Dzikie wojaże

Ostatni raz!

W krótkiej pieredyszce (nie wiem, jak to się po polsku mówi) pomiędzy odstawieniem jednej grupy, a odebraniem kolejnej, siadam do kompa, zgrywam zdjęcia i piszę to, co się nawarstwiło w mojej rudej łepetynie przez ostatnie trzy tygodnie. W sumie to ostatnie porywy tego sezonu. Wszystko ostatnie: ostatni Elbrus, ostatnia grupa, ostatnie wyjście na Meteo (ale tylko, jak wcześniej go nie zasypie). Oczywiście ostatnie – zaznaczę – w tym sezonie, bo kolejny też się już szykuje (sic!). Za bardzo ta praca wciąga, by tak po prostu (i w dodatku bez życiowych alternatyw) z niej zrezygnować. Sad-maso, niemycie się przez 5 dni, spanie w barakach, jedzenie owsianki z kisielem o 1 w nocy, ogólnie ujęta adrenalina w żyłach i te sprawy. 😉

Także ostatnie, chociaż z perspektywą powrotu, ale mimo wszystko łapie człowieka smuteczek-nostalgia. Tak mi się przypomniało ze studiów: tak, jak Eskimosi mają kilkadziesiąt słów na określenie śniegu, tak samo w języku rosyjskim istnieje kilka określeń smutku. Stopniowanie od nostalgii aż do beznadziejnej rozpaczy. To ja mam tak leciutko. 😉 Chciałoby się napatrzeć tak na zapas, wchłonąć w siebie jak najwięcej obrazów, by długim zimowym wieczorem móc się ogrzać ciepłem tych wspomnień.  (ależ ja plotę.)

Wyżej w górach już zima na całego. Przewodnicy się śmieją (ja mam w sumie to samo), że zbyt wiele ciepła i lata to oni nie widzą. Co najwyżej – zimno i śnieg lub jeszcze więcej śniegu. Trzeba dopiero do Turcji pojechać lub na Cziornoje Morje. Lub Malediwy. Lub gdziekolwiek. A najlepiej to pojechać by mi do Polski. I wio w Tatry, bo po tych wszystkich kaukaskich wojażach, jak bardzo bym ich nie kochała, brakuje mi ich widoku.

_DSC8879A.JPG
Kazbek w jesiennej odsłonie.

Pierwsza połowa września, od czasów powrotu z Elbrusa, upłynęła pod hasłem „biurowy psychiatryk”.  Po ponad 2,5 miesiącach w ciągłych rozjazdach w końcu przyszła pora na objęcie wachty w biurze. Nie było to lekkie. 😀 Jeżeli ktoś chciałby mnie wyprowadzić z równowagi i doprowadzić do białej gorączki, przechodzącej w szewską pasję, to polecam zapytać się mnie, jaka będzie pogoda. Polecam, to znaczy ostrzegam. Nic, ale to nic na świecie mnie tak nie denerwuje, jak pytanie o prognozę pogody. A w ogóle moje podium zdobyła kobita, zapytawsza mnie o godzinie 18:55: „A nie wie pani, czy jutro te chmury też tak nisko będą wisieć?!” Ludzie, litości, jesteśmy w górach. A do Boga mi daleko, bym to wiedziała. Oooh święty Wincenty. Za to podnoszą morale drobne gesty, jak ogromna brzoskwinia od grupy Białorusinów, którym pożyczyłam kawałek sznurka, czy czekolada „tak do kawy”. Także jakoś przetrwałam.

Pomiędzy biurowym młynem miałam dwa dni wolne, cudownym trafem pogoda wtedy dopisała, nawet Kazbek się odsłonił (co w tym sezonie jakoś częste nie było, nie mówiąc o całych dniach z pełną widocznością), udało mi się więc to wykorzystać i skoczyć na zdjęcia w jesiennej odsłonie. Jednego dnia na przełęcz Arsza, a kolejnego łaziłam po stromych zboczach Kuro. Czyli klasyka kazbeckiej klasyki.

A potem znowu, po raz ostatni w tym sezonie, pojechałam na Elbrus. Czekałam na ten wyjazd jak na zbawienie od pytań o prognozę pogody.:))) i tak cudownie było. W nocy spadł pierwszy śnieg – już gdzieś tak od wysokości 2500m było biało. Kontrast ze złotymi lasami był wprost porażający, nie mogłam się napatrzeć. Droga poszła całkiem sprawnie, dlatego miałam jeszcze czas, by skoczyć sobie na szybki spacerek. Poszłam jakąś polną drogą, którą jeszcze nigdy nie szłam, z ciekawości by sprawdzić, gdzie mnie zaprowadzi. Na logikę wychodziło się nią na jakąś skałę typu punktu widokowego, z którego widać Elbrus, ale … nie doszłam, bo trafiłam na stado koziorożców (wszyscy je nazywają w Rosji „kaukaskimi turami”). One się patrzą na mnie jak na kosmitę, niespiesznie przeżuwając resztki trawy, wystające spod śniegu, a ja stoję jak wryta, bojąc się poruszyć, by ich nie przestraszyć. Ooooch, jak ja wtedy zatęskniłam za swoim Tamronkiem, lufą! Choć na dobrą sprawę były tak blisko mnie, w ogóle się nie bały, że nawet zwykły obiektyw dał radę. A nawet jeżeli by nie dał – co widziałam, to moje.:)))  Stado koziorożców, no wyobraźcie to sobie!!!

_DSC9461AA.jpg
Tury kaukaskie

Moja ostatnia grupa była grupą indywidualną, w postaci jednego Holendra, Derka. Wznosiłam się na wyżyny swojego angielskiego, słowa mieszały mi się z rosyjskim, jeszcze kilka takich dni i zapomniałabym polskiego. 😉 Prognozy były średnie, nie brałam więc sprzętu na szczyt, pokornie przyznając do siebie fakt, że mój ostatni szczyt w tym sezonie już był. 😉 ale i tak było fajnie. Kolejnego dnia poszliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa (taaak, ostatnie 4800m n.p.m. w tym roku! 😛), świeciło piękne słońce, ale wiał mocny wiatr i było tak dziko zimno, że musiałam przebierać paluszkami i przeklinałam swoją głupotę, czemu tylko jedne rękawiczki ze sobą wzięłam. „Wydawało się ciepło” na Elbrusie nie ma prawa istnienia. Mimo wszystko to był super dzień. I kolejne tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset zdjęć Uszby, Siódemki i Shtavleri. Tak do kolekcji. 😉

_DSC9551A.jpg
Uszba po raz n-ty. 

Trzeci dzień również koziczka na dupie nie usiedziała i poszła gdzie? No gdzie? No oczywiście na Czeget! Doszłam do wniosku i zapisałam to w swoich złotych myślach, że Czeget jest takim „Kasprowym Kaukazu” i to z kilku względów.

1) wszystkie drogi tak czy siak prowadzą właśnie tam,

2) jest kolejka, ale po co, jak można się zmęczyć, dryłując na pieszo,

3) w skrócie, uwielbiam.

Tak, wiem, mało odkrywcze, ale serio zawsze mnie tak jakoś ciągnie podświadomie w tamte strony. Znając życie, pierwsze, gdzie skończę, jadąc z Tatry, to oczywiście Kasprowy. 😉

_DSC9763.JPG
Wąwóz Baksański w drodze na Czeget. 

Pogadałam sobie jeszcze z bałkarskim przewodnikiem, przy okazji dowiadując się, że jego dziadek był pierwszym Bałkarcem na szczycie Everestu, a potem temat zszedł na Pik Lenina i słynny bieg na Elbrus („Elbrus Race”), odbywający się raz do roku w sierpniu. Jak się okazało, Dałhat też brał kiedyś w nim udział.

-I jaki miałeś czas?

-Niee, Aga, nie ma się czym chwalić, słaby czas. Rekordziści od dołu, czyli od Azau wbiegają w 3,5 godziny. Za 45 minut pokonują przewyższenie 1000m i są na Stacji Mir.

-No dawaj, a Ty jaki miałeś czas?

-7,5 godziny z Azau na szczyt.

Ok, wariaci,  w ogóle mój mały móżdżek nawet nie może sobie tego wyobrazić, przecież to niemożliwe, no jak – 3,5 godziny na szczycie, przewyższenie 4500m – nierealne! Ale tu obok mnie siedzi człowiek, który wbiegł w „beznadziejne” 7,5 godziny. Realny człowiek! W 7,5 godziny to trudno zajść na szczyt z bazy na 4000m. A on, ot tak, po prostu, wbiegł sobie tak od dołu. Kozica we mnie chowa kopytka. 😉

A koniec końców pogoda się zdupcyła (ale to tak serio) i odetchnęłam w duszy, że dobrze, że tego sprzętu ze sobą jednak nie targałam. To się nazywa intuicja.

No i trzeba było wracać do Gruzji. Z przystankiem na zakupy we Władykaukazie, trzeba było zrobić zapasy, by potem przewieźć je do Polski, jakoś staram się nie myśleć, jak ja to wszystko spakuję, będę się martwić za 3 tygodnie. Skoro to samo robiłam, kupując w Moskwie ósmą książkę, stwierdziłam, że trzeci dżem z szyszek, kilka czurczeli, czakczaków i pół litra sgusionki  nic nie zmieni 😀 nic a nic!

No. Także w gotowości na ostatnią grupę, potem jeszcze kilka dni i trzeba będzie zacząć te książki i dżemy upychać. A Mama moja powie: „No Agusiu, po co tyle tego przywoziłaś?!” No taki chomik ze mnie i cóż ja poradzę. Książek sobie nie potrafię odmówić, a smakami po prostu lubię się dzielić.:)))

PS. A ja dopiero zrobiłam zapasy z rosyjskiej strony. 😉 muszę jeszcze dokupić czaczę i wino!

 

 

Dzikie wojaże

Górska melisa.

Mija tydzień, dopakowana do granic własnych możliwości wsadzili mnie w pociąg do Wawy (na szczęście do samolotu weszłam już o własnych siłach :D) i rozpoczął się drugi gruziński sezon dzikich wojaży. Oczywiście już zaliczyłam kilka wyjść w góry z aparatem – jednak bliskość Cerkwi i szlaku na Kazbek to super sprawa. Obliczyłam, że jak idę raźnym krokiem, Kazbek widzę już 15 minut po wyjściu z domu, a przy Cerkwi jestem w 30 minut. Ale to ja, a ja, jak to kozica: „mogę iść szybciej, nie jeden chciałby biec” 😀 więc nie mówię tego turystom.

_DSC9487.JPG
Kazbek ze szlaku z Gergeti.

Mam takie wrażenie, jakby od października nie minęło pół roku, ale jakieś dwa tygodnie. Nic się nie zmieniło – śniegu przybyło, ale że topnieje w oczach, po prostu jest urozmaiceniem krajobrazu. Jakbym sobie po tych górkach hasała tak bardzo niedawno. Znam ludzi, znam miejsca – to był powrót jak do siebie. By z kopyta rozpocząć nowy sezon. Wiem, gdzie iść na zdjęcia, wiem, skąd jest ładny wschód słońca – można tak wyliczać. Mimo to Gruzja wciąż zaskakuje i sprawia, że cały porządek i „znanie” może runąć. Szłam ostatnio do grupy wychodzącej na Kazbek o 7 rano. Patrzę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nasz znajomy zimą sprawił sobie psa. Piesek jest duży i potrzebuje się wybiegać. Co robi jego właściciel? Powoli jedzie autem z uchyloną szybą, a piesiu truchta obok samochodu. No przecież Gruzin nie będzie się wysilał, po co ma iść z psem na spacer, jak może jechać?! Miałam ochotę zrobić im zdjęcie, ale z racji tego, że to jeden kazbecki szycha, a ja się wstydzę robić ludziom zdjęcia, kiepski ze mnie reportażysta, nie zrobiłam. Musicie sobie wyobrazić ten poranny spacer 😀

_DSC9569.JPG
Moje poranne spacery z towarzyszem Biszkoptem.

Taka to gruzińska rzeczywistość. Stwierdziłam, że po powrocie w październiku bardzo zaczęłam doceniać Polskę, chociażby za sprawność działań. W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny 😉 Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. 😀 na mnie uspokajająco działają tylko góry. 😉 Są lepsze niż jakbym sobie zaparzyła 20 torebek melisy na raz.

_DSC9770.JPG
Góry lepsze niż melisa.

Miałam wolne dwa dni i zrobiłam prawie 40 km. Zrobiłam pierwsze przejście na Przełęcz Arsza i sprawdziłam stan drogi w Dolinie Truso. W skrócie: śniegu wpizdu i o ile na Przełęcz idzie się przyjemnie, bo w większości śnieg można ominąć, o tyle w kanionie w Truso zeszła lawina i owszem, zapadając można przeorać, ale to żadna przyjemność.  Dryłuję tak pod górę wczoraj, klucząc góra-dół, pizgało niemiłosiernie i było mi zimno w ręce strasznie, migła mi nawet myśl, że chyba się zawrócę, ale stwierdziłam, że no bez przesady! 😀 jestem nie wyżej niż tylko na 2950m! Ale serio, wiało okropnie. Co dopiero musiało być na Meteo, czy na Kazbeku :O Za to widoki wprost bajkowe. I cieszę się, że zrobiłam to przejście! Uspokoiłam skołatane nerwy i naładowałam baterie na kolejne przygody pt. Agusia KONTRA Gruzińska Rzeczywistość. Teraz mogę stawiać jej czoła. 🙂

 

Dzikie wojaże

Jaki tu spokój…

Ostatnie dni biura w tym sezonie. Jeszcze stąd na dobre nie wyjechałam, a już wiem, że wracam. Gruzja wciąga jak narkotyk, już chyba kiedyś gdzieś o tym wspominałam. Przeleciał ten czas jak błyskawica z prędkością światła. Korzystając ostatnio z wolnego i słonecznej pogody poszłam sobie na przełęcz Arsza. Posiedzieć, popatrzeć i powiedzieć Kazbekowi „papa, do zobaczenia!”. Takie swoiste deja-vu. To było moje pierwsze wyjście w góry w tym sezonie, musiało więc i być ostatnie. W kwietniu tuż za przełęczą śniegu było po kolana, w październiku udało się jeszcze złapać trochę żywych, mocnych barw i ciepłego światła. Złota gruzińska jesień, cieszę się, że udało mi się ją zobaczyć. Przekrój przez wszystkie cztery pory roku: wiosna, lato, jesień, zima.

_DSC0764.JPG
Mkinvartsveri, otulona jesienną szatą.

Niesamowicie było obserwować te przejścia na własne oczy. Z dnia na dzień, nie istnieje coś pomiędzy – widać to dopiero po zdjęciach, które sobie przeglądam. Dziwię się, ile przez ten czas zobaczyłam, ile to ja przeżyłam… Działo się! Tylu ludzi poznałam, tyle wrażeń i doświadczeń… Muszę jeszcze stworzyć listę hitów sezonu – niewątpliwie trochę tego będzie! 😀 Przyjdzie jednak jeszcze na to pora – przecież zostało jeszcze prawie dwa tygodnie, przez które Gruzja może zaskoczyć jeszcze nie raz! 😉 Po pół życia tu zdarzyło mi się jednak pod sam koniec sezonu, że taksówkarz – i to w dodatku kazbecki! – błysnął humorem:

– Taxi nie nada?

– Niet, spasiba.

– A samaljot?

– Samaljot możet byt!

Zdesperowany był, nie trafił na turystę, to co pozostaje: obrócić całą sytuację w żart.

_DSC0841.JPG
Z Przełęczy Arsza. Tu zaczęłam, tu kończę.

Łapie człowieka nostalgia. Sezon się kończy, Bezpieczny Kazbek zwinął bazę, coraz mniej ludzi na ulicach, wszyscy pochowani w domach, bo przecież zima idzie… Trzeba się więc napatrzeć na zapas, chłonąc widoki, by długimi, ciemnymi wieczorami w Polsce uśmiechać się na samą myśl, a patrząc na zdjęcia Kazbeku dziwić się i wspominać z rozrzewnieniem: „A ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… To jest taki paradoks: teraz tęsknię za domem, za Polską, a będąc tam będę tęsknić za tym moim małym, śmiesznym Kazbegi i życiem tu. I nic się na to nie poradzi.

W biurze cisza. Nic się nie dzieje, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Fakt, nadrobiłam wszelakie zaległości filmowe i obejrzałam to, co już dawno temu zamierzałam (między innymi „Bitwę za Sewastopol” i „Botoks”, a także sto pięćdziesiąt głupkowatych filmików), no ale ileż można. Zdecydowanie wolę, jak się coś dzieje, nawet, jeżeli były to pytania w stylu „a jaka będzie jutro pogoda”, szczerze powiem, że nawet mi tego trochę brakuje. Ostatnio z letargu wyrwała mnie Rosjanka, która przyszła zapytać, która to teraz w Gruzji jest godzina, bo ledwo przyjechała i chyba się pogubiła w czasoprzestrzeni. No cóż, doskonale to rozumiem. W końcu ja od pół roku nie przybieram sobie w ogóle do głowy, jaki jest dzień tygodnia; żyję datami z kalendarza.

Za równe dwa tygodnie będę już w domu, będę upierdzielać kotleta schabowego z kiszoną kapustą i zagryzać karpatką. Chyba oszaleję ze szczęścia 😉 ale póki co – trzeba korzystać. Ile tylko wlezie! Zostało jeszcze jedno miejsce, do którego koniecznie w Gruzji muszę teraz powrócić. I nie mogę się tego doczekać… tak na odmianę dla starego, dobrego Kazbegi:)

Dzikie wojaże

Polowanie na babie lato.

4.09.18

Wrzesień. Dzieciaki poszły do szkoły, a ja łapię się za głowę, starając doliczyć się lat, „kiedy to było”… Tracę rachubę czasu 🙂

Zaraz obok maja najpiękniejszy miesiąc roku. Widać już gołym okiem, jak wszystko zmienia swoje barwy… Coraz wcześniej robi się ciemno, skłony gór zaczynają przypominać nasze Czerwone Wierchy, nad dolinami nieruchomo zastygły chmury, mgliste poranki, jeszcze mi tylko brakuje złotego światła i babiego lata, płynącego na wietrze. Wtedy już całkowicie poczułabym ten klimat jesieni. Jarzębina i rokitnik gotowe do zerwania, a ja, za każdym razem przechodząc obok nich, miewam fantazje, żeby ich owoce zalać czaczą i zaskoczyć Gruzinów wymyślnym smakiem słodkiej naleweczki! 😀 Ostatnio nawet dostałam od jakiegoś turysty pół litra, chciał wyrzucić butelkę do kosza, ale jak ją spontanicznie otrzymałam, tak spontanicznie oddałam tego samego wieczoru – bardziej potrzebującym 😉

_DSC8309.JPG
Kazbegi zmienia barwy.

Po sześciodniowej zmianie w biurze naczelną rzeczą, którą robię w wolny dzień w pierwszą godzinę po pobudce jest nastawienie prania. W dwie godziny, kiedy jeszcze zazwyczaj nie pada, zdąży mi wszystko wywiać, a resztę dnia mogę spędzić na cudownie odmóżdżającym sprzątaniu kuchni, łazienki, a także przeglądaniu Aliexpress i rozmyślaniu, jakaż to pierdoła za mniej niż 2$ mogłaby mi się przydać. Moja Mama przestała już te paczuszki nawet rozpakowywać, po prostu rzuca na jeden stos w kącie mojego pokoju – kupa rośnie i czeka na powrót Agusi. Najśmieszniej kiedyś było, jak zamówiłam sobie dwie koszulki – jak okazało się, identyczne zamówiłam jakiś miesiąc wcześniej. Spodobał mi się kolor. To chociaż oznacza jedno – jak mi coś raz wpadnie w oko, to jestem stała w uczuciach 😉

Cztery wolne dni to już baaardzo dużo. (To, co posprzątałam zdążyło się już ubrudzić). Dobrze, że już jutro do pracy!! 🙂 Nadrobiłam społeczne zaległości, dokończyłam książkę i WRESZCIE NORMALNIE POSZŁAM NA ZDJĘCIA. Z brakiem dzikich zwierząt w okolicy już się jakoś pogodziłam, choć to boli okropnie, ale zwykłego wyjścia w plener odpuścić nie można. To jak z sztuką dla sztuki – nie może być „przy m okazji”. 😉 Aaaach, tego mi trzeba było! Wyjścia po 5 rano, polowania na światło i dozy zachwytu. No i oczywiście przewiania głowy. Zawsze, gdy pizga tak, że urywa głowę, myślę sobie, że na Meteo muszą mieć przekichane. Nie mówiąc o tych, co akurat idą na szczyt! Wtedy dziękuję w myślach, że ja miałam tak idealne warunki… Farciarz nad farciarze. W ogóle pewnie niektórzy mogli sobie pomyśleć, że się przechwalam, bo jak wróciłam, to każdemu mówiłam: „A wiesz, że byłam na Kazbeku i Elbrusie?!” , ale to wszystko było z radości. 🙂 Po prostu nadal nie mogę uwierzyć w swoje szczęście: że tak wszystko idealnie się złożyło i dzięki temu bez wiekzych problemów mogłam wejśc na obie te góry… Więc teraz jak patrzę na Kazbek, mogę sobie tylko wyobrażać, jakie warunki muszą tam w danej chwili panować. A ja tam byłam. O, tam, na samym czubku.

Jak wisienka na ptysiowym torcie.

_DSC8480.JPG
Co tam musi się dziać na górze…

Wróciłam zziębnięta, wypiłam kawusię i resztę dnia z czystym sumieniem mogłam sobie czytać i przewracać się z boku na bok. Idealne lenistwo. Czasem tak po prostu trzeba, na odmianę dla życia na pełnych obrotach. 😉 Co jednak za dużo, to niezdrowo, potwierdzone naukowo! Przede mną kolejne 11 dni w biurze, ogarniania gruzińskiej rzeczywistości i walki z wiatrakami. A potem… a potem to znowu w drodze, znowu góry i polowanie na babie lato i chmury, wiszące nad dolinami…

Dzikie wojaże

Lepsze od gór…

Pisane w piątek, 25.05.18

Lubię wolne dni w środku tygodnia. I wolny przepływ myśli z rana też lubię. Wczoraj miałam dzień wyprawowy, dziś wyciągam nogi, przeglądam zdjęcia, popijam kawę i czuję się bardzo usatysfakcjonowana i wypoczęta. Jestem takim dziwnym stworzeniem, które odpoczywa, męcząc się. Ale to tak porządnie, do (yyyyyyyy, ciśnie mi się brzydkie słowo, określające ten stan, szukam synonimu i nie mogę znaleźć! 😀 ) utraty tchu i sił! 😉 Obeszłam małą metaforą i obyło się bez zbędnej ekspresji. 😉

W okolicach Kazbegi robi się coraz bardziej zielono. Jak mnie to niesamowicie cieszy, aż żyć się chce! Wszystkie niesnaski i pretensje turystów (sezon zaczyna nabierać kolorów! :P) można puścić płazem, ponieważ mam pewność, że za trzy dni skoczę sobie w góry, wiatr wywieje mi z głowy wszystkie złe myśli, przy okazji adrenalinka naładuje mi akumulatory i znowu będę radosna i pełna energii do działania 😀

_DSC3506.JPG
Zielone Kazbegi i wstydliwy osiołek.

Mam jedną myśl o pracy w turystyce, jaką muszę się z Wami podzielić. Jakim paradoksem jest, że jednego dnia dostaję od trzech chłopaków czekoladę za radę i bycie miłą, a drugiego sypie się na mnie grad piorunów od sfrustrowanej Meksykanki. Większość ludzi, która do nas przychodzi, jest naprawdę miła – w końcu są na wakacjach, po co więc denerwować i siebie, i innych? Lepiej to olać i cieszyć się tym, że nie pada deszcz. Niestety, nie wszyscy tak myślą i dla niektórych do rangi sportu urasta zmieszać kogoś z kupą krowy na ulicy. Cóż, są krzesła i parapety, a ja od dziecka lepiej dogadywałam się ze zwierzętami. 😛 Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi gorzkimi pierdołami, lepiej iść w góry i zjeść wafelka, co właśnie zrobiłam wczoraj. 😉

Pogoda z rana nie nastrajała do wielkich wypraw, ale mimo wszystko wzięłam plecak, Nikusia, kurtkę i paczkę wafelków i ruszyłam przed siebie. Byle dalej, byle wyżej, byle odpowiednio się zmęczyć 😀 Zrobiłam sobie wycieczkę w stronę Kuro. Ten monumentalny masyw o wysokości maksymalnej ponad 4000 m robi zawsze piorunujące wrażenie. Groźny, z ostrymi ścianami i sypiącymi się ze zboczy kamieniami, kusi swoim rozmachem. Żeby wejść na Kuro, trzeba obejść całą grań i atakować od drugiej strony. Do zrobienia, nie powiem, biorąc pod uwagę to, że wczoraj, tak po prostu, byłam chyba niemalże w połowie drogi 😉 Cały sezon przede mną! Od górki do górki, po skałkach i kamieniach i tak sobie wędrowałam po grani. Ciągle było: o, to jeszcze ta jedna wyżej. Nie, tam też wejdę! Jeszcze ta, tam też jest prosto! Po czym nawet nie zorientowałam się jak daleko i wysoko już zaszłam. Jak zwykle gorzej jest z zejściem, w pewnych momentach wyzywałam siebie od narwanych wariatów, dla których nie ma przeszkód, ale jakoś dałam radę i przez to dziś cudownie się czuję! 😉 A jakie plenery odkryłam!!!! I całe zbocza, porośnięte rododendronami. Zobaczyć kwitnące kaukaskie rododendrony , to był jeden z największych fetyszów mojej wyprawy na Kaukaz, taki must see! Sezon na ich kwitnienie powolutku się rozpoczyna, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie i będą kwitły całe zbocza, a ja pójdę tam o złotej godzinie i to będzie PE-TAR-DA! 😀 nie mogę się doczekać 😀

_DSC3183.JPG
Kaukaskie rododendrony.

W Kazbegi coraz więcej ludzi. Sezon nabiera tempa. 😛 Fascynująca jest jedna sprawa – codziennie przemieszczamy się do centrum, idąc do pracy. Widzą nas i nie uwierzę, że nie rozpoznają – jednak trochę różnimy się od Gruzinek, chociażby ubiorem: ich jest zawsze czarny, a nasz kolorowy. Z resztą – ich kobiety nie chodzą po ulicach. Chodzą jedynie turystki, którymi też nie jesteśmy! To już ponad miesiąc, a i tak każdego dnia słyszymy: WY KUDA? W TBILISI? TAKSI NIE NADA?! Co ciekawe, obrotny taksówkarz nie zapyta Cię prosto w twarz, o nie. On odezwie się dopiero wtedy, jak przejdziesz. Co najmniej jakby chciał zobaczyć plecak lub ocenić tyłek 😀 Kiedyś szłam sama i jak co dzień było:

-Taksi nie nada?                                 

-Niet, spasiba!

-BIESPLATNA!!!!

Nie wiem, co byś ty chłopie ugrał na bezpłatnej taksówce dla mnie, ok, więc po raz kolejny grzecznie podziękowałam i zamiast do Tbilisi taksówką za darmo skierowałam się prosto do pracy. 😉 Albo jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wracamy do domu, a z samochodu po rosyjsku odzywa się kazbecki dżygit: „Cześć, co słychać?” My nic, idziemy. On bierze, podjeżdża bliżej, zajeżdżając nam niemalże drogę. „Cześć, co słychać?” – szczerzy zęby. Odzywa się Ania:

– Ale dlaczego chcesz z nami rozmawiać i siedzisz w aucie?

-A dlaczego mam wychodzić?

-Bo to dziwne?

Tak, Gruzini mają dziwne zwyczaje, związane zwłaszcza z samochodami. Oni jeżdżą nimi nawet do sklepu, który jest oddalony od domu o 50 metrów, serio. 1,5 kilometra to dystans nie do przejścia, w góry chodzą wariaci, im wystarczy, że dojadą, gdzie dojadą – przecież dla dżygita nie ma dróg nie do przebycia! Zesraj się, a nie daj się, hej! 😀 😀 😀 Kiedyś prawdziwi dżygici mieli prawdziwe konie, teraz mają mechaniczne 😉 Same przeboje są z nimi, co tu dużo mówić!

Jest znane rosyjskie powiedzenie, że „lepsze od gór mogą być tylko góry”, jednak ostatnio Elena,  którą miałam przyjemność poznać, rodowita moskwiczka powiedziała mi: „Aga, zapamiętaj to sobie. LEPSI OD GÓR MOGĄ BYĆ TYLKO GÓRALE!” Wot i wsjo, spasiba za wnimanije! 😀 😀 😀

PS. Tak jak obiecałam ostatnio – jest bardziej zielono na zdjęciach! 🙂