Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2020.

Rok 2020 zbliża się ku końcowi. Jak co rok siadam do krótkiego podsumowania, a przede wszystkim poukładania sobie w głowie tego, co mi przyniosło ostatnie 365 dni, w tegorocznym wariancie – z dodatkowym dniem przestępnym. Poukładanie to jedno, a drugie – jako-takie ogarnięcie archiwum zdjęć, których przez cały rok uzbierało się – w sumie średnio, bo koło 7700 sztuk.

Jak dla mnie 2020 – wcale nie był zły, był po prostu inny. „Sytuacja jest dynamiczna” – to jest to, czego nie tylko mnie, ale i myślę większość z nas nauczył. Plany planami, ale jak w sucharze: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” JAK TO SIĘ PIEROŃSKO SPRAWDZA! Niewyobrażalnie!

Ten rok naprawdę pokazał kruchość ludzkich planów. Trzeba się było przestawić i dostosować do rzeczywistości, która z tak zwaną „normalnością” niewiele miała (i nadal ma) wspólnego. A ja, z racji swej wielkiej elastyczności po prostu płynęłam na fali.

Jeszcze w lutym żyłam myślą, że jeszcze dwa miesiące i znowu polecę do Gruzji, gdzie czeka mnie gorący sezon, pełen wypraw i przeżyć. Nie nastawiałam się na sezon w Polsce, nie sadziłam arbuzów z myślą, że przecież mnie nie będzie, więc kto o nie zadba? Potem świat stanął do góry nogami i wszystko zmieniło się jak w kołowrotku. Od marca byłam bez pracy, bez perspektyw – nie wiadomo było, czy do Gruzji pojadę, czy zdąży się ustabilizować – więcej pytań, niż odpowiedzi. Ludzie pytali mnie: co z Gruzją, co z wyjazdem? A ja cóż miałam zrobić – nikt z nas nie wiedział, co przyniesie czas.

Siedziałam więc w domu, posadziłam w końcu te arbuzy, z oddaniem wyżywałam się w ogródku, kuchni, jak szalona jeździłam na rowerze (kiedy zamknęli lasy, jeździłam do piekarni okrężną drogą), chodziłam na zdjęcia tuż po wschodzie słońca – idealny czas. A że wiosna, a zwłaszcza kwiecień, który buchnął całą swą mocą – była przepiękna, nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. Jeszcze bardziej niż dotychczas nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy.

W połowie maja poszłam do pracy – w końcu ile można siedzieć w domu 😉 Czas nagle przyspieszył. Życie znowu zaczęło się kręcić w rytmie od 8 do 16 i byle do piątku, z nagłym przypływem energii w każdy dzień wolny, byle wykorzystać jak najwięcej. Ewentualnie latem dzień na tyle długi, że aż miło siedzieć i robić coś na polu do 21. Pielęgnowałam arbuzy, robiłam w ogródku, dalej kręciłam kilometry na rowerze – jak wspaniale można wykorzystywać dni, gdy są takie długie! (Nie to, co teraz, zimą – pociesza mnie jednak fakt, że z każdym dniem jest coraz jaśniej – byle do wiosny!)

Ogólnie wszyscy na urodziny czy święta i nowy rok życzą mi „jeszcze więcej wyjazdów i zdjęć górskich”. Wspaniale, tego nigdy dość! Naprawdę mam jednak to olbrzymie szczęście, że mieszkam we wspaniałej lokalizacji i w góry nie mam daleko, prócz wyjazdu w Pieniny wszystko to były jednodniówki. W tym „feralnym” 2020 roku w górach spędziłam (aż? tylko?) 18 dni. Jak dla mnie – to wspaniały wynik. Na rzecz dzikich wojaży i swoich wyjazdów zagranicznych nadrobiłam w Tatrach – czego tak bardzo brakowało mi, kiedy dwa lata siedziałam na Kaukazie. Ooh, i to jak mi tego brakowało! Szczyrbskie Jezioro w styczniu, Babia w lutym, Pieniny w marcu, w lipcu Zielony Staw Kieżmarski jako rozgrzewka dla tatrzańskiego sezonu, potem Szpiglas i Rysy, sierpień Granaty, Kozi i Babia, wrzesień 3 dni w Pieninach, Kościelec i Jagnięcy, w październiku byłam na Pilsku, listopad to Czerwone Wierchy i Krzyżne, w grudniu na deser zimowa Świnica – uzbierało się tego! CZEGO CHCIEĆ WIĘCEJ?!

Gór było dużo, nie mam na co narzekać, gorzej z ogólnym podróżowaniem, którego czuję wielki niedosyt. Co śmieszne – najdalej w tym roku byłam we Wrocławiu (Słowacja dwa razy bliżej), a w Krakowie – raz? Śnią mi się po nocach – dosłownie! – uliczki i zakątki Tbilisi, Erewania czy Baku, przytulne knajpeczki, tęsknię za ławeczką w Meteo czy herbatą z oblepichą w kontenerach pod Elbrusem, mam wrażenie, jakby „tamte czasy” były lata świetlne temu, niewyobrażalnie dawno temu, aż nieprawdopodobne, że jakaś Aga z zadupia Małopolski, gdzie nie sięgają latarnie była w takich miejscach i tyle przeżyła… ale jakoś tak staram się to sobie tłumaczyć, że co się odwlecze, to nie uciecze i tam wrócę. Przeszła mi faza nadmiaru, wyczerpała się do cna, odbiłam się od niego i znowu zaczęłam tęsknić. To jak z trudną, głupią miłością, której nie idzie wytłumaczyć w sposób racjonalny. Dużo bym dała teraz, by kupić sobie w budce na Didube mchlowani za 2 lari, ale jestem pewna, że gdy w końcu nastanie ten czas, to jedząc je w marszrutce popłaczę się ze szczęścia. Wydaje mi się, że ten rok nauczył ludzi doceniać to, co mają, bo gdy nagle – z przeróżnych powodów – zostaje się tego pozbawionym, wtedy widzą, jak wiele by dali, by było jak kiedyś.

Trzeba marzyć. Wciąż, uparcie, nieustannie. A kiedy nie można tego mieć – oglądać stare zdjęcia i wspominać. Utrzymywać stały żar, by kiedy w końcu nastanie moment powrotu, z radością otworzyć duszę na nowe doświadczenia. Powiedziałam sobie kiedyś, że po trzecim sezonie w Gruzji będę na tyle bogata w przeżycia, że będę mogła zabrać się za pisanie książki. Cóż. Trzeciego sezonu może nie było i nie będzie, ale w zamian ten rok dał mi coś innego, nie mniej bogatego w przeżycia. ZAWSZE jest COŚ ZA COŚ. Nie było Kaukazu, były Tatry, nie było chinkali, były pierogi z borówkami… i tak dalej. Tak to sobie wszystko staram tłumaczyć swym chłopskim rozumem.

Jeszcze bardziej niż rok temu doceniam fakt naszego powrotu z Gruzji do Polski autem – 4 tysiące kilometrów przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Zwłaszcza Turcję wspominam z rozrzewnieniem. Jakaś knajpa w mieście bez nazwy, gdzie nie mogliśmy się dogadać z obsługą, ale za to gdzie zjadłam najpyszniejszą zupę z soczewicy i kebaba z makaronem (!) na świecie, balony o wschodzie słońca w Kapadocji, Stambuł – bakławę, sok z granatów i setki kotów na ulicach, ukłucie żalu z powodu filiżanek, które chciałam kupić, ale brakło mi kasy… W ogóle na wspomnienie jedzenia, jakie miałam okazję próbować, robię się głodna.

Świat w 2020 roku dał nam szansę zatrzymać się na chwilę. Prawdą jest powiedzenie, że nie potrzebujemy nowych i jeszcze lepszych smartfonów i większych telewizorów. Potrzebujemy więcej uczuć i zachodów słońca – podpisuję się pod tym tekstem rękami, nogami i wszystkimi trzema tysiącami piegów na gębie, choć prawdę mówiąc wolę wschody.

Uwierzcie mi, że wybrać TOP-12 zdjęć tego roku było mi BARDZO ciężko – ze względu na bogatą tematykę doświadczeń 😀 Samych ujęć Babiej Góry z Witanowic miałabym co najmniej 5, widoków z Jagnięcego Szczytu spokojnie uzbierałabym z dziesięć, nie mówiąc ogólnie o tatrzańskich czy pienińskich pejzażach, liczonych w dziesiątkach, jeżeli nie setce, a gdzie jeszcze sarny zza miedzy, łabędzie znad stawów i cała horda motyli i pszczół z kwiatowymi aranżacjami wprost z ogródka? Nie da się wybrać 12 najlepszych. Nawet 12 ulubionych. Zobaczcie efekty moich dzikich wojaży roku 2020:

Z moich zeszłorocznych postanowień (były ze trzy, w tym jedno wielkie podróżnicze – haha) udało się spełnić tak naprawdę jedno: chciałam notować wszystkie książki, które czytam – ciekawiło mnie, czy podołałabym wyzwaniu „jedna książka tygodniowo”. Okazało się, że przeczytałam ich całe 63! Nie jestem statystycznym Polakiem i co więcej – nawet zawyżam średnią! ❤

A arbuzy w tym dziwnym roku 2020, mimo późnego sadzenia, plagi ślimaków i naprzemiennych ulew i suszy – urosły wyśmienite. Może nie większe, ale na pewno słodsze niż z Biedronki. Prawdziwe wyzwanie na rok 2021? Wyhodować jeszcze większe i jeszcze słodsze arbuzy! I to jest jedyne realne postanowienie, którego jestem pewna, że je podejmę! 😀 Reszta wyjdzie w praniu. SYTUACJA JEST I ZAPEWNE PRZEZ JESZCZE DŁUGI CZAS POZOSTANIE DYNAMICZNA.

Życzę Wam z całego serca, byście z uśmiechem na ustach potrafili dostosowywać się do tej dynamiczności, być elastycznym, a nade wszystko czerpać radość z małych rzeczy, jakie przynosi dzień codzienny! Co się odwlecze, to nie uciecze. Życzę Wam też dużo szczęścia, bo ludzie na Titanicu byli zdrowi i na nic im się to nie przydało 😉 Do siego roku!!

Dzikie wojaże

Kolorowe podsumowanie 2019.

Podsumowanie roku 2019

Leci ten czas jak opętały. I kolejna cyferka zmienia się do przodu, a tu ledwie dwa tygodnie temu miałam urodziny. Lubię sobie powtarzać, że „rocznikowo” się nie liczy – dzięki temu zazwyczaj odejmuję sobie ten jeden rok. Tak mniej więcej do listopada. 😀

Jakoś zawsze pod koniec roku nachodzą mnie takie myśli, mające być „podsumowaniem”, a tak naprawdę będące kopaniem w archiwum w poszukiwaniu zdjęć, na które w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Choć głównie faworytów mam murowanych, a te perełki to się nawijają tak totalnie przy okazji. 😉 Sesją roku definitywnie i prosto z buta mogę nazwać moje wejście na Elbrus na początku września – mam koło 100 zdjęć i naprawdę – nie ma tam złego, co jedne, to lepsze, mogę przebierać, ile chcę!

Przeczytałam, że ludzie, robiący sobie podsumowania roku dzielą się na trzy grupy:

  • Niepoprawni optymiści
  • Niepoprawni pesymiści
  • Realiści

Ja jakoś tak co roku siadam i sobie to układam, przelewając swe myśli na papier , ale nigdy nie myślałam, do jakiej grupy siebie zaliczyć. 😀 Po prostu lubię pisać i tyle, a z resztą i tak wszystko robię dla zdjęć. Ale chyba wciąż, mimo upływu lat, jestem, a przynajmniej bardzo staram się być – optymistką. Chociaż zawsze z nutą realizmu.

2019 również upłynął głównie pod znakiem Kaukazu. Tym razem już nie sama Gruzja, a na odmianę jeszcze Rosja, co było dla mnie najlepszą nagrodą i dawało poczucie, że studia, jakie skończyłam, przydają mi się w życiu, co mnie niezmiernie cieszy! Fajnie jest łączyć pracę z tym, co się lubi, a możliwość robienia zdjęć w tak niesamowitych zakątkach świata jest tego najlepszym dowodem. Naocznym. A dzięki temu, zupełnie przez przypadek, mam już na swoim koncie 3 wejścia na Kazbek i 4 na Elbrus. 😉

Ja nie planuję. A jeżeli już, to na pewno nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. Ja działam. Tak samo też jest z moim celem na rok 2020 – głośno to obwieszczę światu, gdy dojdzie do skutku, także powoli zacznę czytać i kopać jak kret, mentalnie się przygotowując, a potem… to już bum! poleci!  😉

Zupełnie niespodziewanie w tym roku spełniłam jedno ze swych największych marzeń – wreszcie, po tylu latach głośnego wzdychania, poleciałam do Moskwy!

Wtedy to ten rosyjski piorun trzasnął mnie ponownie, może nawet jeszcze bardziej, teraz to już nieodwołalnie. Myślałam, że Kaukaz to trochę wyparł, ale okazało się, że nie. 😉 Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że chcieć, znaczy móc, a żeby móc, trzeba działać, a nie myśleć, a już na pewno nie mówić. Kropka. Z zachwytem w oczach, z uśmiechem i lekką głową przechadzałam się po Moskwie, co chwila tylko ochając i achając, bo bardziej zaskakującego miasta na świecie nie widziałam. W sumie to polecam zajrzeć i poczytać sobie pełną relację tu: https://agawielinska.wordpress.com/2019/06/09/%d0%bcoskwa-jak-z-bajki/

 

Skoro Moskwa, to i Stambuł – w końcu to też była dla mnie niesamowita  podróż. Tak w ogóle, to pomysł powrotu z Gruzji do Polski samochodem można uznać za najlepszą ideę tego roku, niewątpliwie! Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła. Cała relacja tutaj: https://agawielinska.wordpress.com/2019/10/24/swobodne-zapiski-z-dzikich-wojazy/

Stambuł – ach, ten orient. Tu właśnie przenika się Europa i Azja, Wschód i Zachód. Jedno jest pewne – Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam. Dobrze, że przywiozłam sobie zarówno jedno, jak i drugie – czekam na czarną godzinę, by kawę przegryźć bakławą i na samą myśl i tamte wspomnienia aż mi ślinka cieknie…

_DSC3296
Smak orientu. 

A’propos – trzeba dodać, że w tym roku do mojej kolekcji przybyły dwa nowe kraje: Turcja i Rumunia! Bo to, że na Ukrainie byłam już po raz piąty (w tym Kijowie po raz trzeci!), zakraja o drobną już psychozę, ale to wszystko dla sgusionki i słodyczy! 😉 To prawie jak z Gruzją, choć to inna bajka 😛 z ilością wjazdów do Rosji również straciłam rachubę.

_DSC4757
Kijów! 

Poza tym? Przeczytałam masę książek, aż zaczęłam żałować, że nie prowadzę statystyk i to jest moje postanowienie noworoczne – zapisywać ilość książek 😀 Tak z ciekawości! Zaczytuję się nadal w serii „Metro 2033”, głównie rosyjskojęzycznej; a za odkrycie roku uznaję Jewgienija Wodołazkina i jego „Awiatora”, którego sobie czytałam w drodze przez Turcję. 😉

Tak mi się przypomniało a’propos dziwnych postanowień: kiedyś miałam taką fazkę i przez cały rok zapisywałam swoje sny. Było to… dziwne, zwłaszcza, jak odnalazłam ten notes po latach. Innym razem z pomocą aplikacji liczyłam też kilometry, ale odkąd wyjechałam do Gruzji to powstały jakieś szalone cyfry i telefon mi siadał, więc przestałam 😀 Zbierałam jeszcze opakowania z czekolad, ale to znowu na pewno dłużej niż rok było 😉 Także trochę tych dziwactw już w życiu mam, nie ze wszystkich potrafię się wyleczyć. Z każdym rokiem staję się chyba jeszcze bardziej uparta (czasem jak osioł), nie daję sobie w kaszę dmuchać i ogólnie robię to, co mi (a nie komuś) się żywnie podoba. Ni ma lekko!

No dobra, starczy tego pitolenia. Przedstawiam Wam poniżej 12 subiektywnych zdjęć – czy to dobrych, czy to śmiesznych, częściej po prostu sentymentalnych. Bo 2019 taki własnie był – pełen wrażeń.  Zrobiłam masę zdjęć, niektóre nawet mi wyszły, poznałam super ludzi i ciągle nie mam dość, baaa! Chcę tylko więcej, coraz dalej i jeszcze wyżej – mam nadzieję, że Nowy Rok mi dopomoże.   Żeby 2020 nie ustępował kroku – tego życzę i sobie i każdemu z Was z osobna! Do siego roku!!

12.png