byle w góry, już wystarczy mi tej cywilizacji!

PS.Dziękuję za uwagę i gratuluję dotarcia do końca! Czekam na odezw tych, którym się udało! 😀 😀