Dzikie wojaże

Niezliczona ilość zachwytów

Wróciłam z Gruzji i znalazłam się w środku ula. Tak niemalże dosłownie, biorąc pod uwagę specyfikę swojej pracy i branżę pszczelarską w szczycie sezonu, który tego roku dopisał wybitnie, co odbijało się na ilości naszej pracy. Dlatego każdą możliwość wypadu w góry skrzętnie wykorzystywałam, by doładować baterie oraz uzupełnić swój poziom energii i tym samym sił życiowych. O matko, uzbierało się tego tyle, że aż straciłam rachubę! Lato przyszło znienacka, trwało zdecydowanie za krótko i już odchodzi, choć niespiesznie, ale pozostawiając za sobą niedosyt i poczucie nostalgii. „Mam summertime sadness”, jak to śpiewają w zasłyszanej piosence.

Ale cofnijmy się jeszcze do czerwca, lipca – chcę się z Wami podzielić zdjęciami, których zrobiłam podczas tych wypraw tak dużo, że nie ogarniam 😉 wrzuciłam na fejsa czy insta po jednym i tyle. Wszystko na bieżąco, bo wypadów było tak dużo – i oby tylko więcej! A bogate archiwa – nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą! Jedno Wam powiem – selekcja zdjęć do kalendarza na 2023 będzie okrutna i mega trudna.

Wróciłam z Gruzji, nie mogłam się pozbierać, a swoim torem to już poszło-pojechałoo… Razu jednego (oczywiście w tygodniu, po robocie) Babia na zachód i kwitnące zawilce na urodziny Mamy, tydzień później znowu Babia na zachód Percią Akademików (wypad 2w1 – zarówno towarzyski i nie chodzi tu tylko o towarzystwo mojego Nikona 😄 , jak i lekko wyczynowy, bo Percią szłam po raz pierwszy, ale za to na pewno nie ostatni!).

Kwitnący zachód na Babiej Górze

Potem, gdy tylko zaczął się sezon na Tatrzańskie Dzikie Wojaże, przepadłam już doszczętnie i bezapelacyjnie, bo nic mnie tak nie wciąga, jak te pozornie niepozorne gołe skały i ściany i strzeliste wierzchołki. Ktoś nazwałby to kupą kamieni, ale dla mnie chyba nie ma nic piękniejszego. Na rozruszanie były słowackie Tatry Zachodnie i Baraniec, ale można powiedzieć, że sezon dopiero otworzył wschód słońca na Kozim Wierchu. Wyjazd  z domu o 21, w środku nocy godzina spędzona pod schroniskiem na podziwianiu nieba pełnego gwiazd i liczeniu tych spadających (normalnie niczym sierpniowe Perseidy), sam wschód o dzikiej porze 4:34, ale ilość piękna, jaką dojrzałam tego poranku przyćmiła wszystkie trudy i samo-zamykające się z niewyspania oczy. Było warto, stokroć warto! (Zawsze warto!) No i wreszcie w Tatrach zaczynało robić się zielono!

Już na zejściu w Dolinie Pięciu Stawów (godzina jakoś po 7) mijamy grupkę chłopaków z linami.

– Nie macie może baterii paluszków? Idziemy się wspinać, a kolega zapomniał do krótkofalówki.

– Oj, ja mam tylko małe baterie.

– O tak te małe! Mogę je od Ciebie odkupić? Proszę?

Roześmiałam się szczerze: – Odkupić? Oszalałeś? Proszę, weź wszystkie!

Dałam chłopakowi paczkę baterii z życzeniem udanego wspinu, a jednocześnie z cichą nadzieją, że karma kiedyś wróci 😉

Kolejny wypad to zrealizowanie naszego z Eweliną celu, który chodził za nami już tak od końca lata 2020 roku, kiedy to coraz śmielej zaczęłyśmy patrzeć na tatrzańskie szczyty i szukać kolejnych zamysłów w naszym zasięgu. Mała Wysoka po słowackiej stronie Tatr. Wybrałyśmy trasę wiodącą z Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody i powrót tą samą drogą – może długi i z tymi samymi widokami, ale za to wygodny ze względu na auto na parkingu. Czytałam opisy tego szlaku z tytułami w stylu „najnudniejsza dolina ever”, „jak to 12 km się dłużyło”, ja jednak byłam zachwycona i nie narzekałam ani trochę – ani na te same widoki, ani na długość, ani na jakikolwiek stopień nudy. Jedynie troszeczkę na słońce, bo na zejściu mi przygrzało, ale to tak tylko troszeczkę!

Dzień wcześniej padał deszcz i pogoda w Tatrach była lekko denna, nic nie było widać, ale tak jakoś wyczułam nosem, że warto zawierzyć prognozom i pojechać. Intuicja. No i kurde, miałam rację. Idziemy, idziemy przez tą „niby nudną” dolinę (jak dla mnie szlak do Morskiego Oka lub Chochołowska są sto razy bardziej nudne), lekka mgła, rosa na około, a tu nagle, w momencie, mgła się rozstępuje i wyłania się ściana. Wielka ściana. Agusię w tym momencie wmurowało razem z salomonkami.

O ku.wa, o ku.wa, o ja nie mogę, to jest Młynarz, ściana Młynarza! – gadam przejęta, przeklinając pod nosem, a Ewelina spokojnie odpowiada: Nie Agusiu, to tylko ściana Małego Młynarza. Małego!

Z mgły wyłania się ściana Młynarza. Małego Młynarza.

O matko. Ilość przekleństw zachwytu, wypowiedzianych tego dnia przerosła nawet mnie samą i moją niewyparzoną gębę również.

Idziemy, idziemy, pytam Eweliny, jak się czuje, bo było dość ciepło i ja na przykład czułam się trochę przygrzana i przyjarana (jakkolwiek to brzmi), a ona mi odpowiada: Dyszę sobie, ale idę – nie muszę siadać i jest dobrze. No i w końcu dolazłyśmy – na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką, po słowacku zwaną Vychodną Vysoką. O matko, tyle się naoglądałam zdjęć z tamtego miejsca, tak cudownie było je zobaczyć na żywo! I te wszystkie tatrzańskie kolosy – od Gerlacha, Wysokiej, poprzez Lodowy i Łomnicę, aż po wspaniały i rogaty Staroleśny na pierwszym planie! Oczopląs! I to jeszcze z dynamicznymi chmurkami, które sprawiały, że cały czas coś się działo. Na szczycie przesiedziałyśmy chyba ze dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały. Dobrze jest się nigdzie nie spieszyć!

Rozkręciłam się. Tak cudownie dopisała pogoda, że kolejny weekend również zapowiadał się ładny,  przynajmniej sobota. Taki z możliwymi chmurkami, ale i słoneczny, choć chłodny, więc zaopatrzyłam się w długie portki i puchówkę (oraz nieodłączne dwie pary rękawiczek, których już w ogóle z plecaka nie wyciągam – czy luty, czy lipiec). Grzech było nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Trójka szalonych fotografów hobbystów ( zerknijcie na profile @moocharsky i @matimomot na Instagramie) wybrała się na kolejny wschód. Tymczasem rudy Aganiok spełnił swoje kolejne życiowe marzenie – wschód słońca na Rysach! To było coś niesamowitego. Trzeci raz byłam na Rysach i dopiero teraz, za trzecim razem, warun siadł idealnie (pierwszym razem mleko i ulewa, za drugim wiatr urywający głowę i spychający w przepaść). Co więcej – zostałam odczarowana! Po raz trzeci widziałam Widmo Brockenu! A potem czwarty, siódmy i już straciłam rachubę ile ich tam jeszcze było 😉

Brocken po raz trzeci, nieostatni!

Tego dnia na Rysach działa się istna magia. Stałam tak jak zaczarowana i nie mogłam oderwać oczu od tego spektaklu. Co się tam działo, to głowa mała! Brak słów – z resztą zobaczcie sami małą namiastkę tego 😄

Magia!

Można powiedzieć, że po Rysach trochę „doszłam do wprawy” z tymi wschodami, bo nawet już mi się spać tak bardzo nie chciało, jak poprzednim razem na Kozim po zarwanej nocce 😉 To w sumie tak jak ze wstawaniem o 1 w nocy, by standardowo jechać w góry – idzie się do tego przyzwyczaić i budzik o tak dzikiej porze nie jest już nawet taki straszny. A najlepsze (najgorsze?) jest to, że apetyt na te wszystkie wschody rośnie w miarę jedzenia…

Jednym z moich postanowień noworocznych końcem zeszłego roku było „trza cisnąć” – realizuję je więc jak tylko mogę, no i cisnę… W ogóle wtedy miałam taki ciąg aktywności, że jak nie góry, to rower, znowu górki (nawet jeżeli jest to szybki wypad po pracy na Leskowiec na borówki), znowu rower, jeszcze więcej roweru… Trza cisnąć, tym bardziej, że to lato jest tak krótkie, ładnych i słonecznych dni mamy tak niewiele… Smutne to trochę. A na pewno nostalgiczne.

Z serii: najpiękniej za miedzą

Kolejny wypad – realizacja kolejnego celu z Eweliną. Wymarzyłam sobie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem w pełnej zieloności – uff, udało mi się o rzut beretem! Bo nie chcę nic powiedzieć, ale zaczynam zauważać pierwsze przejawy rudej trawy pomiędzy tą zielonością i letnimi kwiatami…

Tak w ogóle to jest straszne – wyjątkowo wcześnie łapie mnie takie poczucie, bo tak od połowy lipca, jak wyszłam rano z domu i uderzył mnie lekki powiew… jesieni? Jeszcze nie zrobiłam rytualnego odsłuchu piosenki „Kończy się lato” rosyjskiej grupy Kino, ale chyba pora to uczynić – jesień jak fix, z każdym dniem coraz bardziej ją nie tylko czuć, ale i widać! Ok, włączam… https://www.youtube.com/watch?v=iOvYGQtFBNM

Morskie Oko o 6 rano zawsze robi wrażenie – bez tych dzikich tłumów, które można spotkać tam po południu… Ale za to tak spokojnie od Czarnego Stawu pod Rysami, zielonym szlakiem pod Chłopka… Jak to stwierdził napotkany na zejściu pan –wreszcie cisza i nie będzie już ludzi w sandałach” – trafił w sedno! Tam nie ma przypadkowych turystów, nie ma dzikich tłumów, więc jest spokojnie, a nade wszystko – bajecznie pięknie! Kto jednak ma zawirowania głowy od patrzenia w przepaść – polecam najpierw oswoić się na mniej eksponowanym szlaku. Dla nas jednak adrenalinka pierwsza klasa i aż chce się więcej 😄

Posiedziałyśmy spokojnie na Przełęczy, popatrzyłyśmy na Mięgusza Czarnego, na którego to szczyt wlazłyśmy zeszłej jesieni – lubię taką formę szczytowania i chilloucik 😉 w dodatku kupiłam sobie ostatnio termos obiadowy – powiem Wam, że spaghetti na szczycie smakuje wprost wybornie i wręcz wyrywałyśmy sobie ten termos z rąk, ale całe szczęście starczyło na nas dwie. Polecam taki zakup 😄 Po tym wypadzie stwierdziłam, że kolejny raz nad Morskim Okiem będę w październiku, nie wcześniej 😆

Nie zdążyłam sobie dychnąć na spokojnie, a tu kolejny weekend na horyzoncie… W dodatku 23.07 – Dzień Włóczykija, a dzień święty trzeba święcić!! Miał być wschodzik w Pieninach, może Babia, bo blisko… a skończyło się na kolejnej nowince w moim górskim CV – na Koprowym Wierchu w Tatrach Słowackich! Ledwie tydzień wcześniej pokonywaliśmy połowę tej samej trasy idąc na Rysy, kiedy to na rozwidleniu przy Żabim Potoku skręcaliśmy na prawo – na Koprowy szlak prowadził na lewo. Dużo słyszałam o tym szczycie, równie dużo zdjęć się naoglądałam, więc dobrze było zweryfikować te wyobrażenia z rzeczywistością. Zapowiadali cieplej, niż tydzień wcześniej, więc poszłam na żywioł i ubrałam krótkie gacie, a potem, oczekując godzinę na wschód, szczękałam zębami z zimna (dzięki czemu wybudziłam się już totalnie). Po ostatnich upałach było to bardzo orzeźwiające i wręcz przyjemne 😄 Może ten wschód na Koprowym nie był tak bardzo spektakularny, jak na Rysach, ale również miał swój urok. Bardzo widokowe miejsce – trzeba będzie tam powtórzyć jakiś jesienny zachodzik 😉

Pomiędzy tym wszystkim był jeszcze zachód słońca na Wysokim Wierchu (w Pieninach nie byłam od maja!), borówki na Leskowcu i na Potrójnej, przetwory, rower i inne takie atrakcje.

Kończy się lato?

Po tym wszystkim rzuciłam paskudne wiedźmie zaklęcie: Oh, ale bym chciała deszczowy weekend, posiedziałabym w domu i se dychnęła, nalewki trzeba poprzelewać. Mówisz i masz Ruda Wiedźmo – cały, caluteńki weekend deszcz padał jak z cebra, aż trzy beczki na deszczówkę nam przelało w ogródku. Hm. No dobra, jednak przesadziłam. Nie powinnam pewnych rzeczy wypowiadać na głos i rzucać tak silnych zaklęć. 😉planowałam wolne w tygodniu i wypad w Tatry – wierzbówka w rozkwicie!! – a u rzeki płyną szlakami. Nie mówiąc o suchej skale. Całe szczęście do czwartku zdążyło się wypogodzić. Uwielbiam jednodniowy urlop w środku tygodnia – dzida w góry o 2 w nocy. Zdążyłam nawet na wschód! Niech nam będzie różowo, niech róż będzie z nami… Patrzymy na świat przez różową wierzbówkę… W takim miejscu i takim czasie można przywoływać z pamięci wszystkie powiedzenia związane z różem – macie coś jeszcze na myśli? 😆 Popatrzcie sami. BTW – poniższe zdjęcie zostało wybrane przez Ekipę ze Schroniska Murowaniec jako jedno z trzech najlepszych, obrazujących szczyt kwitnienia wierzbówki tego roku. I ja w tym zaszczytnym gronie!

Rożowo mi!

 Różowe łany wierzbówki kiprzycy na Hali Gąsienicowej były tylko przedsmakiem tego, co czekało na nas później. Po raz kolejny chciałam zmierzyć się z Orlą Percią. Tym razem nie na raz jednego dnia, jak zrobiłam to końcem października zeszłego roku, ale z  Eweliną – przedłużając jej „najdłuższy fragment”. W 2020 przeszłyśmy razem Granaty, w 2021 odcinek Kozi Wierch-Granaty, to w 2022 musiał paść Zawrat-Granaty. Na 20-te urodziny Eweliny (rocznikowo w 2023) przejdziemy razem całość, to już postanowione 😉 Śmiałam się, że kuuurde – ledwo się świstaki obudziły, a tu zaraz pójdą spać (sic!), a ja jeszcze w tym roku żadnego nie widziałam! Chwilę później Ewe wypatrzyła jednego grubasa wśród skał – uf, zaliczone! Oczywiście widziałyśmy też kozicę – to zawsze dla mnie jest takie swoiste uspokojenie i znak, że tego dnia wszystko w górach będzie dobrze. Ot, zwykła kozica na szlaku.

Tym razem Orlą Perć (ok, jej 2/3, ale w tym najtrudniejszy technicznie fragment Zawrat-Kozi – btw – szlak Skrajny Granat-Krzyżne był zamknięty z powodu remontu, więc nawet jakbyśmy chciały przejść całość nie byłoby to tego dnia możliwe) przeszłam dużo bardziej świadomie i już nie miałam w głowie „tylko nie patrz w dół” i że się zdupcę (za przeproszeniem) od tego samego patrzenia, chociaż tak prawdę mówiąc to od tych przepaści można dostać zawrotów głowy. Wiedziałam, jaki fragment teraz przechodzimy, gdzie się znajdujemy i w ogóle. Przed pierwszym krokiem nad przepaścią i dotknięciem łańcucha poprosiłam Ewe, żeby szła przede mną – jakoś lubię mieć świadomość, że przede mną jest ktoś, kto to przejdzie – wtedy wiem, że ja też dam rady. Chyba nie poszłabym na Orlą solo – bałabym się. Przed Żlebem Honoratka westchnęłam głośno, a potem to już poszło-pojechało. Dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Na spokojnie, ale z buzującą we krwi adrenaliną, z dziką frajdą dałyśmy radę! Cóż – Orla tylko dla Orłów, ewentualnie dla dwóch Kozic z Witanowic 😉

Słowem dnia został „upierdek” – powtarzałam je notorycznie, określając tak chociażby Giewont czy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów – bo ten Kozi od Orlej to miażdży i wbija w salomonki. A, tak przy okazji – jeden pan, widząc dwie młodo wyglądające kozice w kolorowych kaskach i krótkich spodenkach skwitował, że mamy nieodpowiednie buty jak na Orlą Perć. NO NIE ZGODZĘ SIĘ Z PANEM – wypaliłam, gotowa bronić swoich różowych biegówek salomonków z najlepszą podeszwą pod słońcem i jeszcze bym się z gościem pokłóciła tuż przed Kozimi Czubami 😉 nie lubię, gdy ktoś, totalnie niemający pojęcia próbuje mi wciskać swoją rację. To, że mam niskie buty „niechroniące kostki” jeszcze nie świadczy o mojej nieodpowiedzialności! Polecam przyczepić się kogoś idącego na Rysy w adidaskach, bo pan chyba złych butów w Tatrach nie widział.

Widok ze Skrajnego Granatu – chyba najpiękniejszy z całej Orlej 🙂

Czy Orla była kwintesencją tego lata? Myślę, że poniekąd tak. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, bo warunki były świetne, pogoda dopisała – a teraz za to pada deszcz i prognozy nie zapowiadają szybkiej poprawy. Teraz to już dupówa może być, jesień na całego. Poza tym byłam bardzo dumna z Eweliny, jak dobrze sobie poradziła na tym szlak. Zuch, maładiec. Otwarli remontowany szlak Skrajny Granat-Krzyżne, więc pewnie jakiegoś pogodnego wrześniowego dnia wybierzemy się tam dla czystej przyjemności, zanim Młoda pojedzie na studia… Wtedy plan lata będzie zrealizowany w 100%. 😄

A na deser – jeszcze więcej różu!

Teraz to już tylko jesień! 💛

Trzymajcie się ciepło!

Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza. Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.
1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału). _DSC0288 _DSC0250f 2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”. Hit wycieczki: A: Mamuś, jak się czujesz? M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok! Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać. Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było: A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić? M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!
_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.
Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę. Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne. _DSC0693d Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła. Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉 3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀 _DSC1082 Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉 Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne! Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤ _DSC0812 PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :> PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀