Dzikie wojaże

Urodzinowy Kijów.

13.12 w Polsce to rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego: demonstracje i burdy, norma. W Rosji obchodzony jest dzień Niedźwiedzia, a w Anglii dzień Świątecznych Sweterków. Ja obchodzę dzień siana w głowie i przy okazji swoje urodziny.

Z racji tego, że moje urodziny są w grudniu, na bukiet niezapominajek lub innych polnych kwiatów raczej nie mam co liczyć, sama muszę zapewniać sobie atrakcje. A że najlepszą dla mnie atrakcją jest spakować mały plecak i ruszyć w siną dal… To sobie pojechałam. A tak właściwie – poleciałam.

Żeby było śmieszniej, towarzyszką moich urodzinowych wojaży jest już zawsze od paru lat moja Siostra Ewelina, która swoje świętuje 5 dni po moich, w dzień urodzin Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili, czyli 18,.12. 😀

Wrzuciłam na instagramową relacje zdjęcie paszportu z podpisem i krótką ankietą: No to fru! Jedyny słuszny kierunek – na Wschód! Gdzie lecę? A) Ukraina B) Rosja C) Gruzja . Co najśmieszniejsze, najwięcej osób zagłosowało na państwo na literę G. Połowa mniej – na Rosję (oj tak, tam to bym sama chciała lecieć, ale jest jak jest….), a najmniej na Ukrainę. A to tam właśnie leciałam.

IMG_20191215_122000.jpg
Urodzinowy wypad Sióstr.:)

Ukraina jest świetna! Byłam tam już po raz piąty, więc wiem, co mówię. 🙂 Miałam jechać do Lwowa, ale że mój Brat kategorycznie stwierdził, że on już autobusem na Ukrainę nigdy więcej nie pojedzie, zaczęłam szukać połączeń samolotowych. A propo’s szybka dygresja: przypomnę szybko, dlaczego Mateusz zraził się do podróżowania autobusem. Gdy jechałam z nim do Kijowa w czerwcu 2017 roku, był to czas, gdy Unia Europejska zniosła wizy dla Ukraińców. Był ich cały autobus, a na przejściu pomiędzy naszymi państwami niewyobrażalne korki. Mieliśmy być w Krakowie na 7:00, byliśmy o 19:20, na granicy spędzając całe 12 godzin, z czego podróż z Kijowa do Krakowa zamiast 11 godzin, trwała prawie dobę. Mieliśmy po jednej drożdżówce, które skonsumowaliśmy dość szybko, nawet nie przypuszczając, że czeka nas tak długie oczekiwanie, potem zaczęliśmy jeść batoniki czekoladowe, które wieźliśmy dla naszej Siostry i całej bandy, a kończyło się na zapychaniu cukierkami, bo nic więcej już nie mieliśmy. Mnie ta historia szczerze rozbawiła, choć tak naprawdę wtedy nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy raczej płakać, a Mateusz, jak widać, zraził się na amen.

No więc zaczęłam szukać połączeń samolotowych. Okazało się, że z Balic do Lwowa nic nie lata, ale jest za to Kijów. Hm. Niby po raz trzeci w przeciągu 2,5 roku, Mateusz też już był, no ale… Kijów jest w moim ścisłym TOP-3, więc polecieliśmy, takie miasta się nie nudzą. A dla Eweliny i tak wszystko było nowe.:)

_DSC4777.JPG
Matka Ojczyzna i czołgi z Donbasu

Kijów to miasto z długą i niesamowitą historią. Niemalże na każdym kroku czekają różne pamiątki przeszłości: od starodawnej stolicy Rusi Kijowskiej (IX-XII wiek), poprzez okres, kiedy to miasto należało do Wielkiego księstwa Litewskiego, czyli wielikoj Polszy od morja do morja, poprzez szarobury, ale kwiecisty socjalizm, aż do uzyskania swobody po upadku Związku Radzieckiego, wolność o całkowitą niezawisłość, wreszcie przejmujące wydarzenia z 2014 roku kiedy to Kijowski Majdan był na ustach całego świata. Już podczas pierwszego wyjazdu największe wrażenie zrobił na mnie właśnie Majdan Niezależności. Tym razem pogoda nie była tak szałowa jak poprzednio, ale to miejsce ma naprawdę taki klimat, że odczuwa się go nawet, gdy ziąb i mgła. A może wtedy nawet jeszcze bardziej.

Obowiązkowym punktem wyprawy było odwiedzenie Kijowsko-Pieczerskiej Ławry.  O matko. Ile ja się o tym miejscu musiałam czytać na zajęciach z literatury staroruskiej!! Albo historii Rusi!! Niesamowite, zobaczyć na żywo miejsce, tak ważne dla kultury i historii nie tylko Rusi Kijowskiej (dzisiejsza Ukraina, Rosja i Białoruś), ale i Europy i świata!! Także to miejsce również z typu „must see”, nie nudzi się!

Ławra, zwana „matką monasterów”, jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. Pamiętam, jak w czerwcu w sadzie tuż za Ławrą gałęzie czereśni uginały się od owoców. Tym razem aura troszkę inna, ale jakby specjalnie na okazję mego powrotu do tego miejsca, w niedzielę wyszło piękne słońce i mogłam powtórzyć zdjęcia. Jak widzicie, ja naprawdę lubię wracać tam, gdzie już byłam i nic na to nie poradzę!

_DSC4757.JPG
Ławra Kijowsko-Pieczerska, widok z dzwonnicy. 

Co ciekawe – na przełomie ostatnich 2 lat Kijów znacznie podrożał. Pamiętam, że w 2017 za wstęp do Ławry (Dzwonnica) płaciłam 35 hrywien, w tym roku już 50. Jeden przejazd kosztował 4 hrywny, a dziś już 8 – raz tyle! Mimo to wszystko Ukraina jednak nadal jest tania, bo za wielką siatkę cukierków i czekoladowych Dedów Marozów na choinkę zapłaciłam niecałe 30 zł. I oczywiście nie obyło się bez zakupu sgusionki (mleko skondensowane z cukrem, gotowe do spożycia, najlepsze do naleśników, cała moja rodzina tak je). Wzięłam od razu 3, bo to moja choroba – a co by było, jakby w lodówce zabrakło mi sgusionki?! Może masła i jogurtów, ale nie mojego wschodniego przysmaku! 😉

Była jednak jedno nowe miejsce, którego poprzednim razem nie widziałam. Kijowski odpowiednik WDNH, a raczej WDNG, czyli w skrócie Centrum Wystawienniczego. Tym moskiewskim byłam tak zachwycona, że musiałam je zobaczyć w świetle nocnym, jak i wrócić na kolejny dzień; nie inaczej stało się tym razem. 😀 Nie wiem, czy przyciągnęło mnie tak samo miejsce i jego sowiecki klimat, czy swoje trzy krople dodał jarmark bożonarodzeniowy i grzaniec. HIT! Grzaniec z białego wina, z imbirem i rokitnikiem (który ubóstiwam prawie jak sgusionkę)! Tak, to zapewne podświadomie dla niego tam wróciłam. 😉 Bo przecież jak wyjazd urodzinowy, to musiałam sobie wypić na zdrowie, a jak. Nie obyło się również bez wizyty w słynnej już także w Polsce ukraińskiej knajpie Pijana Wiśnia. Serwują tam jeden produkt: nalewkę wiśniową. 100 lub 150 ml. To też było hitem.:) A’propos: Ukraina jest prawosławna, świętować zaczyna 31.12 (bo Nowyj God), a Boże Narodzenie obchodzi dopiero 7.01, tym bardziej się cieszyłam, że jarmark już był i mogłam poczuć ten piękny klimat oraz napić się grzańca z rokitnikiem 😀

IMG_20191213_173024.jpg
Grzaniec z białego wina z imbirem i rokitnikiem.

3 dni w Kijowie minęły jak z bicza trzasnął i trzeba było wracać do polskiej rzeczywistości. Kto nie był jeszcze w stolicy Ukrainy, a ma jakiekolwiek wątpliwości, to podpisuję się rękami i nogami, że naprawdę warto, nie pożałujecie! Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania co do organizacji takiej wycieczki – śmiało, służę radą.:)

PS. A jeżeli chcecie sobie porównać, jak Kijów wygląda w połowie czerwca, zapraszam tu: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/kijow/

PS2. Mój drugi wyjazd do Kijowa był tylko przystankiem do Czarnobyla, a tekst tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2018/03/27/ekstremalnie-czarnobyl-i-prypec/

 

Dzikie wojaże

Swobodne zapiski z dzikich wojaży

Hej! Pozdrowienia z Witanowic! Jestem już w domu! 🙂 Po długich wojażach i powrocie do Polski samochodem z Gruzji, wreszcie jestem w domu, uf.

Mój tegoroczny powrót do domu, całe 3800km rozłożony został na kilka dni. Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2019-10-20 195050.jpg
Trasa naszej podróży do Polski. 

Z reguły jechaliśmy według zasady: cały dzień jazdy do bólu, a kolejny dzień odpoczynek i zwiedzanie. W ostatnim etapie nieco przyspieszyliśmy i ciachnęliśmy dwa dni jazdy pod rząd, by już szybciej znaleźć się w Polsce, w domu. Im bliżej, tym więcej myśli i ochoty, by po prostu już wrócić. Gdy przekroczyliśmy granicę Turcji i Bułgarii, zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już  P R A W I E  u siebie, gdy przejechaliśmy tzw Most Przyjaźni, oddzielający Bułgarię od Rumunii odśpiewałyśmy hymn Unii Europejskiej, na widok Lidla prawie się popłakałam, a potem to już po prostu poszło.

Podczas całej podróży prowadziłam swoje swobodne zapiski, dzięki którym udało mi się zachować jaki tako chronologię wydarzeń. I myśli. Czytajcie! :))))

Dzień 1, 14.10.2019:

Tak właściwie nasza długa droga do domu rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 12.10, kiedy opuściłyśmy Kazbegi, ale po dłuższym posiedzeniu w Tbilisi, w poniedziałek z rana wyjechaliśmy w stronę Batumi z przystankiem w Kutaisi; w sumie do pokonania 350km. Dalej nie zmieniłam swojego zdania na temat tego prowincjonalnego miasteczka, głównym celem którego jest lotnisko, a atrakcją fontanna z jelonkami na wybrukowanym rondzie w centrum. Nie przemawia do mnie, podobnie jak i z resztą groteskowe Batumi. O tak, groteskowe to dobre słowo. Wybujałe budowle pośrodku kamienistych plaż, kasyna co dwa kroki i syf jak to w Gruzji.  Może to już zmęczenie materiałem, ale strzelam focha na propozycję spędzenia jednego dnia dłużej na wybrzeżu Morza Czarnego, straszę opuszczeniem granicy na pieszo, byle znaleźć się już dalej od Gruzji. Czas na ostatnie zakupy, a dodatkowo chaczapuri po adżarsku dawkowane w ilości jedna sztuka na jeden sezon smakuje wyśmienicie, jak nigdy.

Dzień 2, 15.10.2019:

Popędzam wszystkich; perspektywa spędzenia jeszcze jednego dnia w Gruzji powoduje u mnie wzbudzoną nerwowość, naprawdę chcę już stąd wyjechać. Dodatkowo nie cierpię morza, więc to też mnie przeraża. Umawiamy się z Anią i Maćkiem, że wraz z przekroczeniem granicy w miejscowości Sapi przestajemy komentować nasz sezon, co było w Kazbegi tam i pozostaje, nie wymawiamy nazwy Gruzja, używając skrótu „państwo na G”, ogólnie przyjmujemy zasadę detoksu i dobrze nam to robi. Najlepsze dopiero przed nami i tego się trzymajmy, carpe diem! 🙂 Przez 300km jedziemy wybrzeżem Morza Czarnego, ten widok wcale nie działa na mnie kojąco, czytam, a raczej z pasją zaczytuję się w „Awiatorze” Wodołazkina i jakoś 900 km tego dnia przelatuje.

72960075_736699163471717_5596944541102899200_n
Maciek-kierowca, Ania-DJ i Agusia, królowa tyłów

Turcja zaskakuje od pierwszego wejrzenia. DUR to po ichniemu STOP, a TERESZKIER – dziękuję. Tyle z ich słownika udało mi się opanować. Aa, jeszcze YALA YALA, co znaczy szybciej-szybciej! Meczet znajduje się na niemalże każdej stacji benzynowej, raz, poszukując toalety otwarłyśmy jakieś drzwi i zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego w kiblu jest rozłożony dywan. Ups, to był meczet. Po drodze, pod wieczór zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpie na pierwsze spotkanie z turecką kuchnią: kebab przypominał mięso mielone w kształcie kiełbasy, był smacznie doprawiony i przede wszystkim nie śmierdział tak jak u nas na ulicy, więc spotkanie wypadło na plus, mimo, że nasza komunikacja zniżyła się do poziomu dna: oni do nas po turecku, a ja dostaję pomieszania umysłowego i z tej rozpaczy zaczynam do nich mówić po polsku: „Płow? Nie ma płowu? Nie ma? NIE MA?!” Okazało się, że faktycznie nie było.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już w nocy wjechaliśmy do Kapadocji, miasteczka Goreme.

Dzień 3, 16.10.2019:

Wczesnym rankiem obudziło mnie nawoływanie muzeina z pobliskiego meczetu do modlitwy. A tak właściwie jego darcie: wibrująco-świdrującym głosem, rozrywającym nocną ciszę. Witamy w muzułmańskim kraju, to taka Kabardino-Bałkaria do kwadratu. Było po 6, podrzemałam jeszcze chwilę, ale dziwne dźwięki jakby gazu nie pozwoliły mi pospać. Wyjrzałam przez okno i przetarłam oczy ze zdumienia: na niebie unosiły się dziesiątki balonów! Witamy w Kapadocji! Siedziałam jak zaczarowana, by nie budzić towarzyszy nie wychodziłam z pokoju, z perspektywy czasu tego żałuję, że nie poszłam na taras – nie mam dobrych zdjęć, ale w każdym razie co widziała panienka z okienka – to jej!

Cały dzień poświęciliśmy na niespieszne plątanie się po Kapadocji: miasteczku Goreme i Uchistar, nad którym króluje twierdza, położona na wzgórzu. Jest to definitywnie niesamowita kraina, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO zarówno pod względem kulturalnym, jak i przyrodniczym . Tufowe stożki zostały w dawnych czasach wykorzystane jako miejsce na klasztory, kościoły i domy, tworząc cały system podziemnych, skalnych miast. Upliscyche z państwa na G wymięka. 😉 Księżycowa kraina, zadziwiające. 

 

 

Dzień 4, 17.10.2019:

Do pokonania ponad 750 km, trzeba jednak przyznać, że tureckie drogi są w świetnym stanie. Kończę czytać „Awiatora” i nawet nie zauważam szybkiego upływu drogi. Zatrzymujemy się na kawę, szukamy sklepu i dochodzimy do wniosku, że w Turcji chyba jest prościej kupić traktor, niż zwykły jogurt. Mniej więcej w połowie obserwujemy przedmieścia Ankary, stosy nowych osiedli z kształtnymi domkami i masę innych budujących się konstrukcji. Tak, Turcja to kraj dobrze rozwinięty. Zupełnie, totalnie wbrew stereotypom!!! Jest dwa razy większa od Polski, zamieszkuje ją 80 milionów mieszkańców i co ciekawe – jest samowystarczalna niemalże pod każdym względem. Turcy mają upodobanie do białych samochodów, na widok bogatych i olbrzymich meczetów u ojca Rydzyka wystąpiłyby palpitacje serca, jednym słowem – mają rozmach, ni ma co. Węzły drogowe, mosty, tunel pod Bosforem – jedno wielkie wow, wow, wow.

Wieczorem dojeżdżamy do Stambułu, by dostać się do hotelu tkwimy w korkach, dzięki którym mamy szansę zaobserwować i zadziwić się tym miastem jeszcze nawet nie wysiadając z samochodu. Stambuł zamieszkuje ponad 15 milionów ludzi i to po prostu widać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim mieście. Big city life na pełnej petardzie.

Dzień 5, 18.10.2019:

Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam.

 

Starożytne miasto Bizancjum, przemianowane później na Konstantynopol, na pograniczu dwóch kontynentów i dwóch kultur. Europa kontra Azja, chrześcijaństwo kontra islam. Sny o potędze, miasto rodem z baśni o 1000 i jednej nocy. Pamiętam lekcje historii, kiedy pani opowiadała o największej świątyni o dźwięcznej nazwie Hagia Sofia, którą w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono na meczet. Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet, ale w środku nie robi jakoś olbrzymiego wrażenia. Grand bazar to znowu miejsce prawdziwie arabskie, jak z wschodniej baśni – mieszanka kultur, zapachów, smaków. Głosy, barwy, aromaty i znowu ten potrzepany muzein, który drze się na pół miasta, a jego wibrujący głos echem odzywa się w kolejnych meczetach!!! Wrażenia niezapomniane.

_DSC3296.JPG
Koloryt Stambułu.

Wieczorem płyniemy promem po Bosforze: to cieśnina geograficznie oddzielająca kontynent europejski od azjatyckiego, na granicy mórz Czarnego i Marmara, będącego częścią Śródziemnego. Geograficznie i tylko teoretycznie, bo bywając na Kaukazie i wchodząc na Elbrus wiem, jak z tą Azją i Europą bywa. Nie wspominając o granicy kulturowej. A tak w ogóle jakie to jest wspaniałe – ucząc się o tym w szkole 15 lat temu w życiu bym nie powiedziała, że kiedyś zobaczę to na własne oczy! I będę się zastanawiać, czy podręczniki mają rację. Pierwszy most łączący Bosfor wybudowano w 1973 roku (dopiero!), ma długość 1000m, a codziennie przepływa pod nim około 160 statków. A’propos jeszcze Bosforu – największym hitem na promenadzie są budki, gdzie można kupić kanapki z wędzoną rybą. Po prostu kawał buły jak do hot-doga z listkiem sałaty, na który kładą rybkę, wyłowioną chwilę temu z morza. Ponoć smaczne, ale nie miałam odwagi spróbować, nie przepadam za takimi nowinkami 😉

Nade wszystko inne jednak – Stambuł to miasto kotów. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś o nich film i tak samo nawet bym nie pomyślała, że będzie mi dane sprawdzić prawdziwość tych scen w realu. „Kedi – sekretne życie kotów” – polecam, piękny film. Koty to naprawdę pełnoprawni mieszkańcy tego miasta. Są ich całe setki! Na ławkach, w parkach, na promenadzie, w restauracjach i hotelach; wylegują się, przeciągają w ciepłym słońcu, ludzie je dokarmiają, głaszczą – i dbają. Są czyste, zdrowo tłuściutkie,  widać, że Turcy je lubią. (za co ja też ich już lubię!) Raj dla kociej mamy, takiej, jak ja!

A, ciekawostka. W 1855 właśnie w Stambule swój żywot skończył nasz narodowy wieszcz, Adaś Mickiewicz.

Dzień 6, 19.10.2019:

Z samego rana, poniekąd chcąc ominąć dzikie korki, wyjeżdżamy ze Stambułu i kierujemy się z stronę granicy z Bułgarią. Gdy z daleka widać już powiewającą flagę Unii Europejskiej, zaczynam mieć wrażenie, jakbym była już NIEMALŻE w domu. Zanim jednak opuścimy Turcję, na granicy każą nam wypakować wszystkie graty z auta, poczekać, a samochód ma jechać na prześwietlenie. Ech, gdyby to było takie proste: „wypakować bagaże”: jest ich cała kupa na nasze trzy osoby, z czego Maciek jest chociaż jakoś zorganizowany, a my z Anią mamy po trzy plecaki i pięć reklamówek, z których wszystko się wysypuje 😀 ludzie patrzą na nas jak na jakiś dziwaków: co to, w Turcji na 4 dni, a tyle rzeczy, skąd??? Nie było wypisane na naszych twarzach, że wracamy do Europy po ponad pół roku i jeszcze wielkim shoppingu w Stambule, prawie jak uchodźcy, córki marnotrawne ;). Auto pomyślnie przechodzi rentgen i ruszamy! Zanim przekroczymy granicę bułgarską, jeszcze jedna szybka formalność: dezynfekcja samochodu. Jest to groteskowo zabawne: płacisz 3 euro za jeden psik ze spryskiwacza w szyby. Kolejne zabawne zjawisko czekało po drugiej stronie Bułgarii, na granicy z Rumunią: opłata 6 euro za przejechanie mostu. W skrócie przez Bułgarię mkniemy jak rumak na stepie z jedynym przystankiem na przysmak lokalnej kuchni, sałatkę szopską. Na wieczór jesteśmy już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Aa, na widok Lidla mam łzy wzruszenia w oczach. Głupie, ale prawdziwe!

Dzień 7, 20.10.2019:

Po Stambule już nic mnie bardziej podczas tej podróży nie zaskoczy, a na pewno tym miejscem nie będzie Bukareszt, stolica Rumunii, przypominająca prowincjonalne polskie miasteczko pokroju Łodzi czy Kielc. Nie mam żadnych oczekiwań, a tak właściwie to nawet mi się nie chce. Mogę określić to miasto trzema słowami: secesja, dekadentyzm i marazm. A mimo to jest w pewnym stopniu ciekawe. Kluby nocne ze striptizem na każdej uliczce, masa antykwariatów, po prostu brakuje tu klimatu i na co zawsze zwracam uwagę – kolorytu. Już nawet nie mam weny na chodzenie po mieście: coraz bliżej domu, niemalże na przedmieściach Polski to już się tylko o jednym myśli: byle szybciej, byle już dojechać!  W każdym razie Bukareszt ma zauważalny w sobie olbrzymi potencjał:  jak obudzi się po komunistycznym śnie dyktatury Ceausescu’a, trwającym definitywnie za długo, za kilka-kilkanaście lat może stać się piękną perełką na mapie Europy Środkowo-Wschodniej!

Dzień 8, 21.10.2019:

Jedziemy przez Rumunię. Swojsko, przyjaźnie, mimo, że wszystkie widoki podziwiamy zza szyby samochodu. Zbaczamy z autostrady, by przejechać rozsławioną Trasą Transfogarską. Liczy 151 km długości i po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, osiąga wysokość 2042 m n.p.m.. Widoki piękne, późna jesień, ale składane serpentyny nie robią na mnie tak przerażającego wrażenia jak na innych, opowiadających o nich. Stwierdzam w duchu, że po Gruzji to jestem zobojętniona na zawijasy, prędkość na drodze i kilka innych rzeczy. 😉 w każdym razie Rumunia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie – będzie trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na eksplorację jej górzystych terenów – w końcu to piękne pasmo Karpat! Postanawiamy tego dnia cisnąć do bólu, Węgry przejeżdżamy już po ciemku i przed północą meldujemy się w robotniczym hostelu w Koszycach na Słowacji. Wiem, że od domu dzielą mnie niecałe 4 godziny. Zasypiam z myślą, że to ostatnia tułacza noc – kolejną owinę się już swoją pierzynką.

Dzień 9, 22.10.2019:

Zrywam się skoro świt. I myślę tylko o tym, by już być w domu. Granicę Polski razem z Anią przebiegamy – i obie mamy łzy wzruszenia w oczach. Jaka ta Polska jest piękna… Gdy widzę znak rzeki Skawa, ze śmiechem stwierdzam, że teraz to już nic by mnie nie powstrzymało, bo mogłabym sobie skleić tratwę i wraz z nurtem rzeki spłynąć do Witanowic, mimo, że nie cierpię wody. Albo zaszłabym na piechotę! Zesraj się, a nie daj się! Całe szczęście Maciek odstawia mnie jednak samochodem, w sam raz na obiad. I jem tą pomidorówkę, a w duszy beczeć mi się chce ze szczęścia.

Wiecie co? Wszędzie dobrze, naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Ale w domu najlepiej. Pod każdym możliwym względem.  Każ-dym. Przeżyłam tak jakby dwie wiosny, teraz wróciłam na drugą jesień – tylko lato jakoś mnie ciągle omija, bo znowu zima przed nami!

Długi powrót do domu tak naprawdę uświadomił mi, jak wiele mnie od niego dzieliło. Wiele kilometrów i wiele różnic: czasowych, kulturowych, mentalnych, gospodarczych, wszelakich. Że to fakt, są 3 godziny samolotem, ale kilometrów tak czy siak pozostaje prawie 4000 i to wcale nie jest takie hop-siup. Całe piękno właśnie właśnie w tej drodze i jej odczuwaniu!

Teraz przychodzi pora na nadrabianie zaległości wszelakich: kulinarnych, towarzyskich i każdych innych. Znikam na jakiś czas!:))))

PS. I już planuje kolejne dzikie wojaże, a jak!!! 😉

Dzikie wojaże

Śpiewa Ci obcy wiatr…

Ostatni dzień w Kazbegi w tym sezonie. Cała ekipa zgodnie opuszcza dziś wieczorem miasteczko, by udać się Tbilisi i pierwsze co zrobić jutro z rana, 13.10.2019, to skierować się na wybory. 170 km do najbliższego lokalu wyborczego – to się nazywa poświęcenie! Nie mówcie więc, że Wam się nie chce podjechać i zagłosować – marsz na wybory, zmienić Polskę – by było gdzie wracać z Gruzji.:)))

Przeleciał ten sezon jak szalony. Ponad pół roku pełnych wrażeń i przeżyć  – czuję się trochę wyprana z flaków, może nie tyle fizycznie, bo po górach to ja mogę śmigać, ale przede wszystkim psychicznie. Wiadome, wszystko ma swoje plusy i minusy – ceną niezapomnianych doświadczeń jest bałagan w pokoju, brak ochoty na jedzenie (bo przecież i tak nie zjem nic dobrego) i chroniczny brak snu. Aa, zapomniałabym: jeszcze bycie pogodynką. Maksymalne wychodzenie poza strefy swojego komfortu i minimalizowanie swoich potrzeb. Jedyne, o czym teraz marzę, to przytulić się do pierzynki w swoim małym pokoju. I mruczącego kotika w swoich nogach. Prawda, nie ma lekko, ale mimo wszystko – i ciągle – nadal warto. Góry są w stanie wynagrodzić może nie wszystko, ale wiele.

Ten sezon upłynął dla mnie pod znakiem głównie gór wysokich: Kazbeku i Elbrusa. Z góry na dół, szczytując dobrych kilka razy. 😀 w zupełnie różnorakich warunkach. Była lampa, żyleta, pizgawica, chmura, mleko – naprawdę: do wyboru, do koloru. Każdy raz jedyny i niepowtarzalny. Najlepiej wspominam swoje ostatnie, wrześniowe wejście na Elbrus, kiedy to w trzech parach rękawiczek myślałam, że moje palce zaraz odpadną i zarzekałam swoje myśli, by nie oszalały i wytrzymały do wschodu słońca. Mega dumna jestem z pieszego wejścia, również na Elbrus – z 3700 na 5642, kiedy to przez moją głowę przetoczyła się cała playlista głupawych piosenek i jadłospis na cały miesiąc. A lipcowy Kazbek – każdy krok przeżyty całkowicie świadomie, przy najlepszych warunkach świata. Jednym słowem: zdjęciowo to mam z czego wybierać. 😉 Opowiadać też mogłabym bez końca, więc jeżeli tylko ktoś chciałby posłuchać, może wbić się do mojego grafiku na kawę 😀 Mam co wspominać!

_DSC2543.JPG
Wąwóz Khde. 

Także ostatnie dni, spędzone w Kazbegi, upłynęły bardzo intensywnie: testowaliśmy na własnych nogach trasy na nowy sezon. Odkrywanie nieodkrytego w okolicach. To, ile zobaczyłam – nie mieści się w jednej notce.:) Moim nowym hitem jest definitywnie widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek – zakochałam się! Będzie gdzie chodzić! Nie tylko pięciotysięcznikami człowiek żyje, prawda? 😉

Byłam jeszcze na górze za Gudauri, na której odbywają się pielgrzymki do klasztoru Lomisa, byłam raz jeszcze w Wąwozie Khde, którym zachwyciłam się na początku maja – tym razem dochodząc do lodowca Kibishi (cóż, do trzech razy sztuka! Kolejnym razem przejdę już do Juty 😉 ) a poza tym miałam okazję podziwiać Kazbek z każdej chyba możliwej perspektywy – co widać na kolażu ciut powyżej 😀

_DSC0597dd.JPG
Widok z góry Tsvevris Spantangelozismta na Kazbek.

Przede mną droga do domu. Jest taki wiersz, bardzo prawdziwy:

„Śpiewa Ci obcy wiatr,

Zachwyca wielki świat,

A serce tęskni…”

Cholernie tęskni. Za Domem, tym przez duże „D”, za wesołym rozgardiaszem, kiedy wszyscy jesteśmy razem, za widokiem Babiej Góry z okna, za Kotem, proszącym w środku nocy o jedzenie, bo miska jest już pusta, za mięciutką pierzyną, za sarnami w polach, za karpatką i szarlotką na kruchym cieście, za kubkiem krowiego mleka zamiast śniadania, za piwem z sokiem. Tęskni za tym wszystkim, o czym przez ponad pół roku nie dopuszczałam sobie do myśli, by nie przeżywać i – błędne koło – nie tęsknić. To był mój sposób na przetrwanie w tym kaukaskim piekiełku. Najbardziej stęskniłam się jednak za tymi, co na mnie czekają. Akceptując moje porywy serca, wszystkie dzikie wojaże i brak mojej obecności przy wszelakich pracach typu zaprawianie setek słoików przetworów na zimę, czy koszenie trawnika przed domem. Dziękuję. Nie jest łatwo czekać i myśleć o kimś, kto nigdzie miejsca zagrzać nie może, bo go ciągle nosi po świecie, jak nasionko, pchane na wietrze.

Mój rudy warkocz trochę już wyblakł od słońca, ogorzały od wiatru piegowaty pyszczek woła o nawilżającą maseczkę, po prostu chce się usiąść i nie myśleć o niczym. Bez żadnej playlisty i jadłospisu w głowie. I nie zrywać się w środku nocy z myślą, czy na pewno kierowca odebrał z lotniska grupę na Kazbek. Tak, to już najwyższa pora wracać do Polski.

_DSC1722.JPG
Gruzińska Droga Wojenna z innej perspektywy.

Dzięki uprzejmości Maćka, który dojechał z Polski aż do Kirgistanu, razem z Anią wracamy do Polski samochodem. Przed nami ponad 3 tysiące kilometrów. Kiedy przyjedziemy? Nie wiem, zupełnie nie mam pojęcia. Zależy, ile przystanków będziemy robić po drodze. Turcja, Bułgaria – a potem? Gdzie nas koła poniosą. Teoretycznie nigdzie się nam nie spieszy, możemy spontanicznie zmienić lub dodać coś do trasy. Jedno jest prawdą – coś się kończy, coś się zaczyna.

Ahoj, przygodo! Kolejne dzikie wojaże na horyzoncie!

Po kościach czuję, a intuicja myli mnie rzadko, że to będzie petarda!

 

Dzikie wojaże

Życie na wysokim poziomie.

Krok za krokiem. 

Powinnaś skupić się właśnie na krokach, ale w głowie cała sokowirówka myśli.

Skrzypi wóz, wielki mróz…

Noc…ty maja palavina…!

Ciepło.

Zimno.

Tylko do przodu.

Byle iść.

Bez sensu ten potok myśli!!

Ale znowu:

Gołąbki. Jak ja bym zjadła gołąbki!

(I doprawiła karpatką, aj, karpatka)

I znowu: skrzypi wóz, pada śnieg, pędzą sanie… 

Zauważyłam u siebie tendencję, że wraz ze wzrostem wysokości, kiedy inni czują się gorzej słabną, mi przybywa sił i energii. Najgorzej jest do 4500 😉 potem już i kroki, i myśli – spokojne, pewne. Bo im wyżej, tym lepiej. Niewiele mi do szczęścia potrzeba – ledwie kilka pięciotysięczników. 

_DSC5254
Widok trochę ponad tzw „Siodła”, które to rozdziela Elbrus na dwa wierzchołki: Wschodni (5621 м) i Zachodni (5642 м)

O 8:00 byłam na szczycie Elbrusa. Po raz drugi, nie ostatni!

Z tego wyjścia mogę być dumna. Na pieszo, będąc w marnych 20% ludzi, niekorzystających z ratraka. I jeszcze prognozy pogody były kiepskie – w ogóle się nie sprawdziły – miał pizgać dziki wiatr, a tu raczej lampa była. O godzinie 23:00 ruszyć z wysokości 3700m n.p.m., a 9 godzin później stać na szczycie.  Połowa grupy wykruszyła się po drodze i cały czas słyszałam tylko:

Chłopaki, damy radę, chłopaki…

Ej, a ja to co?! – wrzeszczę przez szczękościsk, a  kominiarka to jeszcze zagłusza.

-Ty? Jesteś ponad podział!

Czyt. Agusiu: ty to jesteś jakaś inna, świr, narwaniec i w ogóle bez sensu!

A przed 12 znowu byliśmy w bazie na 3700m. Kawał drogi, dryłowanie góra, dół… W drodze powrotnej z każdym metrem niżej robiło się coraz gorącej, pozbywałam się tylko co chwila kolejnych warstw, a od tego wszystkiego to aż zgłodniałam jak dziki wilczek (Niestety nie było gołąbków, ale wybór padł na też nietypową jak na mnie potrawę, bo kurczaka w sosie śmietanowym, czyli naprawdę jak dla wilka. Mnie to trzeba porządnie przegonić po górach, bym przedłożyła słodycze na konkrety! Jak mawiał mój Dziadek Edek: muszę się przelecieć, by zacząć jeść 😀)

_DSC5041
Elbrus-Krasaviec z Czegetu.

Ok, Elbrus, a jak do tego doszło?

8.07 przyjechałam z grupą na pełną aklimatyzację. Za ten czas mieliśmy wszystkie cztery pory roku i przewyższenia rzędem ponad 3500m. „Z góry na dół, jak z jedenastego piętra” 😉

Stopniowe zdobywanie wysokości, z każdym kolejnym dniem stopniowa zmiana trudności – to się nazywa przygoda! Był wodospad Dzieviczyje Kosy, przypominający rozpuszczone warkocze dziewczyny, było Obserwatorium, z którego widać czubek Uszby, był mój ulubiony Czeget, z którego widać dwustożkowy Elbrus – wtedy pogoda dopisywała idealnie, za to, gdy kolejnego dnia przemieściliśmy się wyżej, w stronę Garabaszy i naszej bazy, zaczęło pizgać i wyć wiatrem, pluć śniegiem – warunki iście piekielne. Gdy szliśmy na aklimatyzację na Skały Pastuchowa, w pewnych momentach ciężko było ustać na nogach, nie wspominając o założeniu raków. (Wesołe to było.) Dlatego też prognozy na atak szczytowy były raczej średnie, ale całe szczęście, się nie sprawdziły. Jak to prognozy w górach. 😉

_DSC5105
Lodowiec „Siódemka” z Czegetu.

Jeszcze było śmiesznie na granicy rosyjsko-gruzińskiej (tej bardziej formalnej, bo na granicy republik zawsze jest śmiesznie i przypałowo, jak chcą mnie wziąć za żonę, częstować lemoniadą, czy coś w tym stylu)– pierwszy raz mi się zdarzyło, że pogranicznicy prowadzili ze mną luźną pogawędkę.

– Skąd wracasz?

– Z Elbrusa.

– Na szczycie byłaś? Ja bym tam za żadne pieniądze świata nie wszedł, choćby mnie zmuszali! Ej! – woła do kolegi – ona była na Elbrusie, ja bym tam nie poszedł, a ty?

– Ja też nie, tylko wariaci tam chodzą…

– Za żadne pieniądze!

Także uprzeżywali się chłopaki-pogranicznicy.:)

_DSC5287.JPG
Widok ze szczytu zachodniego na wschodni:)

Chciałam się sprawdzić. Siłowo, wydolnościowo, charakterem. Takie trochę sado-maso, bo nikt mnie nie zmuszał, sama się rwałam. Udało się. Byłam po raz kolejny na magicznych 5642m n.p.m. i póki co, na tę chwilę, czuję się tym wejściem bardzo usatysfakcjonowana.:) Małe, rude, piegowate, ale uparte i zawzięte jak cholera.

A teraz… Cóż. Stęskniłam się za Kazbekiem, za Meteo, w tym sezonie jeszcze mnie tam nie było! Pora to zmienić! Aklimatyzacja jest, no to co – sru! Utrzymujmy życie na wysokim poziomie! Prawda? 🙂

PS. Wiecie, co to górski western?

Wędrówka Apacza w poszukiwaniu sracza.

A że gówniane tematy są zawsze numerem jeden, to takie prawdziwe:)))))))))

Dzikie wojaże

Armenia to nie zupa pomidorowa.

Nosi mnie po świecie jak nasionko klonu, pchane wiatrem. Albo jak uczep na kociej sierści. To tu-to tam. Planami wyjazdów żyję na kolejny miesiąc w przód, w skrócie – nie ma kiedy pralki załadować 😀

Pierwszy raz w tym roku byłam w Armenii miesiąc temu,  teraz właśnie wróciłam z kolejnego wyjazdu z grupą. Jakoś nie jest to moje miejsce na ziemi – moje sceptyczne podejście znowu znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości i tak jest (niestety) za każdym razem. Gruzja jakoś potrafiła podbić moje serce od razu, a Armenia – ani grama i jeszcze za każdym kolejnym wyjazdem tylko mnie utwierdza, że mam czego nie lubić. No po prostu. Nie wszędzie musi mi się podobać i nie wszędzie muszę mieć ochotę wracać. 😉 W dodatku diabelnie gorąco, nie do wydzierżania. Gdyby nie góry, trzy najwyższe wulkany, na które wchodziliśmy z grupą to nic ciekawego tam bym już nie znalazła – taka prawda.

Khustup, Ażdahak i Aragac – to trzy najwyższe szczyty Armenii, a dwa ostatnie to wygasłe wulkany. Każda z gór jest totalna inna – ma inne podejście, inne widoki, inne wrażenia z wchodzenia. Do mnie jakoś przemówił Ażdahak z pasma Gór Gegamskich – z zielonymi zboczami i jeziorem w środku krateru. To z perskiego „wielki, potężny”. Góra jest również siedzibą Wiszapa – półsmoka, półczłowieka, który raz na 1000 lat schodzi na ziemię w towarzystwie burz z piorunami. Wysoko ponad górą istnieje zaś swoista sieć, korytarz, po którym podróżują tego typu stwory – wg legendy, zapewne dopowiedzianej w przeciągu ostatnich 30 lat, Ażdahak odwiedził nawet potwór z Loch Ness 😀

_DSC4168.JPG
Jezioro Akna – widok ze szczytu Ażdahaku. 

Żeby zdobyć najwyższy szczyt Armenii, północny (jeden z czterech) wierzchołek Aragatsu o wysokości 4090 m, najpierw trzeba wejść na południowy, zejść do krateru i dopiero wtedy wleźć na tej najwyższy. Droga powrotna to samo – kiedy wydaje Ci się, że już schodzisz, zaraz trafiasz na kolejne podejście, bo przecież musisz jeszcze wyleźć z krateru! 10 godzin to zajęło, fajna, przyjemna orka. Przecież o to chodzi, by się zmęczyć w górach, nieprawdaż? Nie ma lekko!!

_DSC4254.JPG
Aragats – wierzchołek północny (4090m)

Także w skrócie – lepsze niż góry mogą być tylko góry, w których nas jeszcze nie było. Zaliczone, pora na kolejne!

****

Siedzę sobie na najwyższym stopniu erewańskich Kaskad. Przemierzyłam 572 stopnie, by tam wleźć. W końcu dzień bez wchodzenia do góry jest dniem straconym, nieprawdaż? Mam chwilę wytchnienia po upalnym dniu i wpatruję się w Ararat, oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Paradoks – święta góra Ormian , tak pięknie wyeksponowana w całej stolicy, znajduje się na terytorium Turcji. Wedle legendy to do niej przybił Noe wraz z arką po potopie, obecnie znajdująca się na terytorium jej największego wroga- Turcji. W godle Armenii cały czas widnieje Ararat, symbol ich wielkości i narodowa duma.

Turek pyta Ormianina:

– Jak w Waszym godle może być Ararat, skoro nie należy on do Was?!

Ormianin odpowiada:

-A jak w Waszym godle może być księżyc, skoro i on do Was nie należy?! 

_DSC2305.JPG
Widok z erewańskich Kaskad na Ararat. 

W ogóle Armenia to kraj paradoksów. Kolebka cywilizacji, wszystko jest tu najstarsze, najlepsze – nawet niebo jest wyżej. Szczycą się, że jako pierwsi na świecie przyjęli chrzest, ich unikalny alfabet, liczący 39 liter powstał w IV wieku. Stolica liczy 2800 lat – jest starsza nawet od Rzymu, o całe 30 lat!, czym bardzo szczycą się wszyscy Ormianie. Obecnie w Erewaniu żyje milion mieszkańców całej Armenii, czyli praktycznie połowa jej ludności. Dziś, kiedy Armenia jest (teoretycznie) wolna i swobodna, nadal nosi w sobie wiele zadr i bolączek, których nie da się przetrawić. Armenia zawsze znajdowała się na przecięciu szlaków handlowych i pomiędzy wielkimi mocarstwami: to Persja, to Rosja, to Imperium Osmańskie…. Strategiczne położenie Armenii polega na naturalnej barierze dla wroga, jaką stanowi przedmurze Kaukazu Południowego. Dlatego wszyscy chcieli, by Armenia należała właśnie do nich.

Ormianie to tacy Żydzi Kaukazu. Wieczni tułacze. Termin WIELKA ARMENIA to dla Ormianina coś jak dla nas „Polska od morza do morza”– czyli złoty przełom wieku XVI i XVII. Wielka Armenia zajmowała tereny od Morza Kaspijskiego, aż po Morze Śródziemne, zahaczając o współczesną Syrię. Dzisiejsze terytorium Armenii to jedynie niewielki procent tego, jaką była wieki temu. W Ormianach wciąż żywa jest pamięć o sile i wielkości, jaka drzemie w ich kraju. Niestety, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura, lata świetności Ormian jako mocarstwa dawno minęły i nie zapowiada się, by wiele w tym temacie się zmieniło.

_DSC3899.JPG
Monaster Tatew – z ormiańskiego tłumaczone na „daj mi skrzydła”

Narodowym daniem jest lawasz – cieniutki chleb, który można wykorzystać jako obrus, serwetkę, talerz, a nawet łyżkę. Co ciekawe – pieczeniu lawasza nie powinna przyglądać się osoba o zielonych oczach – znowu poczułam się dyskryminowana i po raz kolejny złamałam formę!

Jeden Ormianin spytał mnie:

-Czy Twoje imię pochodzi od słowa „ogień”?

Słyszałam już to w tym sezonie chyba czwarty raz! Nie wyprowadzałam go z błędu, że pochodzi raczej od głupiego jagniątka i ze śmiechem opowiedziałam, jak to jedna grupa przezwała mnie Aganiok.

Tak, Ormianie wierzą w symbole. I w przeznaczenie. Ale nie mogą pogodzić się z przeszłością i zacząc normalnie funkcjonować w teraźniejszości – takie jest przynajmniej moje wrażenie o tym kraju.

-Czy wierzysz, że w Armenii będzie dobrze?

-Wierzę!

-Wiesz, mamy nowego prezydenta.

-O, naprawdę? Nie wiedziałam!

-Jak to nie wiedziałaś?!

– Kiedy mieliście wybory?

-Już rok temu!

W Polsce po roku od wyborów raczej planuje się już kolejne… A tu cały czas tkwi się w fakcie dokonanym, nie mogąc ruszyć do przodu.

Brodząc po Erewaniu wspominam swój zeszłoroczny wyjazd do Baku – o podobnym terminie – zdecydowanie najmniej kaukaskiej stolicy trzech państw Zakaukazia. Kolejny paradoks – pierwsze pytanie, jakie Ormianie zadali mi na granicy, brzmiało:

-Co robiłaś w Azerbejdżanie? Czy mówili coś o nas?!

Kiedyś oba te narody żyły w przyjaźni obok siebie. Dziś dzieli ich dosłownie wszystko, na czele z zamkniętą na cztery spusty granicą.

Mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do Armenii. To, że nie skradła mojego serca po raz kolejny – ani krzty! – to nic takiego, zdarza się, to tak samo jak z człowiekiem. Nic prócz niej samej nie jest zupą pomidorową, by wszyscy lubili 😀 Niby ładnie, niby miło… ale szału ni ma, dupy nie urywa. Z dwojga kaukaskiego złego piekiełka, niech już lepiej będzie ta Gruzja… 😉

Dzikie wojaże

Moskwa jak z bajki.

Dawno mnie tu nie było. To znak, że sezon na dobre się rozkręcił – teraz to już nie ma zmiłuj – jak się w czerwcu weszło na tą karuzelę, zatrzyma się ona nie wcześniej niż w połowie września. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Na pełnej petardzie!

Moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały w skrócie tak: grupa 17 Rosjan (Sameba, Dariali, Juta) – prosto do Tbilisi – Erewań – Tbilisi – Moskwa – Tbilisi – Kazbegi. Czyli Gruzja – Armenia – Rosja. Co śmieszniejsze, do końca czerwca czeka mnie jeszcze raz szalona trasa Gruzja – Armenia – Rosja. Zaś mi przybędzie pieczątek w paszporcie! Samych gruzińskich już mam kilka stron 😀

O Armenii napiszę później, dziś będzie o Moskwie.

Tak, o Moskwie. Spełniłam swoje wielkie marzenie. Takie ze swojej życiowej czołówki marzeń. (największe ciągle przede mną, ale wierzę, że jestem bliżej niż dalej 😀 !) Tak, to prawda – marzenia nie spełniają się same i trzeba im pomóc w realizacji. Na przykład wejść na stronę gruzińskiej awiakompanii, znaleźć odpowiednie loty, a potem kliknąć: KUP BILET. Potem to już tylko nie przestawać się dziwić, że jednak to się zrobiło. A potem odliczać dni i cieszyć się jak dziecko. Booooże, jak ja się cieszyłam! Cały czas, chodząc po Moskwie, cieszyłam się sama do siebie i byłam jak natchniona. W dodatku kupiłam sobie specjalnie na swój wojaż długą, plisowaną spódnicę koloru słonecznikowego, więc wyglądałam, jakbym taka natchniona płynęła na chmurze. I jakoś tak cudownie się czułam z tą kiecką, lekką głową i tym promieniującym zachwytem. Zajebiste uczucie, tego mi trzeba było!

Gdy Dominika kiedyś zapytała mnie, czy nie boję się, że Moskwa mnie rozczaruje (jest wiele osób twierdzących, że Moskwa jest do bani, na przykład w odróżnieniu od Pitera itd), bez wahania odparłam, że nie, bo jestem pewna, że mi się spodoba. Nie myliłam się ani trochę! Moskwa skradła moje serce – jest absolutnie bajeczna i bajkowa. Aż mi słów brakuje!

_DSC2686AAA.jpg
Panorama Moskwy.

Moskwa poraża. Znowu jest tak, że ki……….

……

Urwana myśl. Moje rozważania przerwał jakiś dzieduszka, który przysiadł się do mnie na ławkę w parku WDNH i zapytał, która godzina. Zawsze, ale to zawsze tak się wszystko zaczyna: od pytania „która godzina”, albo stwierdzenia: „ale dziś pogoda!” – zawsze! 😉 A potem gadał ze mną i spacerował prawie 3 godziny. Czy jego uwagę przykuła żółta spódnica, czy co, ale stwierdził, że wyczuł dobrego człowieka, więc się przysiadł. Hm. Zaś wracając do hostelu, w metrze zagadał do mnie jakiś krymski biznesmen (!), który dosłownie nie mógł oderwać ode mnie oczu, (to znowu ta spódnica, no mówię Wam!!) bo go oczarowałam. Chciał mnie zaprosić na kawę (o godzinie 00:20), zostawił swój numer telefonu, bym się z nim umówiła kolejnego dnia, ale… ja nie napisałam. Niech zostanę jego widmem z metra w żółtej spódnicy. Jak czarować, tak czarować!

_DSC2515.JPG
Bajkowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

Moskwa poraża i jest pełna wszechobecnej magii.

Zaczytuję się już dawno w serii książek Metro 2033. Postapokaliptyczny świat 20 lat po katastrofie nuklearnej i jest tam taki motyw, że wychodząc na powierzchnię ze stacji Biblioteka Lenina coś machinalnie przyciąga, by spojrzeć na złowieszcze gwiazdy Kremla, ale nie można tego zrobić, bo to przynosi nieszczęście i zawsze wtedy coś się dzieje. Wychodzę ze stacji metra Biblioteka Lenina i co? I mówię wtedy: o kur*a! Pierwsze co rzuca się w oczy to kremlowskie gwiazdy!!! I już wtedy byłam go-to-wa. Moskwa mnie poraziła, wciągnęła i dałam się porwać jej czarującemu urokowi. Od dawna jestem przesiąknięta rosyjską kultura, która uważam, że nie ma sobie równych na całym świecie, tyle się naczytałam różnych pisarzy, poetów, a teraz chodzę śladami ich bohaterów – to niesamowite. Znajduję Patriarsze Prudy, gdzie Woland spotkał się z Berliozem, a Annuszka rozlała olej, dom Puszkina (a’propos! 6.06 świętowano jego 220 rocznicę urodzin!), ulicę Nieglinną i Bulwar, na którym można kupić watę cukrową i kolorowe baloniki, robię sobie wycieczkę po stacjach Metra… Och.

_DSC2538.JPG
Spaskaja Basznia i czerwona gwiazda 🙂

Chyba największe wrażenie, nie licząc kremlowskich gwiazd, zrobił na mnie park WDNH (Wystavka Dostiżenij Narodnovo Hozjajstva), czyli Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe, zwany sowieckim Disneylandem. 😀 Znowu westchnęłam z zachwytu i wydałam z siebie szybkie: o kur*a. (jak to ja, zawsze prosto z mostu). Moskwa porwała mnie po raz kolejny, nieostatni.

_DSC2906.JPG
WDNH –  Sowiecki Disneyland.

Moskwa na każdym kroku przesiąknięta jest kulturą. (Czyli tym, co zachwyca mnie najbardziej). Pomijając moje literackie zboczenia śladami bohaterów, pełno tu malarzy, pieśniarzy – wystarczy przejść ulicą Arbat, by posmakować tego artystycznego klimatu. W dodatku, ku nieszczęściu swojego portfela, na Placu Czerwonym akurat odbywał się Festiwal Książek – to było po prostu przeznaczenie!! Więc zbyt długo się nie zastanawiając, bo takie myślenie to jest szkodliwe, zrobiłam zakupy w ilości 6 grubych knig, po czym kolejnego dnia dodałam jeszcze dwie. Jak to spakuję z Gruzji i przewiozę do Polski? Nie wiem, póki co zupełnie mnie to nie interesuje 😀 ja mogę sobie odmówić jedzenia, ale nie książek, nigdy! A’propos jedzenia: blinów ze sgusionką też nie mogłam sobie odmówić. I lodów z GUMa. Także hulaj dusza pod każdym względem, nie myśl zbyt wiele!

Park Gorkiego to też super miejsce. W ogóle ilość wszelakich parków, ławeczek jest przeolbrzymia! Nie idzie się zmęczyć, bo wszędzie można przysiąść, a nawet się położyć. A ilość zieleni jest naprawdę zdumiewająca 😉 I taka super atmosfera zbliżającego się końca roku szkolnego – wczesnego lata lub późnej wiosny. Unoszące się pyłki lipy i cudowny zapach piwonii – coś pięknego! (I Agusia sunąca w długiej spódnicy koloru słonecznikowego…)

_DSC2811.JPG
Kopuły na Kremlu i Moskwa-City w tle.

Na odwieczne pytanie „co lepsze – Piter czy Moskwa?” ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Pewne, że Moskwa definitywnie z impetem weszła w mój prywatny spisek TOP-3. Tak więc Moskwa, Piter, Kijów. Lub Piter, Moskwa, Kijów. 😉

A! Muszę dodać, że lot gruzińskimi liniami miał ten dodatkowy plus, że 7 minut od startu jest się nad Kazbekiem. Kaukaz z lotu ptaka – o mamusiu złota, widok zapierający dech w piersiach!! Dodatkowa atrakcja w cenie biletu! 😀 coś pięknego, polecam!

Ciężko po czymś takim wrócić do kazbeckiej rzeczywistości. Do środka młynu, który tu się teraz zaczął. 😉 Skończyło się czytanie książek w czasie pracy! Koniec dobrego, obudzę się we wrześniu! A taka teraz natchniona i rozanielona po tej Moskwie jestem, że szok….:)))) muszę odzyskać swoją twardość, sezon w rozkwicie! 😀 Do następnego!

 

 

Dzikie wojaże

Wzdycham do wiosny.

Praktycznie koniec kwietnia, a Kazbegi dalej tkwi głęboko w czarnej d…, to znaczy, przepraszam – w bialutkiej zimie. W zeszłym roku kwiecień był piękny, a teraz jakoś nie może się wykluć ta wiosna. W Polsce +20*C, bzy, tulipany, zawrót głowy… Cóż. Ja mam swoje zawroty głowy, a na wiosenne westchnięcia przyjdzie pora gdzieś w połowie czerwca zapewne. Kiedy sezon nabierze rumieńców. 😉 w każdym razie definitywnie jestem dzieckiem kwiatów i złotego światła, zgłaszam głęboki sprzeciw, żeby zima trwała pół roku! Tak nie może być!

Sezon póki co powoli się dopiero rozkręca, bardzo powoli. Już jednak kilka ewenementów wyjrzało. Moje przygody z klientami nie są może tak spektakularne (omijają mnie NA SZCZĘŚCIE pytania, co można tu w aptece kupić na hemoroidy, lub czy autem da się wjechać na Kazbek), ale zdarzają się jednak specyficzne ciekawostki, jak chociażby z zeszłego sezonu:

-Czy skoro kilki trekkingowe kosztują 10 lari, jak wezmę 1, to zapłacę 5 lari?

Ech, bywajet takoje. (Znowu się przestawiłam na rosyjski, miewam problemy z ojczystym językiem, więc wybaczcie mi nieskładną składnię i wszelakie rusycyzmy, to zupełnie nieświadomie!).

W zeszłym tygodniu leje jak z cebra, a tu do biura wchodzi jakiś Gruzin. Pomyślałam, że to na pewno Megrel, bo był rudy, a nie, jak typowo większość „a taki czarny z brodą”. Zagadał po rosyjsku, przegląda pocztówki, magnesy, pyta o jakieś bzdety jakby pierwszy raz przyjechał z tej swojej Megrelii w góry, patrzy tak dziwnie, w końcu wybrał suwenirów za 35 lari, zapłacił i wreszcie pyta: „Yyyy…. A jak masz na imię? Znajdę Cię na instagramie?” Ma szczęście, że tyle kupił, firma zarobiła, to mu tego insta podałam, a dla mnie będzie jeden obserwujący więcej, dzięęęęęki 😛

Albo jeszcze inna sytuacja. Ta to w ogóle kosmiczna i komiczna była. Siedzę sobie w budce kontemplacyjnej, ludzi mało, przeraźliwie zimno, więc opatulona moją folkową chustą, zarzuconą na ramiona i tak dumam. Weszli jacyś Polacy, kupili magnes pierdołkę, a za nimi stał koleś, uśmiecha się z niedowierzaniem i wielkie oczy robi, jakby… jakby też był Polakiem, ale okazał się jednak Białorusinem. Zdziwił się, jak usłyszał polski, jakoś tak sobie pomyślał, że polski to moje hobby, a sama na pewno pochodzę z jakiejś południowej republiki Rosji, stąd moje nieczyste naleciałości w czystym rosyjskim i tak mu się skojarzyło z jakąś folkową bajką, bo siedzę sobie taka w chustce, z rumieńcami, uśmiechnięta, a takich Rosjanek przecież już gdzieś w Moskwie czy dużym mieście nie ma! Stąd jego zdziwienie. Ha, dobre! Kiedyś już jeden Rosjanin nazwał mnie Calineczką, ale ta wersja to już w ogóle totalnie bajkowa. Magiczny realizm. 😉

_DSC9857.JPG
Owce wychodzą na ulice!

Takie siedzenie i kontemplowanie jest jednak dla mnie niezwykle męczące, poprzednie dwa dni wolnego tuż przed naszymi świętami spędziłam na czytaniu książek i oglądaniu rosyjskich filmów wojennych, potem 4 dni pracy i kolejnych wolnych już nie mogłam spędzić siedząc na miejscu, więc czym prędzej spakowałam manatki i z racji tego, że w górach śniegu po pachy, pojechałam wygrzać się w tbiliskim słońcu. A przy okazji załatwić tysiąc spraw, bo przecież oferta handlowa w Kazbegi dalej nie należy do zbyt bogatych, chociaż z naszym kazbeckim „supermarketem” niewiele więcej już trzeba. 😉  Niewyobrażalnie wprost tego mi było trzeba. Tego oczopląsu i wygrzania się w ciepłym słonku. Te trzy tygodnie w Kazbegi dały mi trochę w kość.

Trasa Kazbegi-Tbilisi już prawie tak, jakbym jechała z Witanowic do Krakowa – tak znajoma, że wiem, kiedy rozłożyć książkę, bo zakręty się skończyły i tak dalej. Jakieś pół godziny po Gudauri rozpoczyna się inny świat – w przenośni i dosłownie, Z krainy śniegu, swym białym blaskiem kłującym w oczy, do krainy kwitnących drzew i szalonej zieloności. Idę sobie swoim długim, raźnym krokiem, rudy włos faluje na wiaterku, a jakiś koleś wrzeszczy za mną:

– Dziewuszka, kuda ty tak spieszysz? Adnoj nie grustno? (gdzie tak pędzisz? Samej nie smutno?)

-Niet! Adnoj atliczna! (nie! Samej jest super!)

Zatrzymałam się u Nino, mojej pani profesor, z którą mieszkałam podczas Erasmusa w Tallinnie. To już 6 lat na jesień będzie, jak się znamy! Co najpiękniejsze – wciąż się spotykamy i zawsze będąc w Tbilisi, mogę liczyć na jej gościnę. U niej tak zawsze cudnie po domowemu, skromnie, ale przytulnie. I jeszcze taki pyszny placek na maconi z dynią Nino zrobiła, że szok! Nic więcej do szczęścia nie było trzeba 😉 Będąc w Tbilisi skoczyłam sobie na wzgórze Mtatsminda, gdzie znajduje się wieża telewizyjna i cały park rozrywki. Tak jakoś jeszcze nigdy wcześniej mnie tam nie zaniosło, tylko oczywiście pokręciłam drogę i wlazłam w jakieś skały i było tak stromo, że niemalże na tyłku zjeżdżałam. Agusia zawsze udana. 😀 Zrobiłam wielkie koło, godzina 19, a ja cały czas w bluzce bez rękawów, ludzie szepczą: a tebe nie cholodna???? – a mi było tak niewyobrażalnie wspaniale, że szłam i cieszyłam się do samej siebie, och i ach. Tak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba!

_DSC9815.JPG
Widok z Mtatsmindy.

 

Chciałam też zobaczyć, jak wygląda David Gareja – po zeszłorocznej majówce to miejsce wiosną tak wryło mi się w banię, że musiałam, koniecznie. I znowu było pięknie. Troszkę inaczej, niż rok temu, bo jeszcze nie było tego bujnego kwitnienia, ale mam kolejną garedżyńską odsłonę tego, jak może wyglądać kosmos. Oczywiście spotkałam swoje koleżanki Agamki, moje stałe modelki. W Dawid Gareji akurat przechodziły protesty – znowu chodzi o teren przygraniczny Gruzji i Azerbejdżanu, nie mogą się dogadać, stąd spora liczba patronujących żołnierzy z kałasznikowami, którzy jakoś nie budzą zaufania. Ale do Agamek musiałam sobie skoczyć!

_DSC0092AA.JPG
Koleżanka Agamka 🙂

Wiosna jest już 50 km za Kazbegi, 20 minut za Gudauri. To całkiem blisko, prawda? Bliziutko, więc jest więc nadzieja. Z każdym dniem, z każdym promieniem słońca będzie tylko lepiej i tylko piękniej. To też kwestia pozytywnego nastawienia i muszę się tego trzymać. Ach, byle już w góry skoczyć…!

PS. Zrobiłam coś szalonego – kupiłam bilety lotnicze na dłuższe czerwcowe wolne w miejsce, o którym marzę już od lat!!! Nie mogę się doczekać – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi w te dni! Bo nie ma to jak odhaczać marzenia jako „zrealizowane”. 😉 Relacje z mojego kolejnego dzikiego wojażu już po 7.06!!! :))))))))))))))))

 

Dzikie wojaże

10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

To były moje pierwsze święta poza domem. Smutno trochę – niby widzisz i gadasz, ale tego nie poczujesz, za nic w świecie. A jakbym sobie takiego baranka ucieranego wciągnęła… Z rodzeństwem zawsze pożeramy go na trzy i kłócimy się przy stole, kto zje głowę, kto środek, a kto zad. 😀 Ale cóż, jestem tu, gdzie jestem, plusem jest to, że w niedzielę świętujemy po raz kolejny, tym razem Paschę prawosławną, więc poniekąd to podwójne świętowanie.

Już dawno chodził mi po głowie pewien artykuł. Korzystając z wolnych dni i beznadziejnej pogody (bez komentarza na ten temat. W zeszłym roku czuć było wiosnę, a teraz nadal tkwimy w głębokiej zimie) wreszcie udało mi się przelać słowa z głowy na papier. Poczytajcie sobie pełen spostrzeżeń tekst, pod tytułem 10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

_DSC4192BBBBBB

Muszę przyznać, że jeżeli jest na tym świecie coś, w czym można zakochać się od pierwszego wejrzenia, definitywnie może tym być Gruzja. Tak się stało i ze mną – wpadłam, jak śliwka w kompot, od razu po same uszy. Do dziś czasami przeklinam tę chorą miłość. Przecież mogłabym sobie za obiekt westchnień wybrać cudowną Chorwację z palmami i lazurową wodą, lub chociażby, jakbym się bardzo na ten Wschód uparła to jakiś Lwów czy Petersburg i wracać tam z utęsknieniem, chodzić po knajpkach, popijać kawę i zagryzać ciasteczkami, bo ach, jakie oni mają tam słodycze! Ale nie. Jeżdżę do Gruzji.

Przysłowiowe dziesięć argumentów równie dobrze może rozwinąć się w metaforyczną nieskończoność. Gruzja wciąga jak narkotyk, a te są powszechnie złe i szkodliwe. W dodatku całkowicie bezsensowne. (A mimo to ludzie je zażywają, prawda? Coś w tym jednak musi siedzieć głębszego, na mocniejszą rozkminę). Przekonałam się o tym sama, kiedy po raz pierwszy poczułam wilgoć poranka na lotnisku w Kutaisi i konia, pasącego się tuż przed jego budynkiem. Od razu stwierdziłam: coś tu nie gra. Delikatne odchylenie od normalnego obrazu postrzegania świata. Na pytania: „Tęsknisz za Gruzją?” reaguję uniesieniem brwi i ironicznym uśmieszkiem. Tęsknić to ja mogę za karpatką, albo piwem z sokiem w upalne popołudnie. A mimo to wciąż tu wracam i czasem aż za głowę się łapię, dlaczego to robię i po co mi to?

            Jednym z głównych powodów, dla których do Gruzji nie powinno się jechać jest życie według zasady, przepraszam bardzo za to dosłowne i wulgarne zdanie, „miej wyjebane, będzie ci dane”, która jest chyba ich narodowym motto. Jasne, mogę się zgodzić, że czasem to jest fajne, spontaniczności nie mówię nie, ale tylko wtedy, kiedy nie jest głupotą. Nie ma co się starać, napinać, a co najważniejsze planować, bo to i tak się w Gruzji nie uda – po prostu żaden plan nie ma planu bytu. To trochę życie według zasady fatum – żyjesz tak, jak żyjesz, nic nawet nie starając się zmienić, bo i tak los jest z góry przesądzony. Walka z losem? To niczym walka z wiatrakami. Możesz się starać, napinać, prosić i zawodzić, tylko… Po co? Miej wyjebane. Wstawaj po południu, pij wino, hulaj dusza. Na dłuższą metę, lub, co gorsza, współpracę – niewykonalne, po prostu nie da się tak żyć. Żeby oszczędzić sobie nerwów, to naprawdę jest jeden z głównych powodów, dla których Gruzja nie nadaje się dla każdego.

            Idąc za zasadowym ciosem, nie warto też odwiedzać tego kraju ze względu na życie według zasady „przewróciło się, niech leży”. Niektórych to może straszliwie drażnić, a widać to gołym okiem, bo wręcz nie sposób tego przeoczyć. Przy górskich drogach ujrzeć możemy masę różnych dziwnych pamiątek, jak chociażby traktor do odśnieżania, który odmówił posłuszeństwa. I tak stoi już od lat, aż go rdza żre. Stoi i straszy. Jakby nie można było coś z tym zrobić! No ale po co… nie wspomnę nawet o konstrukcjach budowlanych, przyprawiających o palpitację serca inżynierów budownictwa. Ludzie nie dbają o nic – nie ma ogródków przed domem, nie ma kwiatów, sprzątniętych ulic… Są za to wszechobecne śmieci (powoli wygląda to jak jakiś armagedon! Śmieci w rzece, śmieci na ulicach, śmieci przy bazie wspinaczy na Kazbek, śmieci wszędzie!), kurz, pył. Okropne niedbalstwo.

            Powód numer trzy: chaos. Wszechogarniający i wszechmocny. Paraliżujący. Dobrym przykładem są drogi i drogowa dżygitowka. Niby są jakieś zasady ruchu drogowego, ale to tylko teoria. Praktyka całkowicie odbiega od jej wyobrażenia. Tak właściwie, to każdy jedzie jak chce. Wszyscy na siebie trąbią (czasem szybkie „trąb” przetłumaczyć można jako „hej! Usuń się, bo jadę”. Kolejne krótkie „trąb” = „dzięki!”. Długie „trąąąąb” – coś w stylu „spadówa chamie!” Cały słownik trąbnięć można by stworzyć.), tysiące aut (a drogi, o dziwo, tu szerokie), gwar – jeżeli ktoś chciałby zobaczyć i wyobrazić sobie, czym jest chaos, Gruzja jest tego idealnym, naocznym przykładem. Chaos panuje też w innych dziedzinach, jak na przykład gastronomia. Do knajpy przychodzi duża grupa, składamy wspólne zamówienie (czyli jednolite dla wszystkich), ale i tutaj wkrada się nieprzewidywalny chaos, który w stresujących chwilach opanowuje gruzińskie mózgi, paraliżując je skutecznie i wyłączając z działania.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n

            Cztery: życiowe nieogarnięcie. Poniekąd jako kontynuacja przykładu powyżej, czyli restauracji. Kiedy w końcu udało się przygotować to, co zamówili klienci, nastaje chwila (dłuższa chwila) ciszy i znowu ten wzrok ciemnych oczu, jak cielęcia na malowane wrota. Co robić teraz? We mnie zaczyna się już gotować. Przecież trzeba to roznieść! Ludzie głodni, czekają na śniadanie, a ci stoją i nic. Albo jak zaczynają roznosić, to totalnie mylą zamówienia. (Zamówionym było takie samo chaczapuri i sałatka dla wszystkich + kawa/herbata. Więc to z kawą i herbatą okazał się największy problem). Nie wiedzą, zapomniały co dla kogo, więc stoją i nie robią nic. A ja wtedy błyskam piorunami i myślę sobie: ludzie, ogarnijcie się choć minimalnie, tu nie trzeba wiele! Troszeczkę zaangażowania! Może to ja jestem harpagan i narwaniec pierwszej klasy, robienie wszystkiego na JUŻ mam we krwi i rodzinne, no ale tak obiektywnie rzecz ujmując… to są nieogarnięci.

            Mało? Mam kolejny argument – sławetne „nie da się”. No nie da się i już! W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: A nie da się obciąć w programie? Nie, nie da się. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny. Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. Ten naród mnie wykończy.

            Gruzińskie zamieszanie potrafi wyprowadzić z równowagi. Ten robi to, drugi tamto, wygląda, jakby dużo się działo, ale tak naprawdę… nie dzieje się zupełnie nic. Bo gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Stoi sześciu Gruzinów nad wiadrem białej farby. Jeden dolewa mieszalnik, drugi miesza, cała reszta patrzy. Zanim farba uzyska w miarę odpowiedni kolor, mija jakieś 40 minut. A co się okazuje potem?  Ha, zdziwko! Ściany są całkowicie innego koloru, lub, co gorsza, Gruzinów poniosła ich kaukaska fantazja i na ścianach widzimy panterkę. Bo przecież oni wiedza lepiej!

            A wiecie, co jeszcze doprowadza moją krew do wrzenia? Ich wielkie, ciemne, dziecinnie zdziwione oczy, o których już gdzieś wyżej napomknęłam. Faktura? Jaka faktura? Co to faktura? Niemożliwe, że poprzednio coś takiego u nas dostaliście. (Cały czas gapiąc się z tym naiwnym zdziwieniem jak cielę na malowane wrota). My nie wystawiamy faktur. Serio. Jest to tak szczere i naturalne zdziwienie, że niejeden już na te oczyska się nabrał i porządnie naciął. Jeżeli nie chcecie paść ofiarą takiego psychologicznego oszustwa, bo te ich oczy ciemne takie ładne kaukaskie, a jak szczerość z nich płynie, to kategorycznie odradzam wszelakie załatwianie czegokolwiek z Gruzinami i tym bardziej dowodzenie swojej racji! To zawsze kończy się Waszą druzgocącą klęską!

            Jeszcze a’propos dowodzenia swojej racji. Uchowaj Boże tych, którzy zaczynają kłótnię z Gruzinami. Narodową cechą Polaków jest narzekanie, a Gruzinów obrażalstwo. Gruzin ma zawsze rację, bo jest Gruzinem, a jeżeli racji nie ma, patrz punkt pierwszy. Ich narodowa duma nie pozwala na udowodnienie tego, że są w czymkolwiek gorsi, albo że się mylą. No nie przegada, żadnymi argumentami. W pewnym momencie Gruzin po prostu się obrazi, śmiertelnie się obrazi. Po czym, po kilkunastu minutach, z triumfalnym błyskiem w oku zapyta: „No i dlaczego się przestałaś odzywać, obraziłaś się?”

31090124_1837291696321442_918883186_n.jpg

            To już chyba ósmy powód z rzędu, a jaki istotny. Czas! Poczucie czasu w Gruzji nie funkcjonuje. Jest gorzej niż we Włoszech i Hiszpanii razem wziętych. Jeżeli jesteście punktualni jak Niemcy biegnący na biznesowe spotkanie, Gruzja definitywnie doprowadzi Was do rozstroju komórek nerwowych, a może i stanu przedzawałowego – nie polecam! Gruzinów trzeba traktować jak przedszkolaków i na zapas podawać im godzinę stawienia się w pracy gdzieś godzinę wcześniej, niż ta ustalona – przecież to pewne, że i tak się spóźni, więc chociaż się wyrówna… Najgorsze jest to, że można to powtarzać w nieskończoność – nie spóźniaj się, turyści będą zdenerwowani! Nic sobie z tego nie robią i do pracy stawiają się niesamowicie spóźnieni, ale zawsze z tym samym beztroskim uśmiechem, mówiącym: przecież nic się nie stało! Jednakże, by pogłębić stan przedzawałowy mogę ostrzec, że zawsze może być gorzej, gdy zamiast spóźnienia, Gruzin nie pojawia się wcale. I o, tyle.

            Dziewięć – gruziński letarg. To jak zastygły żar, unoszący się w powietrzu podczas upalnego dnia gdzieś w ciasnej ulicy Tbilisi. Niestety jednak rozprzestrzenił się na cały kraj i często w Gruzji możemy przyuważyć grupkę kilku mężczyzn, siedzących na ławeczce przed rozwalającą się chatką, których jedynym zaangażowaniem jest obgryzanie pestek słonecznika i zawody w stylu „kto dalej splunie”. Totalne zawieszenie w czasoprzestrzeni. Niech się dzieje wola nieba, a choćby z nią i trzęsienie ziemi! Faktycznie ma to związek z czasem. Może ich spóźnialstwo to po prostu odwieczne pokłady stoickiego spokoju, który drzemie w ich ciałach i głowach?

            Powód dziesiąty, setny i tysięczny pewnie by się znalazł, gdybym dłużej pomyślała. Już zupełnie przekonana jestem, że po kolejnym sezonie, intensywnie przeżytym na gruzińskiej ziemi, znajdę ich jeszcze całą masę, gdyż Gruzja jest krajem, który nigdy, ale to przenigdy nie przestanie zaskakiwać! Definitywnie Gruzja nie jest dobrym krajem dla każdego, kto planuje swój urlop w jakimś „egzotycznym kraju”. Po co w ogóle się wściekać i walczyć z wiatrakami, myśląc, co ja bym tutaj zmienił i w jaki sposób to przeprowadził? A bo brud, bo jeżdżą jak wariaci, bo drogo i nie dostałam nic za darmo, bo oszukali, bo kurs wymiany jest droższy na prowincji – ileż takich historii przyszło mi się nasłuchać, naprawdę, uwierzcie mi! Dlatego właśnie odradzam. Po co się denerwować, jak nasze nerwy i tak niczego nie są w stanie zmienić?

_DSC3917.JPG

            Ale… jest jedno, malutkie ALE. Gruzja jest absolutnie fascynująca. Mnie zafascynowały głównie góry Kaukazu, do których mityczni bogowie przywiązali Prometeusza za chęć pomocy niesionej ludziom. Gruzję kocha się nie tylko za zalety, jakimi są głównie przyroda i mimo wszystko niezwykle przyjaźni ludzie, ale przede wszystkim pomimo wad. Nikt nie jest idealny, takie twory nie mają prawa bycia. Wiele ludzi planuje swoje wakacje w Gruzji – to też zazwyczaj sprawdza się słabo, bo to, że GPS pokazuje 3 godziny czasu, nie oznacza, że droga będzie przejezdna, że po drodze nie zatrzymamy się na piknik i że nagle z tego pięknego poranka nie zrobi się wieczór. Czasem po prostu jedyne co trzeba, to dać się porwać. A potem tylko już niech się dzieje!

I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dzikie wojaże

Górska melisa.

Mija tydzień, dopakowana do granic własnych możliwości wsadzili mnie w pociąg do Wawy (na szczęście do samolotu weszłam już o własnych siłach :D) i rozpoczął się drugi gruziński sezon dzikich wojaży. Oczywiście już zaliczyłam kilka wyjść w góry z aparatem – jednak bliskość Cerkwi i szlaku na Kazbek to super sprawa. Obliczyłam, że jak idę raźnym krokiem, Kazbek widzę już 15 minut po wyjściu z domu, a przy Cerkwi jestem w 30 minut. Ale to ja, a ja, jak to kozica: „mogę iść szybciej, nie jeden chciałby biec” 😀 więc nie mówię tego turystom.

_DSC9487.JPG
Kazbek ze szlaku z Gergeti.

Mam takie wrażenie, jakby od października nie minęło pół roku, ale jakieś dwa tygodnie. Nic się nie zmieniło – śniegu przybyło, ale że topnieje w oczach, po prostu jest urozmaiceniem krajobrazu. Jakbym sobie po tych górkach hasała tak bardzo niedawno. Znam ludzi, znam miejsca – to był powrót jak do siebie. By z kopyta rozpocząć nowy sezon. Wiem, gdzie iść na zdjęcia, wiem, skąd jest ładny wschód słońca – można tak wyliczać. Mimo to Gruzja wciąż zaskakuje i sprawia, że cały porządek i „znanie” może runąć. Szłam ostatnio do grupy wychodzącej na Kazbek o 7 rano. Patrzę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nasz znajomy zimą sprawił sobie psa. Piesek jest duży i potrzebuje się wybiegać. Co robi jego właściciel? Powoli jedzie autem z uchyloną szybą, a piesiu truchta obok samochodu. No przecież Gruzin nie będzie się wysilał, po co ma iść z psem na spacer, jak może jechać?! Miałam ochotę zrobić im zdjęcie, ale z racji tego, że to jeden kazbecki szycha, a ja się wstydzę robić ludziom zdjęcia, kiepski ze mnie reportażysta, nie zrobiłam. Musicie sobie wyobrazić ten poranny spacer 😀

_DSC9569.JPG
Moje poranne spacery z towarzyszem Biszkoptem.

Taka to gruzińska rzeczywistość. Stwierdziłam, że po powrocie w październiku bardzo zaczęłam doceniać Polskę, chociażby za sprawność działań. W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny 😉 Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. 😀 na mnie uspokajająco działają tylko góry. 😉 Są lepsze niż jakbym sobie zaparzyła 20 torebek melisy na raz.

_DSC9770.JPG
Góry lepsze niż melisa.

Miałam wolne dwa dni i zrobiłam prawie 40 km. Zrobiłam pierwsze przejście na Przełęcz Arsza i sprawdziłam stan drogi w Dolinie Truso. W skrócie: śniegu wpizdu i o ile na Przełęcz idzie się przyjemnie, bo w większości śnieg można ominąć, o tyle w kanionie w Truso zeszła lawina i owszem, zapadając można przeorać, ale to żadna przyjemność.  Dryłuję tak pod górę wczoraj, klucząc góra-dół, pizgało niemiłosiernie i było mi zimno w ręce strasznie, migła mi nawet myśl, że chyba się zawrócę, ale stwierdziłam, że no bez przesady! 😀 jestem nie wyżej niż tylko na 2950m! Ale serio, wiało okropnie. Co dopiero musiało być na Meteo, czy na Kazbeku :O Za to widoki wprost bajkowe. I cieszę się, że zrobiłam to przejście! Uspokoiłam skołatane nerwy i naładowałam baterie na kolejne przygody pt. Agusia KONTRA Gruzińska Rzeczywistość. Teraz mogę stawiać jej czoła. 🙂

 

Dzikie wojaże

Niech się dzieje!

6.04.2019

W przede dniu kolejnego wyjazdu do Gruzji, zebrawszy wszystkie rzeczy, czas zebrać i myśli, a trochę ich jednak jest. Znowu rzucam wszystko i lecę w świat daleki. Ale tak naprawdę w głębi serca wiem, że „NIE BYŁOBY DROGI, GDYBY NIE BYŁO DOKĄD WRACAĆ, NIE BYŁOBY DOKĄD JECHAĆ, GDYBY NIE BYŁO MIEJSCA, Z KTÓREGO SIĘ WYRUSZA”.

A definitywnie tym Miejscem jest mój Dom rodzinny, moje ukochane i najpiękniejsze Witanowice, a jak ktoś nie zna, to można i dodać Wadowice. Szykując się na ten wyjazd nie zapomniałam już o fladze – spodziewajcie się zdjęcia ze szczytu z biało-czerwoną flagą i podpisem „WADOWICE” 😉

_DSC7792.JPG
Witanowice i królująca nad pejzażem Babia Góra.

Zawsze jak jakiś obcokrajowiec pyta, gdzie mieszkam, mówię najprościej – w górach. Przecież i tak nie ogarną różnicy pomiędzy Beskidami, a Tatrami. A’propos – w zeszłym tygodniu udało mi się raz jeszcze skoczyć w Tatry – musiałam się napatrzeć na kolejne 7 miesięcy. (tak samo jak musiałam się najeść, napiec, nagotować itd. Takich rarytasów w Gruzji nie ma. :P) Niby zima, a jakby lato! Zrobiłyśmy Halę Gąsienicową przez Boczań, Czarny Staw, z powrotem Hala i przez krokusową Dolinę Jaworzynki do Kuźnic, po drodze zahaczając o pizzę. 😀 cała, caluteńka droga w krótkim rękawku i z podwiniętymi do kolan spodniami! Ludzie gapili się na mnie jak na kosmitę, ale serio – upał niesamowity. Oczywiście, by tradycji stało się zadość, zjarałam się jak niebożę stworzenie, pierwsze koty za płoty, teraz (może) będę łapać już brąz. Łapcie kilka zdjęć, popatrzcie, jak pięknie!!

Tyle Tatr, czas na Kaukaz. Tym razem Kalkulator dat wyliczył że pomiędzy datą 7 kwietnia 2019 r. (niedziela) a datą 20 października 2019 r. (niedziela) jest 196 dni, co stanowi 6 miesięcy i 13 dni”. Super.

Pamiętam, jak to było rok temu. W sumie to nie chce mi się cytować, bo myśli podobne, odsyłam więc do wpisu. 

Dziś już mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Przez co i, choć zupełnie nieświadomie, dużo bardziej przeżywam. Taka już jestem, że może nie widać na zewnątrz, ale w środku siedzi wszystko i się kłębi jak chmury nad górami. Będzie jednak dobrze. Jak się już zabiorę z tymi bagażami, które ważą więcej niż ja (2x23kg+1x8kg), wylezę z pociągu, jakimś cudem przeteleportuję się na lotnisko, raz jeszcze przepakuję i oddam to w cholerę do samolotu – już będzie dobrze.

Potem już poleci po petardzie, na przypale albo wcale i tak dalej.

GRUZIŃSKI SEZON DZIKICH WOJAŻY VOL. 2 WŁAŚNIE SIĘ ROZPOCZYNA! NIECH SIĘ DZIEJE! 🙂

_DSC9062
Koń by się uśmiał!

PS!!! Jeżeli ktoś z Was ma instagrama, zapraszam na mój profil @agawielinska , gdzie na bieżąco wrzucam głupio-śmieszne relacje 😉