Dzikie wojaże

Tylko jedno w głowie mam…

2:57. Ktoż normalny wstaje o takiej porze ciemna listopadową nocą? Tak cieplutko w pierzynce, gdzie tam jeszcze do wschodu słońca…. Nigdy jednak nie mówiłam, że należę do osób „normalnych”, także DZYYYYNG! Wstaję od razu z wykopem i jadę w Tatry. Co lepsze – Ewelina, śpioch nad śpiochy, również na nogach, gotowa. Góry wzywają, a skoro tylko nadarzyła się okazja – nie można im odmówić!

W dodatku budzę się z piosenką, która będzie mi towarzyszyć całą drogę, zwłaszcza po ciemku (tak jakoś mam, że sobie śpiewam pod nosem, gdy czekam na słońce; za dnia mi przechodzi): TYLKO JEDNO W GŁOWIE MAM… Polecam przeróbkę.

A miałam już nigdzie nie jechać… 😉 Zawinąć się niedzielnym popołudniem w koc i popijając zdrowotną herbatę z rokitnikiem (lub z prądem, ewentualnie już jakiś czas chodzi za mną grzaniec, ale o ile wino bym u siebie znalazła, ciągle zapominam kupić pomarańczę) czytać książki lub oglądać jakieś głębokie rosyjskie filmy o życiowych dramatach. No nie. Dopóki śnieg nie zasypie gór na dobre – hajda w góry! Grzech nie korzystać, tym bardziej, że listopad nadarzył się wyśmienity, ładniejszy niż depresyjny październik.

W październiku najpierw cały czas padało i było pierońsko zimno, zasypało Tatry i już straciłam nadzieję na wędrówkę granią Czerwonych Tatr w jesiennych warunkach, a potem, po zmianie czasu, kiedy wracając z pracy po 16 było już ciemno, zrobiło się jeszcze bardziej depresyjnie.

Wyhaczyłam jednak dwa dni w tygodniu z okienkiem pogodowym, wzięłam wolne w robocie, jeden dzień poświęciłam na prace ogródkowe, a na myśl o drugim zaczynało mnie już nosić. Łaziłam, rozmyślałam i z tych rozmyślań zrodził się wypad na Pilsko. Na wschód słońca. Inaczej byłoby zbyt nudno, a ja potrzebuję nieco adrenaliny. Na Pilsko idzie się mozolnie, dłużej niż na Babią, oczywiście w środku nocy nic nie widać, ale za to na powrocie wszystko było nowe, przez co piękne. Po drodze brakowało tylko soczystej wiosny – było lato (ciepło), jesień (złoty las) i zima – taka ze śniegiem i zmrożonym lodem tuż pod szczytem. Wesoła była ślizgawka 😀

Na 12 już w domu, mogłam poświęcić się dalszym pracom polowym oraz kuchennym. Zrobiłam zupę dyniową na ostro z mleczkiem kokosowym, a na deser muffinki dyniowe – cóż, taki sezon, wcześniej ciągle był ryż z jabłkami, a na deser szarlotka 😉

Za to listopad powitał nas wprost bajkowo, rodem z Krainy Czarów. To znaczy dwa dni wcześniej, z dnia na dzień nagle zamknęli cmentarze, dowiedziałam się o tym w piątek po 16, także tegoroczny Wszystkich Świętych zdecydowanie różnił się o typowych. W sumie w tym roku nic już nie dziwi, dobrze, że choinki rosną nam w ogródku i zawsze możemy jedną ciachnąć, bo kto wie, co nasz cudowny rząd zrobi z Bożym Narodzeniem! W każdym razie – 1.11 po dupowatym październiku wlał iskrę nadziei, że jeszcze może być pięknie i jesiennie! I było. Brakowało mi porannych spacerów po polach, spotkań z sarnami – w tym roku, a przynajmniej na pewno od czerwca chyba więcej razy byłam w Tatrach, niż na foto-łowach… Ten jeden poranek wynagrodził mi wszelaki niedosyt! Nawet lisika udało mi się spotkać:)) Patrzcie, jak było bajecznie! I jak tu nie wierzyć w Krainę Czarów? 🙂

Poza tym udało mi się zrealizować swój jesienny cel i listopadowej niedzieli, gdzie było ciepło jak latem, szłam przez Czerwone Wierchy, napawając się feerią rudych barw. Fajna pętelka – z Kuźnic przez Halę Kondratową na Kopę Kondracka, potem wio na Kasprowy i zejście przez moją ulubioną Halę Gąsienicową powrót do Kuźnic. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, ciesząc się słońcem. Potrzebowałam takiej wędrówki. Praktycznie cały czas mając przed sobą wspaniałą Świnicę i w głowie układając sobie już plany na przyszły sezon. 😉 Śpiewałam sobie „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”, byłam w pełni usatysfakcjonowana, naprawdę jedyne, czego oczekując od tego roku, to wyjechać gdzieś tradycyjnie, na urodziny. Ale potem…

A potem, dokładnie w kolejną niedzielę znowu pojechałam w Tatry, w dodatku decydując się pójść – nie bagatela! – na Przełęcz Krzyżne. Skąd taka nazwa? Krzyżne pochodzi od położenia w miejscu, w którym krzyżują się trzy grzbiety.  Jest to tak właściwie przełęcz, łącząca Dolinę Roztoki z Doliną Pańszczycy i Doliną Waksmundzką. Co ciekawe, na początku ubiegłego stulecia przez Krzyżne przebiegała Orla Perć zaczynającą się przy Wodogrzmotach Mickiewicza, biegnącą przez Wołoszyn,  Buczynowe Turnie, potem Granaty, przez Kozi do Zawratu. Początkowy odcinek do Krzyżnego został zamknięty w 1932, dziś jest krańcowym odcinkiem. To nasze kolejne muśnięcie Orlej Perci tego roku! (było już przejście Granatów i Kozi Wierch solo. Kiedyś przyjdzie czas na całość! :)))

To była taka wyprawa – wisienka na torcie i zakończenie letnio-jesiennych wojaży. W oczekiwaniu na zimę, a z tego co patrzę, pisząc tą notkę – troszkę już zasypało, a na Łomicy aktualnie -16*C 😀 do połowy grudnia może zdąży zrobić się stabilny śnieg, wolne w pracy już sobie zaklepałam!

Mały człowiek, wielka Orla Perć.

Pogoda tego dnia znowu dopisała wyśmienicie. Nie licząc kilku śliskich elementów, jak chociażby przy Siklawie, gdzie prawie straciłam zęby, lub miejsc na północnym zboczu, gdzie słońce słabo dociera. To jednak szczegół. Wejście na Przełęcz Krzyżne to po prostu MIAZGA – ale koniecznie polecam od Doliny Pięciu Stawów Polskich! Schodziłam w stronę Murowańca, skręcając potem na Wołoszyn i Gęsią Szyję i na 100% nie chciałabym tamtędy iść do góry. Zero motywacji przed sobą, prócz stromego żlebu pełnego kamieni. A od strony Piątki cały czas widoki pierwsza klasa: a to majestatyczne Tatry Bielskie, Gerlach, same te piękne ostre granie i tatrzańskie warstwy, przyprawiające mnie o ciarki, no coś pięknego! Jak tu mam nie śpiewać „Tylko jedno w głowie mam…”?!

To ostatnie – Gerlach z Gęsiej Szyi.

I tak to pozostawmy! Wena się wyczerpała.

Trzymajcie się ciepło w te ciemne, listopadowe wieczory!

PS. Straszne nie jest zimno, ale właśnie ciemność. Mówię to ja, dziecko złotego światła i kwiatów.

Dzikie wojaże

Swobodne zapiski z dzikich wojaży

Hej! Pozdrowienia z Witanowic! Jestem już w domu! 🙂 Po długich wojażach i powrocie do Polski samochodem z Gruzji, wreszcie jestem w domu, uf.

Mój tegoroczny powrót do domu, całe 3800km rozłożony został na kilka dni. Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2019-10-20 195050.jpg
Trasa naszej podróży do Polski. 

Z reguły jechaliśmy według zasady: cały dzień jazdy do bólu, a kolejny dzień odpoczynek i zwiedzanie. W ostatnim etapie nieco przyspieszyliśmy i ciachnęliśmy dwa dni jazdy pod rząd, by już szybciej znaleźć się w Polsce, w domu. Im bliżej, tym więcej myśli i ochoty, by po prostu już wrócić. Gdy przekroczyliśmy granicę Turcji i Bułgarii, zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już  P R A W I E  u siebie, gdy przejechaliśmy tzw Most Przyjaźni, oddzielający Bułgarię od Rumunii odśpiewałyśmy hymn Unii Europejskiej, na widok Lidla prawie się popłakałam, a potem to już po prostu poszło.

Podczas całej podróży prowadziłam swoje swobodne zapiski, dzięki którym udało mi się zachować jaki tako chronologię wydarzeń. I myśli. Czytajcie! :))))

Dzień 1, 14.10.2019:

Tak właściwie nasza długa droga do domu rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 12.10, kiedy opuściłyśmy Kazbegi, ale po dłuższym posiedzeniu w Tbilisi, w poniedziałek z rana wyjechaliśmy w stronę Batumi z przystankiem w Kutaisi; w sumie do pokonania 350km. Dalej nie zmieniłam swojego zdania na temat tego prowincjonalnego miasteczka, głównym celem którego jest lotnisko, a atrakcją fontanna z jelonkami na wybrukowanym rondzie w centrum. Nie przemawia do mnie, podobnie jak i z resztą groteskowe Batumi. O tak, groteskowe to dobre słowo. Wybujałe budowle pośrodku kamienistych plaż, kasyna co dwa kroki i syf jak to w Gruzji.  Może to już zmęczenie materiałem, ale strzelam focha na propozycję spędzenia jednego dnia dłużej na wybrzeżu Morza Czarnego, straszę opuszczeniem granicy na pieszo, byle znaleźć się już dalej od Gruzji. Czas na ostatnie zakupy, a dodatkowo chaczapuri po adżarsku dawkowane w ilości jedna sztuka na jeden sezon smakuje wyśmienicie, jak nigdy.

Dzień 2, 15.10.2019:

Popędzam wszystkich; perspektywa spędzenia jeszcze jednego dnia w Gruzji powoduje u mnie wzbudzoną nerwowość, naprawdę chcę już stąd wyjechać. Dodatkowo nie cierpię morza, więc to też mnie przeraża. Umawiamy się z Anią i Maćkiem, że wraz z przekroczeniem granicy w miejscowości Sapi przestajemy komentować nasz sezon, co było w Kazbegi tam i pozostaje, nie wymawiamy nazwy Gruzja, używając skrótu „państwo na G”, ogólnie przyjmujemy zasadę detoksu i dobrze nam to robi. Najlepsze dopiero przed nami i tego się trzymajmy, carpe diem! 🙂 Przez 300km jedziemy wybrzeżem Morza Czarnego, ten widok wcale nie działa na mnie kojąco, czytam, a raczej z pasją zaczytuję się w „Awiatorze” Wodołazkina i jakoś 900 km tego dnia przelatuje.

72960075_736699163471717_5596944541102899200_n
Maciek-kierowca, Ania-DJ i Agusia, królowa tyłów

Turcja zaskakuje od pierwszego wejrzenia. DUR to po ichniemu STOP, a TERESZKIER – dziękuję. Tyle z ich słownika udało mi się opanować. Aa, jeszcze YALA YALA, co znaczy szybciej-szybciej! Meczet znajduje się na niemalże każdej stacji benzynowej, raz, poszukując toalety otwarłyśmy jakieś drzwi i zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego w kiblu jest rozłożony dywan. Ups, to był meczet. Po drodze, pod wieczór zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpie na pierwsze spotkanie z turecką kuchnią: kebab przypominał mięso mielone w kształcie kiełbasy, był smacznie doprawiony i przede wszystkim nie śmierdział tak jak u nas na ulicy, więc spotkanie wypadło na plus, mimo, że nasza komunikacja zniżyła się do poziomu dna: oni do nas po turecku, a ja dostaję pomieszania umysłowego i z tej rozpaczy zaczynam do nich mówić po polsku: „Płow? Nie ma płowu? Nie ma? NIE MA?!” Okazało się, że faktycznie nie było.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już w nocy wjechaliśmy do Kapadocji, miasteczka Goreme.

Dzień 3, 16.10.2019:

Wczesnym rankiem obudziło mnie nawoływanie muzeina z pobliskiego meczetu do modlitwy. A tak właściwie jego darcie: wibrująco-świdrującym głosem, rozrywającym nocną ciszę. Witamy w muzułmańskim kraju, to taka Kabardino-Bałkaria do kwadratu. Było po 6, podrzemałam jeszcze chwilę, ale dziwne dźwięki jakby gazu nie pozwoliły mi pospać. Wyjrzałam przez okno i przetarłam oczy ze zdumienia: na niebie unosiły się dziesiątki balonów! Witamy w Kapadocji! Siedziałam jak zaczarowana, by nie budzić towarzyszy nie wychodziłam z pokoju, z perspektywy czasu tego żałuję, że nie poszłam na taras – nie mam dobrych zdjęć, ale w każdym razie co widziała panienka z okienka – to jej!

Cały dzień poświęciliśmy na niespieszne plątanie się po Kapadocji: miasteczku Goreme i Uchistar, nad którym króluje twierdza, położona na wzgórzu. Jest to definitywnie niesamowita kraina, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO zarówno pod względem kulturalnym, jak i przyrodniczym . Tufowe stożki zostały w dawnych czasach wykorzystane jako miejsce na klasztory, kościoły i domy, tworząc cały system podziemnych, skalnych miast. Upliscyche z państwa na G wymięka. 😉 Księżycowa kraina, zadziwiające. 

 

 

Dzień 4, 17.10.2019:

Do pokonania ponad 750 km, trzeba jednak przyznać, że tureckie drogi są w świetnym stanie. Kończę czytać „Awiatora” i nawet nie zauważam szybkiego upływu drogi. Zatrzymujemy się na kawę, szukamy sklepu i dochodzimy do wniosku, że w Turcji chyba jest prościej kupić traktor, niż zwykły jogurt. Mniej więcej w połowie obserwujemy przedmieścia Ankary, stosy nowych osiedli z kształtnymi domkami i masę innych budujących się konstrukcji. Tak, Turcja to kraj dobrze rozwinięty. Zupełnie, totalnie wbrew stereotypom!!! Jest dwa razy większa od Polski, zamieszkuje ją 80 milionów mieszkańców i co ciekawe – jest samowystarczalna niemalże pod każdym względem. Turcy mają upodobanie do białych samochodów, na widok bogatych i olbrzymich meczetów u ojca Rydzyka wystąpiłyby palpitacje serca, jednym słowem – mają rozmach, ni ma co. Węzły drogowe, mosty, tunel pod Bosforem – jedno wielkie wow, wow, wow.

Wieczorem dojeżdżamy do Stambułu, by dostać się do hotelu tkwimy w korkach, dzięki którym mamy szansę zaobserwować i zadziwić się tym miastem jeszcze nawet nie wysiadając z samochodu. Stambuł zamieszkuje ponad 15 milionów ludzi i to po prostu widać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim mieście. Big city life na pełnej petardzie.

Dzień 5, 18.10.2019:

Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam.

 

Starożytne miasto Bizancjum, przemianowane później na Konstantynopol, na pograniczu dwóch kontynentów i dwóch kultur. Europa kontra Azja, chrześcijaństwo kontra islam. Sny o potędze, miasto rodem z baśni o 1000 i jednej nocy. Pamiętam lekcje historii, kiedy pani opowiadała o największej świątyni o dźwięcznej nazwie Hagia Sofia, którą w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono na meczet. Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet, ale w środku nie robi jakoś olbrzymiego wrażenia. Grand bazar to znowu miejsce prawdziwie arabskie, jak z wschodniej baśni – mieszanka kultur, zapachów, smaków. Głosy, barwy, aromaty i znowu ten potrzepany muzein, który drze się na pół miasta, a jego wibrujący głos echem odzywa się w kolejnych meczetach!!! Wrażenia niezapomniane.

_DSC3296.JPG
Koloryt Stambułu.

Wieczorem płyniemy promem po Bosforze: to cieśnina geograficznie oddzielająca kontynent europejski od azjatyckiego, na granicy mórz Czarnego i Marmara, będącego częścią Śródziemnego. Geograficznie i tylko teoretycznie, bo bywając na Kaukazie i wchodząc na Elbrus wiem, jak z tą Azją i Europą bywa. Nie wspominając o granicy kulturowej. A tak w ogóle jakie to jest wspaniałe – ucząc się o tym w szkole 15 lat temu w życiu bym nie powiedziała, że kiedyś zobaczę to na własne oczy! I będę się zastanawiać, czy podręczniki mają rację. Pierwszy most łączący Bosfor wybudowano w 1973 roku (dopiero!), ma długość 1000m, a codziennie przepływa pod nim około 160 statków. A’propos jeszcze Bosforu – największym hitem na promenadzie są budki, gdzie można kupić kanapki z wędzoną rybą. Po prostu kawał buły jak do hot-doga z listkiem sałaty, na który kładą rybkę, wyłowioną chwilę temu z morza. Ponoć smaczne, ale nie miałam odwagi spróbować, nie przepadam za takimi nowinkami 😉

Nade wszystko inne jednak – Stambuł to miasto kotów. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś o nich film i tak samo nawet bym nie pomyślała, że będzie mi dane sprawdzić prawdziwość tych scen w realu. „Kedi – sekretne życie kotów” – polecam, piękny film. Koty to naprawdę pełnoprawni mieszkańcy tego miasta. Są ich całe setki! Na ławkach, w parkach, na promenadzie, w restauracjach i hotelach; wylegują się, przeciągają w ciepłym słońcu, ludzie je dokarmiają, głaszczą – i dbają. Są czyste, zdrowo tłuściutkie,  widać, że Turcy je lubią. (za co ja też ich już lubię!) Raj dla kociej mamy, takiej, jak ja!

A, ciekawostka. W 1855 właśnie w Stambule swój żywot skończył nasz narodowy wieszcz, Adaś Mickiewicz.

Dzień 6, 19.10.2019:

Z samego rana, poniekąd chcąc ominąć dzikie korki, wyjeżdżamy ze Stambułu i kierujemy się z stronę granicy z Bułgarią. Gdy z daleka widać już powiewającą flagę Unii Europejskiej, zaczynam mieć wrażenie, jakbym była już NIEMALŻE w domu. Zanim jednak opuścimy Turcję, na granicy każą nam wypakować wszystkie graty z auta, poczekać, a samochód ma jechać na prześwietlenie. Ech, gdyby to było takie proste: „wypakować bagaże”: jest ich cała kupa na nasze trzy osoby, z czego Maciek jest chociaż jakoś zorganizowany, a my z Anią mamy po trzy plecaki i pięć reklamówek, z których wszystko się wysypuje 😀 ludzie patrzą na nas jak na jakiś dziwaków: co to, w Turcji na 4 dni, a tyle rzeczy, skąd??? Nie było wypisane na naszych twarzach, że wracamy do Europy po ponad pół roku i jeszcze wielkim shoppingu w Stambule, prawie jak uchodźcy, córki marnotrawne ;). Auto pomyślnie przechodzi rentgen i ruszamy! Zanim przekroczymy granicę bułgarską, jeszcze jedna szybka formalność: dezynfekcja samochodu. Jest to groteskowo zabawne: płacisz 3 euro za jeden psik ze spryskiwacza w szyby. Kolejne zabawne zjawisko czekało po drugiej stronie Bułgarii, na granicy z Rumunią: opłata 6 euro za przejechanie mostu. W skrócie przez Bułgarię mkniemy jak rumak na stepie z jedynym przystankiem na przysmak lokalnej kuchni, sałatkę szopską. Na wieczór jesteśmy już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Aa, na widok Lidla mam łzy wzruszenia w oczach. Głupie, ale prawdziwe!

Dzień 7, 20.10.2019:

Po Stambule już nic mnie bardziej podczas tej podróży nie zaskoczy, a na pewno tym miejscem nie będzie Bukareszt, stolica Rumunii, przypominająca prowincjonalne polskie miasteczko pokroju Łodzi czy Kielc. Nie mam żadnych oczekiwań, a tak właściwie to nawet mi się nie chce. Mogę określić to miasto trzema słowami: secesja, dekadentyzm i marazm. A mimo to jest w pewnym stopniu ciekawe. Kluby nocne ze striptizem na każdej uliczce, masa antykwariatów, po prostu brakuje tu klimatu i na co zawsze zwracam uwagę – kolorytu. Już nawet nie mam weny na chodzenie po mieście: coraz bliżej domu, niemalże na przedmieściach Polski to już się tylko o jednym myśli: byle szybciej, byle już dojechać!  W każdym razie Bukareszt ma zauważalny w sobie olbrzymi potencjał:  jak obudzi się po komunistycznym śnie dyktatury Ceausescu’a, trwającym definitywnie za długo, za kilka-kilkanaście lat może stać się piękną perełką na mapie Europy Środkowo-Wschodniej!

Dzień 8, 21.10.2019:

Jedziemy przez Rumunię. Swojsko, przyjaźnie, mimo, że wszystkie widoki podziwiamy zza szyby samochodu. Zbaczamy z autostrady, by przejechać rozsławioną Trasą Transfogarską. Liczy 151 km długości i po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, osiąga wysokość 2042 m n.p.m.. Widoki piękne, późna jesień, ale składane serpentyny nie robią na mnie tak przerażającego wrażenia jak na innych, opowiadających o nich. Stwierdzam w duchu, że po Gruzji to jestem zobojętniona na zawijasy, prędkość na drodze i kilka innych rzeczy. 😉 w każdym razie Rumunia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie – będzie trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na eksplorację jej górzystych terenów – w końcu to piękne pasmo Karpat! Postanawiamy tego dnia cisnąć do bólu, Węgry przejeżdżamy już po ciemku i przed północą meldujemy się w robotniczym hostelu w Koszycach na Słowacji. Wiem, że od domu dzielą mnie niecałe 4 godziny. Zasypiam z myślą, że to ostatnia tułacza noc – kolejną owinę się już swoją pierzynką.

Dzień 9, 22.10.2019:

Zrywam się skoro świt. I myślę tylko o tym, by już być w domu. Granicę Polski razem z Anią przebiegamy – i obie mamy łzy wzruszenia w oczach. Jaka ta Polska jest piękna… Gdy widzę znak rzeki Skawa, ze śmiechem stwierdzam, że teraz to już nic by mnie nie powstrzymało, bo mogłabym sobie skleić tratwę i wraz z nurtem rzeki spłynąć do Witanowic, mimo, że nie cierpię wody. Albo zaszłabym na piechotę! Zesraj się, a nie daj się! Całe szczęście Maciek odstawia mnie jednak samochodem, w sam raz na obiad. I jem tą pomidorówkę, a w duszy beczeć mi się chce ze szczęścia.

Wiecie co? Wszędzie dobrze, naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Ale w domu najlepiej. Pod każdym możliwym względem.  Każ-dym. Przeżyłam tak jakby dwie wiosny, teraz wróciłam na drugą jesień – tylko lato jakoś mnie ciągle omija, bo znowu zima przed nami!

Długi powrót do domu tak naprawdę uświadomił mi, jak wiele mnie od niego dzieliło. Wiele kilometrów i wiele różnic: czasowych, kulturowych, mentalnych, gospodarczych, wszelakich. Że to fakt, są 3 godziny samolotem, ale kilometrów tak czy siak pozostaje prawie 4000 i to wcale nie jest takie hop-siup. Całe piękno właśnie właśnie w tej drodze i jej odczuwaniu!

Teraz przychodzi pora na nadrabianie zaległości wszelakich: kulinarnych, towarzyskich i każdych innych. Znikam na jakiś czas!:))))

PS. I już planuje kolejne dzikie wojaże, a jak!!! 😉

Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

Swanetia.

Od mojego wyjazdu ze Swanetii minęły już dwa tygodnie. Wyjeżdżałam, to świata nie było widać, a dziś, patrząc na zdjęcia koleżanki, skręca mnie w środku – taka pogoda! W sumie w Polsce też nie ma na co narzekać, ale chcę jeszcze raz przenieść się do tej niesamowitej krainy na północnym zachodzie Gruzji.

Bo Swanetia jest magiczna. 

Po pół roku życia w Kazbegi nastał wreszcie ten moment, by znowu spakować plecak i ruszyć na drugi koniec Gruzji (tak blisko, a tak daleko!) – do Swanetii, w której zakochałam się, będąc tu po raz pierwszy, czyli dwa lata temu. Nie wiem, co ta kraina ma w sobie takiego, że przyciąga i niesamowicie hipnotyzuje. Może to lasy, ostre szczyty i całe górskie pasma, dzika przestrzeń, zadbane obejścia i porządek – czyli na dobrą sprawę wszystko to, czego jakoś tak brakuje czasem w Kazbegi. Niby ciągle to jedna i ta sama Gruzja, ale taka inna, która ciągle zachwyca – zwłaszcza taką porą roku i cudowną jesienią.

Swanetia jest pełna magii, tak samo jak ciepłe promienie słońca, przebijające przez złote liście. Definitywnie tego mi trzeba było, by naładować akumulatory i po prostu cieszyć się tym, co mam. I cieszyć się tym, jak jest. Po prostu się cieszyć, bo niczego więcej do szczęścia nie potrzeba.

Przeogromny masyw Szchara, przepiękna i kusząca Wiedźma-Uszba, piramidowy stożek Tetnuldi – można się napatrzeć na różnorodność górskich pejzaży i jednocześnie podziwiać całą panoramę grzbietu Wielkiego Kaukazu (którą nomen-omen podziwiałam w sierpniu z Elbrusa i również miałam dziki oczopląs).

_DSC1870.JPG
Swanetia w pełnej krasie, jesiennym złotym porankiem.

Swanetia, ze względu na swoje górskie i trudno dostępne położenie przez lata była odizolowana od Gruzji. Wiele autonomicznych tradycji zachowało się po dziś dzień, czego głównym przykładem może być chociażby język swański – całkowicie odrębny, do niczego niepodobny, w codziennym użyciu.  „Dzień dobry” to „choczalada” 🙂

Jakoś ciężko to sobie wyobrazić, że 20-30 lat temu w Swanetii władzę sprawowała mafia, której główną zasadą, jaką się kierowała była zemsta rodowa i porywanie ludzi dla okupu. A może to tylko część mitu, legendy o swańskich góralach? Dziś w Mestii, stolicy regionu, jest porządek, hotele w stylu zakopiańskim, masa przytulnych knajpek, a ludzie są… No właśnie. Są tacy inni – niby górale z krwi i kości, a tacy inni – uśmiechnięci, otwarci, energiczni. Chyba, że po prostu jestem jakaś spaczona po całym sezonie, zbyt wielu ludzi spotkałam i każdy przejaw odbiegający od normy był dla mnie zaskoczeniem, to też możliwe 😀

Kilka ciekawostek:

  • Dawno temu w każdym swańskim domu stał tron, na którym siadał tylko gospodarz.
  • Swanetia – kraj tysiąca wież. Do dziś przetrwała zaledwie garstka, ale i tak stosunkowo dużo – w końcu to niemalże 1000 lat. Są dwa typy wież – mieszkalne, kilkupiętrowe i obronne strażnice – to zazwyczaj te samotne, których głównym celem było informowanie o nadejściu wroga. Choć tak naprawdę nikt nie wie po co i dlaczego – główną zagadką ich budowli jest chociażby brak okien, z których można by cokolwiek obserwować. 🙂 i żyć w nich ciężko, bo ani pieca, ani komina… dlatego swańskie wieże to zagwodzka. Lepiej pozostać przy podziwianiu, a nie roztrząsać! 😉 W Mestii wież zostało koło 40 – głównie mieszkalno-prestiżowych – przez wieki należały one do bogatych lokalnych klanów.
  • W Swanetii znajduje się aż 299 lodowców.
  • Drogę do Mestii wybudowano dopiero w 1935 roku.
  • Swańska tradycja nakazuje  wypić nie mniej niż trzy kieliszki. Oczywiście najlepiej czaczy. Gdy wszystkie kieliszki się stukają, Swanowie z radością wołają: buczki buczki! Cokolwiek to oznacza.
  • Szchara (5193m n.p.m.) to najwyższa góra Gruzji i tzreci co do wielkości szczyt całego Kaukazu. „Shkhara” – to po swańsku szczelina. Po gruzińsku „shkhara” to cyfra 9 – stąd często można usłyszeć, że Szchara ma 9 wierzchołków, co nie jest prawdą, bo jest to masyw. Z jej lodowców bierze początek rzeka Inguri.
  • „Matterhorn Kaukazu”, schronienie bogini łowów Dali, „Wiedźma” to tylko niektóre nazwy dwuwierzchołkowej Uszby,  jednejz najbardziej charakterystycznych i najtrudniejszych gór całego Kaukazu. Na szczycie, wedle miejscowych podań, odbywały się sabaty czarownic. Brzmi zachęcająco. 😀

Swanetia była perełką – uwieńczeniem całego półrocznego pobytu w Gruzji. Jakby wszystkiego było mało i trzeba było jeszcze więcej. 

Wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że w przyszłym roku też tam będę. :)))))))))

Dzikie wojaże

Jaki tu spokój…

Ostatnie dni biura w tym sezonie. Jeszcze stąd na dobre nie wyjechałam, a już wiem, że wracam. Gruzja wciąga jak narkotyk, już chyba kiedyś gdzieś o tym wspominałam. Przeleciał ten czas jak błyskawica z prędkością światła. Korzystając ostatnio z wolnego i słonecznej pogody poszłam sobie na przełęcz Arsza. Posiedzieć, popatrzeć i powiedzieć Kazbekowi „papa, do zobaczenia!”. Takie swoiste deja-vu. To było moje pierwsze wyjście w góry w tym sezonie, musiało więc i być ostatnie. W kwietniu tuż za przełęczą śniegu było po kolana, w październiku udało się jeszcze złapać trochę żywych, mocnych barw i ciepłego światła. Złota gruzińska jesień, cieszę się, że udało mi się ją zobaczyć. Przekrój przez wszystkie cztery pory roku: wiosna, lato, jesień, zima.

_DSC0764.JPG
Mkinvartsveri, otulona jesienną szatą.

Niesamowicie było obserwować te przejścia na własne oczy. Z dnia na dzień, nie istnieje coś pomiędzy – widać to dopiero po zdjęciach, które sobie przeglądam. Dziwię się, ile przez ten czas zobaczyłam, ile to ja przeżyłam… Działo się! Tylu ludzi poznałam, tyle wrażeń i doświadczeń… Muszę jeszcze stworzyć listę hitów sezonu – niewątpliwie trochę tego będzie! 😀 Przyjdzie jednak jeszcze na to pora – przecież zostało jeszcze prawie dwa tygodnie, przez które Gruzja może zaskoczyć jeszcze nie raz! 😉 Po pół życia tu zdarzyło mi się jednak pod sam koniec sezonu, że taksówkarz – i to w dodatku kazbecki! – błysnął humorem:

– Taxi nie nada?

– Niet, spasiba.

– A samaljot?

– Samaljot możet byt!

Zdesperowany był, nie trafił na turystę, to co pozostaje: obrócić całą sytuację w żart.

_DSC0841.JPG
Z Przełęczy Arsza. Tu zaczęłam, tu kończę.

Łapie człowieka nostalgia. Sezon się kończy, Bezpieczny Kazbek zwinął bazę, coraz mniej ludzi na ulicach, wszyscy pochowani w domach, bo przecież zima idzie… Trzeba się więc napatrzeć na zapas, chłonąc widoki, by długimi, ciemnymi wieczorami w Polsce uśmiechać się na samą myśl, a patrząc na zdjęcia Kazbeku dziwić się i wspominać z rozrzewnieniem: „A ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… To jest taki paradoks: teraz tęsknię za domem, za Polską, a będąc tam będę tęsknić za tym moim małym, śmiesznym Kazbegi i życiem tu. I nic się na to nie poradzi.

W biurze cisza. Nic się nie dzieje, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Fakt, nadrobiłam wszelakie zaległości filmowe i obejrzałam to, co już dawno temu zamierzałam (między innymi „Bitwę za Sewastopol” i „Botoks”, a także sto pięćdziesiąt głupkowatych filmików), no ale ileż można. Zdecydowanie wolę, jak się coś dzieje, nawet, jeżeli były to pytania w stylu „a jaka będzie jutro pogoda”, szczerze powiem, że nawet mi tego trochę brakuje. Ostatnio z letargu wyrwała mnie Rosjanka, która przyszła zapytać, która to teraz w Gruzji jest godzina, bo ledwo przyjechała i chyba się pogubiła w czasoprzestrzeni. No cóż, doskonale to rozumiem. W końcu ja od pół roku nie przybieram sobie w ogóle do głowy, jaki jest dzień tygodnia; żyję datami z kalendarza.

Za równe dwa tygodnie będę już w domu, będę upierdzielać kotleta schabowego z kiszoną kapustą i zagryzać karpatką. Chyba oszaleję ze szczęścia 😉 ale póki co – trzeba korzystać. Ile tylko wlezie! Zostało jeszcze jedno miejsce, do którego koniecznie w Gruzji muszę teraz powrócić. I nie mogę się tego doczekać… tak na odmianę dla starego, dobrego Kazbegi:)