Dzikie wojaże

Tylko jedno w głowie mam…

2:57. Ktoż normalny wstaje o takiej porze ciemna listopadową nocą? Tak cieplutko w pierzynce, gdzie tam jeszcze do wschodu słońca…. Nigdy jednak nie mówiłam, że należę do osób „normalnych”, także DZYYYYNG! Wstaję od razu z wykopem i jadę w Tatry. Co lepsze – Ewelina, śpioch nad śpiochy, również na nogach, gotowa. Góry wzywają, a skoro tylko nadarzyła się okazja – nie można im odmówić!

W dodatku budzę się z piosenką, która będzie mi towarzyszyć całą drogę, zwłaszcza po ciemku (tak jakoś mam, że sobie śpiewam pod nosem, gdy czekam na słońce; za dnia mi przechodzi): TYLKO JEDNO W GŁOWIE MAM… Polecam przeróbkę.

A miałam już nigdzie nie jechać… 😉 Zawinąć się niedzielnym popołudniem w koc i popijając zdrowotną herbatę z rokitnikiem (lub z prądem, ewentualnie już jakiś czas chodzi za mną grzaniec, ale o ile wino bym u siebie znalazła, ciągle zapominam kupić pomarańczę) czytać książki lub oglądać jakieś głębokie rosyjskie filmy o życiowych dramatach. No nie. Dopóki śnieg nie zasypie gór na dobre – hajda w góry! Grzech nie korzystać, tym bardziej, że listopad nadarzył się wyśmienity, ładniejszy niż depresyjny październik.

W październiku najpierw cały czas padało i było pierońsko zimno, zasypało Tatry i już straciłam nadzieję na wędrówkę granią Czerwonych Tatr w jesiennych warunkach, a potem, po zmianie czasu, kiedy wracając z pracy po 16 było już ciemno, zrobiło się jeszcze bardziej depresyjnie.

Wyhaczyłam jednak dwa dni w tygodniu z okienkiem pogodowym, wzięłam wolne w robocie, jeden dzień poświęciłam na prace ogródkowe, a na myśl o drugim zaczynało mnie już nosić. Łaziłam, rozmyślałam i z tych rozmyślań zrodził się wypad na Pilsko. Na wschód słońca. Inaczej byłoby zbyt nudno, a ja potrzebuję nieco adrenaliny. Na Pilsko idzie się mozolnie, dłużej niż na Babią, oczywiście w środku nocy nic nie widać, ale za to na powrocie wszystko było nowe, przez co piękne. Po drodze brakowało tylko soczystej wiosny – było lato (ciepło), jesień (złoty las) i zima – taka ze śniegiem i zmrożonym lodem tuż pod szczytem. Wesoła była ślizgawka 😀

Na 12 już w domu, mogłam poświęcić się dalszym pracom polowym oraz kuchennym. Zrobiłam zupę dyniową na ostro z mleczkiem kokosowym, a na deser muffinki dyniowe – cóż, taki sezon, wcześniej ciągle był ryż z jabłkami, a na deser szarlotka 😉

Za to listopad powitał nas wprost bajkowo, rodem z Krainy Czarów. To znaczy dwa dni wcześniej, z dnia na dzień nagle zamknęli cmentarze, dowiedziałam się o tym w piątek po 16, także tegoroczny Wszystkich Świętych zdecydowanie różnił się o typowych. W sumie w tym roku nic już nie dziwi, dobrze, że choinki rosną nam w ogródku i zawsze możemy jedną ciachnąć, bo kto wie, co nasz cudowny rząd zrobi z Bożym Narodzeniem! W każdym razie – 1.11 po dupowatym październiku wlał iskrę nadziei, że jeszcze może być pięknie i jesiennie! I było. Brakowało mi porannych spacerów po polach, spotkań z sarnami – w tym roku, a przynajmniej na pewno od czerwca chyba więcej razy byłam w Tatrach, niż na foto-łowach… Ten jeden poranek wynagrodził mi wszelaki niedosyt! Nawet lisika udało mi się spotkać:)) Patrzcie, jak było bajecznie! I jak tu nie wierzyć w Krainę Czarów? 🙂

Poza tym udało mi się zrealizować swój jesienny cel i listopadowej niedzieli, gdzie było ciepło jak latem, szłam przez Czerwone Wierchy, napawając się feerią rudych barw. Fajna pętelka – z Kuźnic przez Halę Kondratową na Kopę Kondracka, potem wio na Kasprowy i zejście przez moją ulubioną Halę Gąsienicową powrót do Kuźnic. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, ciesząc się słońcem. Potrzebowałam takiej wędrówki. Praktycznie cały czas mając przed sobą wspaniałą Świnicę i w głowie układając sobie już plany na przyszły sezon. 😉 Śpiewałam sobie „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”, byłam w pełni usatysfakcjonowana, naprawdę jedyne, czego oczekując od tego roku, to wyjechać gdzieś tradycyjnie, na urodziny. Ale potem…

A potem, dokładnie w kolejną niedzielę znowu pojechałam w Tatry, w dodatku decydując się pójść – nie bagatela! – na Przełęcz Krzyżne. Skąd taka nazwa? Krzyżne pochodzi od położenia w miejscu, w którym krzyżują się trzy grzbiety.  Jest to tak właściwie przełęcz, łącząca Dolinę Roztoki z Doliną Pańszczycy i Doliną Waksmundzką. Co ciekawe, na początku ubiegłego stulecia przez Krzyżne przebiegała Orla Perć zaczynającą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza, biegnącą przez Wołoszyn,  Buczynowe Turnie, potem Granaty, przez Kozi do Zawratu. Początkowy odcinek do Krzyżnego został zamknięty w 1932, dziś jest krańcowym odcinkiem. To nasze kolejne muśnięcie Orlej Perci tego roku! (było już przejście Granatów i Kozi Wierch solo. Kiedyś przyjdzie czas na całość! :)))

To była taka wyprawa – wisienka na torcie i zakończenie letnio-jesiennych wojaży. W oczekiwaniu na zimę, a z tego co patrzę, pisząc tą notkę – troszkę już zasypało, a na Łomicy aktualnie -16*C 😀 do połowy grudnia może zdąży zrobić się stabilny śnieg, wolne w pracy już sobie zaklepałam!

Mały człowiek, wielka Orla Perć.

Pogoda tego dnia znowu dopisała wyśmienicie. Nie licząc kilku śliskich elementów, jak chociażby przy Siklawie, gdzie prawie straciłam zęby, lub miejsc na północnym zboczu, gdzie słońce słabo dociera. To jednak szczegół. Wejście na Przełęcz Krzyżne to po prostu MIAZGA – ale koniecznie polecam od Doliny Pięciu Stawów Polskich! Schodziłam w stronę Murowańca, skręcając potem na Wołoszyn i Gęsią Szyję i na 100% nie chciałabym tamtędy iść do góry. Zero motywacji przed sobą, prócz stromego żlebu pełnego kamieni. A od strony Piątki cały czas widoki pierwsza klasa: a to majestatyczne Tatry Bielskie, Gerlach, same te piękne ostre granie i tatrzańskie warstwy, przyprawiające mnie o ciarki, no coś pięknego! Jak tu mam nie śpiewać „Tylko jedno w głowie mam…”?!

To ostatnie – Gerlach z Gęsiej Szyi.

I tak to pozostawmy! Wena się wyczerpała.

Trzymajcie się ciepło w te ciemne, listopadowe wieczory!

PS. Straszne nie jest zimno, ale właśnie ciemność. Mówię to ja, dziecko złotego światła i kwiatów.

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej

_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀