Dzikie wojaże

Tam, gdzie się kończy maj

Wiosna znowu wytrąca z równowagi. Chodzę taka rozedrgana, jak krople rosy na trawie, czy sama nie wiem, jak ten stan mego niespokojnego ducha nazwać. Znowu na nic nie mam czasu, bo wszędzie mnie nosi, latam jak nakręcona i tak dalej. Długo wiosna nie mogła się wyrobić, prognozy były niepewne, więc szybkie decyzje rodziły się bardzo spontanicznie, bardzo.

Dialog dwóch fotografów:

A: Głupia ta pogoda, ciągle się zmienia.

M: Dlatego wolę jesień. Jak w prognozie pokazuje lampę, to jest lampa.

A: A że ja jestem porąbana jak ta wiosenna pogoda, to i tak wolę wiosnę.

Z ogłoszeń parafialnych: miałam prelekcję w Zatorze – to już moja piąta dla publiczności! Śmiałam się, że na plakacie nazwali mnie „podróżnikiem”. Kiedyś słuchałam podcastu Gdziebądzia z Gdzieśtybył i fajnie rozróżnił: podróżnikiem był Kolumb, ja mogę być jedynie osobą podróżującą. Ale to taki lekki niuansik. 😆 Miło było znowu poopowiadać!

Ogłoszenie parafialne nr 2 – moje zeszłoroczne zdjęcie uli w rzepaku wylądowało na okładce branżowego czasopisma Pasieka.

Poza tym sezon ogródkowy pełną parą – praca po pracy dzieje się głównie tu. Standardem jest zawołanie Mamy: „Chodź tu, bo tak się zastanawiam, GDZIE BY TO POSADZIĆ? 😅

Praktycznie cały kwiecień upłynął w oczekiwaniu na to, jak wiosna nabierze kolorów. Tuż przed świętami, zaraz po pracy pojechałam na Podhale w poszukiwaniu krokusów. Koreczek jedynie w Makowie, potem aż do samego Zakopanego droga praktycznie pusta – nic, tylko jeździć po pracy! Spacer wśród szafranowych łanów, piknik na łące z widokiem na Giewont, a potem wypad do Zębu, najwyżej położonej wioski w Polsce – lubię takie dni. Szczegół, że droga tam i z powrotem zajęła więcej, niż spacerowanie. Po prostu lubię takie dni i zawsze warto się wybrać!

Preludium przedwiośnia w górach to wypad na Spisz i Zamagurze – wyskok na Przełom Białki, potem Czarna Góra Litwinka, a na deser przepiękna spiska wioska po słowackiej stronie – Osturnia i zachód słońca na jej polach, z widokiem na Tatry Bielskie. Co za miejsce, co za potencjał! Tak jak kiedyś zachłysnęłam się Litwinką (że aż się wywaliłam z wrażenia i potargałam sobie portki na kolanach), to teraz wiem, że na pewno wrócę na Osturnię!

Tatry z Czarnej Góry Litwinki

Pierwszy raz wiosnę pełną piersią poczułam późno, bo dopiero 28.04. Tradycyjne 3h roboty po robocie (ogródek sam o siebie nie zadba, zwłaszcza wiosną, a poza tym to najlepszy sposób na odstresowanie) nieco skróciłam i wybrałam się na szybki rower nadrzecznym wałem i pomiędzy stawami. Mocny zapach kwiatów czeremchy uderzył mnie jak z obucha. Śpiew ptaków, a nad stawami kanonada żabich rechotów – wszystko jeszcze dość nieśmiało, ale pewnie pokazało, że to nareszcie koniec snu zimowego i pora budzić się do życia.

Na następny dzień otwarłam sezon na dojazdy do pracy rowerem, a pod wieczór znowu wyskoczyłam na dobicie kilometrów i szybkie zdjęcia – jak pięknie wygląda wijąca się rzeka Skawa i rosnące po obu jej brzegach wierzby, oprószone młodziutkimi listkami! Wiosnę poczułam wtedy po raz drugi.

Trzeci dzień zachłyśnięcia się wiosną to ostatni dzień kwietnia i „majówkowy” wypad w Pieniny: wschód na górze Wdżar, foto-stop przy drodze w Sromowcach i fragment Pętli Spiskiej przez Polanę Tabor i Cisówkę (z majówkowym piwkiem i piknikiem na łące). Najlepszy był powrót – dzida! Droga pusta, a w stronę gór dzikie korki aż po sam Jordanów…

Potem z wiosną-wiosenką to już poszło i przestałam liczyć dni, w których czuję wiosnę. 

Maj okazał się nad wyraz ładny. Przyroda nadrobiła i pokazała swą krasę – aż chce się żyć, naprawdę. Rower, ogródek, syrop i nalewka z mniszka, gonię jak nakręcona, na nic nie mam czasu, ogólny rozgardiasz w głowie – wiosna. 😆 No i rzepak… Jak widzę te żółte pola, to przepadam, a ten rok jest nad wyraz bogaty w miejsca z dobrym widokiem! I w dodatku jakże blisko domu! Same plusy! ☺️

W tygodniu znowu szybki wypad po pracy – razem z Margot pojechałyśmy na Polanę Stumorgową. Mama skomentowała te wypad: „ Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnio to chyba na Poczwórnej* na jesień… (…) I zamiast leżeć na leżaczku, to co ja robię?! No idę!” 😆 A wybrałyśmy się dlatego, bo Ewelina zakończyła tego dnia swoje matury – niech się Młoda uczy celebrować ważne chwile w życiu! I powtarzać, popijając piwko z widokiem – WŁAŚNIE TAK TRZEBA ŻYĆ! 😆

*Mamie chodziło o Potrójną…

13.05 wypadał w piątek – tradycyjnie już wzięłam więc wolne w pracy (jakże 13-go w piątek być w pracy!!) pojechałam razem z Mamą i Eweliną na cały weekend w Pieniny. Potrzebowałam takiego wyjazdu. Pieniny wiosną są jedynym godnym wyborem – zielono, pięknie i świeżo, z widokiem na ośnieżone Tatry – czego chcieć więcej? No, ewentualnie łąki usłanej mniszkowym dywanem – wtedy to już oczopląs totalny, a gęba sama się śmieje (przynajmniej moja). Niespieszne wędrowanie, chłonięcie widoków i wrażeń – po 30 km nogi mogą boleć (zwłaszcza, jeżeli chodzi o spalenie ich na raka…), ale za to głowa jaka pusta, świeża! Z tym niespiesznym wędrowaniem to jednak źle to ujęłam – chciałam sobie pocisnąć i tak zrobiłam. 😛 Była jeszcze z nami Asia z Emilką, więc wszystkie moje dziewczyny szły swoim tempem, a Agusia latała „na czas”, by się sprawdzić i mieć rekordy do bicia. 😆 Nie, nie biegam. Ja tylko chodzę, ale raźnym, żwawym krokiem. Poszłam sobie na wschód słońca na Lubań – w 80 minut (zamiast 2,5 godzin, określonych na drogowskazie) i na wieży usłyszałam od gościa jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki w życiu ktoś mi powiedział: „DZIEWCZYNO, TEMPO TO TY MASZ ZABÓJCZE, NIE MOGŁEM CIĘ DOGONIĆ!” To jest zaraz obok tekstów w stylu: „Pijesz jak Ruska” od pewnego Rosjanina w Tallinnie i „Lubię, jak tak wulgarnie przeklinasz”. Wysoki Wierch w 45 minut – i to wcale nie z wywieszonym jęzorem, ale ot tak sobie, po prostu, hasając jak w podskokach…. Wszędzie piękna wiosna, soczyste, zielone kolory, chmurki i błękitne niebo – po prostu idealnie, nogi same lecą. Do sielankowego pejzażu brakowało jedynie stada owieczek 😉 Mama skomentowała i te moje wyczyny: „Aga to to taki półmutant. W górach nie pije, nie zatrzymuje się, odpowiada od niechcenia…” – zawsze mogę liczyć na jej szczerą opinię! 😆

Połaziłam sobie jeszcze po Sromowcach i Niedzicy, nie mogłam się nadziwić, jak szybko topnieje śnieg w Tatrach! Znaczy to jedno: sezon suchej skały blisko! Kozica już grzeje kopyta! 🔥

Na deser, trzeciego dnia pienińskich wojaży była Łapszanka z mniszkowym dywanem. Przeczytałam ostatnio w książce („Bieguni” Olgi Tokarczuk, mega), że jedyna właściwa perspektywa to ta z lotu ptaka, bądź z punktu widzenia żaby, żadna inna się nie liczy. Dlatego więc poświęcam się dla tych zdjęć, staram się jak mogę (choć sama nie wiem właściwie po co i w jakim celu – ot tak, fanaberie artystycznej duszy….) i takie oto efekty potem widać:

Łapszanka

Kolega w pracy pyta mnie ostatnio: „Czemu Ty rano – i to w pracy! – jesteś tak obrzydliwie zadowolona?!Odpowiedziałam mu, że w sumie mam wiele powodów do radości każdego dnia, więc tak samo z siebie, chociaż akurat wtedy powodem naczelnym był fakt, że jeszcze dwa dni i urlop! 

Zarobiona jestem przeokrutnie, nie ogarniam – chyba wypadałoby się zacząć pakować? 😆 Powiem Wam jedno – kolejne zdjęcia będą już nie z widokiem na Tatry… A na Kaukaz!

PS. To będzie wyjazd na takie YOLO, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki za samolot, żebym tam wsiadła i żeby wystartował!

Polana Tabor
Dzikie wojaże

Szukam świata, gdzie jedna jaskółka czyni wiosnę

Zima mnie męczy. Jak co roku – okropnie męczy. Fizycznie, bo się nie wygonię, ale jeszcze bardziej psychicznie. Wystarczy jednak, że na chwilę przyświeci słońce, ja od razu – jak słonecznik – obracam się w jego stronę, nastawiam się na jego zbawienne promienie i jakoś mi lżej, cieplej na duszy. Ogólnie jednak szarą-burą zimę znoszę fatalnie. Z każdym rokiem mam wrażenie, że coraz mocniej się to na mnie odbija. Tak w ogóle, to 1.01 Nowego Roku obudziłam się po imprezie w schronisku na Turbaczu, a mój głośnik w głowie huczał piosenkę „Kryzysowa narzeczona”: „mogłaś już być na dnie – a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się – co straciłaś…” Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie i stwierdziłam, że fajnie tak powitać 2022 rok.

(Kolejną sytuacją tego roku, która mnie rozbawiła, był świstak, który co roku w Ameryce przewiduje nadejście wiosny. Biedakowi zmarło się dzień przed sprawdzianem. Tak naprawdę nie jest to śmieszne, tylko straszne, ale cóż – elementy tragikomedii widoczne są gołym okiem także w XXI wieku. Rok 2022 zapowiada się ciekawie!).

O ile pierwsze dwa tygodnie stycznia były jeszcze w miarę dobre, o tyle praktycznie kolejne 4 tygodnie dały mocno popalić. Zimno, pizga złem, jakby chciało nas pochłonąć. Byłam już na takim etapie, że warczałam na sam dźwięk słowa „śnieg” – kazałam zastępować go wyrażeniem „białe gówno”. Tak w ogóle to doszłam do wniosku, że jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby dla mnie na okres zimowy wyemigrować w jakąś inną strefę – nie musiałoby być ciepło, ważne, by nade wszystko było słonecznie i jasno! Hm – może jakaś Madera? Tam mnie jeszcze nie było 😝

Łapię złote okruchy światła

Dokładnie 4.02 jak zawsze przed 7 w robocie otwarłam okno dla natlenienia atmosfery, usiadłam przed kompem i…usłyszałam donośny śpiew ptaka. I tak mnie wtedy pikło – kurde, wiosna. Jeszcze nieśmiała, ledwie „to dopiero przedwiośnie nasze”, ale to jest przecież znak! A znaki się szanuje! Będzie już tylko lepiej i tego się trzymajmy! Przy okazji przypomniał mi się pewien tekst – do którego nawiązałam w tytule tej notki, bardzo trafny na dzisiejsze czasy:

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
– Jarosław Borszewicz

Btw, oczywiście jak co roku dokarmiamy ptaki w ogrodzie. Poszło już jakieś 15 kg słonecznika (to tak lekko licząc), nie licząc gratisowych jeżówek, ogników i berberysów, czyli pozostałości po owocach lata. Odwiedzają nas turkawki, sikorki, wróble i mazurki, czyże, dzwońce, szczygły, zięby, a nawet grubodzioby! Wszystkie ptaszoły mile widziane, serdecznie zapraszamy do stołówki – ŻARCIE FREE! – taki baner mógłby wisieć na naszej pergoli albo bramie 😀 my za to mamy pociechę, a czasem nawet jakieś zdjęcie się trafi.

Modraszka

Zima zimą, ale nie jest tak, że tylko siedzę w domu i zamulam. Kiedy tylko warunki pozwalają – dzida w góry, albo na rower (też już przeorany, na całego – po polach, po stawach) Ostatnio wzięłam pojechałam do piekarni, ale wracałam okrężną drogą przez moje górki-pagórki i objeżdżając stawy – zamiast 1,5 km wyszło 9 😅 Cóż – trza cisnąć, nie ma lekko, a mnie zaczyna znowu nosić sakramencko… Takim to sposobem, mimo wszelkich niedogodności pogodowych, w górach spędziłam już 6 dni tego roku, wróży to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę praktycznie martwy sezon.

W długi weekend styczniowy (człowiek nie zdążył się zmęczyć robotą w nowym roku, a tu już wolne było…) wzięłam Mamę, Ewelinę, Nikusia i jabłuszko z allegro za 5zł i pojechałyśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję. Szybki, przyjemny spacer, widoki piękne, zima to jedyna pora roku, podczas której warto iść na Gęsią tylko dla Gęsiej (chociaż Ewelina wzbraniała się rękami-nogami, taką ma biedne dziecko traumę, kiedy schodziłyśmy z Krzyżnego przez Pańszczycę i Gęsią Szyję właśnie) 😄 O matko, ale się wyszalałyśmy na tych jabłuszkach… Jak stare dzikie konie! Aż zadki bolały! Dobrze, że byłyśmy na tyle wcześnie, że było pusto i mogłyśmy szaleć bez opamiętania i omijania bąbelków z sankami – nikomu się krzywda nie stała 🤪 Pobawiłam się jeszcze aparatem – tak na spokojnie, MYŚLĄC NAD ZDJĘCIEM (co nie zawsze mi się zdarza… a raczej rzadko) i osiągając zamierzone efekty. Takie czary mary i voilà! Takich zdjęć z Gęsiej Szyi w Internecie raczej nie znajdziecie! Na zdjęciu z lewej – Wysoka, na zdjęciu z prawej – Gerlach, Król Tatr 🏔

Potem był wschód słońca na Gorcu. Tydzień później wschodzik na Lubaniu – ten to się nigdy nie znudzi! Potem na 4 tygodnie przyszła dupówa, podczas której jedyną pociechą były książki, ptysie i beza. Przypominam sobie, że w sumie rok temu sytuacja wyglądała bardzo podobnie – fajna zima, szaleństwo na sankach, a potem czarna dziura, lisia nora i byle to jakoś przezimować. Kolejny argument na emigrację w jasne strony świata 😉

Kiedy wreszcie w prognozach ujawniło się stabilnie świecące słoneczko – i to w dodatku w weekend, a nie dzień roboczy! – wiedziałam, że to znak, a, jak już wspominałam, znaki trzeba wykorzystywać. W sobotę po południu zaplanowałam szybki babski wypad w Beskid Wyspowy – na zachodzik na Polanę Stumorgową pod Mogielicą. Zauroczyło mnie to miejsce, dlatego bardzo chciałam się nim podzielić z Eweliną. Szczerze mówiąc spodziewałam się błota na połowie szlaku, zaskoczyła mnie jednak ilość śniegu – jakość w sumie też. Ewelina przezornie wzięła ze sobą jabłuszko i wyszalała się jeszcze bardziej, niż na Rusinowej Polanie. Oczywiście Agusia też musiała przetestować. Z całego serca polecamy więc jabłkowanie na Stumorgowej! Mało ludzi, długi, dobry zjazd, bolące dupsko i od razu czujesz, że żyjesz! 😆 A zachód z widokiem na Tatry, a z drugiej strony na mojego ulubionego Ptysia – piękny. Wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, znowu będzie trzeba tam uderzyć!

W niedzielę powitałam wschodzące słońce po słowackiej stronie, na Przełęczy pod Tokarnią (za Wysokim Wierchem). Oczywiście znowu pierwsza myśl – kurde, wiosną, tak najlepiej kwietniową porą – tutaj będzie petarda… Opętała mnie ta wiosna już na samym przednówku, jak co rok!

Wszystko fajnie, ładne nawet te zdjęcia, klimatyczne, ale serio – DAJCIE MI WIOSNĘ, bo rzygam już tym białym tłem i rudą trawą. Jestem zdania, że dużo lepiej wyglądają ośnieżone góry w kontraście z zielonymi polami, po których igra światło z cieniem, z łąką kwitnących mleczy, z dmuchawcami, wirującymi na wietrze... Póki co cieszę się każdym promykiem słońca, każdym zielonym ździebełkiem, chodzę do lasu co drugi dzień, by sprawdzić stan kwitnienia przebiśniegów i wypatrzeć pierwszego zawilca – takie drobiazgi, składające się na ogólny odbiór świata. 💚

Byle do wiosny. Trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że kolejna porcja zdjęć będzie już bardziej świetliście-kolorowa!

PS. W tym tygodniu czeka nas najważniejsze święto lutego, zaraz po Dniu Kota – TŁUSTY CZWARTEK! Ja już piję ziółka, by przygotować swój trzeci żołądek na ich godne przyjęcie… Już teraz życzę Wam smacznego! 😋

PS2. Zrobiłam coś szalonego, tak totalnie w moim stylu. Z serii: pół dnia w robocie myślę, co by tu oddupcyć.

W Walentynki (których nie lubię i kategorycznie nie obchodzę) poszłam za głosem serca i… kupiłam bilety do Gruzji.

Piszę do Brata:

– Mam dla Ciebie newsa, ucieszysz się.

Jakiego?

Na Dzień Dziecka dostaniesz pół litra czaczy!

Nie wiem, czy to już ten czas, kiedy mogę się zacząć jarać? Bo beczeć będę w samolocie 😉 Ale to dopiero za 90 dni (19.02). Powiedziałam sobie w tym roku, że będę publikować na instagramie tylko aktualne zdjęcia, dlatego folder „SAKARTVELO” jest dla mnie folderem zamkniętym. Powstanie nowy, tegoroczny! Po niemalże 2,5 roku znowu stanę na gruzińskiej ziemi. Mogę się już jarać, mogę??!

Dzikie wojaże

Nigdy dość!

W zeszłym roku już po Jagnięcym Szczycie (w połowie września) ogłosiłam koniec sezonu na Tatry Wysokie – czułam się nasycona wrażeniami, emocjami i widokami – po czym jeszcze w połowie listopada koniec sezonu odwołałam i ciupałam na Krzyżne, a w grudniu na Świnicę. W tym roku jakoś końca sezonu dotychczas nie ogłaszałam, bo sukcesywnie cisnę nadal. Jesienna pogoda sprzyja bardziej niż latem (to jest jakieś fatum! Gdyby tak było w lipcu i sierpniu, to… gdybać to sobie mogę…) – cudownym fartem wypogadza się na weekend, jakże więc tu nie cisnąć? Ładuję baterie jak tylko mogę, a te wydają się nie mieć dna. Albo po prostu są tak rozładowane, że już się nie nadają i potrzebują częściej i więcej prądu 😄 Nawet śnieg sypie i topnieje, po czym dwa dni później znowu jestem w górach.

W październik weszłam z kopyta, a jak. Nie wolno ignorować Bożych znaków w postaci dobrej pogody w weekend. Szkoda tylko, że dzień taki krótki, ale nie można mieć wszystkiego. Były Czerwone Wierchy, były wspaniałe jesienne Pieniny trzy tygodnie pod rząd, zdążyło zasypać i stopnieć, po czym znowu zasypać; a mówią, że trzeci śnieg to już zostanie. Ble. Tak na dobrą sprawę, przez większą część roku w Tatrach leży śnieg.

I tak powoli, powolutku, cichaczem, jakoś tak totalnie niespodziewanie… tak tłumaczę to sobie, że na zakończenie sezonu letnio-jesiennego z elementami zimowymi udało mi się przejść całą Orlą Perć. Całą, na raz, w jeden dzień! Od Zawratu, przez Kozi, Granaty, aż po Krzyżne! Dla nie do końca wtajemniczonych – Orlą Perć uważa się za najtrudniejszy i najbardziej wymagający technicznie i kondycyjnie szlak w polskich Tatrach, na którym przez ostatnie 100 lat zginęło 120 osób. Czas przejścia przy dobrych, letnich warunkach to 6-8 godzin plus szlak podejściowy i zejściowy – nasz dzień w górach (od auta do auta) liczył 20 godzin. Niebotyczne ekspozycje, głębokie żleby, wąskie kominki i idealnie piękne graniówki – NO PO PROSTU MUSIAŁAM ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ LEGENDĄ! Dodam, że to już druga tatrzańska legenda tego roku – Chłopek nie był taki straszny – a Orla?

Gdzieś z Orlej Perci

To było moje wielkie górskie marzenie. Tyle już po Tatrach chodzę, że brałam to poniekąd jako punkt honorowy. Bardzo chciałam, ale jednocześnie się bałam, więc plany nie wychodziły poza sferę marzeń. A tu się trafiło w towarzystwie dwóch Szczygłów – i pyk – poszło, pojechało. Ogień, petarda, sztos i „ale jazz”, ogólnie to byłam tak zaaferowana, że aparat wyciągnęłam na całej trasie może z pięć razy. Priorytety były nie fotograficzne tego dnia 😉 Co było piękne – zero ludzi na szlaku, więc obyło się bez korków na szlaku – masakra, co tam musi wyrabiać się latem 😮 Momentami zapiera dech i jak to Mama moja powiedziała – serce mocniej może nie zabije, ale wzrokowo to strach. To tak dla równowagi od nucenia „ale jazz” albo „nas nie dogoniat” – przez pół drogi powtarzałam i zastanawiałam się, w jakiej bajce to było: „TYLKO NIE PATRZ W DÓŁ, NIE PATRZ W DÓŁ… Nie zatrzymuj się i nie patrz w dół… W dół nie patrz… nie zatrzymuj się i w dół nie patrz… O, nie, ja w dół patrzę!” – taki ze mnie był Osioł ze Shreka! Definitywnie Orla nie jest dla ludzi z lękiem wysokości i o słabych nerwach!! Przez cały czas – a szlak jest długi i wymagający – trzeba być na maksa opanowanym i skoncentrowanym na tym, co się robi. Zwłaszcza, gdy w żlebach po północnej stronie śnieg i lód, a Ty musisz patrzeć, by dobrze wbić kolce raków. Wrażenia i przeżycia wprost nie do opisania!

Jestem świrem, jestem harpaganem i hardcorem, Orla końcem października – to dla mnie jak +100 do lansu, ego wzrosło, co to ja nie jestem 🤘😄 Tak się to już czuje człowiek, który zmierzył się z Legendą i sobie poradził. Takie w stylu „Jak hartowała się stal” 😆

Szlak jest wymagający, ale piękny. Cieszę się, że przeszłam go wcześniej, zanim wzięłam tam Ewelinę. Jedno jest pewne – na Orlą wrócę. Siostry-Kozice muszą zmierzyć się z nią wspólnie. A z resztą muszę wrócić po zdjęcia. I skupić się na tym, gdzie jest Żleb Honoratka, bo schodząc nim jakoś nie skojarzyłam i nie zwróciłam uwagi na ten sławetny fragment. Drabinkę na Koziej Przełęczy przeszłam świadomie – ujarana tym, że wcale, ale to wcale nie jest tak straszna, jak piszą! I w ogóle całością.

Piękny był to dzień, ale we wtorek trzeba było wstać, iść do pracy i jakoś funkcjnować! Wyglądałam jak małe zombie, gdyby to był Halloween, nie musiałabym się przebierać 😆 wgl jakie to jest śmieszne – raz się nie pomalujesz do roboty i od razu wszyscy zwracają uwagę: Aga, co taka niewyspana? Ze dwa dni chodziłam trochę jak połamana, ale rower jest dobrą rehabilitacją na mięśnie, więc szybko wróciłam do formy 🙂

Orla była w poniedziałek, a w sobotę stwierdziłam, że Tatr mi mało, więc wzięłam Ewelinę i pojechałyśmy w stronę Zakopca. Miał być Szpiglas, ale tak jakoś spontanicznie zmieniłyśmy zdanie, uznałyśmy, że asfalt w dwie strony nam nie straszny i poszłyśmy na Rysy. Liczyłyśmy, że poza sezonem to i ludzi będzie mniej i ogólnie jakoś łatwiej znieść ten straszny odcinek. Łaa, znowu był czad. Ewe po sobocie ogłosiła swój własny „koniec sezonu na Tatry Wysokie” (ja nadal nic), uzasadniając to tym, że „przecież Szpiglas to nie Wysokie”, więc kto wie, co przyniesie nam jeszcze listopad. 😄 Ogólnie to tego dnia pizgało solidnie. Gdyby taki wiatr był w poniedziałek, Legenda Orlej pozostałaby niesprawdzona – jestem tego pewna. W pewnych momentach, zwłaszcza na grani tuż przed szczytem, miałam wrażenie, że wiatr mnie uniesie, a ja pofrunę sobie na jego fali jak (popieprzona) sikorka. Całe szczęście jednak nie uleciałam. Mimo końcówki października ludzi było całkiem sporo, trzeba było bardzo ostrożnie schodzić – serio aż nie chcę myśleć, co się tam musi wyrabiać w lecie!

Na Rysy raczej już się nie wybieram, nie czuję konieczności powtórki; ale za to w przyszłym roku mam plan, że za pierwszymi łańcuchami skręcę sobie w lewo i pozaszlakowo odwiedzę Niżne Rysy – o tak, to jak najbardziej! Pół drogi fascynowałyśmy się widokami Mięguszy z innej perspektywy i było tylko takie: o jaaa, toż to jest Czarny, przecież my tam byłyśmy, o tam, na samym szczycie! To jest w Tatrach najpiękniejsze – ten ogrom, widziany z innej perspektywy, stroma ścieżka wiodąca zakosami i świadomość, że się tam było. Kręci to do potęgi!

Tak więc przeszłam Orlą, z rozpędu skoczyłam na Rysy, a dosłownie trzy dni później Tatry znowu zasypało. Trzeci śnieg już niby zostaje, więc udało się oblecieć dosłownie w ostatnich podrygach jesieni.

Gdzieś pomiędzy tatrzańskimi szczytowaniami i adrenaliną, przez cały październik przewijały się spokojne, idylliczne Pieniny – do połażenia, do pozachwycania się. Udało mi się wziąć Mamę i Ewelinę i skoczyłyśmy sobie nawet na weekend. Oczywiście Agusia mistrz organizacji i logistyki, wycieczka wyszła przednia (polecam tego przewodnika!). W piątek z rana skoczyłyśmy na Rusinową Polanę i Wiktorówki – Mama była zachwycona, a ja jeszcze bardziej – raz, że widoki i teoretycznie nic więcej do szczęścia nie potrzebuję, a dwa – ja po prostu lubię, kiedy inni się cieszą.

W drodze na Rusinową Polanę

Po Rusinowej poszłyśmy jeszcze na wyżerę do Roztoki, po czym czerwoną strzałą skierowałyśmy się w stronę Łapszanki, która w ten weekend była naszą bazą wypadową. Łapszankę odkryłam dopiero w tym roku, byłam już tam kilkukrotnie i jakoś się nie nudzi to miejsce – podobnie zresztą jak Wysoki Wierch. W ogóle całe Pieniny nic a nic się nie nudzą! Zrobiłyśmy fajny szlak – 11km – pętelkę od Łapszanki przez Piłatówkę i Pawlikowy Wierch aż do Rzepisk i z powrotem na Łapszankę. Lubię takie łażenie po łąkach bez szlaku, więc byłam zachwycona, a Dziewczyny – cóż, tak za połową trasy to już nie miały wyjścia, musiały iść za mną 😄 Najlepsze było, jak śledziłam sobie szlak na mapce w telefonie i w pewnym momencie przed nami wyrasta straszna dzida. Hm. No cóż – jak tak szlak wiedzie, tak trzeba iść. Ruszyłam żwawo z kopyta, a tu nagle… Z gospodarstwa tuż przy ścieżce przez płot przeskakuje pięć indyków i biegnie w moją stronę, gulgocąc. Szybka ocena sytuacji: ja może (ale to może!) bym uciekła, cisnąć pod górę, ale poniżej została jeszcze Mama z Eweliną, a pomiędzy nami te wielkie indyki! Dodam, że moja czerwona kurtka raziła bardziej, niż wyblakłe rude włosy. Zawróciłam więc i uciekłam przed indykami z powrotem na dół. Mama chciała zrobić zdjęcie Agusi spieprzającej przed zgrają czarnych indorów, ale niestety przemknęłam tak szybko, że na zdjęciu załapały się tylko indyki na środku ścieżki. No i musiałyśmy obejść po łące obok naszą dzidę, by nie narażać się na gniew Bogu ducha winnych ptaszysk. To znaczy ja tak stwierdziłam, bo wolałam nie ryzykować. Ewelina za to odpłaciła się następnego dnia, gdy na szlaku w Kacwinie wyszły nam dwa psy – lepiej nie ryzykować, robimy wycof. TY UCIEKŁAŚ PRZED INDYKAMI! Ok, 1:1. 

Na sobotę miałam w planach pokazać Mamie Lubań, ale w piątek wieczorem stwierdziła, że po tych moich Rzepiskach to ona już nigdzie nie pójdzie, NOOO, MOŻE NA WSCHÓD SŁOŃCA NA ŁAPSZANKĘ, bo to 300m, ale nic więcej, bo tak w ogóle to ja jestem niepoważna, a ona nie ma 20 lat!!! Tak w skrócie. Poszłyśmy więc na wschód, pizgało złem niemiłosiernie, palce prawie mi odpadły, ale po powrocie dobra kawa nie jest zła i krew od razu lepiej krąży po takich wspaniałym narkotyku. Potem pojechałyśmy do Kacwina – chciałam odnaleźć kadr kapliczki Matki Boskiej Śnieżnej na tle Tatr, ale wyżej wspomniane psy na szlaku trochę nam pokrzyżowały plany, a z resztą światło było już do bani. W każdym razie wrócę tam sobie, bo przecież tego dnia miałyśmy chodzić NA SPOKOJNIE. Kacwin to urocza spiska wioska, jest cicho, idyllicznie, w takim miejscu chciałoby się mieć daczę.

Dobra, wszystko fajnie, ależ ile można to „na spokojnie”! W końcu Mama, Ewe i ja to jedna krew, jeden pieron w nas drzemie, a to o czymś definitywnie świadczy. Skończyłyśmy więc na Lubaniu, jak to zakładałam w swoich planach. 😄 A bo jeszcze za wcześnie wracać do domu, dzień ładny, to trzeba wykorzystać, a tam szlak przyjemny i wieża widokowa na szczycie… Mama podsumowała, że ona nie pojmuje, jakim sposobem, ale ja znowu postawiłam na swoim i wszystko wyszło tak, jak chciałam. Cóż, dar przekonywania z nutką lekkiej perswazji zawsze działa 😄

Złota godzina o poranku z Łapszanki

O matko, upisałam się znowu, a to ledwie wycinek tego, co ostatnio wyprawiam. Za dużo gadam. Btw – 16.11 będę miała prelekcję w Andrychowie – tą, która miała być w kwietniu 2020 roku, czyli po ponad 1,5 roku! Wtedy znowu się nagadam i co lepsze – znajdą się ludzie, którzy będą tego mojego gadania słuchać! Powspominam sobie kaukaskie wojaże, łezka w oczku się zakręci, ech… Dobrze, że mam te Tatry, bo inaczej bym chyba zgłupła! 🙃

PS. Żeby uzupełnić bilans kaloryczny po Orlej i Rysach kilka dni później, powinnam zacząć przyjmować pastylki z paliwem jądrowym, bo ciągle chodzę głodna. 🤘