Dzikie wojaże

Tam, gdzie się kończy maj

Wiosna znowu wytrąca z równowagi. Chodzę taka rozedrgana, jak krople rosy na trawie, czy sama nie wiem, jak ten stan mego niespokojnego ducha nazwać. Znowu na nic nie mam czasu, bo wszędzie mnie nosi, latam jak nakręcona i tak dalej. Długo wiosna nie mogła się wyrobić, prognozy były niepewne, więc szybkie decyzje rodziły się bardzo spontanicznie, bardzo.

Dialog dwóch fotografów:

A: Głupia ta pogoda, ciągle się zmienia.

M: Dlatego wolę jesień. Jak w prognozie pokazuje lampę, to jest lampa.

A: A że ja jestem porąbana jak ta wiosenna pogoda, to i tak wolę wiosnę.

Z ogłoszeń parafialnych: miałam prelekcję w Zatorze – to już moja piąta dla publiczności! Śmiałam się, że na plakacie nazwali mnie „podróżnikiem”. Kiedyś słuchałam podcastu Gdziebądzia z Gdzieśtybył i fajnie rozróżnił: podróżnikiem był Kolumb, ja mogę być jedynie osobą podróżującą. Ale to taki lekki niuansik. 😆 Miło było znowu poopowiadać!

Ogłoszenie parafialne nr 2 – moje zeszłoroczne zdjęcie uli w rzepaku wylądowało na okładce branżowego czasopisma Pasieka.

Poza tym sezon ogródkowy pełną parą – praca po pracy dzieje się głównie tu. Standardem jest zawołanie Mamy: „Chodź tu, bo tak się zastanawiam, GDZIE BY TO POSADZIĆ? 😅

Praktycznie cały kwiecień upłynął w oczekiwaniu na to, jak wiosna nabierze kolorów. Tuż przed świętami, zaraz po pracy pojechałam na Podhale w poszukiwaniu krokusów. Koreczek jedynie w Makowie, potem aż do samego Zakopanego droga praktycznie pusta – nic, tylko jeździć po pracy! Spacer wśród szafranowych łanów, piknik na łące z widokiem na Giewont, a potem wypad do Zębu, najwyżej położonej wioski w Polsce – lubię takie dni. Szczegół, że droga tam i z powrotem zajęła więcej, niż spacerowanie. Po prostu lubię takie dni i zawsze warto się wybrać!

Preludium przedwiośnia w górach to wypad na Spisz i Zamagurze – wyskok na Przełom Białki, potem Czarna Góra Litwinka, a na deser przepiękna spiska wioska po słowackiej stronie – Osturnia i zachód słońca na jej polach, z widokiem na Tatry Bielskie. Co za miejsce, co za potencjał! Tak jak kiedyś zachłysnęłam się Litwinką (że aż się wywaliłam z wrażenia i potargałam sobie portki na kolanach), to teraz wiem, że na pewno wrócę na Osturnię!

Tatry z Czarnej Góry Litwinki

Pierwszy raz wiosnę pełną piersią poczułam późno, bo dopiero 28.04. Tradycyjne 3h roboty po robocie (ogródek sam o siebie nie zadba, zwłaszcza wiosną, a poza tym to najlepszy sposób na odstresowanie) nieco skróciłam i wybrałam się na szybki rower nadrzecznym wałem i pomiędzy stawami. Mocny zapach kwiatów czeremchy uderzył mnie jak z obucha. Śpiew ptaków, a nad stawami kanonada żabich rechotów – wszystko jeszcze dość nieśmiało, ale pewnie pokazało, że to nareszcie koniec snu zimowego i pora budzić się do życia.

Na następny dzień otwarłam sezon na dojazdy do pracy rowerem, a pod wieczór znowu wyskoczyłam na dobicie kilometrów i szybkie zdjęcia – jak pięknie wygląda wijąca się rzeka Skawa i rosnące po obu jej brzegach wierzby, oprószone młodziutkimi listkami! Wiosnę poczułam wtedy po raz drugi.

Trzeci dzień zachłyśnięcia się wiosną to ostatni dzień kwietnia i „majówkowy” wypad w Pieniny: wschód na górze Wdżar, foto-stop przy drodze w Sromowcach i fragment Pętli Spiskiej przez Polanę Tabor i Cisówkę (z majówkowym piwkiem i piknikiem na łące). Najlepszy był powrót – dzida! Droga pusta, a w stronę gór dzikie korki aż po sam Jordanów…

Potem z wiosną-wiosenką to już poszło i przestałam liczyć dni, w których czuję wiosnę. 

Maj okazał się nad wyraz ładny. Przyroda nadrobiła i pokazała swą krasę – aż chce się żyć, naprawdę. Rower, ogródek, syrop i nalewka z mniszka, gonię jak nakręcona, na nic nie mam czasu, ogólny rozgardiasz w głowie – wiosna. 😆 No i rzepak… Jak widzę te żółte pola, to przepadam, a ten rok jest nad wyraz bogaty w miejsca z dobrym widokiem! I w dodatku jakże blisko domu! Same plusy! ☺️

W tygodniu znowu szybki wypad po pracy – razem z Margot pojechałyśmy na Polanę Stumorgową. Mama skomentowała te wypad: „ Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnio to chyba na Poczwórnej* na jesień… (…) I zamiast leżeć na leżaczku, to co ja robię?! No idę!” 😆 A wybrałyśmy się dlatego, bo Ewelina zakończyła tego dnia swoje matury – niech się Młoda uczy celebrować ważne chwile w życiu! I powtarzać, popijając piwko z widokiem – WŁAŚNIE TAK TRZEBA ŻYĆ! 😆

*Mamie chodziło o Potrójną…

13.05 wypadał w piątek – tradycyjnie już wzięłam więc wolne w pracy (jakże 13-go w piątek być w pracy!!) pojechałam razem z Mamą i Eweliną na cały weekend w Pieniny. Potrzebowałam takiego wyjazdu. Pieniny wiosną są jedynym godnym wyborem – zielono, pięknie i świeżo, z widokiem na ośnieżone Tatry – czego chcieć więcej? No, ewentualnie łąki usłanej mniszkowym dywanem – wtedy to już oczopląs totalny, a gęba sama się śmieje (przynajmniej moja). Niespieszne wędrowanie, chłonięcie widoków i wrażeń – po 30 km nogi mogą boleć (zwłaszcza, jeżeli chodzi o spalenie ich na raka…), ale za to głowa jaka pusta, świeża! Z tym niespiesznym wędrowaniem to jednak źle to ujęłam – chciałam sobie pocisnąć i tak zrobiłam. 😛 Była jeszcze z nami Asia z Emilką, więc wszystkie moje dziewczyny szły swoim tempem, a Agusia latała „na czas”, by się sprawdzić i mieć rekordy do bicia. 😆 Nie, nie biegam. Ja tylko chodzę, ale raźnym, żwawym krokiem. Poszłam sobie na wschód słońca na Lubań – w 80 minut (zamiast 2,5 godzin, określonych na drogowskazie) i na wieży usłyszałam od gościa jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki w życiu ktoś mi powiedział: „DZIEWCZYNO, TEMPO TO TY MASZ ZABÓJCZE, NIE MOGŁEM CIĘ DOGONIĆ!” To jest zaraz obok tekstów w stylu: „Pijesz jak Ruska” od pewnego Rosjanina w Tallinnie i „Lubię, jak tak wulgarnie przeklinasz”. Wysoki Wierch w 45 minut – i to wcale nie z wywieszonym jęzorem, ale ot tak sobie, po prostu, hasając jak w podskokach…. Wszędzie piękna wiosna, soczyste, zielone kolory, chmurki i błękitne niebo – po prostu idealnie, nogi same lecą. Do sielankowego pejzażu brakowało jedynie stada owieczek 😉 Mama skomentowała i te moje wyczyny: „Aga to to taki półmutant. W górach nie pije, nie zatrzymuje się, odpowiada od niechcenia…” – zawsze mogę liczyć na jej szczerą opinię! 😆

Połaziłam sobie jeszcze po Sromowcach i Niedzicy, nie mogłam się nadziwić, jak szybko topnieje śnieg w Tatrach! Znaczy to jedno: sezon suchej skały blisko! Kozica już grzeje kopyta! 🔥

Na deser, trzeciego dnia pienińskich wojaży była Łapszanka z mniszkowym dywanem. Przeczytałam ostatnio w książce („Bieguni” Olgi Tokarczuk, mega), że jedyna właściwa perspektywa to ta z lotu ptaka, bądź z punktu widzenia żaby, żadna inna się nie liczy. Dlatego więc poświęcam się dla tych zdjęć, staram się jak mogę (choć sama nie wiem właściwie po co i w jakim celu – ot tak, fanaberie artystycznej duszy….) i takie oto efekty potem widać:

Łapszanka

Kolega w pracy pyta mnie ostatnio: „Czemu Ty rano – i to w pracy! – jesteś tak obrzydliwie zadowolona?!Odpowiedziałam mu, że w sumie mam wiele powodów do radości każdego dnia, więc tak samo z siebie, chociaż akurat wtedy powodem naczelnym był fakt, że jeszcze dwa dni i urlop! 

Zarobiona jestem przeokrutnie, nie ogarniam – chyba wypadałoby się zacząć pakować? 😆 Powiem Wam jedno – kolejne zdjęcia będą już nie z widokiem na Tatry… A na Kaukaz!

PS. To będzie wyjazd na takie YOLO, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki za samolot, żebym tam wsiadła i żeby wystartował!

Polana Tabor
Dzikie wojaże

Szukam świata, gdzie jedna jaskółka czyni wiosnę

Zima mnie męczy. Jak co roku – okropnie męczy. Fizycznie, bo się nie wygonię, ale jeszcze bardziej psychicznie. Wystarczy jednak, że na chwilę przyświeci słońce, ja od razu – jak słonecznik – obracam się w jego stronę, nastawiam się na jego zbawienne promienie i jakoś mi lżej, cieplej na duszy. Ogólnie jednak szarą-burą zimę znoszę fatalnie. Z każdym rokiem mam wrażenie, że coraz mocniej się to na mnie odbija. Tak w ogóle, to 1.01 Nowego Roku obudziłam się po imprezie w schronisku na Turbaczu, a mój głośnik w głowie huczał piosenkę „Kryzysowa narzeczona”: „mogłaś już być na dnie – a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się – co straciłaś…” Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie i stwierdziłam, że fajnie tak powitać 2022 rok.

(Kolejną sytuacją tego roku, która mnie rozbawiła, był świstak, który co roku w Ameryce przewiduje nadejście wiosny. Biedakowi zmarło się dzień przed sprawdzianem. Tak naprawdę nie jest to śmieszne, tylko straszne, ale cóż – elementy tragikomedii widoczne są gołym okiem także w XXI wieku. Rok 2022 zapowiada się ciekawie!).

O ile pierwsze dwa tygodnie stycznia były jeszcze w miarę dobre, o tyle praktycznie kolejne 4 tygodnie dały mocno popalić. Zimno, pizga złem, jakby chciało nas pochłonąć. Byłam już na takim etapie, że warczałam na sam dźwięk słowa „śnieg” – kazałam zastępować go wyrażeniem „białe gówno”. Tak w ogóle to doszłam do wniosku, że jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby dla mnie na okres zimowy wyemigrować w jakąś inną strefę – nie musiałoby być ciepło, ważne, by nade wszystko było słonecznie i jasno! Hm – może jakaś Madera? Tam mnie jeszcze nie było 😝

Łapię złote okruchy światła

Dokładnie 4.02 jak zawsze przed 7 w robocie otwarłam okno dla natlenienia atmosfery, usiadłam przed kompem i…usłyszałam donośny śpiew ptaka. I tak mnie wtedy pikło – kurde, wiosna. Jeszcze nieśmiała, ledwie „to dopiero przedwiośnie nasze”, ale to jest przecież znak! A znaki się szanuje! Będzie już tylko lepiej i tego się trzymajmy! Przy okazji przypomniał mi się pewien tekst – do którego nawiązałam w tytule tej notki, bardzo trafny na dzisiejsze czasy:

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
– Jarosław Borszewicz

Btw, oczywiście jak co roku dokarmiamy ptaki w ogrodzie. Poszło już jakieś 15 kg słonecznika (to tak lekko licząc), nie licząc gratisowych jeżówek, ogników i berberysów, czyli pozostałości po owocach lata. Odwiedzają nas turkawki, sikorki, wróble i mazurki, czyże, dzwońce, szczygły, zięby, a nawet grubodzioby! Wszystkie ptaszoły mile widziane, serdecznie zapraszamy do stołówki – ŻARCIE FREE! – taki baner mógłby wisieć na naszej pergoli albo bramie 😀 my za to mamy pociechę, a czasem nawet jakieś zdjęcie się trafi.

Modraszka

Zima zimą, ale nie jest tak, że tylko siedzę w domu i zamulam. Kiedy tylko warunki pozwalają – dzida w góry, albo na rower (też już przeorany, na całego – po polach, po stawach) Ostatnio wzięłam pojechałam do piekarni, ale wracałam okrężną drogą przez moje górki-pagórki i objeżdżając stawy – zamiast 1,5 km wyszło 9 😅 Cóż – trza cisnąć, nie ma lekko, a mnie zaczyna znowu nosić sakramencko… Takim to sposobem, mimo wszelkich niedogodności pogodowych, w górach spędziłam już 6 dni tego roku, wróży to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę praktycznie martwy sezon.

W długi weekend styczniowy (człowiek nie zdążył się zmęczyć robotą w nowym roku, a tu już wolne było…) wzięłam Mamę, Ewelinę, Nikusia i jabłuszko z allegro za 5zł i pojechałyśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję. Szybki, przyjemny spacer, widoki piękne, zima to jedyna pora roku, podczas której warto iść na Gęsią tylko dla Gęsiej (chociaż Ewelina wzbraniała się rękami-nogami, taką ma biedne dziecko traumę, kiedy schodziłyśmy z Krzyżnego przez Pańszczycę i Gęsią Szyję właśnie) 😄 O matko, ale się wyszalałyśmy na tych jabłuszkach… Jak stare dzikie konie! Aż zadki bolały! Dobrze, że byłyśmy na tyle wcześnie, że było pusto i mogłyśmy szaleć bez opamiętania i omijania bąbelków z sankami – nikomu się krzywda nie stała 🤪 Pobawiłam się jeszcze aparatem – tak na spokojnie, MYŚLĄC NAD ZDJĘCIEM (co nie zawsze mi się zdarza… a raczej rzadko) i osiągając zamierzone efekty. Takie czary mary i voilà! Takich zdjęć z Gęsiej Szyi w Internecie raczej nie znajdziecie! Na zdjęciu z lewej – Wysoka, na zdjęciu z prawej – Gerlach, Król Tatr 🏔

Potem był wschód słońca na Gorcu. Tydzień później wschodzik na Lubaniu – ten to się nigdy nie znudzi! Potem na 4 tygodnie przyszła dupówa, podczas której jedyną pociechą były książki, ptysie i beza. Przypominam sobie, że w sumie rok temu sytuacja wyglądała bardzo podobnie – fajna zima, szaleństwo na sankach, a potem czarna dziura, lisia nora i byle to jakoś przezimować. Kolejny argument na emigrację w jasne strony świata 😉

Kiedy wreszcie w prognozach ujawniło się stabilnie świecące słoneczko – i to w dodatku w weekend, a nie dzień roboczy! – wiedziałam, że to znak, a, jak już wspominałam, znaki trzeba wykorzystywać. W sobotę po południu zaplanowałam szybki babski wypad w Beskid Wyspowy – na zachodzik na Polanę Stumorgową pod Mogielicą. Zauroczyło mnie to miejsce, dlatego bardzo chciałam się nim podzielić z Eweliną. Szczerze mówiąc spodziewałam się błota na połowie szlaku, zaskoczyła mnie jednak ilość śniegu – jakość w sumie też. Ewelina przezornie wzięła ze sobą jabłuszko i wyszalała się jeszcze bardziej, niż na Rusinowej Polanie. Oczywiście Agusia też musiała przetestować. Z całego serca polecamy więc jabłkowanie na Stumorgowej! Mało ludzi, długi, dobry zjazd, bolące dupsko i od razu czujesz, że żyjesz! 😆 A zachód z widokiem na Tatry, a z drugiej strony na mojego ulubionego Ptysia – piękny. Wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, znowu będzie trzeba tam uderzyć!

W niedzielę powitałam wschodzące słońce po słowackiej stronie, na Przełęczy pod Tokarnią (za Wysokim Wierchem). Oczywiście znowu pierwsza myśl – kurde, wiosną, tak najlepiej kwietniową porą – tutaj będzie petarda… Opętała mnie ta wiosna już na samym przednówku, jak co rok!

Wszystko fajnie, ładne nawet te zdjęcia, klimatyczne, ale serio – DAJCIE MI WIOSNĘ, bo rzygam już tym białym tłem i rudą trawą. Jestem zdania, że dużo lepiej wyglądają ośnieżone góry w kontraście z zielonymi polami, po których igra światło z cieniem, z łąką kwitnących mleczy, z dmuchawcami, wirującymi na wietrze... Póki co cieszę się każdym promykiem słońca, każdym zielonym ździebełkiem, chodzę do lasu co drugi dzień, by sprawdzić stan kwitnienia przebiśniegów i wypatrzeć pierwszego zawilca – takie drobiazgi, składające się na ogólny odbiór świata. 💚

Byle do wiosny. Trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że kolejna porcja zdjęć będzie już bardziej świetliście-kolorowa!

PS. W tym tygodniu czeka nas najważniejsze święto lutego, zaraz po Dniu Kota – TŁUSTY CZWARTEK! Ja już piję ziółka, by przygotować swój trzeci żołądek na ich godne przyjęcie… Już teraz życzę Wam smacznego! 😋

PS2. Zrobiłam coś szalonego, tak totalnie w moim stylu. Z serii: pół dnia w robocie myślę, co by tu oddupcyć.

W Walentynki (których nie lubię i kategorycznie nie obchodzę) poszłam za głosem serca i… kupiłam bilety do Gruzji.

Piszę do Brata:

– Mam dla Ciebie newsa, ucieszysz się.

Jakiego?

Na Dzień Dziecka dostaniesz pół litra czaczy!

Nie wiem, czy to już ten czas, kiedy mogę się zacząć jarać? Bo beczeć będę w samolocie 😉 Ale to dopiero za 90 dni (19.02). Powiedziałam sobie w tym roku, że będę publikować na instagramie tylko aktualne zdjęcia, dlatego folder „SAKARTVELO” jest dla mnie folderem zamkniętym. Powstanie nowy, tegoroczny! Po niemalże 2,5 roku znowu stanę na gruzińskiej ziemi. Mogę się już jarać, mogę??!

Dzikie wojaże

Nigdy dość!

W zeszłym roku już po Jagnięcym Szczycie (w połowie września) ogłosiłam koniec sezonu na Tatry Wysokie – czułam się nasycona wrażeniami, emocjami i widokami – po czym jeszcze w połowie listopada koniec sezonu odwołałam i ciupałam na Krzyżne, a w grudniu na Świnicę. W tym roku jakoś końca sezonu dotychczas nie ogłaszałam, bo sukcesywnie cisnę nadal. Jesienna pogoda sprzyja bardziej niż latem (to jest jakieś fatum! Gdyby tak było w lipcu i sierpniu, to… gdybać to sobie mogę…) – cudownym fartem wypogadza się na weekend, jakże więc tu nie cisnąć? Ładuję baterie jak tylko mogę, a te wydają się nie mieć dna. Albo po prostu są tak rozładowane, że już się nie nadają i potrzebują częściej i więcej prądu 😄 Nawet śnieg sypie i topnieje, po czym dwa dni później znowu jestem w górach.

W październik weszłam z kopyta, a jak. Nie wolno ignorować Bożych znaków w postaci dobrej pogody w weekend. Szkoda tylko, że dzień taki krótki, ale nie można mieć wszystkiego. Były Czerwone Wierchy, były wspaniałe jesienne Pieniny trzy tygodnie pod rząd, zdążyło zasypać i stopnieć, po czym znowu zasypać; a mówią, że trzeci śnieg to już zostanie. Ble. Tak na dobrą sprawę, przez większą część roku w Tatrach leży śnieg.

I tak powoli, powolutku, cichaczem, jakoś tak totalnie niespodziewanie… tak tłumaczę to sobie, że na zakończenie sezonu letnio-jesiennego z elementami zimowymi udało mi się przejść całą Orlą Perć. Całą, na raz, w jeden dzień! Od Zawratu, przez Kozi, Granaty, aż po Krzyżne! Dla nie do końca wtajemniczonych – Orlą Perć uważa się za najtrudniejszy i najbardziej wymagający technicznie i kondycyjnie szlak w polskich Tatrach, na którym przez ostatnie 100 lat zginęło 120 osób. Czas przejścia przy dobrych, letnich warunkach to 6-8 godzin plus szlak podejściowy i zejściowy – nasz dzień w górach (od auta do auta) liczył 20 godzin. Niebotyczne ekspozycje, głębokie żleby, wąskie kominki i idealnie piękne graniówki – NO PO PROSTU MUSIAŁAM ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ LEGENDĄ! Dodam, że to już druga tatrzańska legenda tego roku – Chłopek nie był taki straszny – a Orla?

Gdzieś z Orlej Perci

To było moje wielkie górskie marzenie. Tyle już po Tatrach chodzę, że brałam to poniekąd jako punkt honorowy. Bardzo chciałam, ale jednocześnie się bałam, więc plany nie wychodziły poza sferę marzeń. A tu się trafiło w towarzystwie dwóch Szczygłów – i pyk – poszło, pojechało. Ogień, petarda, sztos i „ale jazz”, ogólnie to byłam tak zaaferowana, że aparat wyciągnęłam na całej trasie może z pięć razy. Priorytety były nie fotograficzne tego dnia 😉 Co było piękne – zero ludzi na szlaku, więc obyło się bez korków na szlaku – masakra, co tam musi wyrabiać się latem 😮 Momentami zapiera dech i jak to Mama moja powiedziała – serce mocniej może nie zabije, ale wzrokowo to strach. To tak dla równowagi od nucenia „ale jazz” albo „nas nie dogoniat” – przez pół drogi powtarzałam i zastanawiałam się, w jakiej bajce to było: „TYLKO NIE PATRZ W DÓŁ, NIE PATRZ W DÓŁ… Nie zatrzymuj się i nie patrz w dół… W dół nie patrz… nie zatrzymuj się i w dół nie patrz… O, nie, ja w dół patrzę!” – taki ze mnie był Osioł ze Shreka! Definitywnie Orla nie jest dla ludzi z lękiem wysokości i o słabych nerwach!! Przez cały czas – a szlak jest długi i wymagający – trzeba być na maksa opanowanym i skoncentrowanym na tym, co się robi. Zwłaszcza, gdy w żlebach po północnej stronie śnieg i lód, a Ty musisz patrzeć, by dobrze wbić kolce raków. Wrażenia i przeżycia wprost nie do opisania!

Jestem świrem, jestem harpaganem i hardcorem, Orla końcem października – to dla mnie jak +100 do lansu, ego wzrosło, co to ja nie jestem 🤘😄 Tak się to już czuje człowiek, który zmierzył się z Legendą i sobie poradził. Takie w stylu „Jak hartowała się stal” 😆

Szlak jest wymagający, ale piękny. Cieszę się, że przeszłam go wcześniej, zanim wzięłam tam Ewelinę. Jedno jest pewne – na Orlą wrócę. Siostry-Kozice muszą zmierzyć się z nią wspólnie. A z resztą muszę wrócić po zdjęcia. I skupić się na tym, gdzie jest Żleb Honoratka, bo schodząc nim jakoś nie skojarzyłam i nie zwróciłam uwagi na ten sławetny fragment. Drabinkę na Koziej Przełęczy przeszłam świadomie – ujarana tym, że wcale, ale to wcale nie jest tak straszna, jak piszą! I w ogóle całością.

Piękny był to dzień, ale we wtorek trzeba było wstać, iść do pracy i jakoś funkcjnować! Wyglądałam jak małe zombie, gdyby to był Halloween, nie musiałabym się przebierać 😆 wgl jakie to jest śmieszne – raz się nie pomalujesz do roboty i od razu wszyscy zwracają uwagę: Aga, co taka niewyspana? Ze dwa dni chodziłam trochę jak połamana, ale rower jest dobrą rehabilitacją na mięśnie, więc szybko wróciłam do formy 🙂

Orla była w poniedziałek, a w sobotę stwierdziłam, że Tatr mi mało, więc wzięłam Ewelinę i pojechałyśmy w stronę Zakopca. Miał być Szpiglas, ale tak jakoś spontanicznie zmieniłyśmy zdanie, uznałyśmy, że asfalt w dwie strony nam nie straszny i poszłyśmy na Rysy. Liczyłyśmy, że poza sezonem to i ludzi będzie mniej i ogólnie jakoś łatwiej znieść ten straszny odcinek. Łaa, znowu był czad. Ewe po sobocie ogłosiła swój własny „koniec sezonu na Tatry Wysokie” (ja nadal nic), uzasadniając to tym, że „przecież Szpiglas to nie Wysokie”, więc kto wie, co przyniesie nam jeszcze listopad. 😄 Ogólnie to tego dnia pizgało solidnie. Gdyby taki wiatr był w poniedziałek, Legenda Orlej pozostałaby niesprawdzona – jestem tego pewna. W pewnych momentach, zwłaszcza na grani tuż przed szczytem, miałam wrażenie, że wiatr mnie uniesie, a ja pofrunę sobie na jego fali jak (popieprzona) sikorka. Całe szczęście jednak nie uleciałam. Mimo końcówki października ludzi było całkiem sporo, trzeba było bardzo ostrożnie schodzić – serio aż nie chcę myśleć, co się tam musi wyrabiać w lecie!

Na Rysy raczej już się nie wybieram, nie czuję konieczności powtórki; ale za to w przyszłym roku mam plan, że za pierwszymi łańcuchami skręcę sobie w lewo i pozaszlakowo odwiedzę Niżne Rysy – o tak, to jak najbardziej! Pół drogi fascynowałyśmy się widokami Mięguszy z innej perspektywy i było tylko takie: o jaaa, toż to jest Czarny, przecież my tam byłyśmy, o tam, na samym szczycie! To jest w Tatrach najpiękniejsze – ten ogrom, widziany z innej perspektywy, stroma ścieżka wiodąca zakosami i świadomość, że się tam było. Kręci to do potęgi!

Tak więc przeszłam Orlą, z rozpędu skoczyłam na Rysy, a dosłownie trzy dni później Tatry znowu zasypało. Trzeci śnieg już niby zostaje, więc udało się oblecieć dosłownie w ostatnich podrygach jesieni.

Gdzieś pomiędzy tatrzańskimi szczytowaniami i adrenaliną, przez cały październik przewijały się spokojne, idylliczne Pieniny – do połażenia, do pozachwycania się. Udało mi się wziąć Mamę i Ewelinę i skoczyłyśmy sobie nawet na weekend. Oczywiście Agusia mistrz organizacji i logistyki, wycieczka wyszła przednia (polecam tego przewodnika!). W piątek z rana skoczyłyśmy na Rusinową Polanę i Wiktorówki – Mama była zachwycona, a ja jeszcze bardziej – raz, że widoki i teoretycznie nic więcej do szczęścia nie potrzebuję, a dwa – ja po prostu lubię, kiedy inni się cieszą.

W drodze na Rusinową Polanę

Po Rusinowej poszłyśmy jeszcze na wyżerę do Roztoki, po czym czerwoną strzałą skierowałyśmy się w stronę Łapszanki, która w ten weekend była naszą bazą wypadową. Łapszankę odkryłam dopiero w tym roku, byłam już tam kilkukrotnie i jakoś się nie nudzi to miejsce – podobnie zresztą jak Wysoki Wierch. W ogóle całe Pieniny nic a nic się nie nudzą! Zrobiłyśmy fajny szlak – 11km – pętelkę od Łapszanki przez Piłatówkę i Pawlikowy Wierch aż do Rzepisk i z powrotem na Łapszankę. Lubię takie łażenie po łąkach bez szlaku, więc byłam zachwycona, a Dziewczyny – cóż, tak za połową trasy to już nie miały wyjścia, musiały iść za mną 😄 Najlepsze było, jak śledziłam sobie szlak na mapce w telefonie i w pewnym momencie przed nami wyrasta straszna dzida. Hm. No cóż – jak tak szlak wiedzie, tak trzeba iść. Ruszyłam żwawo z kopyta, a tu nagle… Z gospodarstwa tuż przy ścieżce przez płot przeskakuje pięć indyków i biegnie w moją stronę, gulgocąc. Szybka ocena sytuacji: ja może (ale to może!) bym uciekła, cisnąć pod górę, ale poniżej została jeszcze Mama z Eweliną, a pomiędzy nami te wielkie indyki! Dodam, że moja czerwona kurtka raziła bardziej, niż wyblakłe rude włosy. Zawróciłam więc i uciekłam przed indykami z powrotem na dół. Mama chciała zrobić zdjęcie Agusi spieprzającej przed zgrają czarnych indorów, ale niestety przemknęłam tak szybko, że na zdjęciu załapały się tylko indyki na środku ścieżki. No i musiałyśmy obejść po łące obok naszą dzidę, by nie narażać się na gniew Bogu ducha winnych ptaszysk. To znaczy ja tak stwierdziłam, bo wolałam nie ryzykować. Ewelina za to odpłaciła się następnego dnia, gdy na szlaku w Kacwinie wyszły nam dwa psy – lepiej nie ryzykować, robimy wycof. TY UCIEKŁAŚ PRZED INDYKAMI! Ok, 1:1. 

Na sobotę miałam w planach pokazać Mamie Lubań, ale w piątek wieczorem stwierdziła, że po tych moich Rzepiskach to ona już nigdzie nie pójdzie, NOOO, MOŻE NA WSCHÓD SŁOŃCA NA ŁAPSZANKĘ, bo to 300m, ale nic więcej, bo tak w ogóle to ja jestem niepoważna, a ona nie ma 20 lat!!! Tak w skrócie. Poszłyśmy więc na wschód, pizgało złem niemiłosiernie, palce prawie mi odpadły, ale po powrocie dobra kawa nie jest zła i krew od razu lepiej krąży po takich wspaniałym narkotyku. Potem pojechałyśmy do Kacwina – chciałam odnaleźć kadr kapliczki Matki Boskiej Śnieżnej na tle Tatr, ale wyżej wspomniane psy na szlaku trochę nam pokrzyżowały plany, a z resztą światło było już do bani. W każdym razie wrócę tam sobie, bo przecież tego dnia miałyśmy chodzić NA SPOKOJNIE. Kacwin to urocza spiska wioska, jest cicho, idyllicznie, w takim miejscu chciałoby się mieć daczę.

Dobra, wszystko fajnie, ależ ile można to „na spokojnie”! W końcu Mama, Ewe i ja to jedna krew, jeden pieron w nas drzemie, a to o czymś definitywnie świadczy. Skończyłyśmy więc na Lubaniu, jak to zakładałam w swoich planach. 😄 A bo jeszcze za wcześnie wracać do domu, dzień ładny, to trzeba wykorzystać, a tam szlak przyjemny i wieża widokowa na szczycie… Mama podsumowała, że ona nie pojmuje, jakim sposobem, ale ja znowu postawiłam na swoim i wszystko wyszło tak, jak chciałam. Cóż, dar przekonywania z nutką lekkiej perswazji zawsze działa 😄

Złota godzina o poranku z Łapszanki

O matko, upisałam się znowu, a to ledwie wycinek tego, co ostatnio wyprawiam. Za dużo gadam. Btw – 16.11 będę miała prelekcję w Andrychowie – tą, która miała być w kwietniu 2020 roku, czyli po ponad 1,5 roku! Wtedy znowu się nagadam i co lepsze – znajdą się ludzie, którzy będą tego mojego gadania słuchać! Powspominam sobie kaukaskie wojaże, łezka w oczku się zakręci, ech… Dobrze, że mam te Tatry, bo inaczej bym chyba zgłupła! 🙃

PS. Żeby uzupełnić bilans kaloryczny po Orlej i Rysach kilka dni później, powinnam zacząć przyjmować pastylki z paliwem jądrowym, bo ciągle chodzę głodna. 🤘

Dzikie wojaże

Trza cisnąć!

Tydzień urlopu to znacznie za mało. To wprost nieetyczne barbarzyństwo. Pomijając fakt bezsensowności tak krótkiego odpoczynku, bo człowiek nie odpocznie. Co innego miesiąc. W piątek wróciłam z Dolomitów, weekend minął jak z bicza trzasnął, w poniedziałek poszłam grzecznie do roboty i poczułam okrutne zderzenie z ścianą rzeczywistości. Aj, jak to bolało, możecie mi wierzyć na słowo! I jeszcze pogoda się zrobiła, jak na złość! Pomiotałam się więc nieco i poszłam żebrać o wolny czwartek i piątek – udało się! Perspektywa trzydniowego tygodnia pracy od razu dodała mi skrzydeł i chęci do działania. Takim to sposobem, na dobicie po urlopie, znowu wzięłam urlop. Mówiłam, że tydzień to za mało i musiałam sobie dać w palnik jeszcze więcej, by móc normalnie pracować i w miarę funkcjonować w tym systemie! 😄 A plany były ambitne, istnie diabelskie…

W ogóle to jest śmieszne, jak wyglądam zazwyczaj w poniedziałek w pracy. Podkrążone oczy, nieodmalowane paznokcie, ładna sukienka dla zachowania pozorów – i te obtłuczone kolana i porysowane nogi, świadczące o przebytym weekendzie! „Mhmm, Aga znowu gdzieś była” – no tak, a jakby. Dziecko wojny.

Jakoś tak już w zeszłym roku, po ekscytujących Granatach, wymyśliłyśmy sobie, że teraz to już trzeba iść na  Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Nie udało nam się to wtedy, obierając ten kierunek jako cel główny sezonu letniego A.D. 2021. Cóż – jak to z planami bywa, nie zawsze są takie proste w realizacji, jakby się chciało 😉 Był Szpiglas, Świnica, spory kawał Orlej Perci, sto innych wypadów w międzyczasie, a Chłopek jakoś nie po drodze, bo albo nie siadła pogoda (kiedy to obchodziłyśmy w kółko Morskie Oko i spałyśmy na kamieniu w Dolinie za Mnichem, albo czas gonił, albo nogi bolały na samą myśl o asfalcie do MOka tam i z powrotem. Przeszedł czerwiec, zleciał
lipiec, śmignął sierpień… A tu dalej nic. To dlatego Przełęcz pod Chłopkiem była tym szatańskim pomysłem na dobicie po urlopie 😄 Cel idealny! Ja wolne, Ewelina wagary (ja bym to usprawiedliwiła jako „poszerzanie sprawności fizycznej i znajomości geografii w praktyce”), 3 rano, no i dzida w Tatry. Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem często nazywają najtrudniejszym
(zaraz po Orlej) szlakiem w polskich Tatrach, a już na pewno najbardziej ekscytującym – cóż, PORA ZMIERZYĆ SIĘ Z LEGENDĄ!

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem

Było jeszcze ciemno, w końcu to wrzesień, a czas dnia o tej porze roku nie jest raczej sprzymierzeńcem, czekało nas ekscytujące przejście 8km odcinka asfaltowej drogi aż do Morskiego Oka – najbardziej znienawidzonej części „szlaków dojściowych”. Kurde, gdyby nie ten asfalt, szłabym tam z większym zapałem – jakby nie patrzeć, dobra baza wypadowa… Ja zazwyczaj najgorsze lubię mieć za sobą na samym początku, byle szybciej poszło w zapomnienie (dlatego mięsa z talerza pozbywałam się zawsze najpierw, a pyszniutkie ziemniaczki na koniec :P), dlatego włączyłam piąty bieg i zasuwam. Ewelina się trochę wlecze.

– EEJ, CO TAK WOLNO?

– A, bo muszę się rozbudzić.

– To chodź szybciej!

Trochę żeśmy poburcały na siebie, każda broniąc swojej racji na temat tego, jak należy rozprawiać się z najmniej ulubionymi częściami, ale nawet dość szybko nam ten fragment minął. Druga sprawa, że było dość rześko, a my obie w spodniach do kolan – „bo za dnia będzie ciepło”. Właśnie – w tym momencie rozgorzała druga dyskusja, tak mile urozmaicająca nam czas w
drodze do Morskiego Oka:

E: Dlaczego ciągle powtarzasz, że jest rześko, a nie nazwiesz tego po
prostu słowami, że jest zimno!

A: Bo jest rześko. Zimno to było przed wschodem słońca na Elbrusie.
Tutaj naprawdę jest tylko rześko.

E: Zimno!

A: Rześko.

Cóż. Granica pomiędzy rześko a zimno naprawdę zależy od punktu siedzenia. Ale fakt faktem, słowo „rześko” ma ładne brzmienie.

Śniadanko nad Morskim Okiem smakowało wybornie, części do Czarnego Stawu pod Rysami też za bardzo nie lubię, więc poszło szybko, a potem to już zielony szlak i zaczęła się zabawa 🔥

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem była tylko częścią szatańskiego planu Agusi. Część druga – pozaszlakowe wejście na Mięguszowiecki Szczyt Czarny. Czyli z serii: jak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! 😀 Nie byłyśmy pewne, czy nam się uda, w końcu na Czarny nie prowadzi znakowany szlak, trudności techniczne też są znacznie większe w porównaniu z taką Świnicą czy Granatami; na wszelki wypadek wpisałyśmy się jednak do książki wyjść taternickich i mogłyśmy iść ze spokojną głową. Oh, byłam dumna z Eweliny! Przejęła ode mnie pałeczkę przewodnika, skwitowała to słowami „koncentracja na maksa i dzida do góry!”, wypatrywała kopczyków i jakoś nam się udał nam ten pierwszy pozaszlak!

O matko, ależ to były emocje! WRESZCIE JAKAŚ ADRENALINAAAA! Z wrażenia aż sobie wargę do krwi przygryzłam i potem chodziłam taka opuchnięta, jak po botoksie 😉 Nic, tylko chodzić poza szlakiem, same plusy!

Nie no, żartowałam z tym wszystkim. Tak naprawdę to naszym celem było Morskie Oko, przypadkiem wyszła Przełęcz pod Chłopkiem, a deserem został Czarny Mięgusz. 😜 Legenda została sprawdzona na własnych nogach i obalona.

Muśma pyta nas po powrocie:

Czy to tam byłyście, gdzie w filmiku na youtubie jest tak stromo i taka przerażająca przepaść?

– Tak, ale nie było tak źle. To kamerka 360* dała taki efekt i takie wyobrażenie.

– Uf. Jak widzę takie przepaści, to mi serce mocniej nie zabije, ale ja się wzrokowo boję!

– Jak można bać się wzrokowo?

No, jak patrzę w dół, to mi źle.

– To się nazywa lęk przed ekspozycją. My tak tego nie odczułyśmy, wszystko w porządku!

Dwa dni po Chłopku i Mięguszu pojechałam razem z PTTK na Krywań. Kolejne „sprawdzenie legendy”, tym razem słowackiej. (Zapowiadali „ostatni dzień lata i pięknej pogody”, całe szczęście, nie sprawdziło się to, gdyż koniec września również dopisał). Święta Góra Słowaków, na którą w sierpniu organizowane są pielgrzymki. Powiem tak – szału ni ma, dupy nie urywa. Krywań stał się dla mnie jak Kościelec – fajnym szczytem, który trzeba zobaczyć, ale potrzeby tam wracać (jak na
Szpiglas czy Świnicę) totalnie nie odczuwam.
Widok, który zrobił na mnie wrażenie roztaczał się dopiero z samego szczytu – po drodze średniawka. Przepięknie widać Wysoką – to na niej głównie się skupiałam, siedząc na szczycie ponad 70 minut. Cudnie wszystko wygląda na zejściu, kiedy kwitną wrzosy. No i spotkałam dwa grube świstaki, a nawet ustrzeliłam jednego na zdjęciu. Tyle zachwytów z Krywania, koniec. 😁 ale jakby nie patrzył, mam już drugi szczyt Wielkiej Korony Tatr zaliczony hahah! Od czegoś trzeba zacząć 😉

Koniec września, a tu dalej ciśniemy. (Btw, muszę sobie zrobić rozpiskę, ile dni tego roku spędziłam w górach – na pewno więcej, niż rok temu 😉 ) Co ciekawe, tak samo cisną setki innych ludzi, co doskonale widać po tłumach na szlakach – pogoda dopisuje, trzeba więc korzystać. Zaplanowaliśmy ze znajomymi dwudniowy wypad – kolejny szatański plan. Po zeszłotygodniowych opadach śniegu szykowałam się raczej na warunki wczesno-zimowe, nie zmieściłam się do plecaka 35l, który zawsze biorę i wzięłam wielki 50l. O matko, ciężko było z nim 😁 ważył chyba 1/3 mnie, nie był zbyt wygodny, spaliłam milion kalorii, a tak w ogóle to po zimie został tylko bałwan w drodze na Kozi (a i to zapewne tylko chwilowe…)! Było tak ciepło, że ani dodatkowy polar, ani rękawiczki, nie mówiąc o raczkach się nie przydały! I po co to dźwigałam… (Zapewne, gdybym tego nie wzięła, byłoby zimno, jak to zwykle bywa). Cóż – mimo wszystko zawsze lepiej nosić, niż się prosić. Sobota była lajtowa – start z domu o 6 rano – tak późno w Tatry to jeszcze nie jechałam! Chilloucik w Dolinie Pięciu Stawów, oczywiście posmarowałam się kremem jakoś koło 13, co było znacznie za późno (tak, wrześniowe słońce też potrafi zjarać i to ostro!). W planach był zachód słońca na Kozim Wierchu. Wyszliśmy na spokojnie, a na szczycie byliśmy tak jakieś 3,5 godziny przed zachodem. Rekord świata w siedzeniu na szczycie, ciężko go będzie pobić! 😁 ale szczerze mówiąc – nie wiem, kiedy to zleciało! Ciągle goniłam to tu, to tam, delektowałam się widokiem, chmurkami, słońcem i oczekiwanie na złotą godzinę w ogóle się nie dłużyło. Cały czas przychodzili nowi ludzie, można było pogadać, pośmiać się – fajna sprawa. A zachód słońca z Świnicą w roli głównej – o Matko Boska Tatrzańska – piękniej być nie mogło! Rozlało się światło i stała się magia – w najczystszej, najwspanialszej postaci! A ja oczywiście oszalałam, bo nie potrafię być obojętna, kiedy takie cuda dzieją się na moich oczach. Niezapomniane
przeżycia….

Śmiałam się z moim towarzyszem, Matim, który też robi zdjęcia (zobaczcie koniecznie na jego instagram @matimomot https://www.instagram.com/matimomot/?hl=pl ) – w końcu co dwóch fotografów w ekipie, to nie jeden!), że będąc na tym samym plenerze mamy całkowicie inne zdjęcia, gdyż każdy z nas zwraca uwagę na co innego. Kiedy ja szaleję pod światło, Mati spogląda
całkowicie w przeciwną stronę, koncentrując się na chmurach, spowijających Tatry Bielskie. I tak cały czas 😁

W ogóle nie było zimno! Puchówkę i czapkę założyłam chyba tylko dla czystości sumienia i poczucia sensu tego, że to wszystko dźwigałam, bo na zejściu znowu wszystko poszło do plecaka.
Szybko poszła droga w dół, ekspresowy przystanek w schronisku i dzida na Palenicę. Tak późno z Tatr też jeszcze nie wracałam 😁 Szybko poszło, uczepiłam się chłopaka, który wspinał się na Zamarłą Turnię (oczy jak pięć złotych…) Gadka szmatka, śmialiśmy się z nazw dróg wspinaczkowych typu „Pachniesz Brzoskwinką” czy „Chuj w malinach”, gadaliśmy o szczepionkach i wyjazdach za granicę – aż kolana nie cierpiały na zejściu. Jak to mawiał Smierdiakow z „Braci Karamazow”, z mądrym to i miło porozmawiać. Potem na parkingu czekałam na swoją ekipę, która została trochę w tyle, chciałam przepakować sobie plecak i musiałam odganiać się od lisa, który chciał mi porwać żarcie. A może to była Aguara rodem z Wiedźmina, która chciała porwać mnie? W końcu magia się dzieje. 🦊 Środkiem nocy pojechaliśmy do Sromowców Niżnych. Tak – tego jeszcze nie wspominałam – planem na niedzielę był wschód słońca na Trzech Koronach. Sen jest definitywnie dla słabych. 

„Tak, sen jest dla słabych” – powtarzam sobie za każdym razem, mając gdzieś wstać o dzikiej porze. „Odeśpię jutro, przed pracą” – dodaję. A na wschód słońca, jak się okazuje, wstawać zawsze warto, gdyż każdy z nich jest magiczny i niepowtarzalny. Dawno już marzyłam zapolować na wschód słońca na Trzech Koronach. Tym bardziej jesienią – mając nadzieję na spektakl ponad morzem
chmur. Cóż. Głupi ma zawsze szczęście, więc warun siadł perfekcyjny! Zdjęcia to jedno, nie wyszły jakieś szałowe, szczyt Trzech Koron (a tak właściwie platforma widokowa na jednym z wierzchołków) raczej nie jest przyjazny wygibasom, ale zobaczyć to na żywo – doświadczenie nie do opisania! Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że „marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia”. Wystarczy jedynie odpowiednio wcześnie wstać 😉 Na 3 Koronach w niedzielny poranek było całkiem sporo osób, w tym duża grupa z Rzeszowa, ale jakoś się wszyscy pomieściliśmy i było wesoło. Znalazł się nawet model, który zechciał zapozować na skale – ku uciesze świrów z aparatami 😁

A morze mgieł i „pienińskie lasery” – no baja, aż mi słów brakuje z zapowietrzenia.

KONIEC. Łaaaa, na bogato relacja wyszła! Mam nadzieję, że chaos mnie nie przerósł, zbytnio nie zanudziłam i tradycyjnie chylę czoła tym, którzy dobrnęli do końca! W zanadrzu już kolejne relacje – w październiku też trza cisnąć!

Dzikie wojaże

Zaniemówiłam.

Trochę czasu już minęło od mojego ostatniego wpisu, ponad miesiąc. Na pewno widzę to po tym, jak przybyło mi zdjęć, które już nie mieszczą się na pulpicie 😀 Mojemu Nikusiowi stuknęło niedawno 70 000 zdjęć – ups, to już wiekowy aparacik! Nikt ze mną nie przeszedł tyle, co ten niezawodny towarzysz!

Wreszcie wszystko buchnęło mocą i zielenią. Najprościej zauważyć to na polach i w ogródku – to chyba najlepszy czas dla bujności form kwiatowych wszelkich maści. Oczywiście, jak to bywa – ze skrajności w skrajność – jak nie pada dwa tygodnie, to potem dwa tygodnie naparza upałem i rośliny wariują. Zero stabilności, wieczny rollercoaster! Pomijam fakt, że batalia ze ślimakami trwa nadal, ale kiedy już wydawało się, że atak został odparty, z impetem wtargnęły… mrówki. Zeżarły marchewkę – ok, bywa. Ale jak podgryzły mi arbuza, trafiając tym samym w moje czułe miejsce, to już tak łatwo im nie odpuszczę! Całe szczęście jednak, mimo wszelakich przeciwności, jakoś to wszystko rośnie i się kręci. Czekam na owoce.

Ogłosiłam wszem i wobec, że nie będę narzekać na upały. Niech będzie ciepło. Dlaczego, cóż to za zmiana? A no taka, że znowu zaniemówiłam – dosłownie, nie tylko w przenośni, jak to mam za każdym razem, gdy widzę coś pięknego, najlepiej z widokiem na góry. Już miałam taką akcję, dokładnie dwa lata temu w Gruzji, pisałam o tym:

Mówią, że złego diabli nie biorą, ale serio – dosłownie straciłam głos.Wracając do Kazbegi mogłam wydusić z siebie ledwie skrzeczący szept. Jak przyjechałam, wszyscy buchnęli śmiechem, tyle, że dla mnie to śmieszne wcale nie było. Czułam się trochę jak upośledzona, bo nawet nie mogłam zadzwonić do kierowcy, że ma szybko być w biurze, już, natychmiast! Jeszcze nigdy tak nie miałam i to naprawdę było koszmarne. Pokarało mnie chyba za te wszystkie przekleństwa, które rzucam pod nosem!  Sama już nie wiedziałam, czy brak głosu bardziej mnie przeraża, czy doprowadza do szału, więc się tak miotałam. Całe szczęście, jeden dzień posiedziałam w domu, kurowałam się żrąc czosnek (fuj, jak ja tego nienawidzę!!) i popijając syrop z cebuli (dobrze, że nigdzie wtedy nie wychodziłam!) i jakoś trochę ustąpiło na tyle, że cały dzień przed wyjazdem do Rosji spędziłam jeszcze z grupą i dałam radę, trajkotając jak zwykle. Jadąc więc tam, jako tako mogłam się odezwać zachrypniętym głosem, ale dryłując pod górę (tak wysoko w tym roku jeszcze nie byłamtak sobie myślę, że albo mi to wszystko przejdzie, albo dobije. Przeszło. Cudownie wszystko przeszło!”

Dzień dobry, no to mamy powtórkę z rozrywki. Żeby było śmiesznie, zawiała mnie klima w robocie – efekt ten sam. Ciężko jest pracować w obsłudze klienta bez głosu, więc wzięłam sobie 3 dni urlopu i się kuruję, cierpliwie czekając, aż głos powróci.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie można na głos wypowiedzieć swoich planów (a miałam co najmniej dwa wyjazdy i jeszcze zaplanowane szczepienie), bo nigdy nie wypalają i jeszcze odbijają się rykoszetem. Tak jakby Pan Bóg smagał nas biczem przez plecy: a masz, takiego wała!! Tym razem smagnął mnie porządnie, z nawiązką, skoro aż straciłam głos. A masz!! Odbiłam Panu Bogu jednak piłeczkę i stwierdziłam, że skoro ostatnio pomógł mi wyjazd na Elbrus, to i tym razem nie ma co zasiadać. Tym bardziej, że nie licząc utraty głosu, jestem w doskonałej formie. A nuż wyjazd w góry przywróci mi mowę, tak jak ostatnio! Uwierzcie mi, to naprawdę straszna kara dla osoby lubiącej mówić. Ba! To mnie do szału doprowadza nawet w codziennych sytuacjach – kiedy chcę coś odpowiedzieć, a z ust wylatuje jedynie świszczący szept, ograniczający się do czterech słów. Wrrrr.

No ale wyjazd w góry się udał.

Najpierw jednak pokażę Wam kilka pięknych miejsc, w jakich byłam w przeciągu ostatniego miesiąca.

Wiosna przyszła późno, nie mówiąc o śniegu, nadal utrzymującym się w Tatrach, więc tam w ogóle się nie brałam. Nie trzeba jednak być w Tatrach, by na Tatry patrzeć – a sceneria z Łapszanki jest wprost o-sza-ła-mia-ją-ca! Nic, tylko rozłożyć sobie kocyk na łące i spędzić tam pół dnia, napawając się widokami i przestrzenią. Soczysta zieleń, czas kwitnienia mleczy, ośnieżone góry i błękitne niebo – czego można chcieć więcej? Już dawno chciałam tam pojechać (bo to miejsce z serii: autem), mam to zapisane na swojej liście TO DO, ale jakoś nie było po drodze. Udało się podskoczyć po pracy w Dzień Matki. Ojejku, dostałam dzikiego oczopląsu. Goniłam z tym aparatem jak nawiedzona, całe szczęście, że nie powtórzyłam swojego orła z Czarnej Góry, kiedy to się wygrzmociłam, rozbijając kolano – tym razem starałam się patrzeć pod nogi. Wracając, krótki przystanek na Przełęczy Snozka, szybkie foto i jazda z powrotem do domu. Dobrze jest mieć blisko. Choć nie pogardziłabym, gdybym miała bliżej 😀

Klasyk z Łapszanki!
Łapszanka c.d.
Widok z okolic Przełęczy Snozka
Widok z okolic Przełęczy Snozka

Ledwie kilka dni później znowu byłam w Pieninach, a tak właściwie to na wschodzie słońca w Sromowcach Wyżnych – znowu z serii: autem. A potem na Koziarzu w Beskidzie Sądeckim– przeglądając instagrama, wszyscy byli na Koziarzu, jakiś wysyp był normalnie 😛 więc ja też musiałam. Stwierdziłam, że Koziarz będzie bombowy na jesień – już widzę tamtejszą feerię barw i mgiełki poniżej Tatr! ❤

Pieniny są genialne, wspaniałe, cudowne – pod każdym względem. I widok na Tatry też powalający. Nic jednak nie zastąpi samych Tatr – zrozumiałam to w 100% kiedy wróciłam po dwóch latach z Kaukazu. Ten nadchodzący sezon zamierzam na maxa wykorzystać na tatrzańskie wojaże – czy z Słowacją, o ile wjazd będzie swobodny, czy nawet na szlakach po polskiej stronie. Nie ma to jak tatrzańskie powietrze i adrenalina. 3 wyjazdy „z widokiem na Tatry” równają się jednemu wypadowi „w Tatry”. 😉 Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja… Ech. Jakbym nie uwielbiała Pienin, owieczek, swojego niebieskiego rowerka i wschodów słońca, pierwsze co zrobiłam, to śmignęłam w Tatry.

Bez głosu, ale w kondycji wzorowej W KOŃCU pojechałam. Obczaiłam warunki, no i jazda. Szkoda siedzieć w domu przy takiej pogodzie. Miałam iść z Doliny Pięciu Stawów przez Świstówkę, ale to jest tak samo jak z Tatrami Zachodnimi w moim przypadku – mając tyle do wyboru… Zawsze znajdę ciekawszą alternatywę 😉 Tak więc nie zastanawiając się długo, poszłyśmy z Eweliną na Szpiglas. Nie ma to jak przyjemne 25km na początek dobrego sezonu w Tatrach! 😀

Na dobry początek tatrzańskiego sezonu ’21!

To była specyficzna wyprawa.

Porozumiewałyśmy się szeptem, najśmieszniej jednak było, gdy mówię do ludzi na szlaku:

– (głośnym szeptem) Cześć!

A ludzie mi szeptem odpowiadają: – Cześć!

Jeden gościu tylko zagadał:

– Co, za bardzo się kibicowało Polakom?

– No, nie warto było gardła zdzierać!

Ewentualnym pytaniem było: Co, za dużo się wypiło… Gdyby wiedział, że przyczyna była dużo bardziej prozaiczna, ot, po prostu klimatyzacja… To taki problem ludzi pierwszego świata!

Szpiglasowy Wierch z Doliny Pięciu Stawów z zejściem do Morskiego Oka to idealny szlak na rozpoczęcie sezonu. Starałam się nie ulegać szalonemu oczopląsowi i robić rozważnie zdjęcia, nie szłam tam po raz pierwszy, ale w tak pięknym miejscu ciężko zachować opanowanie w zachwycie. 😉  Znowu miałyśmy szczęście i spotkałyśmy świstaki! Dwa wygrzewały się na wielkim głazie, a inne dwa – chyba młode – bawiły się ze sobą, ganiając i turlając się jak koty. Po drodze na szczyt kozica jeszcze mi pięknie zapolowała, także element animalny zaliczony! 😉

Wiosny powyżej Piątki jednak nie widać, zima na całego – podejście z dołu wyglądało całkiem przerażająco, śniegu cała masa, całe szczęście, że byłyśmy na tyle wcześnie, że nie zdążył się zamienić w morką breję, a był stabilny i dobrze się szło. W okolicach łańcuchów trochę oblodzone – raczki bardzo się przydały. Dobrze wychodzić rano! Takie pustki na szlaku, na szczycie dwie inne osoby – że aż miło. Gdybym mogła, to bym krzyknęła, z oszołomienia pięknem i tym, że weszłyśmy szczęśliwie – ale tylko zaniemówiłam. :))))))

Widok ze Szpiglasa, Pan zacnie zapozował

Schodziłyśmy Ceprostradą do Morskiego Oka – widoki piękne, ale szlak paskudny (wyższa logika Agusi) – nie chciałoby mi się dryłować tamtędy do góry. Mijałyśmy wielu ludzi, którzy pytali, jak wygląda zejście do Piątki – schodzić tam też bym nie chciała, nie w takich warunkach. Jakoś tak śmiesznie się składa, że zawsze tak obieram szlak, że jestem zadowolona z wybranego wariantu podejścia i zejścia, a najlepiej pętelek. Noo, nie licząc zejścia z Krzyżnego, które przezywałam, ale to była inna bajka, ze względu na oblodzenie 😉

Najgorsze oczywiście przejście asfaltem od Morskiego Oka do Palenicy. Uwierzcie mi, w ciężkich butach trekkingowych to żadna przyjemność. Chyba zacznę ze sobą nosić klapki, jak to podpatrzyłam wczoraj u jednej pani – buciory przytroczone do plecaka, a szła w japonkach XD Upał też robił swoje. Aa, żeby dopełnić opowieści – OCZYWIŚCIE ZNOWU MNIE ZJARAŁO. Tym razem nogi – idealnie odcięta czerwień – od skarpetek aż po samą granicę krótkich spodni. Ciekawe tylko, dlaczego mi zostały białe kolana. Ale chociaż równomiernie.

PS. Tak a’propos problemów ludzi pierwszego świata, o których gdzieś tam wcześniej wspominałam. Ostatnio w robocie zaczęliśmy się z tego śmiać i nawet zaczęłam tworzyć ranking, który na bieżąco będziemy uzupełniać. Problem ludzi pierwszego świata w pracy: Czy napić się herbaty białej z tajską cytryną i kwiatem granatu, czy może raczej zielonej z jaśminem?

Oto jest pytanie.

Obyśmy w życiu mieli tylko takie problemy!

Dzikie wojaże

Wiosna wytrąca z równowagi.

Wychodzę na pole i wiosna jak nigdy dotąd wytrąca mnie z równowagi.

Wróć. Co rok wiosna wytrąca mnie z równowagi, ale za każdym razem mam wrażenie, że to jeszcze mocniejsze odczucie, niż dotychczas. Chyba, że z wiekiem mnie tak bierze. Lubię ten stan, gdy wiosna bucha pełną parą. Nosi mnie wtedy pierońsko, jestem ogólnie nadaktywna, gonię jak potłuczona: w ogródku z łopatą, potem na spacer – za mało! lecę na rower, ciągle mało… Co dopiero będzie, jak rzepak zakwitnie – a to już na dniach! Ale tak naprawdę dopiero wtedy czuję, że żyję pełnią życia.

Btw, ostatnio moja mama, obserwując ptaki w ogródku, stwierdziła, że sikorki to są trochę takie popieprzone, podobne do Agi, bo ciągle tylko gonią, skaczą, nosi je to tu-to tam. Uznałam to jako komplement – popieprzona jak sikorka, miło.

Miałam ostatnio straszny sen. Albo koszmarne urojenie myślowe. Wydało mi się, że jest koniec września. Nie było w ogóle wiosny, lato też przeszło i znowu jest jesień, a dzień zamiast dłuższy znowu robi się krótszy. To było okropne. Całe szczęście – jest maj, piękna wiosna, a dzień – tylko dłuższy!

Późna tegoroczna wiosna. Kiedy w zeszłym roku syrop z mniszka robiłam 22.04 (zaraz potem pędząc na pole kwitnącego rzepaku), to w tym roku dopiero 10.05. A na rzepak w pełnym rozkwicie przyjdzie jeszcze koło tygodnia poczekać. Ale najważniejsze, że  z każdym dniem coraz piękniej. Tak mi brakowało słońca i witaminki D, chociaż ostatnio nadrobiłam – nie posmarowałam sobie w górach rąk (tak, też muszę, po raz kolejny boleśnie się o tym przekonuję – dobrze, że chociaż na ryju pamiętam o kremie) i teraz czuję, jak płonę 😀 Pierwsze poparzenie tego roku – znając życie, nieostatnie!

Jadę kiedyś w poniedziałek do roboty (koniec kwietnia to był) i z rozrzewnieniem spojrzałam na piękną ośnieżoną Babią i czubki oprószonych Tatr. I tak mnie wtedy natchnęło: muszę jutro GDZIEŚ, GDZIEKOLWIEK pojechać. Gdziekolwiek. Stwierdziłam więc, że skoro taka myśl błysnęła w mojej rudej głowie, NATYCHMIAST trzeba ją zrealizować.

Wybrałam się więc z Ewelina na Lubań. Jakoś nie chciało mi się jechać w Tatry i znowu patrzeć na śnieg, zapadając się po pas – dość już miałam go w tym roku. Chciałam po prostu się przejść i popatrzeć na piękne góry.

Jedziemy sobie raniutko, a Ewe mnie pyta:

– Jak się załatwia urlop? Rozmawiasz z szefem, czy po prostu nie przychodzisz do pracy, jak ja nie poszłam do szkoły?

Szkoła – kiedy to było! 😉 Btw, 10 lat temu zdawałam maturę, stara kozica ze mnie!

Lubań. Szlak prosty, przyjemny, w sam raz na wiosenne rozruszanie po górkach. Napatrzyłam się na piękne zdjęcia i postanowiłam przekonać się na własne oczy. Jak mówi Wikipedia, według ludowych podań „Lubań to miejsce przeklęte i magiczne zarazem. Miejscowi czarownicy toczyli tam między sobą spory. Po wypowiedzeniu przez jednego z baców-czarowników straszliwego przekleństwa całe stado owiec wraz z juhasami zapadło się pod ziemię. Podobno w dniu św. Jakuba słychać spod ziemi okrzyki juhasów i dzwonki owiec”. Cóż – z miejscem magicznym się zgadzam. Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie – totalne kombo widokowe! Istna magia!

Granica Gorców i Pienin z widokiem na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie

W ogóle to była cudowna sprawa – wtorek, puste drogi, a na całym szlaku spotkałyśmy dwójkę ludzi – jeden gościu nocował na szczycie w namiocie, a jedna dziewczyna dopiero wychodziła, kiedy my praktycznie byłyśmy już przy parkingu. Elegancka pogoda i widoczność, cisza taka, że idąc przez las, widziałyśmy myszki wystraszone naszymi krokami czmychały w liście (naliczyłyśmy całe 7) – niesamowite!

Od razu z lepszą energią minął tydzień!

Majówkę spędziłam w domu – widziałam kiepskie prognozy, a poza tym pomyślałam sobie o dzikich tłumach, stwierdziłam więc ze stoickim spokojem, że przecież co się odwlecze, to nie uciecze. Śnieg zdąży szybciej w Tatrach stopnieć 😀 Moim celem na ten weekend było upieczenie… bezy. Pavlowa zawsze wydawała mi się takim potworem, do którego przygotowania potrzeba jakiś cudownych zdolności zdobienia ciast, a poza tym na pewno jest trudna w przygotowaniu. Cóż – nie taki diabeł straszny, jak go malują! (*gdyby nie inspiracja od mojej Kochanej Asi, w życiu bym się chyba nie zmotywowała – dziękuję! ❤ ) Beza wyszła oczywiście z rozmachem, od razu taka XXL, a smak taki, że omomomom! Jadłam ją z zachwytem – o matko, to połączenie smaków, połykając setki słodkich kalorii z myślą, że przecież mogę – spalę na rowerze! 😉

No właśnie – dzień już na tyle długi, że po pracy można coś porobić w ogródku, a potem jeszcze na rower śmignąć! Powiedzcie mi, jakże ja mam nie być nakręcona, jak tu tyle możliwości, tyle bodźców?! 😀

Odkryłam ostatnio fajną miejscówkę. 5 km od domu. Sama sobie się dziwię, że wcześniej tam nie dotarłam! Oczywiście na nogach za prosto, za nudno, to wzięłam mojego niebieściutkiego Śmigusia i wjechałam na Krzemionkę w sąsiedniej Lgocie, skąd rozpościera się niesamowity widok na Babią i całe ciągnące się pasmo Beskidów. Wiosną, z tymi świeżymi, zielonymi listkami wyglądało to wprost niesamowicie – siedziałam na kłodzie na szczycie polany, a w dolinie taka przestrzeń! Pięknie! Choć utwierdziłam się w przekonaniu, że na nogach to by mi się nie chciało tak dryłować. Od czego ma się rower! 😉 Oczywiście jak to wariat, w pewnym momencie w lesie musiałam sobie robić minutkę dla oddechu, bo inaczej bym płuca wypluła, ale stwierdziłam, że to wreszcie idealna trasa dla mnie i Śmigusia – nareszcie mogłam się zmęczyć!

Poza tym więcej lokalnych pejzaży. Szukam dziwności. Jakby to prościej ująć – cuduję z kadrami, nie zadowalają nie już proste ujęcia. Albo to już wyższy level fotografii, albo jakieś umysłowe zblazowanie 😉 ale, szczerze mówiąc, efekty są dla mnie zadowalające! Zwłaszcza z takimi widokami przy t a k i e j widoczności!

Byłam też w Pieninach – to w pierwszą ciepłą niedzielę tej wiosny, kiedy się zjarałam na kolor mojej czerwonej skodzinki 😉 O matko, kocham tą krainę. Mogłabym tam wracać i wracać – zawsze i o każdej porze dnia i roku jest nieziemsko i magicznie – nigdy się nie znudzi! Co jest najlepsze w Pieninach – naprawdę nie trzeba wiele, by móc podziwiać widoki… Byłam tam jesienią, teraz wczesną wiosną – czeka mnie jeszcze lato! Marzyło mi się zdjęcie ze stadem owiec z Tatrami w tle, a te nie chciały mi odpowiednio zapozować, tzn, były 300m niżej niż potrzebowałam 😉

Pieniński klasyk – Tatry z Wysokiego Wierchu

Nigdy nie myślałam o Koronie Gór Polski. To nie dla mnie. Dla mnie celem w samym sobie są widoki, wrażenia, zachwyt, światło, a przede wszystkim zdjęcia. Musiałabym policzyć, ile szczytów KGP zdobyłam „przypadkiem” – ostatnio na pewno była to Wysoka – najwyższy szczyt Pienin. Nie są to Trzy Korony, jak niektórym się wydaje. Trzy Korony to ewentualnie pożerają Babią Górę (patrz na zdjęcie poniżej). Ale sympatyczna górka! Pierońsko mi się podobała ta niedzielna wędrówka – ponad 20 km od Szczawnicy, przez Wysoki Wierch (który moim zdaniem widokowo bije na głowę cel główny tego dnia) na szczyt Wysokiej (nie mylić z tą krasawicą w Tatrach Słowackich! 😉 ) z zejściem przez Przełęcz Rozdziela aż do Białej Wody. Tak się fajnie szło – najlepsze podejście na samą Wysoką: góra-dół, góra-dół…! A jak się fajnie leżało na trawie na powrocie – to może wtedy mnie tak przyjarało 😉

Oczywiście załapało się również kilka udanych zdjęć z mojej ulubionej serii (jednej z wielu): „Zdjęcia z drogi” 😀

Król Tatr – kusi z każdej perspektywy.

O, złapałam też na powrocie z drogi stado owiec z Tatrami w tle. Powiem tyle: DO POWTÓRKI! Nie do końca o to mi chodziło, ale jak na zdjęcie z auta nie ma źle 😉 przynajmniej jest po co jechać znowu – zawsze znajdzie się jakiś powód!

Stado owiec na tle Tatr – „zdjęcie z drogi”.

Och. Myślałam, że nie ogarnę tej relacji i ogromu zdjęć, jakie udało mi się zrobić ostatnimi czasy, mam nadzieję, że trzyma się to ładu i składu, a chaos Was nie pochłonął!

Mówiłam – to wiosna tak na mnie wpływa, że chodzę jak nakręcona. Tfu, zapomniałam. Latam jak popieprzona sikorka.

Cóż, jedno powiem. BYLE WIĘCEJ!* 😀 Trzymajcie się cieplutko i korzystajcie z wiosny – jest pięknie!

*dalej, wyżej, szybciej itd…!

PS. Tak sobie czasem czytam swoje archiwalne wypociny i aż sama do siebie się uśmiecham – nie tylko na wspomnienia. Cieszy mnie, kiedy to czytacie i nieznudzeni docieracie do samego końca – bardzo za to dziękuję! To dla mnie niezmiernie miłe i bardzo motywujące, a to jest ważne. I wiecie co? Kiedyś w końcu na pewno napisze książkę – nie odpuszczę tego.

Dzikie wojaże

Kwiecień plecień

Kiedy 20.02 schodziłam z Babiej Góry i ogłaszałam nadejście wiosny nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. (Porada nr 1: spodziewaj się niespodziewanego….) By nie popełnić błędu sprzed roku, ostatniego dnia miesiąca posadziłam arbuzy, bakłażany, a za niedługo i papryki – wszystkie rozsady stoją na stole w salonie, ale wiosna jakoś się obraziła i nie chciała się rozkręcić. Tak przeszedł marzec. W ogóle tak mi się dłużył ten miesiąc, że miałam się ochotę wystrzelić w kosmos. Non stop tylko przeglądałam zdjęcia sprzed roku, porównując: o, wtedy kwitły już przebiśniegi, wtedy zawilce, a równy rok temu – 17.04 – mam zdjęcia tulipanów w pełnym rozkwicie! 22.04 zbierałam kwiaty mniszka na syrop, a dzień później w Zygodowicach odkryłam kwitnący rzepak! Póki co moje beskidzkie Ponidzie* w odsłonie Przed-Wiośnie 😉

*na instagramie to wyrażenie wywołało burzę – „Ponidzie jest tylko jedno!” -„Nieprawda!” -„Prawda!” itd. Spoko, ja mam swoje, prywatne Ponidzie, nie muszę daleko jeździć. Metaforyczne. Beskidzkie Ponidzie i mój ulubiony Ptyś pod słońcem.

Beskidzkie Ponidzie

Stwierdziłam, że nie mogę więcej porównywać tego, co jest teraz z zeszłym rokiem! Bo dziś co jest? Od tygodnia pada – deszcz na przemian z ciężkim śniegiem, nie wspominając o błocie, które przy dobrych wiatrach wyschnie za dwa tygodnie – masakra. Ogólnie staram się o tym nie myśleć, nic w końcu na to nie poradzę, po cichu powtarzam sobie tylko, że kiedyś sobie na pewno odbiję! Szczegół, że w pewnych kwestiach powtarzam sobie już tak od roku 😉 Pocieszam się, że w sumie zapewne nie ja jedna 😀 Mam wrażenie, że ten rok jest jeszcze dziwniejszy, niż poprzedni. Wtedy nikt nie wiedział, czego się spodziewać i ile ta sytuacja będzie trwać. Dziś wszyscy są zmęczeni, nic się nie zmieniło, a w niektórych kwestiach jest – prawdę mówiąc – nawet gorzej. Takie zawieszenie w przestrzeni – ileż można.

Dlatego cieszę się małymi rzeczami i cierpliwie czekam, aż wiosna przyjdzie i buchnie całą sobą, pełną parą prosto z kopyta. A wtedy dopiero – bądźcie tego pewni! – zobaczycie, jak będzie pięknie! W dodatku polecam prace ogrodowe – naprawdę działają nie tylko dobrze na głowę, ale i na ciało – żaden inny trening więcej jest niepotrzebny! ;P Poza tym zawsze pozostaje rower – śmigam nawet do paczkomatu, a potem jak ciołek rozrywam paczki, bo nie mogą mi się zmieścić do plecaka 😉 W każdym razie – najważniejsze, że trzeba sobie umieć znaleźć zajęcie!

Zbieram malutkie ociepki światła, składam do kupy, kumuluję i cierpliwie czekam na więcej – mam wrażenie, że to jedyne właściwe wyjście z tej sytuacji (porada nr 2: przecież nie ma sytuacji bez wyjścia). Popatrzcie, co udało mi się wyłuskać z tego małopolskiego przedwiośnia – inaczej tej pory roku nie da się nazwać 🙂

Marzec minął, przeszły i Święta Wielkanocne, na które czekałam z utęsknieniem – musiałam sobie po ludzku dychnąć, a z resztą brakowało mi już czekolady – po raz ósmy w życiu byłam na detoksie 😀 Cudowny traf chciał, że świąteczny Poniedziałek dopisał cudowną pogodą – pojechaliśmy na widokową objazdówkę w Pieniny. Tak, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale żeby nacieszyć oczy widokami i podładować baterie. A widoczność zapowiadała się wprost kosmiczna! Wymarzyłam sobie obczaić nową miejscówkę – punkt widokowy w Czarnej Górze. TO MIEJSCE MNĄ WSTRZĄSNĘŁO. Dodam, że TAK BARDZO zaaferowałam się widokiem na Tatry, że aż wracając do auta – na asfaltowym prostym parkingu! – potknęłam się o własne nogi, rozwalając spodnie i kolano, niczym pięcioletnie dziecko! Powiem więcej – będąc dzieckiem, nie miałam takich przypałów z wywalaniem się, rozbijaniem kolan czy spadaniem ze schodów!

To wszystko przez zachwyt. Absolutnie wszystko!!!

Widok na Tatry z Czarnej Góry.

Coś czuję, że kiedyś czeka mnie tam wschód słońca 😉 Będę musiała jednak zawiązać porządnie buty, bo szkoda kolejnych portek! Kolan w sumie też.

Tak w ogóle, to Pieniny są dla mnie niesamowitą krainą – pełną widokowych zakamarków. Zjeżdżam trochę z głównej drogi, porzucam auto na poboczu i idę w stronę gór – innego świata nie widząc. Właśnie, co lepsze – nawet człowiek się nie zmęczy, bo w wiele miejsc zajedzie się autem. Polecam! 😀 marzy mi się również wziąć rower i dryłować do upadłego. Tzn do kolejnego punktu widokowego, który już za chwilę. 😉

Cóż.

Nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, aż stopnieje śnieg, błoto wyparuje w kosmos, zazieleni się trawa i zakwitną drzewa. Powiedziałabym nieładnie, ale ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia: Wiosno, przyjdź!

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2020.

Rok 2020 zbliża się ku końcowi. Jak co rok siadam do krótkiego podsumowania, a przede wszystkim poukładania sobie w głowie tego, co mi przyniosło ostatnie 365 dni, w tegorocznym wariancie – z dodatkowym dniem przestępnym. Poukładanie to jedno, a drugie – jako-takie ogarnięcie archiwum zdjęć, których przez cały rok uzbierało się – w sumie średnio, bo koło 7700 sztuk.

Jak dla mnie 2020 – wcale nie był zły, był po prostu inny. „Sytuacja jest dynamiczna” – to jest to, czego nie tylko mnie, ale i myślę większość z nas nauczył. Plany planami, ale jak w sucharze: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” JAK TO SIĘ PIEROŃSKO SPRAWDZA! Niewyobrażalnie!

Ten rok naprawdę pokazał kruchość ludzkich planów. Trzeba się było przestawić i dostosować do rzeczywistości, która z tak zwaną „normalnością” niewiele miała (i nadal ma) wspólnego. A ja, z racji swej wielkiej elastyczności po prostu płynęłam na fali.

Jeszcze w lutym żyłam myślą, że jeszcze dwa miesiące i znowu polecę do Gruzji, gdzie czeka mnie gorący sezon, pełen wypraw i przeżyć. Nie nastawiałam się na sezon w Polsce, nie sadziłam arbuzów z myślą, że przecież mnie nie będzie, więc kto o nie zadba? Potem świat stanął do góry nogami i wszystko zmieniło się jak w kołowrotku. Od marca byłam bez pracy, bez perspektyw – nie wiadomo było, czy do Gruzji pojadę, czy zdąży się ustabilizować – więcej pytań, niż odpowiedzi. Ludzie pytali mnie: co z Gruzją, co z wyjazdem? A ja cóż miałam zrobić – nikt z nas nie wiedział, co przyniesie czas.

Siedziałam więc w domu, posadziłam w końcu te arbuzy, z oddaniem wyżywałam się w ogródku, kuchni, jak szalona jeździłam na rowerze (kiedy zamknęli lasy, jeździłam do piekarni okrężną drogą), chodziłam na zdjęcia tuż po wschodzie słońca – idealny czas. A że wiosna, a zwłaszcza kwiecień, który buchnął całą swą mocą – była przepiękna, nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. Jeszcze bardziej niż dotychczas nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy.

W połowie maja poszłam do pracy – w końcu ile można siedzieć w domu 😉 Czas nagle przyspieszył. Życie znowu zaczęło się kręcić w rytmie od 8 do 16 i byle do piątku, z nagłym przypływem energii w każdy dzień wolny, byle wykorzystać jak najwięcej. Ewentualnie latem dzień na tyle długi, że aż miło siedzieć i robić coś na polu do 21. Pielęgnowałam arbuzy, robiłam w ogródku, dalej kręciłam kilometry na rowerze – jak wspaniale można wykorzystywać dni, gdy są takie długie! (Nie to, co teraz, zimą – pociesza mnie jednak fakt, że z każdym dniem jest coraz jaśniej – byle do wiosny!)

Ogólnie wszyscy na urodziny czy święta i nowy rok życzą mi „jeszcze więcej wyjazdów i zdjęć górskich”. Wspaniale, tego nigdy dość! Naprawdę mam jednak to olbrzymie szczęście, że mieszkam we wspaniałej lokalizacji i w góry nie mam daleko, prócz wyjazdu w Pieniny wszystko to były jednodniówki. W tym „feralnym” 2020 roku w górach spędziłam (aż? tylko?) 18 dni. Jak dla mnie – to wspaniały wynik. Na rzecz dzikich wojaży i swoich wyjazdów zagranicznych nadrobiłam w Tatrach – czego tak bardzo brakowało mi, kiedy dwa lata siedziałam na Kaukazie. Ooh, i to jak mi tego brakowało! Szczyrbskie Jezioro w styczniu, Babia w lutym, Pieniny w marcu, w lipcu Zielony Staw Kieżmarski jako rozgrzewka dla tatrzańskiego sezonu, potem Szpiglas i Rysy, sierpień Granaty, Kozi i Babia, wrzesień 3 dni w Pieninach, Kościelec i Jagnięcy, w październiku byłam na Pilsku, listopad to Czerwone Wierchy i Krzyżne, w grudniu na deser zimowa Świnica – uzbierało się tego! CZEGO CHCIEĆ WIĘCEJ?!

Gór było dużo, nie mam na co narzekać, gorzej z ogólnym podróżowaniem, którego czuję wielki niedosyt. Co śmieszne – najdalej w tym roku byłam we Wrocławiu (Słowacja dwa razy bliżej), a w Krakowie – raz? Śnią mi się po nocach – dosłownie! – uliczki i zakątki Tbilisi, Erewania czy Baku, przytulne knajpeczki, tęsknię za ławeczką w Meteo czy herbatą z oblepichą w kontenerach pod Elbrusem, mam wrażenie, jakby „tamte czasy” były lata świetlne temu, niewyobrażalnie dawno temu, aż nieprawdopodobne, że jakaś Aga z zadupia Małopolski, gdzie nie sięgają latarnie była w takich miejscach i tyle przeżyła… ale jakoś tak staram się to sobie tłumaczyć, że co się odwlecze, to nie uciecze i tam wrócę. Przeszła mi faza nadmiaru, wyczerpała się do cna, odbiłam się od niego i znowu zaczęłam tęsknić. To jak z trudną, głupią miłością, której nie idzie wytłumaczyć w sposób racjonalny. Dużo bym dała teraz, by kupić sobie w budce na Didube mchlowani za 2 lari, ale jestem pewna, że gdy w końcu nastanie ten czas, to jedząc je w marszrutce popłaczę się ze szczęścia. Wydaje mi się, że ten rok nauczył ludzi doceniać to, co mają, bo gdy nagle – z przeróżnych powodów – zostaje się tego pozbawionym, wtedy widzą, jak wiele by dali, by było jak kiedyś.

Trzeba marzyć. Wciąż, uparcie, nieustannie. A kiedy nie można tego mieć – oglądać stare zdjęcia i wspominać. Utrzymywać stały żar, by kiedy w końcu nastanie moment powrotu, z radością otworzyć duszę na nowe doświadczenia. Powiedziałam sobie kiedyś, że po trzecim sezonie w Gruzji będę na tyle bogata w przeżycia, że będę mogła zabrać się za pisanie książki. Cóż. Trzeciego sezonu może nie było i nie będzie, ale w zamian ten rok dał mi coś innego, nie mniej bogatego w przeżycia. ZAWSZE jest COŚ ZA COŚ. Nie było Kaukazu, były Tatry, nie było chinkali, były pierogi z borówkami… i tak dalej. Tak to sobie wszystko staram tłumaczyć swym chłopskim rozumem.

Jeszcze bardziej niż rok temu doceniam fakt naszego powrotu z Gruzji do Polski autem – 4 tysiące kilometrów przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Zwłaszcza Turcję wspominam z rozrzewnieniem. Jakaś knajpa w mieście bez nazwy, gdzie nie mogliśmy się dogadać z obsługą, ale za to gdzie zjadłam najpyszniejszą zupę z soczewicy i kebaba z makaronem (!) na świecie, balony o wschodzie słońca w Kapadocji, Stambuł – bakławę, sok z granatów i setki kotów na ulicach, ukłucie żalu z powodu filiżanek, które chciałam kupić, ale brakło mi kasy… W ogóle na wspomnienie jedzenia, jakie miałam okazję próbować, robię się głodna.

Świat w 2020 roku dał nam szansę zatrzymać się na chwilę. Prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca – podpisuję się pod tym tekstem rękami, nogami i wszystkimi trzema tysiącami piegów na gębie, choć prawdę mówiąc wolę wschody.

Uwierzcie mi, że wybrać TOP-12 zdjęć tego roku było mi BARDZO ciężko – ze względu na bogatą tematykę doświadczeń 😀 Samych ujęć Babiej Góry z Witanowic miałabym co najmniej 5, widoków z Jagnięcego Szczytu spokojnie uzbierałabym z dziesięć, nie mówiąc ogólnie o tatrzańskich czy pienińskich pejzażach, liczonych w dziesiątkach, jeżeli nie setce, a gdzie jeszcze sarny zza miedzy, łabędzie znad stawów i cała horda motyli i pszczół z kwiatowymi aranżacjami wprost z ogródka? Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2020:

Z moich zeszłorocznych postanowień (były ze trzy, w tym jedno wielkie podróżnicze – haha) udało się spełnić tak naprawdę jedno: chciałam notować wszystkie książki, które czytam – ciekawiło mnie, czy podołałabym wyzwaniu „jedna książka tygodniowo”. Okazało się, że przeczytałam ich całe 63! Nie jestem statystycznym Polakiem i co więcej – nawet zawyżam średnią! ❤

A arbuzy w tym dziwnym roku 2020, mimo późnego sadzenia, plagi ślimaków i naprzemiennych ulew i suszy – urosły wyśmienite. Może nie większe, ale na pewno słodsze niż z Biedronki. Prawdziwe wyzwanie na rok 2021? Wyhodować jeszcze większe i jeszcze słodsze arbuzy! I to jest jedyne realne postanowienie, którego jestem pewna, że je podejmę! 😀 Reszta wyjdzie w praniu. SYTUACJA JEST I ZAPEWNE PRZEZ JESZCZE DŁUGI CZAS POZOSTANIE DYNAMICZNA.

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Co się odwlecze, to nie uciecze. Życzę Wam też dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało 😉 Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)