Dzikie wojaże

Moskwa jak z bajki.

Dawno mnie tu nie było. To znak, że sezon na dobre się rozkręcił – teraz to już nie ma zmiłuj – jak się w czerwcu weszło na tą karuzelę, zatrzyma się ona nie wcześniej niż w połowie września. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Na pełnej petardzie!

Moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały w skrócie tak: grupa 17 Rosjan (Sameba, Dariali, Juta) – prosto do Tbilisi – Erewań – Tbilisi – Moskwa – Tbilisi – Kazbegi. Czyli Gruzja – Armenia – Rosja. Co śmieszniejsze, do końca czerwca czeka mnie jeszcze raz szalona trasa Gruzja – Armenia – Rosja. Zaś mi przybędzie pieczątek w paszporcie! Samych gruzińskich już mam kilka stron 😀

O Armenii napiszę później, dziś będzie o Moskwie.

Tak, o Moskwie. Spełniłam swoje wielkie marzenie. Takie ze swojej życiowej czołówki marzeń. (największe ciągle przede mną, ale wierzę, że jestem bliżej niż dalej 😀 !) Tak, to prawda – marzenia nie spełniają się same i trzeba im pomóc w realizacji. Na przykład wejść na stronę gruzińskiej awiakompanii, znaleźć odpowiednie loty, a potem kliknąć: KUP BILET. Potem to już tylko nie przestawać się dziwić, że jednak to się zrobiło. A potem odliczać dni i cieszyć się jak dziecko. Booooże, jak ja się cieszyłam! Cały czas, chodząc po Moskwie, cieszyłam się sama do siebie i byłam jak natchniona. W dodatku kupiłam sobie specjalnie na swój wojaż długą, plisowaną spódnicę koloru słonecznikowego, więc wyglądałam, jakbym taka natchniona płynęła na chmurze. I jakoś tak cudownie się czułam z tą kiecką, lekką głową i tym promieniującym zachwytem. Zajebiste uczucie, tego mi trzeba było!

Gdy Dominika kiedyś zapytała mnie, czy nie boję się, że Moskwa mnie rozczaruje (jest wiele osób twierdzących, że Moskwa jest do bani, na przykład w odróżnieniu od Pitera itd), bez wahania odparłam, że nie, bo jestem pewna, że mi się spodoba. Nie myliłam się ani trochę! Moskwa skradła moje serce – jest absolutnie bajeczna i bajkowa. Aż mi słów brakuje!

_DSC2686AAA.jpg
Panorama Moskwy.

Moskwa poraża. Znowu jest tak, że ki……….

……

Urwana myśl. Moje rozważania przerwał jakiś dzieduszka, który przysiadł się do mnie na ławkę w parku WDNH i zapytał, która godzina. Zawsze, ale to zawsze tak się wszystko zaczyna: od pytania „która godzina”, albo stwierdzenia: „ale dziś pogoda!” – zawsze! 😉 A potem gadał ze mną i spacerował prawie 3 godziny. Czy jego uwagę przykuła żółta spódnica, czy co, ale stwierdził, że wyczuł dobrego człowieka, więc się przysiadł. Hm. Zaś wracając do hostelu, w metrze zagadał do mnie jakiś krymski biznesmen (!), który dosłownie nie mógł oderwać ode mnie oczu, (to znowu ta spódnica, no mówię Wam!!) bo go oczarowałam. Chciał mnie zaprosić na kawę (o godzinie 00:20), zostawił swój numer telefonu, bym się z nim umówiła kolejnego dnia, ale… ja nie napisałam. Niech zostanę jego widmem z metra w żółtej spódnicy. Jak czarować, tak czarować!

_DSC2515.JPG
Bajkowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

Moskwa poraża i jest pełna wszechobecnej magii.

Zaczytuję się już dawno w serii książek Metro 2033. Postapokaliptyczny świat 20 lat po katastrofie nuklearnej i jest tam taki motyw, że wychodząc na powierzchnię ze stacji Biblioteka Lenina coś machinalnie przyciąga, by spojrzeć na złowieszcze gwiazdy Kremla, ale nie można tego zrobić, bo to przynosi nieszczęście i zawsze wtedy coś się dzieje. Wychodzę ze stacji metra Biblioteka Lenina i co? I mówię wtedy: o kur*a! Pierwsze co rzuca się w oczy to kremlowskie gwiazdy!!! I już wtedy byłam go-to-wa. Moskwa mnie poraziła, wciągnęła i dałam się porwać jej czarującemu urokowi. Od dawna jestem przesiąknięta rosyjską kultura, która uważam, że nie ma sobie równych na całym świecie, tyle się naczytałam różnych pisarzy, poetów, a teraz chodzę śladami ich bohaterów – to niesamowite. Znajduję Patriarsze Prudy, gdzie Woland spotkał się z Berliozem, a Annuszka rozlała olej, dom Puszkina (a’propos! 6.06 świętowano jego 220 rocznicę urodzin!), ulicę Nieglinną i Bulwar, na którym można kupić watę cukrową i kolorowe baloniki, robię sobie wycieczkę po stacjach Metra… Och.

_DSC2538.JPG
Spaskaja Basznia i czerwona gwiazda 🙂

Chyba największe wrażenie, nie licząc kremlowskich gwiazd, zrobił na mnie park WDNH (Wystavka Dostiżenij Narodnovo Hozjajstva), czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, zwany sowieckim Disneylandem. 😀 Znowu westchnęłam z zachwytu i wydałam z siebie szybkie: o kur*a. (jak to ja, zawsze prosto z mostu). Moskwa porwała mnie po raz kolejny, nieostatni.

_DSC2906.JPG
WDNH –  Sowiecki Disneyland.

Moskwa na każdym kroku przesiąknięta jest kulturą. (Czyli tym, co zachwyca mnie najbardziej). Pomijając moje literackie zboczenia śladami bohaterów, pełno tu malarzy, pieśniarzy – wystarczy przejść ulicą Arbat, by posmakować tego artystycznego klimatu. W dodatku, ku nieszczęściu swojego portfela, na Placu Czerwonym akurat odbywał się Festiwal Książek – to było po prostu przeznaczenie!! Więc zbyt długo się nie zastanawiając, bo takie myślenie to jest szkodliwe, zrobiłam zakupy w ilości 6 grubych knig, po czym kolejnego dnia dodałam jeszcze dwie. Jak to spakuję z Gruzji i przewiozę do Polski? Nie wiem, póki co zupełnie mnie to nie interesuje 😀 ja mogę sobie odmówić jedzenia, ale nie książek, nigdy! A’propos jedzenia: blinów ze sgusionką też nie mogłam sobie odmówić. I lodów z GUMa. Także hulaj dusza pod każdym względem, nie myśl zbyt wiele!

Park Gorkiego to też super miejsce. W ogóle ilość wszelakich parków, ławeczek jest przeolbrzymia! Nie idzie się zmęczyć, bo wszędzie można przysiąść, a nawet się położyć. A ilość zieleni jest naprawdę zdumiewająca 😉 I taka super atmosfera zbliżającego się końca roku szkolnego – wczesnego lata lub późnej wiosny. Unoszące się pyłki lipy i cudowny zapach piwonii – coś pięknego! (I Agusia sunąca w długiej spódnicy koloru słonecznikowego…)

_DSC2811.JPG
Kopuły na Kremlu i Moskwa-City w tle.

Na odwieczne pytanie „co lepsze – Piter czy Moskwa?” ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Pewne, że Moskwa definitywnie z impetem weszła w mój prywatny spisek TOP-3. Tak więc Moskwa, Piter, Kijów. Lub Piter, Moskwa, Kijów. 😉

A! Muszę dodać, że lot gruzińskimi liniami miał ten dodatkowy plus, że 7 minut od startu jest się nad Kazbekiem. Kaukaz z lotu ptaka – o mamusiu złota, widok zapierający dech w piersiach!! Dodatkowa atrakcja w cenie biletu! 😀 coś pięknego, polecam!

Ciężko po czymś takim wrócić do kazbeckiej rzeczywistości. Do środka młynu, który tu się teraz zaczął. 😉 Skończyło się czytanie książek w czasie pracy! Koniec dobrego, obudzę się we wrześniu! A taka teraz natchniona i rozanielona po tej Moskwie jestem, że szok….:)))) muszę odzyskać swoją twardość, sezon w rozkwicie! 😀 Do następnego!

 

 

Dzikie wojaże

Przed-sezonowe Pod-Elbrus-ie.-

Połowa maja już za nami, leci ten czas jak oszalały. Jeszcze pięć miesięcy równe i będę w Polsce! 😉 W Kazbegi w końcu nastała wiosenna aura. W sumie to w przeciągu dosłownie trzech dni buchnęło wszystko, jak oszalałe. Kwitną pierwiosnki w górach, wiśnia za biurem (będzie miała dużo owoców, będzie znowu co obrywać!), trawa zieloniutka… I śniegu coraz mniej na stokach gór, aż trudno uwierzyć, że ledwie tydzień temu miejscami było go po kolana. Magia. Słońce potrafi czynić cuda.:) Od razu lepiej na sercu człowiekowi!

_DSC0579.JPG
Wąwóz Darialski – otwarte Wrota Kaukazu.

Ostatnio miałam też niespodziewany wyjazd służbowy – i to pod Elbrus! Po raz kolejny się powtórzę – taką pracę to można mieć 😀 Zanim jednak to się stało, miałam kilka przygód po drodze, jak to zawsze bywa. Na przypale, albo wcale! Gdzieś po majówce czas nagle bardzo przyspieszył. Jednego dnia musiałam się zebrać dosłownie w 15 minut, spakować i pędem jechać do Tbilisi, by nad ranem odebrać grupę z lotniska, spędzić z nimi cały dzień w Sighnaghi, a na kolejny spokojnie wrócić do Kazbegi. Kluczową informacją dla dalszej narracji jest fakt, że byłam trochę przeziębiona – zawiało mnie, jak szłam z mokrymi włosami i trochę mnie to trzymało. W Kazbegi 10*C, w Sighnaghi 30*C i wtedy mnie trafiło. Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos. Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem! 😛

Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. 😀 Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłam) tak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło! To chyba Kazbegi na mnie źle działa, bo jakoś ten sezon nie mógł się tak z początku wykluć, albo po prostu wyjścia w góry mi brakowało, ot co! 😉

_DSC1736a (8)-01.jpeg
Kazbek, widziany z Osetii.

Także razem z towarzyszką dzikich wojaży Anną objechałyśmy Rosję, robiąc przedsezonowy rekonesans pod Elbrusem. Cudownie było, pod każdym względem. Dopisały warunki, pogoda, samopoczucie – wszystko złożyło się na powodzenie wyjazdu. Na granicy koleś tylko zapytał, po co nam wiza biznesowa, kazał nam chwilę poczekać zanim wbił pieczątki, po czym dodał, że po co nam jechać do Kabardino-Bałkarii, skoro Osetia jest ładniejsza? Bez sensu! Przekraczanie granic zawsze niesie ze sobą mały element adrenaliny. 😀 Tak samo na granicy republik – też trzeba wychodzić, pokazywać paszport, odpowiadać na pytania gdzie i skąd jadę, ile mam lat i czy mam męża i takie tam standardowe gadki-szmatki – tyle, że tam to już na luzaka, bez takiej spiny A PO CO CI WIZA BIZNESOWA. Potem jeszcze z małych przypałów naszemu kierowcy nalali na stacji benzynowej diesla, zamiast benzyny, ale jakoś sytuacja została uratowana i szczęśliwie dojechałyśmy do Azau, wioski pod Elbrusem.

Rosja to definitywnie moja bajka. Nie pytajcie dlaczego – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Niech wszyscy mówią co chcą, ale jakoś zawsze mi się tam wszystko podoba – niby skromnie, ale zadbane wszystko. Drzewa pobielone wapnem, trawniczki przystrzyżone, czysto, ludzie nie wrzeszczą na siebie – inny świat niż gruzińska rzeczywistość! I jedzonko takie domowe – twaróg, gęsta śmietana, rosół… I kaukaskie manty, czak-czaki, chyczyny. Pyszności. Tak to można żyć! Mogę rozbić swą bazę pod Elbrusem i stamtąd dowodzić rosyjskim oddziałem Mountain Freaks. 😉

_DSC0868.JPG
Elbrus – 5642 m n.p.m. – i ja na tym samym samiuśkim czubku jego byłam!

Kabardino-Bałkaria to twór stworzony przez Stalina za czasów Związku Radzieckiego. (On tak miał, że łączył w republiki dwa zupełnie rożne, czasem wręcz wrogie sobie narody, zwłaszcza z upodobaniem robiąc to w Kotle Kaukaskim, w którym wrzało, wrze i będzie wrzeć…) Zamieszkują go Kabardincy i Bałkarzy, mówiący swoimi językami z kosmicznej grupy tureckiej. Są wyznania islamskiego, stąd meczety na tle niebotycznych gór i muzeini, nawołujący do modlitwy wśród tej górskiej ciszy robią niesamowite wrażenie.

Aklimatyzacja przeszła z sukcesem! Pełny plan wejścia na Elbrus z stopniowym zdobywaniem aklimatyzacji wygląda tak:

  • Podejście do wodospadu Czyrnabaszi, zwanego też „Deviczije kosy”, gdyż woda spływa po skałach niczym rozpuszczone włosy dziewczyny,
  • Wejście na Czeget (można wjechać kolejką, ale to jak z Kasprowym, dla kozic nie istnieje) – to już wysokość ponad 3000m,
  • Wjazd kolejką na Garabaszi (3800) i podejście na Skały Pastuchowa – niemalże 4800m n.p.m.!

Z reguły czwarty dzień się odpoczywa w bazie na 3500-4000m, a piątego atakuje się szczyt. Szósty na wypadek niepogody.

_DSC1082.JPG
Wodospad Devichie Kosy.

Elbrus nie należy w zdobywaniu do jakiś wymagających lub super ciekawych szczytów. Ot, najwyższy szczyt Europy, mierzący 5642m, tak właściwie to góra człapana, z silnym wiatrem i chłodem. Jeszcze w ramach ciekawostki – Elbrus jest wygasłym wulkanem i najwyższym szczytem Kaukazu, ma dwa wierzchołki. Jego nazwa pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego i oznacza „błyszczący”. Szczyt posiada też określenia w językach narodów zamieszkujących jego okolice. Nazwa karaczajsko-bałkarska „Mingi tau” oznacza Wieczną Górę, a kabardyjska „Oszchamacho” – Góra Szczęścia. 

Ja już mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka i że podejście nudne, ale panoramy z Elbrusa nie mają sobie równych, a na samo ich wyobrażenie i wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Cieszyłam się więc jak dziecko, mogąc je podziwiać po raz kolejny. Zawsze mi brakuje słów w takich momentach, na opisanie piękna gór.:) Doszłyśmy z Anią do tych Skał Pastuchowa, prawie 4800m i miałam taką moc, takie parcie, że stwierdziłam, że jakby nie była godzina 13, a kolejnego dnia nie musiałybyśmy wracać do Gruzji, to bym i na szczyt wlazła. Potem jeszcze mi tak piknęło w rudym łbie, że przecież na Elbrusa – ale tylko przy dobrej pogodzie i warunkach!!! – mogłabym i sama wejść. Sama na Elbrus – to brzmi jak wyzwanie! 😀

_DSC1522.JPG
Towarzyszka Anna podziwia panoramy Wysokiego Kaukazu.

Tymi widokami, zwłaszcza przy takich warunkach, niemożliwe jest się nasycić. Nigdy dość, zawsze mało. Siedzieć tam całą dobę, od świtu, poprzez zmierzch i przez całą noc patrzeć na gwiazdy – może wtedy stopień naładowania baterii widokami osiągnąłby poziom dodatni. A tak to… Aż żal było opuszczać Azau i wracać do Kazbegi. Na koniec od pani Tatiany z hotelu Antau dostałyśmy po folkowej chustce na głowę – ucieszyłam się, bo będę miała na zmianę ze swoją góralską chustką 😉 na okazję bycia pod Elbrusem! Do następnego razu!

Nie pozostaje nic innego, jak utrzymywać aklimatyzację na wysokim poziomie i czekać na kolejny wyjazd! Taka perspektywa nravitsa, nravitsa mnie*…;)

*podoba mi się!

PS. Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania, dotyczące wejścia na Elbrus lub aklimatyzacji – piszcie, chętnie podzielę się wiedzą 🙂

Dzikie wojaże

10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

To były moje pierwsze święta poza domem. Smutno trochę – niby widzisz i gadasz, ale tego nie poczujesz, za nic w świecie. A jakbym sobie takiego baranka ucieranego wciągnęła… Z rodzeństwem zawsze pożeramy go na trzy i kłócimy się przy stole, kto zje głowę, kto środek, a kto zad. 😀 Ale cóż, jestem tu, gdzie jestem, plusem jest to, że w niedzielę świętujemy po raz kolejny, tym razem Paschę prawosławną, więc poniekąd to podwójne świętowanie.

Już dawno chodził mi po głowie pewien artykuł. Korzystając z wolnych dni i beznadziejnej pogody (bez komentarza na ten temat. W zeszłym roku czuć było wiosnę, a teraz nadal tkwimy w głębokiej zimie) wreszcie udało mi się przelać słowa z głowy na papier. Poczytajcie sobie pełen spostrzeżeń tekst, pod tytułem 10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

_DSC4192BBBBBB

Muszę przyznać, że jeżeli jest na tym świecie coś, w czym można zakochać się od pierwszego wejrzenia, definitywnie może tym być Gruzja. Tak się stało i ze mną – wpadłam, jak śliwka w kompot, od razu po same uszy. Do dziś czasami przeklinam tę chorą miłość. Przecież mogłabym sobie za obiekt westchnień wybrać cudowną Chorwację z palmami i lazurową wodą, lub chociażby, jakbym się bardzo na ten Wschód uparła to jakiś Lwów czy Petersburg i wracać tam z utęsknieniem, chodzić po knajpkach, popijać kawę i zagryzać ciasteczkami, bo ach, jakie oni mają tam słodycze! Ale nie. Jeżdżę do Gruzji.

Przysłowiowe dziesięć argumentów równie dobrze może rozwinąć się w metaforyczną nieskończoność. Gruzja wciąga jak narkotyk, a te są powszechnie złe i szkodliwe. W dodatku całkowicie bezsensowne. (A mimo to ludzie je zażywają, prawda? Coś w tym jednak musi siedzieć głębszego, na mocniejszą rozkminę). Przekonałam się o tym sama, kiedy po raz pierwszy poczułam wilgoć poranka na lotnisku w Kutaisi i konia, pasącego się tuż przed jego budynkiem. Od razu stwierdziłam: coś tu nie gra. Delikatne odchylenie od normalnego obrazu postrzegania świata. Na pytania: „Tęsknisz za Gruzją?” reaguję uniesieniem brwi i ironicznym uśmieszkiem. Tęsknić to ja mogę za karpatką, albo piwem z sokiem w upalne popołudnie. A mimo to wciąż tu wracam i czasem aż za głowę się łapię, dlaczego to robię i po co mi to?

            Jednym z głównych powodów, dla których do Gruzji nie powinno się jechać jest życie według zasady, przepraszam bardzo za to dosłowne i wulgarne zdanie, „miej wyjebane, będzie ci dane”, która jest chyba ich narodowym motto. Jasne, mogę się zgodzić, że czasem to jest fajne, spontaniczności nie mówię nie, ale tylko wtedy, kiedy nie jest głupotą. Nie ma co się starać, napinać, a co najważniejsze planować, bo to i tak się w Gruzji nie uda – po prostu żaden plan nie ma planu bytu. To trochę życie według zasady fatum – żyjesz tak, jak żyjesz, nic nawet nie starając się zmienić, bo i tak los jest z góry przesądzony. Walka z losem? To niczym walka z wiatrakami. Możesz się starać, napinać, prosić i zawodzić, tylko… Po co? Miej wyjebane. Wstawaj po południu, pij wino, hulaj dusza. Na dłuższą metę, lub, co gorsza, współpracę – niewykonalne, po prostu nie da się tak żyć. Żeby oszczędzić sobie nerwów, to naprawdę jest jeden z głównych powodów, dla których Gruzja nie nadaje się dla każdego.

            Idąc za zasadowym ciosem, nie warto też odwiedzać tego kraju ze względu na życie według zasady „przewróciło się, niech leży”. Niektórych to może straszliwie drażnić, a widać to gołym okiem, bo wręcz nie sposób tego przeoczyć. Przy górskich drogach ujrzeć możemy masę różnych dziwnych pamiątek, jak chociażby traktor do odśnieżania, który odmówił posłuszeństwa. I tak stoi już od lat, aż go rdza żre. Stoi i straszy. Jakby nie można było coś z tym zrobić! No ale po co… nie wspomnę nawet o konstrukcjach budowlanych, przyprawiających o palpitację serca inżynierów budownictwa. Ludzie nie dbają o nic – nie ma ogródków przed domem, nie ma kwiatów, sprzątniętych ulic… Są za to wszechobecne śmieci (powoli wygląda to jak jakiś armagedon! Śmieci w rzece, śmieci na ulicach, śmieci przy bazie wspinaczy na Kazbek, śmieci wszędzie!), kurz, pył. Okropne niedbalstwo.

            Powód numer trzy: chaos. Wszechogarniający i wszechmocny. Paraliżujący. Dobrym przykładem są drogi i drogowa dżygitowka. Niby są jakieś zasady ruchu drogowego, ale to tylko teoria. Praktyka całkowicie odbiega od jej wyobrażenia. Tak właściwie, to każdy jedzie jak chce. Wszyscy na siebie trąbią (czasem szybkie „trąb” przetłumaczyć można jako „hej! Usuń się, bo jadę”. Kolejne krótkie „trąb” = „dzięki!”. Długie „trąąąąb” – coś w stylu „spadówa chamie!” Cały słownik trąbnięć można by stworzyć.), tysiące aut (a drogi, o dziwo, tu szerokie), gwar – jeżeli ktoś chciałby zobaczyć i wyobrazić sobie, czym jest chaos, Gruzja jest tego idealnym, naocznym przykładem. Chaos panuje też w innych dziedzinach, jak na przykład gastronomia. Do knajpy przychodzi duża grupa, składamy wspólne zamówienie (czyli jednolite dla wszystkich), ale i tutaj wkrada się nieprzewidywalny chaos, który w stresujących chwilach opanowuje gruzińskie mózgi, paraliżując je skutecznie i wyłączając z działania.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n

            Cztery: życiowe nieogarnięcie. Poniekąd jako kontynuacja przykładu powyżej, czyli restauracji. Kiedy w końcu udało się przygotować to, co zamówili klienci, nastaje chwila (dłuższa chwila) ciszy i znowu ten wzrok ciemnych oczu, jak cielęcia na malowane wrota. Co robić teraz? We mnie zaczyna się już gotować. Przecież trzeba to roznieść! Ludzie głodni, czekają na śniadanie, a ci stoją i nic. Albo jak zaczynają roznosić, to totalnie mylą zamówienia. (Zamówionym było takie samo chaczapuri i sałatka dla wszystkich + kawa/herbata. Więc to z kawą i herbatą okazał się największy problem). Nie wiedzą, zapomniały co dla kogo, więc stoją i nie robią nic. A ja wtedy błyskam piorunami i myślę sobie: ludzie, ogarnijcie się choć minimalnie, tu nie trzeba wiele! Troszeczkę zaangażowania! Może to ja jestem harpagan i narwaniec pierwszej klasy, robienie wszystkiego na JUŻ mam we krwi i rodzinne, no ale tak obiektywnie rzecz ujmując… to są nieogarnięci.

            Mało? Mam kolejny argument – sławetne „nie da się”. No nie da się i już! W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: A nie da się obciąć w programie? Nie, nie da się. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny. Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. Ten naród mnie wykończy.

            Gruzińskie zamieszanie potrafi wyprowadzić z równowagi. Ten robi to, drugi tamto, wygląda, jakby dużo się działo, ale tak naprawdę… nie dzieje się zupełnie nic. Bo gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Stoi sześciu Gruzinów nad wiadrem białej farby. Jeden dolewa mieszalnik, drugi miesza, cała reszta patrzy. Zanim farba uzyska w miarę odpowiedni kolor, mija jakieś 40 minut. A co się okazuje potem?  Ha, zdziwko! Ściany są całkowicie innego koloru, lub, co gorsza, Gruzinów poniosła ich kaukaska fantazja i na ścianach widzimy panterkę. Bo przecież oni wiedza lepiej!

            A wiecie, co jeszcze doprowadza moją krew do wrzenia? Ich wielkie, ciemne, dziecinnie zdziwione oczy, o których już gdzieś wyżej napomknęłam. Faktura? Jaka faktura? Co to faktura? Niemożliwe, że poprzednio coś takiego u nas dostaliście. (Cały czas gapiąc się z tym naiwnym zdziwieniem jak cielę na malowane wrota). My nie wystawiamy faktur. Serio. Jest to tak szczere i naturalne zdziwienie, że niejeden już na te oczyska się nabrał i porządnie naciął. Jeżeli nie chcecie paść ofiarą takiego psychologicznego oszustwa, bo te ich oczy ciemne takie ładne kaukaskie, a jak szczerość z nich płynie, to kategorycznie odradzam wszelakie załatwianie czegokolwiek z Gruzinami i tym bardziej dowodzenie swojej racji! To zawsze kończy się Waszą druzgocącą klęską!

            Jeszcze a’propos dowodzenia swojej racji. Uchowaj Boże tych, którzy zaczynają kłótnię z Gruzinami. Narodową cechą Polaków jest narzekanie, a Gruzinów obrażalstwo. Gruzin ma zawsze rację, bo jest Gruzinem, a jeżeli racji nie ma, patrz punkt pierwszy. Ich narodowa duma nie pozwala na udowodnienie tego, że są w czymkolwiek gorsi, albo że się mylą. No nie przegada, żadnymi argumentami. W pewnym momencie Gruzin po prostu się obrazi, śmiertelnie się obrazi. Po czym, po kilkunastu minutach, z triumfalnym błyskiem w oku zapyta: „No i dlaczego się przestałaś odzywać, obraziłaś się?”

31090124_1837291696321442_918883186_n.jpg

            To już chyba ósmy powód z rzędu, a jaki istotny. Czas! Poczucie czasu w Gruzji nie funkcjonuje. Jest gorzej niż we Włoszech i Hiszpanii razem wziętych. Jeżeli jesteście punktualni jak Niemcy biegnący na biznesowe spotkanie, Gruzja definitywnie doprowadzi Was do rozstroju komórek nerwowych, a może i stanu przedzawałowego – nie polecam! Gruzinów trzeba traktować jak przedszkolaków i na zapas podawać im godzinę stawienia się w pracy gdzieś godzinę wcześniej, niż ta ustalona – przecież to pewne, że i tak się spóźni, więc chociaż się wyrówna… Najgorsze jest to, że można to powtarzać w nieskończoność – nie spóźniaj się, turyści będą zdenerwowani! Nic sobie z tego nie robią i do pracy stawiają się niesamowicie spóźnieni, ale zawsze z tym samym beztroskim uśmiechem, mówiącym: przecież nic się nie stało! Jednakże, by pogłębić stan przedzawałowy mogę ostrzec, że zawsze może być gorzej, gdy zamiast spóźnienia, Gruzin nie pojawia się wcale. I o, tyle.

            Dziewięć – gruziński letarg. To jak zastygły żar, unoszący się w powietrzu podczas upalnego dnia gdzieś w ciasnej ulicy Tbilisi. Niestety jednak rozprzestrzenił się na cały kraj i często w Gruzji możemy przyuważyć grupkę kilku mężczyzn, siedzących na ławeczce przed rozwalającą się chatką, których jedynym zaangażowaniem jest obgryzanie pestek słonecznika i zawody w stylu „kto dalej splunie”. Totalne zawieszenie w czasoprzestrzeni. Niech się dzieje wola nieba, a choćby z nią i trzęsienie ziemi! Faktycznie ma to związek z czasem. Może ich spóźnialstwo to po prostu odwieczne pokłady stoickiego spokoju, który drzemie w ich ciałach i głowach?

            Powód dziesiąty, setny i tysięczny pewnie by się znalazł, gdybym dłużej pomyślała. Już zupełnie przekonana jestem, że po kolejnym sezonie, intensywnie przeżytym na gruzińskiej ziemi, znajdę ich jeszcze całą masę, gdyż Gruzja jest krajem, który nigdy, ale to przenigdy nie przestanie zaskakiwać! Definitywnie Gruzja nie jest dobrym krajem dla każdego, kto planuje swój urlop w jakimś „egzotycznym kraju”. Po co w ogóle się wściekać i walczyć z wiatrakami, myśląc, co ja bym tutaj zmienił i w jaki sposób to przeprowadził? A bo brud, bo jeżdżą jak wariaci, bo drogo i nie dostałam nic za darmo, bo oszukali, bo kurs wymiany jest droższy na prowincji – ileż takich historii przyszło mi się nasłuchać, naprawdę, uwierzcie mi! Dlatego właśnie odradzam. Po co się denerwować, jak nasze nerwy i tak niczego nie są w stanie zmienić?

_DSC3917.JPG

            Ale… jest jedno, malutkie ALE. Gruzja jest absolutnie fascynująca. Mnie zafascynowały głównie góry Kaukazu, do których mityczni bogowie przywiązali Prometeusza za chęć pomocy niesionej ludziom. Gruzję kocha się nie tylko za zalety, jakimi są głównie przyroda i mimo wszystko niezwykle przyjaźni ludzie, ale przede wszystkim pomimo wad. Nikt nie jest idealny, takie twory nie mają prawa bycia. Wiele ludzi planuje swoje wakacje w Gruzji – to też zazwyczaj sprawdza się słabo, bo to, że GPS pokazuje 3 godziny czasu, nie oznacza, że droga będzie przejezdna, że po drodze nie zatrzymamy się na piknik i że nagle z tego pięknego poranka nie zrobi się wieczór. Czasem po prostu jedyne co trzeba, to dać się porwać. A potem tylko już niech się dzieje!

I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dzikie wojaże

Górska melisa.

Mija tydzień, dopakowana do granic własnych możliwości wsadzili mnie w pociąg do Wawy (na szczęście do samolotu weszłam już o własnych siłach :D) i rozpoczął się drugi gruziński sezon dzikich wojaży. Oczywiście już zaliczyłam kilka wyjść w góry z aparatem – jednak bliskość Cerkwi i szlaku na Kazbek to super sprawa. Obliczyłam, że jak idę raźnym krokiem, Kazbek widzę już 15 minut po wyjściu z domu, a przy Cerkwi jestem w 30 minut. Ale to ja, a ja, jak to kozica: „mogę iść szybciej, nie jeden chciałby biec” 😀 więc nie mówię tego turystom.

_DSC9487.JPG
Kazbek ze szlaku z Gergeti.

Mam takie wrażenie, jakby od października nie minęło pół roku, ale jakieś dwa tygodnie. Nic się nie zmieniło – śniegu przybyło, ale że topnieje w oczach, po prostu jest urozmaiceniem krajobrazu. Jakbym sobie po tych górkach hasała tak bardzo niedawno. Znam ludzi, znam miejsca – to był powrót jak do siebie. By z kopyta rozpocząć nowy sezon. Wiem, gdzie iść na zdjęcia, wiem, skąd jest ładny wschód słońca – można tak wyliczać. Mimo to Gruzja wciąż zaskakuje i sprawia, że cały porządek i „znanie” może runąć. Szłam ostatnio do grupy wychodzącej na Kazbek o 7 rano. Patrzę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nasz znajomy zimą sprawił sobie psa. Piesek jest duży i potrzebuje się wybiegać. Co robi jego właściciel? Powoli jedzie autem z uchyloną szybą, a piesiu truchta obok samochodu. No przecież Gruzin nie będzie się wysilał, po co ma iść z psem na spacer, jak może jechać?! Miałam ochotę zrobić im zdjęcie, ale z racji tego, że to jeden kazbecki szycha, a ja się wstydzę robić ludziom zdjęcia, kiepski ze mnie reportażysta, nie zrobiłam. Musicie sobie wyobrazić ten poranny spacer 😀

_DSC9569.JPG
Moje poranne spacery z towarzyszem Biszkoptem.

Taka to gruzińska rzeczywistość. Stwierdziłam, że po powrocie w październiku bardzo zaczęłam doceniać Polskę, chociażby za sprawność działań. W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny 😉 Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. 😀 na mnie uspokajająco działają tylko góry. 😉 Są lepsze niż jakbym sobie zaparzyła 20 torebek melisy na raz.

_DSC9770.JPG
Góry lepsze niż melisa.

Miałam wolne dwa dni i zrobiłam prawie 40 km. Zrobiłam pierwsze przejście na Przełęcz Arsza i sprawdziłam stan drogi w Dolinie Truso. W skrócie: śniegu wpizdu i o ile na Przełęcz idzie się przyjemnie, bo w większości śnieg można ominąć, o tyle w kanionie w Truso zeszła lawina i owszem, zapadając można przeorać, ale to żadna przyjemność.  Dryłuję tak pod górę wczoraj, klucząc góra-dół, pizgało niemiłosiernie i było mi zimno w ręce strasznie, migła mi nawet myśl, że chyba się zawrócę, ale stwierdziłam, że no bez przesady! 😀 jestem nie wyżej niż tylko na 2950m! Ale serio, wiało okropnie. Co dopiero musiało być na Meteo, czy na Kazbeku :O Za to widoki wprost bajkowe. I cieszę się, że zrobiłam to przejście! Uspokoiłam skołatane nerwy i naładowałam baterie na kolejne przygody pt. Agusia KONTRA Gruzińska Rzeczywistość. Teraz mogę stawiać jej czoła. 🙂

 

Dzikie wojaże

Gruzińskie zimowisko.

Dawno minęły już w moim życiu czasy ferii zimowych. Moja podstawowa matematyka w liczeniu na palcach chyba by już tego nie ogarnęła. 😀 Nie no, może troszkę przesadziłam, w każdym razie nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam ferie zimowe, nie wspominając o wyjazdach-zimowiskach, z których to jedynie przypomina mi się mój zimowy wypad do Zakopanego w 3 klasie podstawówki, kiedy ze skoczni zjeżdżałam na jabłuszku. 😉

Jak zawsze w takich sytuacjach, jakimś cudownym trafem, wszystkie znaki na niebie i wszystkie drogi prowadzą do Gruzji. 

Oczywiście wszystko z i dzięki Mountain Freaks .

_DSC5329.jpg
Mkinvartsveri zimową porą. 

Przyjechaliśmy z lotniska do Kazbegi, po czym zaczął ostro sypać śnieg. Przełęcz Krzyżowa stała się nieprzejezdna, a Kazbegi odcięte od Gudauri i reszty świata, bo nawet od drugiej strony – granicy z Rosją, też było zamknięte. Tak więc po ptokach. Nauka nart na stokach najpopularniejszego kurortu na Kaukazie zeszła na drugi plan.

Nie można jednak powiedzieć, że nudziliśmy się w Kazbegi – co to, to nie! Były sanki, grzane wino, jeszcze więcej wina, a i narty w końcu miałam na nogach i nawet ćwiczyłam freeride! Byłam tym trochę przerażona, parę razy prawie wpadłam w krowę na ulicy (!!!), ratowałam się zaspami na poboczach – stoki Gudauri okazały się jednak i mimo wszystko dużo prostsze do ogarnięcia 😉 Zjazd z Monastyru św. Eliasza, Agusia dzień drugi nart na nogach, Ania skomentowała „Widać, że my to jednak jesteśmy ludźmi bez rozumu”. Cóż. To drobny niuans gruzińskiego pojmowania rzeczywistości.

Tak więc Kazbegi odcięte od wszechświata, ale zimowy widok na Kazbeczek działał jakoś ciepło na serduszko i jak dla mnie, to mogłam tam siedzieć cały tydzień i się wpatrywać. Znowu cały czas mi kołatało: i ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… Niewyobrażalne, a jednak dokonane. 🙂 

_DSC5961.jpg
Kazbek w promieniach wschodzącego słońca. 

W końcu jednak zeszła duża lawina, droga została odśnieżona i mogłam zobaczyć, jak wygląda jazda bez trzymanki na stoku narciarskim. I nawet mi się to spodobało! Ale i tak stwierdzam, że jakoś pewniej czuję się, stąpając po ziemi na własnych nogach, a nie poziomych szczudłach, a poza tym podczas wjazdu kolejką można czasem zasnąć. 😀 Chyba, że spróbowałabym podejścia na skiturach, ale to już inna bajka!

Pogoda jak złoto, widoki miażdżą, czego chcieć więcej? Na co mi Alpy, skoro mogę mieć cały Kaukaz na wyciągnięcie ręki?

_DSC5873-01.jpeg
Widok ze szczytu Kudebi.

Śmieję się, że skoro już jako tako jeżdżę na nartach, to mogłabym spróbować na jakimś stoku w Polsce, ale to nie byłoby to samo. Stwierdziłabym jeszcze, że za krótki, za płaski, za wąski czy coś jeszcze i co mi z tego? Jak narty, to tylko w Gudauri! Tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie – różne stopnie trudności (nawet dla takiego początkującego przedszkolaka jak ja!) , długie trasy na przewyższeniu pomiędzy 1900 a 3300m n.p.m. – taki zjazd z Sadzele do samego miasteczka to grubo ponad 40 minut!

Poza tym Gudauri ma świetną infrastrukturę rozrywkową – kawiarnie, knajpki, a nawet włoską restaurację! Żyć nie umierać i popijać grzańcem! My jakoś oczywiście, z racji profesji i znajomości, częściej przesiadywaliśmy u ziomków z Rescue, których znaczna większość to znajomi przewodnicy z Kazbeku i zawsze można było liczyć u nich na ciepłe i miłe przyjęcie. Ich jedna z baz – na 2700m, tzw BBC (Beberi Biczebis Sostavi – „drużyna starszych chłopaków”), kolejna na szczycie Kudebi na wysokości 3006m, (obok gruzińskiej flagi) – klimat Meteo, tyle że o niebo czystsze, no i bliżej do cywilizacji 😀 poczułam tą atmosferę, powspominałam bazowe chwile i z naładowanymi bateriami – czekam na więcej, w sezonie!

Póki co cieszmy się Polską. ;)))

Dzikie wojaże

Zimowa Kraina Czarów – MOko.

Kiedy zaczynam się snuć po domu jak zbity pies i gdy jak u Mickiewicza: Czegoś mi brakuje, coś widzieć żądam; I tęskniąc sobie zadaję pytanie: czy to już T E N  C Z A S, to odpowiedź zazwyczaj jest jedna. Tak, pora jechać w góry.

Ledwie miesiąc minął, a już chciało się gór, chciało się przewietrzyć głowę, przemrozić myśli. Domowa stacja meteorologiczna funkcjonowała niemalże od pierwszych dni grudnia, optymalizacja wyboru terminu wypadu była ściśle uzależniona od warunków 😀 cóż ukrywać, warun ważna rzecz, by zdjęcia fajne były, a aparat nie ucierpiał od śnieżycy!

Oczywiście jak zwykle mój kompas w głowie wskazywał na kierunek Kuźnice, ale z racji nie do końca pewnej pogody stwierdziłam: aa kij. Lata nie byłam na Morskim Oku! A bo co to dla mnie za wyzwanie, jak droga asfaltowa, blablabla. W sezonie nie ma to żadnego uroku, jeszcze tysiąc pięćset ludzi na każdy metr kwadratowy.  Postanowiłam jednak zaryzykować- jak się okazało, intuicja mnie nie zawiodła. 🙂 Z resztą – zimowa sceneria robi z tego miejsca całkowicie bajkowe otoczenie! Człapie się to 10 kilometrów i całą drogę można się zachwycać, naprawdę.

Co tu dużo gadać, popatrzcie z resztą sami: 

 

Samo Morskie Oko to największe jezioro w Tatrach, położone u stóp Mięguszowieckich Szczytów, na wysokości 1395 m n.p.m. Panorama przedstawia od wschodu Grań Żabich (Żabia Czuba 2079 m.n.p.m., Żabi Szczyt Niżni 2098 m.n.p.m., Żabi szczyt Wyżni 2259 m.n.p.m.), Mięguszowieckie Szczyty (Czarny 2404 m.n.p.m., Pośredni 2393 m.n.p.m., Wielki 2438 m.n.p.m.), Cubrynę ( 2376 m.n.p.m.) po Szpiglasowy Wierch (2172 m.n.p.m.). Dalej grań skręca w kierunku północnym i przez Miedziane (2233 m.n.p.m.) i Opalone (2115 m.n.p.m.) domyka otoczenie Morskiego Oka. Wyróżniająca się sylwetka Mnicha (2070 m.n.p.m.), zarys karu polodowcowego nad Czarnym Stawem (1583 m.n.p.m.) i ciemna barwa ściany Kazalnicy (2159 m.n.p.m.) to charakterystyczne składniki krajobrazu nad Morskim Okiem.

_DSC4691.JPG
Panorama znad Morskiego Oka. 

„Bo jak jest zima, to ma być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury” – prawda? Nie wszyscy jednak to przyjmują do wiadomości, tak samo jak to, że tą porą bardzo szybko zapada zmrok. Z Morskim Okiem związana jest groteskowa historia. Śmieszna i tragiczna zarazem. Tym bardziej, że zdarzyła się już nie jeden raz: turyści utknęli nad jeziorem, ponieważ zastał ich zmrok, a konne zaprzęgi wtedy nie kursują! Po godzinie 17 zaalarmowali straż pożarną, policję, biedny TOPR, a nawet wojewodę małopolskiego o tym, że mają problem z powrotem do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się szlak. Na miejsce wysłano dwa patrole policyjne. Okazało się, że na zejście czeka grupa niemal pięćdziesięciu turystów, którzy nie mają latarek i boją się zejść w dół. Czytając takie informacje, czasem mam wrażenie, że niektórych ludzi powinien nastraszyć głodny miś, by uruchomić ich szare komórki. 🙂

Oczywiście mam już takie zboczenie zawodowe, że będąc w górach pierwsze co, to patrzę komuś na buty 😀

Napatrzyłam się, na jakiś czas mi wystarczy. A żebym za bardzo się nie stęskniła – 7.01.2019 znowu lecę do Gruzji. Uwaga uwaga – na narty. Żeby było śmiesznie, będę je miała pierwszy raz w życiu na nogach. Boję się trochę, najbardziej chyba boję się tego, że… mi się to spodoba i będę miała kolejne (drogie) hobby. DZIOŁCHA Z GÓR I NA NARTACH NIE JEŹDZI!!!!!!!!! Trzeba to zmienić 😀 Przy okazji zobaczę, jak zimowa Kraina Czarów wygląda w wersji gruzińskiej.

Si ja! :)))))))

Dzikie wojaże

Marzenia nie spełnią się same.

16.04.2018, poniedziałek.

Pierwszy poranek w Kazbegi – wiosce u stóp wielkiego i potężnego Kaukazu. UU, co ja robię tuu? I w dodatku co ja będę robić przez najbliższe 195 dni? Pracować – i to w dodatku w turystyce. Póki co jestem tym bardzo podekscytowana, mam nadzieję, że upierdliwi turyści nie zmienią tego podejścia. J a nawet jeżeli to mam ich głęboko gdzieś, bo mam wokół coś, co doda mi skrzydeł: góry, góry i jeszcze raz góry. W dodatku traktuję ten wyjazd jako jedną wielką wyprawę fotograficzną, tak więc będę sobie chodzić na swoje małe polowania.

_DSC9692.JPG

 

Widok z podwórka.

 Muszę przyznać, że jeżeli jest na tym świecie coś, w czym można zakochać się od pierwszego wejrzenia, definitywnie może tym być Gruzja. Tak się stało i ze mną – wpadłam, jak śliwka w kompot, od razu po same uszy.

Sama Stepancminda (Kazbegi to nazwa nadana przez Rosjan; dziś jest używana wymiennie, ale Gruzini, podkreślający swą odrębność od Rosji coraz częściej używają swojej rodzimej) to mała, turystyczna wioska (nasza Zakopane w miniaturce), położona na wysokości niemal 2000 m n.p.m. (Pierwszą noc spałam cudownie, myślę, że szybko się tu zaaklimatyzuję!) Górą, królującą nad miejscowością jest oczywiście Kazbek, po gruzińsku zwany  Mkinwarcweri, o wysokości przyprawiającej o zawroty głowy – 5033 m.

Gdy byłam tu prawie dwa lata temu po raz pierwszy, Kazbek był ukryty za gęstymi chmurami. Z Kazbegi zapamiętałam bujną, soczystą zieleń i cztery konie, stojące na przystanku autobusowym. To wtedy obiecałam sobie, że muszę tu wrócić – nie odpuszczę, dopóki Kazbek nie pokaże mi się na oczy! Koniec końców dopięłam swego i teraz przez najbliższe pół roku (nawet z hakiem) Mkinwarcweri zawsze będzie w zasięgu mego wzroku – nie licząc oczywiście dni, kiedy postanowi się znowu skryć wśród chmur.

_DSC9653.JPG

Kazbek w pełnej krasie.

Pół roku – dokładnie 199 dni w Gruzji. Pytania: ale jak to, dlaczego, skąd, po co itp., itd. są pytaniami, na które ciężko udzielić jakiejś konkretnej odpowiedzi. Czasem też chciałabym być ułożoną dziewczyną, wyjechać sobie na wczasy w ciepłe kraje, leżeć pod palmą i o niczym nie myśleć, ale taką mam wariacką naturę, która ciągle mnie gdzieś pcha, nie pozwala stać w miejscu i cóż, przecież to lubię. Zawsze mam coś za coś. Więc to doceniam i jak tylko nadarzy się szansa – korzystam, nie zastanawiając się zbyt długo. Żałować można tylko tego, czego się nawet nie spróbuje.

„Ale nie będziesz się wysoko wspinać?” „Ale tam jest bezpiecznie?” „Ale tam jest zimno?”

A wreszcie konkretne- „Ale co Ty tam w tej Gruzji tak właściwie będziesz robić?!” – wyjdzie w praniu. Kiedyś usłyszałam jedną dobrą odpowiedź, która jest idealna na wszystkie powyższe wątpliwości.

Będę spełniać marzenia.

Bo przecież marzenia nie spełnią się same!

 

Dzikie wojaże

Gruzja. Po raz pierwszy, nieostatni.

Będąc jeszcze małą dziewczynką, wymarzyłam sobie, że jak dorosnę, pojadę kiedyś tydzień w pociągu tylko po to, żeby zobaczyć piękny i tajemniczy Bajkał. Z czasem do listy moich dziecięcych marzeń zaczęłam dodawać kolejne i kolejne. Część z nich została już zrealizowana i wykreślona ze spiska (jak choćby „zobaczyć zorzę polarną”), część czeka na spełnienie (ów mistyczny Bajkał i podróż Koleją Transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku).. Obiecałam sobie, że kiedy skończę studia, spełnię swoje jedno wielkie marzenie. Równie silnie jak Bajkał, wzywał mnie do siebie równie mistyczny Kaukaz. Zawsze czułam, jak mnie wabi, hipnotyzuje. Padło więc na góry Kaukazu, do którego skał został przywiązany Prometeusz…

To była najbardziej spontaniczna decyzja mojego życia: w poniedziałek rano zauważyłam ofertę, wieczorem ostatecznie podjęłam decyzję i wpłaciłam pieniądze, a we wtorek leciałam do Gruzji. Czyste szaleństwo, życiowe wariactwo! Co ja robię!!

Rozum krzyczy: WARIATKO!!!!
Serce: I DOBRZE!

Naprawdę, tak spontanicznej decyzji jeszcze nigdy chyba nie podjęłam, ale wiadomo- raz się żyje, spontaniczność okazała się najlepszym, co mogło mnie spotkać na obecnym etapie w moim życiu, tego właśnie mi było trzeba! Kaukazu mi było trzeba!

IS__DSC0738

Jestem w Kazbegi, potem w Swanetii- Mestii i Ushguli- podziwiam pasma Kaukazu Wysokiego i aż mi się płakać ze szczęścia chce. Dosłownie i w przenośni. Patrzę na te ośnieżone szczyty, a oczy pełne łez. Gapię sie jak zaczarowana, wszystkie myśli, wszystkie problemy jakoś odchodzą na bok i jestem tylko ja i Kaukaz, nic więcej.
W Gruzji wszystko było cudowne. Począwszy od lotu, który sprawił mi wielką przyjemność, poprzez towarzystwo, jedzenie, o przeżyciach i wrażeniach związanych z widokami nie wspominając.

Definitywnie i na poważnie- ZAKOCHAŁAM SIĘ. Od pierwszego wejrzenia.
Ok, od drugiego. Kiedy w Kutaisi autobusem wyruszaliśmy spod lotniska, na małym skwerze przed wejściem pasł się koń. Widzę tego konia w porannej mgle i już jestem pewna, że to będzie dobry czas. Że to moje wariactwo to była dobra decyzja.
Jeden chudy koń zwiastunem najlepszych dwóch tygodni w moim życiu. 😉

A propos. Konie w Gruzji są święte i wielbione, zwłaszcza przez górali.
Święte również są krowy, które w dzień chodzą i pasą się, gdzie chcą, a na noc samodzielnie (!) wracają do domostw. Na każdym kroku nie omieszkałam dokumentować ich poczynań.

IS__DSC0532

Gruzja podbiła i zawojowała moje serce tak silnie, jak tylko się da.
To był najpiękniejszy kraj, jaki dotychczas odwiedziłam. A że odwiedziłam ich już 19 (!!!), to wiem, co mówię! 🙂

Armenia, która również była częścią wyprawy, też jest piękna, ale serca nie podbiła tak, jak jej sąsiadka. Nie wiem, może gruzińska mentalność bardziej przemówiła mi do serca.
Lubię, gdy uśmiecham się do kogoś na ulicy, a ten ktoś uśmiech odwzajemnia. Tyle ciepła bije od Gruzinów, tyle radości, że aż miło się patrzy na ten naród.
A jak oni tańczą!!!! Wszyscy Gruzini potrafią tańczyć swoje narodowe tańce. W Polsce jest to nie do pomyślenia-kto zna jakiekolwiek kroki? A tam DOSŁOWNIE WSZYSCY.
Cudowne przeżycie- mieć świadomość, że spełniło się jedno z największych marzeń swojego życia. Z tych większych – tylko Bajkał przede mną. Teraz jestem pewna- był Kaukaz, będzie Bajkał, będzie na pewno.

Dawaj za nich, dawaj za nas i za Wieliki Kawkaz – może być (i było) także dobrym toastem.

Podnoszenie toastów– część kultury, mentalności i codziennego życia Gruzinów. To nie zwykłe „na zdrowie!”, to nie rosyjskie „dawaj!” – to wyższa szkoła picia. 😉 Toasty zawsze powinni podnosić mężczyźni. Toasty mają formę podziękowania: za miniony dzień, za wrażenia, za szczęśliwą podróż, za spotkanie… albo życzenia: za jutrzejszy dzień, za to, byśmy spotkali się znowu. Za pokój na świecie, za Polskę i za Gruzję…
I tradycyjny: „Za Was – i w odwecie – i za Nas”.
Jednakże toasty zazwyczaj przybierają formę rozbudowanej opowieści, coś na kształt historii z morałem. Dopiero po wysłuchaniu do końca, można zamoczyć usta w winie i delektować się tym pysznym, gruzińskim napojem.

Jeżeli nie chce się już pić/robić innych rzeczy, na które namawiają usilnie Gruzini, wtedy należy ENERGICZNIE KRĘCIĆ GŁOWĄ I POWTARZAĆ „ARA ARA ARA!!” Można jeszcze usilić gest, grożąc palcem. (Spróbujcie tego teraz: arararararara!)
Ara= Nie. Nie wolno. Dość. Koniec. NIEEE! 😉

Toast można podnieść również czaczą. Aajć, czacza! To dopiero napój bogów!! Prawdę powiedziawszy, czacza to nic innego jak gruziński bimber, pędzony głównie na soku z winogron, osiągający nawet 70%. Interesujące doznanie.
Z racji tego, że wino mogę kupić w Polsce (wprawdzie trzy razy droższe, ale jednak jest taka możliwość), a czaczy nie- przywiozłam sobie malutką buteleczkę i powiedziałam, że będę popijać, gdy będę miała doła. Od razu mi się Gruzja przypomni i weselej na sercu stanie 😉

Starczy już tych wprowadzeń do tematu, dygresji na temat alkoholu (nie wiem, co mnie tak wzięło); teraz chciałabym Wam pokazać i trochę opowiedzieć na temat głównych zabytków i miejsc, które udało mi się odwiedzić, będąc w Gruzji oraz w Armenii.
Będzie to także dla mnie dobrą formą zapamiętania i możliwością na uszeregowanie i ułożenie sobie w głowie, wedle zasady: co, gdzie, kiedy i jak. 


O pierwszym dniu i pasącym się koniu na lotnisku już wspominałam gdzieś wyżej.

Kierowaliśmy się w stronę Tbilisi, stolicy, po drodze zatrzymaliśmy się w Skalnym Mieście-UPLISCYCHE .
Mówią, że jest to jedna z najstarszych osad ludzkich na Kaukazie, zbudowana w V wieku na wysokim brzegu rzeki Kury, jako stolica starożytnej Iberii.
Z racji tego, że sama osada nie wzbudziła mojego zbytniego zainteresowania, postanowiłam się skupić jak zwykle na pejzażach. Jaskinie i ruiny cerkwi wydrążone w skałach, widoki lepsze.

Z Upliscyche ruszyliśmy w stronę GORI.

Pytanie za sto punktów: a kto to tam się urodził? Czyje Muzeum jest dziś centrum i największą „atrakcją” miasta? Nie wiecie?  Józio Stalin!! Czyli za czasów Gori – Iosif Dżugaszwili.

Z Gori wiąże się też nieco bardziej współczesna historia – podczas wojny gruzińsko-rosyjskiej w 2008 roku, miasto to zostało praktycznie doszczętnie zniszczone. „Pamiątki” po tym okresie i bombardowaniach, gołym okiem są widoczne nawet dziś. Wojska zatrzymały się na wysokości Mcchety (czyt. M-c-ch-ety), czyli jakieś 10 km przed Tbilisi.  Dużą rolę w pertraktacjach pokojowych odegrał wtedy polski prezydent- Lech Kaczyński- w Gruzji przez to bardzo szanowany i ceniony.

Na pytanie Gruzinów skąd jestem, odpowiedziawszy, że pochodzę z Polski, jako pierwsze skojarzenie z naszym krajem praktycznie zawsze padało nazwisko Kaczyńskiego. Ewentualnie Lewandowskiego. 

 

Kolejnym pytaniem Gruzinów zawsze było „A SKĄD TY TAK DOBRZE PO RUSKU MÓWISZ?!” – zawsze wtedy rozpierała mnie duma i byłam jak paw, taki ze mnie cwaniak, ale to już taka dygresja. ;p

Wedle legendy, w IV wieku święta Nino przyprowadziła do Gruzji chrześcijaństwo, a chrzest całego państwa odbył się właśnie w Mcchecie. Miasto to do dziś jest jednym z najważniejszych obiektów sakralnych Gruzji i pozostaje siedzibą najwyższych władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Do Tbilisi czuję  niedosyt. Zbyt szybko, zbyt mało – a to takie urokliwe miasteczko, zwłaszcza wieczorem.

Drugi dzień w Gruzji upłynął pod hasłem podboju Wysokiego Kaukazu, którego pasmo ciągnie się wzdłuż granicy z Rosją. Po drugiej stronie jest już Władykaukaz. Znakiem przybliżania się do granicy były dosłownie kilku kilometrowe kolejki tirów, stojące przy poboczu i czekające na otwarcie granicy.

Jechaliśmy GDW – Gruzińską Drogą Wojenną, wybudowaną przez Rosjan jeszcze w XIX wieku. Szalone serpentyny, powolne zdobywanie wysokości i krajobrazy, zapierające oddech.

TO TO BYŁO MOIM NAJWIĘKSZYM KAUKASKIM MARZENIEM, NAJWIĘKSZYM KAUKASKIM WYZWANIEM.

KAZBEGI.

To wtedy się głupia pobeczałam, to wtedy miałam oczy jak narkoman na haju, prawie fruwałam i cały, caluteńki czas cieszyłam się jak jakiś przygłup. Naprawdę, słowo daję!

STEPANZCMINDA, osada znana bardziej jako KAZBEGI.

IS__DSC0629

Wikipedia mówi, że: „Nazwa Kazbegi została zmieniona podczas okupacji sowieckiej w 1925 r. Miała upamiętnić lokalnego przywódcę, który po przyjęciu protektoratu Imperium Rosyjskiego nad Gruzją pomógł stłumić antyrosyjską rewolucją. W 2006 r. powrócono do pierwotnej nazwy miasta.”

Kazbegi – to stamtąd zdobywa się Kazbek, bodajże drugi (albo i trzeci?) co do wysokości szczyt Gruzji, 5033 m n.p.m. Kazbek to dla Gruzinów MKINWARCWERI, co oznacza „Zamarznięty szczyt”. (taaak, na gruzińskim można sobie połamać język!!) Niestety.

Kazbeka w Kazbegi w ten dzień widać nie było. Taka to przyroda jest, że nie zawsze pokazuje to, co byśmy chcieli. Daje to jednak okazję do ponownego przyjazdu. Najlepiej z noclegiem- przecież wiadome, że najlepsza widoczności jest o poranku!!

Kazbeka nie było, ale i tak było cudownie. Niesamowicie. Wspaniale. Magicznie.

Z przełęczy, na której znajduje się CMINDA SAMEBA (wysokośc 2170m!!) – Kościół Św. Trójcy, rozpościera się najlepszy widok na okolice- wspinaczka…Kolejne metry w górę i tylko w górę…:) W kontakcie z górami… wszystko wydaje się takie małe. I miasta, i wsie, i ludzie, i wszystkie, naprawdę wszystkie problemy… To chyba właśnie cały urok gór. Tego samego dnia był jeszcze wodospad GVELETI.  Fajny, intensywny treking w górę, po czym zalewa Cię -dosłownie- fala świeżości. Żeby móc podejść bliżej wodospadu, musiałam schować aparat. Postałam chwilę, zachwycając się świeżą bryzą, a jak odeszłam usiąść na kamień, okazało się, że cała mam przemoczone ubranie 😀 A tak przyjemnie się stało…Można się w takich miejscach zapomnieć…

Przy całej Gruzińskiej Drodze Wojennej ilość miejsc, przy których warto się zatrzymać, wyskoczyć na spacer, lub po prostu popatrzeć, jest znaczna. Liczne świątynie i fortyfikacje obronne, do tego,CAŁKOWICIE ZA DARMO genialne widoki…

Wiadome, najlepsza wtedy jest podróż samochodem, ale… ale to będzie następnym razem. 🙂 Autobus też ma masę plusów; chociażby jest wyżej i dużo widzę!

Mimo, iż przejrzystość powietrza tego dnia nie należała do sprzyjających, czego najlepszym przykładem jest Kazbek, skryty za chmurami, w drodze powrotnej pogoda poprawiła się na tyle, że naszym oczom ukazała się piękna mozaika.

Pomnik przyjaźni radziecko-gruzińskiej. Urokliwe malowidła w mozaikowej formie przedstawiały sceny z historii Gruzji, można się było poczuć niczym w zamkniętym kręgu, taki kształt to miało.

_DSC0036

Za mozaiką rozpościerała się dolina rzeki ARAGWI. W okolicy zauważyłam jeszcze ciekawy obrazek. Panowie chcieli wymienić oponę. Stało ich tam chyba z sześciu i głowili się JAK TEGO DOKONAĆ. Koniec końców co zrobili… przewrócili auto na bok. Co było dalej? Cały czas się głowili, drapiąc się po głowach: OK, A CO TERAZ?

W sumie nie wiem, jak się kończyła ta historia. Pewnie stwierdzili, że „nie ma się co spieszyć, że jakoś dadzą rady, na pewno wszystko będzie dobrze, a tak w ogóle, chłopaki, to NAPIJMY SIĘ CZACZY!” Ale to już tylko moja inwencja twórcza….;) Choć, nie powiem, bardzo prawdopodobna.

W tych okolicach znajduje się bardzo popularny ośrodek narciarski- GAUDARI– tłumnie oblegany przez wszelakie kaukaskie nacje.

Jeden Gruzin przekonywał mnie:

-Przyjedź zimą koniecznie na narty!

-Ale ja nie umiem jeździć na nartach!

-To Cię nauczymy!

-Ale ja się boję!

-Damy Ci czaczy, to się nie będziesz bać!

Niesamowite i zadziwiające jest to ich podejście do życia, doprawdy…:D

 

Kolejny dzień, trzeci z kolei, był zgoła odmienny.

Z Tbilisi, poprzez piękną KACHETIĘ (najżyźniejszy region Gruzji, to stamtąd  pochodzą najlepsze wina), dojechaliśmy aż do DAWIT GAREDŻY, kompleksu monastyrów, wykutych w skałach, które znajdują się tuż przy granicy z Azerbejdżanem.

Nocleg  czekał na nas w ACHAŁCYCHE. Tam nie widzieliśmy nic, a jedyne, z czym kojarzy mi się nazwa to rasa koni achał-tekińskich, które tak naprawdę z Achałcyche nie mają nic wspólnego, więc to jedynie moje chore wyobrażenie. 😉

 

Kolejny dzień, już 9., upłynął pod znakiem podróży do jednego z piękniejszych regionów Gruzji, znowu Wysokiego Kaukazu- SWANETII, również tu przy granicy rosyjskiej (ale po drugiej stronie niż Kazbegi; bliżej Kutaisi, aniżeli Tbilisi).

 

Gdybym miała odpowiedzieć sobie na pytanie, co podobało mi się podczas tego wyjazdu najbardziej, od razu wystrzeliłabym: KAZBEGI i SWANETIA. Ale co bardziej? Tego już nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić. W każdym bądź razie- Kaukaz Wysoki. To moje tereny, to moje przestrzenie, gdzie czułam się jak wolny ptak: nic, tylko wzbić się i szybować nad tymi pięknymi miejscami….

Już pierwsze minuty w Swanetii dały mi pewność, że BĘDZIE PIĘKNIE.

Do MESTII, docelowego miasta naszego noclegu, dotarliśmy dość późno, koło 23, także nawet nie zdawałam sobie sprawy, w jak pięknym miejscu się znalazłam. Ależ mi się w tej Mestii dobrze spało! Cudowne powietrze tam mają.

Budzę się więc… wystawiam łeb za okno…. a tam takie cuda:

IS__DSC0433

Tzn szopy żadne cuda, ale góry, góry!! Znowu tylko och i ach.

Tego dnia celem naszej wyprawy było zdobycie najwyżej położonej wioski Eurazji, USZGULI. Leży ona na wysokości 2200 m n/p/m, u stóp najwyższej góry Gruzji i trzeciego szczytu całego Kaukazu- Szchary (5068 m n.p.m).

Dojazd do Kazbegi, w porównaniu z dojazdem do Uszguli, był pikusiem. Z Mestii odległość wynosi dokładnie 46 km, jednakże marszrutką z szalonym kierowcą Gruzinem, który na zakrętach potrafił wyprzedzić trzy inne marszrutki na raz (!!!) i cały czas powtarzał, śmiejąc się w głos: JOŁKI PAŁKI ZIELONKI!! , jechaliśmy prawie trzy godziny. Szalony Gruzin stwierdził, że przejechałby to dwie godziny, ale wszyscy pasażerowie podzielali jego szaleńczy zapał i gorącą krew.

 

Charakterystyczne dla tego regionu było wznoszenie wież obronno-mieszkalnych.

Wieże takie Swanowie nazywali KOSZKAMI.

O, tu na przykład jedna taka koszka, tam za krowami:

IS__DSC0479

I uwierzcie mi. Patrząc na TAKIE GÓRY człowiek wraz ze swoimi wydumanymi problemami naprawdę jest „o taki” malutki. Jak ziarenko piasku.

Góry jednak mają w sobie niesamowitą siłę i moc. Hipnotyzują, kuszą, ale i niesamowicie uspokajają. Patrząc na nie człowiek staje się chyba po prostu bardziej szczęśliwy.

Zmierzając w stronę Szchary (naszym celem było dotarcie aż pod sam język lodowca), z zachwytem i zaciekawieniem obserwowałam, jak w zaskakującym tempie zmienia się pogoda. Ciemno, coraz ciemniej…

IS__DSC0607 (2).jpg

Deszcz nas nie ominął, ale, całe szczęście, burza już tak. Musiałam schować aparat; wyciągnęłam go z powrotem dopiero, gdy przestało padać. Coś za coś, a Nikusia trzeba szanować. :)) Droga pod Szcharę mogłaby być w bardziej sprzyjających warunkach całkiem przyjemnym, aczkolwiek trochę ekstremalnym spacerkiem. KONIEC ŚWIATA.

W takim odludziu chyba jeszcze nie byłam.(o Boże, ale cudownie!) Aga na Krańcu Świata, ot co. Rwące rzeczki i potoczki, które trzeba było pokonać, trafiły się nawet jakieś bagienka, bez porządnych traperów ani rusz.

Zadziwiające było jedno: coraz bliżej jęzora lodowca, rzeki, ostre kamienie i pełno błota, a w otoczeniu bujna, soczysta roślinność.

Na czele z barszczem Sosnowskiego. Warto dodać coś teraz na ten temat.

Jak pewnie większość wie z telewizji bądź Internetu, ta „śmiertelenie niebezpieczna” roślina, na terenie Polski usilnie i skutecznie zwalczana, swe naturalne środowisko ma właśnie na Kaukazie. Rośnie wszędzie. W Uszguli zwłaszcza. Olbrzymie baldachimy kwiatów, potężne krzaki, sięgające nawet trzech metrów, sprawiały kosmiczne wrażenie, niczym KRAJOBRAZY Z OBCEJ PLANETY. 

Wiadome, na barszcz trzeba uważać, bo może poparzyć, ale prawdę powiedziawszy Gruzini zazwyczaj bardzo się dziwili i patrzyli z niedowierzaniem: „Ta roślina jest szkodliwa? Co za brednie!  Krowy i konie się tym żywią i czy coś im dolega? My też dotykamy jej codziennie i nic nikomu się nie stało.”. Może Gruzini są jacyś uodpornieni??

Jedno jest pewne: przezorny zawsze ubezpieczony, ale nie ma też co przesadzać i rezygnować z wyprawy pod Szcharę tylko dlatego, że trzeba przedzierać się przez barszcz. Jak mawiają Gruzini- WSJO MOŻNA, NO ASTAROŻNA. /Все можно, но осторожно./

Przed nami jęzor (albo i język?) lodowca Szchary. Barszcz i inne szalenie bujne rośliny pozostały daleko w tyle, przed nami tylko wyrzucone na brzeg odłamy skalne i ostre kamienie. Chcieliśmy dotknąć śniegu, jednakże dojście okazało się nie takie proste, jak zakładaliśmy; a z racji tego, że chmury kotłowały się cały czas, a my nie mieliśmy zbyt wiele czasu, trzeba było z tego pomysłu zrezygnować.

„NASTĘPNYM RAZEM!” – pomyślała sobie wtedy Aga…:))

Siła żywiołu. Nie pozostaje nic innego, jak chylić czoła.

W tym miejscu warto poświęcić nieco uwagi jeszcze raz konikom, które w Swanetii są niemalże wielbione.

Na Wysokim Kaukazie już z dawien dawna kwitnie KULT DŻYGITA.

Dżygit- z reguły chłopak, taki powiedzmy kaukaski ideał mężczyzny: odważny, z fantazją, nad życie kochający konie- powiedziałabym- taki odpowiednik ułana. Jedzie sobie taki dżygit, kapelusz ściągnie, zawadiacko się uśmiechnie, ściągnie wodze, schyli się i zerwie gałązkę, a potem zerwie się galopem i popędzi przed siebie, że nawet aparatu nie zdąży się wyciągnąć i tyle go widział. TAKA TO KREW GORĄCA GÓRALI KAUKASKICH, aaajć. ;))

 

Co ciekawe, w Gruzji w ogóle nie można kupić pocztówek.

Widziałam je raz, na samym początku- w Tbilisi, ale były tak marne, że roześmiałam się, że moje zdjęcia są lepsze. Potem, do samego końca wyjazdu, nie widziałam już ANI JEDNEJ pocztówki. Cóż. Wywołałam więc sobie zdjęcie (to powyżej) i mam najpiękniejszą pocztówkę, jaką mogłam zdobyć. 🙂

Nawet nazwa miejscowości się tam znajduje!

IS__DSC0802

Na zakończenie tego pięknego czasu w Swanetii mieliśmy jeszcze jedną, „nadprogramową” wycieczkę: wyjazd w górę wyciagiem narciarskim.

Stwierdziłam, że „po Gruzji” praktycznie całkowicie wyzbyłam się dwóch lęków:

-lęku przed lataniem (mówiłam już, jak cudownie było??)

-lęku przed wysokością i tym, że ZARAZ SPADNIEMY

 

Adrenalina pozostaje, ale nie przemienia się ona w paraliżujący strach, a specyficzne ssanie w dołku wkrótce staje się przyjemne i nawet z zdwojoną siłą pozwala CIESZYĆ SIĘ WIDOKAMI. 

Góra USZBA, ze względu na kształt szczytu nazywana często MATTERHORNEM KAUKAZU. Zdobycie Uszby nie należy do łatwych. Słyszałam od kogoś opinię, że jak ktoś chce popełnić samobójstwo, a nie jest doświadczonym alpinistą, to może spróbować wspinać się na Uszbę. Trochę straszne, ale całkowicie prawdziwe.

A to widok z kolejki: Uszba, a w samym dole maleńka Mestia i maleńkie wieże-koszki… Mam wrażenie, że ten wjazd i zjazd kolejką był kwintesencją całej gruzińskiej wyprawy i całego „wchłaniania” Kaukazu Wysokiego.

IS__DSC0965.jpg

Zdałam sobie sprawę, że jestem cholernym szczęściarzem, móc takie rzeczy podziwiać na żywo. Dlatego fajnie jest podzielić się tym z Wami- chociażby w formie skromnych moich fotografii i krótkich opisów. 🙂

Wieczorem tego samego dnia byliśmy już nad Morzem Czarnym, w słonecznej ADŻARII.

Blee, morze. 😛 I w dodatku perspektywa trzech kolejnych dni na plaży wpływała na mój nastrój koszmarnie negatywnie. Ruda Aga z wesołej i pogodnej zrobiła się wredna i markotna. Ale spokojnie- dobrze jest mieć śróbkę w tyłku, bo zawsze jakoś tak organizowałam sobie czas, by zbytnio się nie nudzić. I wiadome, zleciało.

Region Adżarii słynie nie tylko z pięknych plaż i obecności Morza Czarnego, ale i z pysznej kuchni.Najsłynniejszą potrawą jest tu CHACZAPURI PO ADŻARSKU.

Chaczapuri- coś a’la drożdżówka, najczęściej ze słonym serem w środku, lub na wierzchu. Chaczapuri adżarskie jest zgoła inne.

Wypiekane w specjalnym piecu, kształtem przypomina łódkę. Na samym środku daje się starty, słony ser i wszystko się zapieka. Na gorące, ledwo wyjęte z pieca chaczapuri wbija się surowe jajko i w takiej formie otrzymuje się potrawę na talerzu. Przed zjedzeniem należy szybko zmieszać jajo z serem, by to pierwsze się ścięło i stworzyło coś na kształt rzadkiej jajecznicy z serem. Powiem Wam tak. Nie lubię słonych drożdżówek, jestem sładkojeżką uzależnioną od cukru, ale…

ALE TO MI SMAKOWAŁO JAK DIABLI.

Jeszcze ostatniego wieczora, tuż przed odjazdem na lotnisko, zajadałam się tym adżarskim przysmakiem, pochłaniając wszystko z talerza i starając się wchłonąć i zapamiętać wszystkie smaki, by kiedyś móc odtworzyć je w domu.

Mam nadzieję, że mi wyjdzie!! 🙂 W sumie to skompletowłam już parę przepisów (z ruskich stron je wzięłam) i zamierzam w najbliższym czasie zacząć EKSPERYMENTOWAĆ Z GRUZIŃSKĄ KUCHNIĄ! A co!! Niestety nie zrobiłam zdjęcia adżarskiego chaczapuri, nie jestem typem fotografującym potrawy przed zjedzeniem, ale dla zobrazowania znalazłam obrazek w internecie:

W Batumi też można oglądać tańczące fontanny, ale po tym, co widziałam w stolicy Armenii, Erewaniu, stwierdziłam, że te tutaj to jakieś nędzne są, ale w sumie ciekawie komponują się z nowoczesną architekturą tego super-puper kurortu nadmorskiego.

Taaaa, kurort nadmorski, ceny automatycznie dwa razy wyższe, niż w górach, ale to taki maleńki szczegół..

Fontanna czaczy.

Wedle legendy, o godzinie 19:00 ze specjalnych kraników powinna zacząć płynąc prawdziwa-najprawdziwsza czacza. Niestety. Sprawdzaliśmy to przez trzy wieczory, dziwnym trafem za każdym razem siedząc na schodkach fontanny o 19:00 i NIC NIE LECIAŁO. Bujda na kółkach!!

Jednego słowa mogę Was nauczyć:

GAUMAR-DŻOS! Na zdrowie! Nawet stosunkowo proste do wypowiedzenia, jak na gruzińskie charczenie, nieprawdaż?Gaumardżos!

 

Co dał mi ten wyjazd?

Wiele wrażeń, wiele uśmiechu i radości. Doszłam do wniosku, że jakaś spokojna (a w każdym bądź razie USPOKOJONA) z tej Gruzji wróciłam. Kaukaz dał mi masę pozytywnej energii, a od Gruzinów przejęłam fragment ich cudownej mentalności:

  • NIC SIĘ NIE MARTW I NIE PRZEJMUJ SIĘ!
  • NIC NA SIŁĘ-WSZYSTKIEMU SWÓJ CZAS!
  • I WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE!

Niczym życiowe mantry, którymi trzeba się kierować, niczym drogowskazami. Musiałam to sobie aż zapisać i zakreślić, by lepiej weszło do tego durnego łba.

 

Brawa dla tych, którzy dobrnęli do końca.

Chylę czoła i kłaniam się nisko!