Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2019.

Podsumowanie roku 2019

Leci ten czas jak opętały. I kolejna cyferka zmienia się do przodu, a tu ledwie dwa tygodnie temu miałam urodziny. Lubię sobie powtarzać, że „rocznikowo” się nie liczy – dzięki temu zazwyczaj odejmuję sobie ten jeden rok. Tak mniej więcej do listopada. 😀

Jakoś zawsze pod koniec roku nachodzą mnie takie myśli, mające być „podsumowaniem”, a tak naprawdę będące kopaniem w archiwum w poszukiwaniu zdjęć, na które w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Choć głównie faworytów mam murowanych, a te perełki to się nawijają tak totalnie przy okazji. 😉 Sesją roku definitywnie i prosto z buta mogę nazwać moje wejście na Elbrus na początku września – mam koło 100 zdjęć i naprawdę – nie ma tam złego, co jedne, to lepsze, mogę przebierać, ile chcę!

Przeczytałam, że ludzie, robiący sobie podsumowania roku dzielą się na trzy grupy:

  • Niepoprawni optymiści
  • Niepoprawni pesymiści
  • Realiści

Ja jakoś tak co roku siadam i sobie to układam, przelewając swe myśli na papier , ale nigdy nie myślałam, do jakiej grupy siebie zaliczyć. 😀 Po prostu lubię pisać i tyle, a z resztą i tak wszystko robię dla zdjęć. Ale chyba wciąż, mimo upływu lat, jestem, a przynajmniej bardzo staram się być – optymistką. Chociaż zawsze z nutą realizmu.

2019 również upłynął głównie pod znakiem Kaukazu. Tym razem już nie sama Gruzja, a na odmianę jeszcze Rosja, co było dla mnie najlepszą nagrodą i dawało poczucie, że studia, jakie skończyłam, przydają mi się w życiu, co mnie niezmiernie cieszy! Fajnie jest łączyć pracę z tym, co się lubi, a możliwość robienia zdjęć w tak niesamowitych zakątkach świata jest tego najlepszym dowodem. Naocznym. A dzięki temu, zupełnie przez przypadek, mam już na swoim koncie 3 wejścia na Kazbek i 4 na Elbrus. 😉

Ja nie planuję. A jeżeli już, to na pewno nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Ja działam. Tak samo też jest z moim celem na rok 2020 – głośno to obwieszczę światu, gdy dojdzie do skutku, także powoli zacznę czytać i kopać jak kret, mentalnie się przygotowując, a potem… to już bum! poleci!  😉

Zupełnie niespodziewanie w tym roku spełniłam jedno ze swych największych marzeń – wreszcie, po tylu latach głośnego wzdychania, poleciałam do Moskwy!

Wtedy to ten rosyjski piorun trzasnął mnie ponownie, może nawet jeszcze bardziej, teraz to już nieodwołalnie. Myślałam, że Kaukaz to trochę wyparł, ale okazało się, że nie. 😉 Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że chcieć, znaczy móc, a żeby móc, trzeba działać, a nie myśleć, a już na pewno nie mówić. Kropka. Z zachwytem w oczach, z uśmiechem i lekką głową przechadzałam się po Moskwie, co chwila tylko ochając i achając, bo bardziej zaskakującego miasta na świecie nie widziałam. W sumie to polecam zajrzeć i poczytać sobie pełną relację tu: https://agawielinska.wordpress.com/2019/06/09/%d0%bcoskwa-jak-z-bajki/

 

Skoro Moskwa, to i Stambuł – w końcu to też była dla mnie niesamowita  podróż. Tak w ogóle, to pomysł powrotu z Gruzji do Polski samochodem można uznać za najlepszą ideę tego roku, niewątpliwie! Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła. Cała relacja tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2019/10/24/swobodne-zapiski-z-dzikich-wojazy/

Stambuł – ach, ten orient. Tu właśnie przenika się Europa i Azja, Wschód i Zachód. Jedno jest pewne – Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam. Dobrze, że przywiozłam sobie zarówno jedno, jak i drugie – czekam na czarną godzinę, by kawę przegryźć bakławą i na samą myśl i tamte wspomnienia aż mi ślinka cieknie…

_DSC3296
Smak orientu. 

A’propos – trzeba dodać, że w tym roku do mojej kolekcji przybyły dwa nowe kraje: Turcja i Rumunia! Bo to, że na Ukrainie byłam już po raz piąty (w tym Kijowie po raz trzeci!), zakraja o drobną już psychozę, ale to wszystko dla sgusionki i słodyczy! 😉 To prawie jak z Gruzją, choć to inna bajka 😛 z ilością wjazdów do Rosji również straciłam rachubę.

_DSC4757
Kijów! 

Poza tym? Przeczytałam masę książek, aż zaczęłam żałować, że nie prowadzę statystyk i to jest moje postanowienie noworoczne – zapisywać ilość książek 😀 Tak z ciekawości! Zaczytuję się nadal w serii „Metro 2033”, głównie rosyjskojęzycznej; a za odkrycie roku uznaję Jewgienija Wodołazkina i jego „Awiatora”, którego sobie czytałam w drodze przez Turcję. 😉

Tak mi się przypomniało a’propos dziwnych postanowień: kiedyś miałam taką fazkę i przez cały rok zapisywałam swoje sny. Było to… dziwne, zwłaszcza, jak odnalazłam ten notes po latach. Innym razem z pomocą aplikacji liczyłam też kilometry, ale odkąd wyjechałam do Gruzji to powstały jakieś szalone cyfry i telefon mi siadał, więc przestałam 😀 Zbierałam jeszcze opakowania z czekolad, ale to znowu na pewno dłużej niż rok było 😉 Także trochę tych dziwactw już w życiu mam, nie ze wszystkich potrafię się wyleczyć. Z każdym rokiem staję się chyba jeszcze bardziej uparta (czasem jak osioł), nie daję sobie w kaszę dmuchać i ogólnie robię to, co mi (a nie komuś) się żywnie podoba. Ni ma lekko!

No dobra, starczy tego pitolenia. Przedstawiam Wam poniżej 12 subiektywnych zdjęć – czy to dobrych, czy to śmiesznych, częściej po prostu sentymentalnych. Bo 2019 taki własnie był – pełen wrażeń.  Zrobiłam masę zdjęć, niektóre nawet mi wyszły, poznałam super ludzi i ciągle nie mam dość, baaa! Chcę tylko więcej, coraz dalej i jeszcze wyżej – mam nadzieję, że Nowy Rok mi dopomoże.   Żeby 2020 nie ustępował kroku – tego życzę i sobie i każdemu z Was z osobna! Do siego roku!!

12.png

 

 

Dzikie wojaże

Moskwa jak z bajki.

Dawno mnie tu nie było. To znak, że sezon na dobre się rozkręcił – teraz to już nie ma zmiłuj – jak się w czerwcu weszło na tą karuzelę, zatrzyma się ona nie wcześniej niż w połowie września. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Na pełnej petardzie!

Moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały w skrócie tak: grupa 17 Rosjan (Sameba, Dariali, Juta) – prosto do Tbilisi – Erewań – Tbilisi – Moskwa – Tbilisi – Kazbegi. Czyli Gruzja – Armenia – Rosja. Co śmieszniejsze, do końca czerwca czeka mnie jeszcze raz szalona trasa Gruzja – Armenia – Rosja. Zaś mi przybędzie pieczątek w paszporcie! Samych gruzińskich już mam kilka stron 😀

O Armenii napiszę później, dziś będzie o Moskwie.

Tak, o Moskwie. Spełniłam swoje wielkie marzenie. Takie ze swojej życiowej czołówki marzeń. (największe ciągle przede mną, ale wierzę, że jestem bliżej niż dalej 😀 !) Tak, to prawda – marzenia nie spełniają się same i trzeba im pomóc w realizacji. Na przykład wejść na stronę gruzińskiej awiakompanii, znaleźć odpowiednie loty, a potem kliknąć: KUP BILET. Potem to już tylko nie przestawać się dziwić, że jednak to się zrobiło. A potem odliczać dni i cieszyć się jak dziecko. Booooże, jak ja się cieszyłam! Cały czas, chodząc po Moskwie, cieszyłam się sama do siebie i byłam jak natchniona. W dodatku kupiłam sobie specjalnie na swój wojaż długą, plisowaną spódnicę koloru słonecznikowego, więc wyglądałam, jakbym taka natchniona płynęła na chmurze. I jakoś tak cudownie się czułam z tą kiecką, lekką głową i tym promieniującym zachwytem. Zajebiste uczucie, tego mi trzeba było!

Gdy Dominika kiedyś zapytała mnie, czy nie boję się, że Moskwa mnie rozczaruje (jest wiele osób twierdzących, że Moskwa jest do bani, na przykład w odróżnieniu od Pitera itd), bez wahania odparłam, że nie, bo jestem pewna, że mi się spodoba. Nie myliłam się ani trochę! Moskwa skradła moje serce – jest absolutnie bajeczna i bajkowa. Aż mi słów brakuje!

_DSC2686AAA.jpg
Panorama Moskwy.

Moskwa poraża. Znowu jest tak, że ki……….

……

Urwana myśl. Moje rozważania przerwał jakiś dzieduszka, który przysiadł się do mnie na ławkę w parku WDNH i zapytał, która godzina. Zawsze, ale to zawsze tak się wszystko zaczyna: od pytania „która godzina”, albo stwierdzenia: „ale dziś pogoda!” – zawsze! 😉 A potem gadał ze mną i spacerował prawie 3 godziny. Czy jego uwagę przykuła żółta spódnica, czy co, ale stwierdził, że wyczuł dobrego człowieka, więc się przysiadł. Hm. Zaś wracając do hostelu, w metrze zagadał do mnie jakiś krymski biznesmen (!), który dosłownie nie mógł oderwać ode mnie oczu, (to znowu ta spódnica, no mówię Wam!!) bo go oczarowałam. Chciał mnie zaprosić na kawę (o godzinie 00:20), zostawił swój numer telefonu, bym się z nim umówiła kolejnego dnia, ale… ja nie napisałam. Niech zostanę jego widmem z metra w żółtej spódnicy. Jak czarować, tak czarować!

_DSC2515.JPG
Bajkowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

Moskwa poraża i jest pełna wszechobecnej magii.

Zaczytuję się już dawno w serii książek Metro 2033. Postapokaliptyczny świat 20 lat po katastrofie nuklearnej i jest tam taki motyw, że wychodząc na powierzchnię ze stacji Biblioteka Lenina coś machinalnie przyciąga, by spojrzeć na złowieszcze gwiazdy Kremla, ale nie można tego zrobić, bo to przynosi nieszczęście i zawsze wtedy coś się dzieje. Wychodzę ze stacji metra Biblioteka Lenina i co? I mówię wtedy: o kur*a! Pierwsze co rzuca się w oczy to kremlowskie gwiazdy!!! I już wtedy byłam go-to-wa. Moskwa mnie poraziła, wciągnęła i dałam się porwać jej czarującemu urokowi. Od dawna jestem przesiąknięta rosyjską kultura, która uważam, że nie ma sobie równych na całym świecie, tyle się naczytałam różnych pisarzy, poetów, a teraz chodzę śladami ich bohaterów – to niesamowite. Znajduję Patriarsze Prudy, gdzie Woland spotkał się z Berliozem, a Annuszka rozlała olej, dom Puszkina (a’propos! 6.06 świętowano jego 220 rocznicę urodzin!), ulicę Nieglinną i Bulwar, na którym można kupić watę cukrową i kolorowe baloniki, robię sobie wycieczkę po stacjach Metra… Och.

_DSC2538.JPG
Spaskaja Basznia i czerwona gwiazda 🙂

Chyba największe wrażenie, nie licząc kremlowskich gwiazd, zrobił na mnie park WDNH (Wystavka Dostiżenij Narodnovo Hozjajstva), czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, zwany sowieckim Disneylandem. 😀 Znowu westchnęłam z zachwytu i wydałam z siebie szybkie: o kur*a. (jak to ja, zawsze prosto z mostu). Moskwa porwała mnie po raz kolejny, nieostatni.

_DSC2906.JPG
WDNH –  Sowiecki Disneyland.

Moskwa na każdym kroku przesiąknięta jest kulturą. (Czyli tym, co zachwyca mnie najbardziej). Pomijając moje literackie zboczenia śladami bohaterów, pełno tu malarzy, pieśniarzy – wystarczy przejść ulicą Arbat, by posmakować tego artystycznego klimatu. W dodatku, ku nieszczęściu swojego portfela, na Placu Czerwonym akurat odbywał się Festiwal Książek – to było po prostu przeznaczenie!! Więc zbyt długo się nie zastanawiając, bo takie myślenie to jest szkodliwe, zrobiłam zakupy w ilości 6 grubych knig, po czym kolejnego dnia dodałam jeszcze dwie. Jak to spakuję z Gruzji i przewiozę do Polski? Nie wiem, póki co zupełnie mnie to nie interesuje 😀 ja mogę sobie odmówić jedzenia, ale nie książek, nigdy! A’propos jedzenia: blinów ze sgusionką też nie mogłam sobie odmówić. I lodów z GUMa. Także hulaj dusza pod każdym względem, nie myśl zbyt wiele!

Park Gorkiego to też super miejsce. W ogóle ilość wszelakich parków, ławeczek jest przeolbrzymia! Nie idzie się zmęczyć, bo wszędzie można przysiąść, a nawet się położyć. A ilość zieleni jest naprawdę zdumiewająca 😉 I taka super atmosfera zbliżającego się końca roku szkolnego – wczesnego lata lub późnej wiosny. Unoszące się pyłki lipy i cudowny zapach piwonii – coś pięknego! (I Agusia sunąca w długiej spódnicy koloru słonecznikowego…)

_DSC2811.JPG
Kopuły na Kremlu i Moskwa-City w tle.

Na odwieczne pytanie „co lepsze – Piter czy Moskwa?” ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Pewne, że Moskwa definitywnie z impetem weszła w mój prywatny spisek TOP-3. Tak więc Moskwa, Piter, Kijów. Lub Piter, Moskwa, Kijów. 😉

A! Muszę dodać, że lot gruzińskimi liniami miał ten dodatkowy plus, że 7 minut od startu jest się nad Kazbekiem. Kaukaz z lotu ptaka – o mamusiu złota, widok zapierający dech w piersiach!! Dodatkowa atrakcja w cenie biletu! 😀 coś pięknego, polecam!

Ciężko po czymś takim wrócić do kazbeckiej rzeczywistości. Do środka młynu, który tu się teraz zaczął. 😉 Skończyło się czytanie książek w czasie pracy! Koniec dobrego, obudzę się we wrześniu! A taka teraz natchniona i rozanielona po tej Moskwie jestem, że szok….:)))) muszę odzyskać swoją twardość, sezon w rozkwicie! 😀 Do następnego!