Dzikie wojaże

Niezliczona ilość zachwytów

Wróciłam z Gruzji i znalazłam się w środku ula. Tak niemalże dosłownie, biorąc pod uwagę specyfikę swojej pracy i branżę pszczelarską w szczycie sezonu, który tego roku dopisał wybitnie, co odbijało się na ilości naszej pracy. Dlatego każdą możliwość wypadu w góry skrzętnie wykorzystywałam, by doładować baterie oraz uzupełnić swój poziom energii i tym samym sił życiowych. O matko, uzbierało się tego tyle, że aż straciłam rachubę! Lato przyszło znienacka, trwało zdecydowanie za krótko i już odchodzi, choć niespiesznie, ale pozostawiając za sobą niedosyt i poczucie nostalgii. „Mam summertime sadness”, jak to śpiewają w zasłyszanej piosence.

Ale cofnijmy się jeszcze do czerwca, lipca – chcę się z Wami podzielić zdjęciami, których zrobiłam podczas tych wypraw tak dużo, że nie ogarniam 😉 wrzuciłam na fejsa czy insta po jednym i tyle. Wszystko na bieżąco, bo wypadów było tak dużo – i oby tylko więcej! A bogate archiwa – nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą! Jedno Wam powiem – selekcja zdjęć do kalendarza na 2023 będzie okrutna i mega trudna.

Wróciłam z Gruzji, nie mogłam się pozbierać, a swoim torem to już poszło-pojechałoo… Razu jednego (oczywiście w tygodniu, po robocie) Babia na zachód i kwitnące zawilce na urodziny Mamy, tydzień później znowu Babia na zachód Percią Akademików (wypad 2w1 – zarówno towarzyski i nie chodzi tu tylko o towarzystwo mojego Nikona 😄 , jak i lekko wyczynowy, bo Percią szłam po raz pierwszy, ale za to na pewno nie ostatni!).

Kwitnący zachód na Babiej Górze

Potem, gdy tylko zaczął się sezon na Tatrzańskie Dzikie Wojaże, przepadłam już doszczętnie i bezapelacyjnie, bo nic mnie tak nie wciąga, jak te pozornie niepozorne gołe skały i ściany i strzeliste wierzchołki. Ktoś nazwałby to kupą kamieni, ale dla mnie chyba nie ma nic piękniejszego. Na rozruszanie były słowackie Tatry Zachodnie i Baraniec, ale można powiedzieć, że sezon dopiero otworzył wschód słońca na Kozim Wierchu. Wyjazd  z domu o 21, w środku nocy godzina spędzona pod schroniskiem na podziwianiu nieba pełnego gwiazd i liczeniu tych spadających (normalnie niczym sierpniowe Perseidy), sam wschód o dzikiej porze 4:34, ale ilość piękna, jaką dojrzałam tego poranku przyćmiła wszystkie trudy i samo-zamykające się z niewyspania oczy. Było warto, stokroć warto! (Zawsze warto!) No i wreszcie w Tatrach zaczynało robić się zielono!

Już na zejściu w Dolinie Pięciu Stawów (godzina jakoś po 7) mijamy grupkę chłopaków z linami.

– Nie macie może baterii paluszków? Idziemy się wspinać, a kolega zapomniał do krótkofalówki.

– Oj, ja mam tylko małe baterie.

– O tak te małe! Mogę je od Ciebie odkupić? Proszę?

Roześmiałam się szczerze: – Odkupić? Oszalałeś? Proszę, weź wszystkie!

Dałam chłopakowi paczkę baterii z życzeniem udanego wspinu, a jednocześnie z cichą nadzieją, że karma kiedyś wróci 😉

Kolejny wypad to zrealizowanie naszego z Eweliną celu, który chodził za nami już tak od końca lata 2020 roku, kiedy to coraz śmielej zaczęłyśmy patrzeć na tatrzańskie szczyty i szukać kolejnych zamysłów w naszym zasięgu. Mała Wysoka po słowackiej stronie Tatr. Wybrałyśmy trasę wiodącą z Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody i powrót tą samą drogą – może długi i z tymi samymi widokami, ale za to wygodny ze względu na auto na parkingu. Czytałam opisy tego szlaku z tytułami w stylu „najnudniejsza dolina ever”, „jak to 12 km się dłużyło”, ja jednak byłam zachwycona i nie narzekałam ani trochę – ani na te same widoki, ani na długość, ani na jakikolwiek stopień nudy. Jedynie troszeczkę na słońce, bo na zejściu mi przygrzało, ale to tak tylko troszeczkę!

Dzień wcześniej padał deszcz i pogoda w Tatrach była lekko denna, nic nie było widać, ale tak jakoś wyczułam nosem, że warto zawierzyć prognozom i pojechać. Intuicja. No i kurde, miałam rację. Idziemy, idziemy przez tą „niby nudną” dolinę (jak dla mnie szlak do Morskiego Oka lub Chochołowska są sto razy bardziej nudne), lekka mgła, rosa na około, a tu nagle, w momencie, mgła się rozstępuje i wyłania się ściana. Wielka ściana. Agusię w tym momencie wmurowało razem z salomonkami.

O ku.wa, o ku.wa, o ja nie mogę, to jest Młynarz, ściana Młynarza! – gadam przejęta, przeklinając pod nosem, a Ewelina spokojnie odpowiada: Nie Agusiu, to tylko ściana Małego Młynarza. Małego!

Z mgły wyłania się ściana Młynarza. Małego Młynarza.

O matko. Ilość przekleństw zachwytu, wypowiedzianych tego dnia przerosła nawet mnie samą i moją niewyparzoną gębę również.

Idziemy, idziemy, pytam Eweliny, jak się czuje, bo było dość ciepło i ja na przykład czułam się trochę przygrzana i przyjarana (jakkolwiek to brzmi), a ona mi odpowiada: Dyszę sobie, ale idę – nie muszę siadać i jest dobrze. No i w końcu dolazłyśmy – na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką, po słowacku zwaną Vychodną Vysoką. O matko, tyle się naoglądałam zdjęć z tamtego miejsca, tak cudownie było je zobaczyć na żywo! I te wszystkie tatrzańskie kolosy – od Gerlacha, Wysokiej, poprzez Lodowy i Łomnicę, aż po wspaniały i rogaty Staroleśny na pierwszym planie! Oczopląs! I to jeszcze z dynamicznymi chmurkami, które sprawiały, że cały czas coś się działo. Na szczycie przesiedziałyśmy chyba ze dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały. Dobrze jest się nigdzie nie spieszyć!

Rozkręciłam się. Tak cudownie dopisała pogoda, że kolejny weekend również zapowiadał się ładny,  przynajmniej sobota. Taki z możliwymi chmurkami, ale i słoneczny, choć chłodny, więc zaopatrzyłam się w długie portki i puchówkę (oraz nieodłączne dwie pary rękawiczek, których już w ogóle z plecaka nie wyciągam – czy luty, czy lipiec). Grzech było nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Trójka szalonych fotografów hobbystów ( zerknijcie na profile @moocharsky i @matimomot na Instagramie) wybrała się na kolejny wschód. Tymczasem rudy Aganiok spełnił swoje kolejne życiowe marzenie – wschód słońca na Rysach! To było coś niesamowitego. Trzeci raz byłam na Rysach i dopiero teraz, za trzecim razem, warun siadł idealnie (pierwszym razem mleko i ulewa, za drugim wiatr urywający głowę i spychający w przepaść). Co więcej – zostałam odczarowana! Po raz trzeci widziałam Widmo Brockenu! A potem czwarty, siódmy i już straciłam rachubę ile ich tam jeszcze było 😉

Brocken po raz trzeci, nieostatni!

Tego dnia na Rysach działa się istna magia. Stałam tak jak zaczarowana i nie mogłam oderwać oczu od tego spektaklu. Co się tam działo, to głowa mała! Brak słów – z resztą zobaczcie sami małą namiastkę tego 😄

Magia!

Można powiedzieć, że po Rysach trochę „doszłam do wprawy” z tymi wschodami, bo nawet już mi się spać tak bardzo nie chciało, jak poprzednim razem na Kozim po zarwanej nocce 😉 To w sumie tak jak ze wstawaniem o 1 w nocy, by standardowo jechać w góry – idzie się do tego przyzwyczaić i budzik o tak dzikiej porze nie jest już nawet taki straszny. A najlepsze (najgorsze?) jest to, że apetyt na te wszystkie wschody rośnie w miarę jedzenia…

Jednym z moich postanowień noworocznych końcem zeszłego roku było „trza cisnąć” – realizuję je więc jak tylko mogę, no i cisnę… W ogóle wtedy miałam taki ciąg aktywności, że jak nie góry, to rower, znowu górki (nawet jeżeli jest to szybki wypad po pracy na Leskowiec na borówki), znowu rower, jeszcze więcej roweru… Trza cisnąć, tym bardziej, że to lato jest tak krótkie, ładnych i słonecznych dni mamy tak niewiele… Smutne to trochę. A na pewno nostalgiczne.

Z serii: najpiękniej za miedzą

Kolejny wypad – realizacja kolejnego celu z Eweliną. Wymarzyłam sobie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem w pełnej zieloności – uff, udało mi się o rzut beretem! Bo nie chcę nic powiedzieć, ale zaczynam zauważać pierwsze przejawy rudej trawy pomiędzy tą zielonością i letnimi kwiatami…

Tak w ogóle to jest straszne – wyjątkowo wcześnie łapie mnie takie poczucie, bo tak od połowy lipca, jak wyszłam rano z domu i uderzył mnie lekki powiew… jesieni? Jeszcze nie zrobiłam rytualnego odsłuchu piosenki „Kończy się lato” rosyjskiej grupy Kino, ale chyba pora to uczynić – jesień jak fix, z każdym dniem coraz bardziej ją nie tylko czuć, ale i widać! Ok, włączam… https://www.youtube.com/watch?v=iOvYGQtFBNM

Morskie Oko o 6 rano zawsze robi wrażenie – bez tych dzikich tłumów, które można spotkać tam po południu… Ale za to tak spokojnie od Czarnego Stawu pod Rysami, zielonym szlakiem pod Chłopka… Jak to stwierdził napotkany na zejściu pan –wreszcie cisza i nie będzie już ludzi w sandałach” – trafił w sedno! Tam nie ma przypadkowych turystów, nie ma dzikich tłumów, więc jest spokojnie, a nade wszystko – bajecznie pięknie! Kto jednak ma zawirowania głowy od patrzenia w przepaść – polecam najpierw oswoić się na mniej eksponowanym szlaku. Dla nas jednak adrenalinka pierwsza klasa i aż chce się więcej 😄

Posiedziałyśmy spokojnie na Przełęczy, popatrzyłyśmy na Mięgusza Czarnego, na którego to szczyt wlazłyśmy zeszłej jesieni – lubię taką formę szczytowania i chilloucik 😉 w dodatku kupiłam sobie ostatnio termos obiadowy – powiem Wam, że spaghetti na szczycie smakuje wprost wybornie i wręcz wyrywałyśmy sobie ten termos z rąk, ale całe szczęście starczyło na nas dwie. Polecam taki zakup 😄 Po tym wypadzie stwierdziłam, że kolejny raz nad Morskim Okiem będę w październiku, nie wcześniej 😆

Nie zdążyłam sobie dychnąć na spokojnie, a tu kolejny weekend na horyzoncie… W dodatku 23.07 – Dzień Włóczykija, a dzień święty trzeba święcić!! Miał być wschodzik w Pieninach, może Babia, bo blisko… a skończyło się na kolejnej nowince w moim górskim CV – na Koprowym Wierchu w Tatrach Słowackich! Ledwie tydzień wcześniej pokonywaliśmy połowę tej samej trasy idąc na Rysy, kiedy to na rozwidleniu przy Żabim Potoku skręcaliśmy na prawo – na Koprowy szlak prowadził na lewo. Dużo słyszałam o tym szczycie, równie dużo zdjęć się naoglądałam, więc dobrze było zweryfikować te wyobrażenia z rzeczywistością. Zapowiadali cieplej, niż tydzień wcześniej, więc poszłam na żywioł i ubrałam krótkie gacie, a potem, oczekując godzinę na wschód, szczękałam zębami z zimna (dzięki czemu wybudziłam się już totalnie). Po ostatnich upałach było to bardzo orzeźwiające i wręcz przyjemne 😄 Może ten wschód na Koprowym nie był tak bardzo spektakularny, jak na Rysach, ale również miał swój urok. Bardzo widokowe miejsce – trzeba będzie tam powtórzyć jakiś jesienny zachodzik 😉

Pomiędzy tym wszystkim był jeszcze zachód słońca na Wysokim Wierchu (w Pieninach nie byłam od maja!), borówki na Leskowcu i na Potrójnej, przetwory, rower i inne takie atrakcje.

Kończy się lato?

Po tym wszystkim rzuciłam paskudne wiedźmie zaklęcie: Oh, ale bym chciała deszczowy weekend, posiedziałabym w domu i se dychnęła, nalewki trzeba poprzelewać. Mówisz i masz Ruda Wiedźmo – cały, caluteńki weekend deszcz padał jak z cebra, aż trzy beczki na deszczówkę nam przelało w ogródku. Hm. No dobra, jednak przesadziłam. Nie powinnam pewnych rzeczy wypowiadać na głos i rzucać tak silnych zaklęć. 😉planowałam wolne w tygodniu i wypad w Tatry – wierzbówka w rozkwicie!! – a u rzeki płyną szlakami. Nie mówiąc o suchej skale. Całe szczęście do czwartku zdążyło się wypogodzić. Uwielbiam jednodniowy urlop w środku tygodnia – dzida w góry o 2 w nocy. Zdążyłam nawet na wschód! Niech nam będzie różowo, niech róż będzie z nami… Patrzymy na świat przez różową wierzbówkę… W takim miejscu i takim czasie można przywoływać z pamięci wszystkie powiedzenia związane z różem – macie coś jeszcze na myśli? 😆 Popatrzcie sami. BTW – poniższe zdjęcie zostało wybrane przez Ekipę ze Schroniska Murowaniec jako jedno z trzech najlepszych, obrazujących szczyt kwitnienia wierzbówki tego roku. I ja w tym zaszczytnym gronie!

Rożowo mi!

 Różowe łany wierzbówki kiprzycy na Hali Gąsienicowej były tylko przedsmakiem tego, co czekało na nas później. Po raz kolejny chciałam zmierzyć się z Orlą Percią. Tym razem nie na raz jednego dnia, jak zrobiłam to końcem października zeszłego roku, ale z  Eweliną – przedłużając jej „najdłuższy fragment”. W 2020 przeszłyśmy razem Granaty, w 2021 odcinek Kozi Wierch-Granaty, to w 2022 musiał paść Zawrat-Granaty. Na 20-te urodziny Eweliny (rocznikowo w 2023) przejdziemy razem całość, to już postanowione 😉 Śmiałam się, że kuuurde – ledwo się świstaki obudziły, a tu zaraz pójdą spać (sic!), a ja jeszcze w tym roku żadnego nie widziałam! Chwilę później Ewe wypatrzyła jednego grubasa wśród skał – uf, zaliczone! Oczywiście widziałyśmy też kozicę – to zawsze dla mnie jest takie swoiste uspokojenie i znak, że tego dnia wszystko w górach będzie dobrze. Ot, zwykła kozica na szlaku.

Tym razem Orlą Perć (ok, jej 2/3, ale w tym najtrudniejszy technicznie fragment Zawrat-Kozi – btw – szlak Skrajny Granat-Krzyżne był zamknięty z powodu remontu, więc nawet jakbyśmy chciały przejść całość nie byłoby to tego dnia możliwe) przeszłam dużo bardziej świadomie i już nie miałam w głowie „tylko nie patrz w dół” i że się zdupcę (za przeproszeniem) od tego samego patrzenia, chociaż tak prawdę mówiąc to od tych przepaści można dostać zawrotów głowy. Wiedziałam, jaki fragment teraz przechodzimy, gdzie się znajdujemy i w ogóle. Przed pierwszym krokiem nad przepaścią i dotknięciem łańcucha poprosiłam Ewe, żeby szła przede mną – jakoś lubię mieć świadomość, że przede mną jest ktoś, kto to przejdzie – wtedy wiem, że ja też dam rady. Chyba nie poszłabym na Orlą solo – bałabym się. Przed Żlebem Honoratka westchnęłam głośno, a potem to już poszło-pojechało. Dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Na spokojnie, ale z buzującą we krwi adrenaliną, z dziką frajdą dałyśmy radę! Cóż – Orla tylko dla Orłów, ewentualnie dla dwóch Kozic z Witanowic 😉

Słowem dnia został „upierdek” – powtarzałam je notorycznie, określając tak chociażby Giewont czy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów – bo ten Kozi od Orlej to miażdży i wbija w salomonki. A, tak przy okazji – jeden pan, widząc dwie młodo wyglądające kozice w kolorowych kaskach i krótkich spodenkach skwitował, że mamy nieodpowiednie buty jak na Orlą Perć. NO NIE ZGODZĘ SIĘ Z PANEM – wypaliłam, gotowa bronić swoich różowych biegówek salomonków z najlepszą podeszwą pod słońcem i jeszcze bym się z gościem pokłóciła tuż przed Kozimi Czubami 😉 nie lubię, gdy ktoś, totalnie niemający pojęcia próbuje mi wciskać swoją rację. To, że mam niskie buty „niechroniące kostki” jeszcze nie świadczy o mojej nieodpowiedzialności! Polecam przyczepić się kogoś idącego na Rysy w adidaskach, bo pan chyba złych butów w Tatrach nie widział.

Widok ze Skrajnego Granatu – chyba najpiękniejszy z całej Orlej 🙂

Czy Orla była kwintesencją tego lata? Myślę, że poniekąd tak. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, bo warunki były świetne, pogoda dopisała – a teraz za to pada deszcz i prognozy nie zapowiadają szybkiej poprawy. Teraz to już dupówa może być, jesień na całego. Poza tym byłam bardzo dumna z Eweliny, jak dobrze sobie poradziła na tym szlak. Zuch, maładiec. Otwarli remontowany szlak Skrajny Granat-Krzyżne, więc pewnie jakiegoś pogodnego wrześniowego dnia wybierzemy się tam dla czystej przyjemności, zanim Młoda pojedzie na studia… Wtedy plan lata będzie zrealizowany w 100%. 😄

A na deser – jeszcze więcej różu!

Teraz to już tylko jesień! 💛

Trzymajcie się ciepło!

Dzikie wojaże

Nigdy dość!

W zeszłym roku już po Jagnięcym Szczycie (w połowie września) ogłosiłam koniec sezonu na Tatry Wysokie – czułam się nasycona wrażeniami, emocjami i widokami – po czym jeszcze w połowie listopada koniec sezonu odwołałam i ciupałam na Krzyżne, a w grudniu na Świnicę. W tym roku jakoś końca sezonu dotychczas nie ogłaszałam, bo sukcesywnie cisnę nadal. Jesienna pogoda sprzyja bardziej niż latem (to jest jakieś fatum! Gdyby tak było w lipcu i sierpniu, to… gdybać to sobie mogę…) – cudownym fartem wypogadza się na weekend, jakże więc tu nie cisnąć? Ładuję baterie jak tylko mogę, a te wydają się nie mieć dna. Albo po prostu są tak rozładowane, że już się nie nadają i potrzebują częściej i więcej prądu 😄 Nawet śnieg sypie i topnieje, po czym dwa dni później znowu jestem w górach.

W październik weszłam z kopyta, a jak. Nie wolno ignorować Bożych znaków w postaci dobrej pogody w weekend. Szkoda tylko, że dzień taki krótki, ale nie można mieć wszystkiego. Były Czerwone Wierchy, były wspaniałe jesienne Pieniny trzy tygodnie pod rząd, zdążyło zasypać i stopnieć, po czym znowu zasypać; a mówią, że trzeci śnieg to już zostanie. Ble. Tak na dobrą sprawę, przez większą część roku w Tatrach leży śnieg.

I tak powoli, powolutku, cichaczem, jakoś tak totalnie niespodziewanie… tak tłumaczę to sobie, że na zakończenie sezonu letnio-jesiennego z elementami zimowymi udało mi się przejść całą Orlą Perć. Całą, na raz, w jeden dzień! Od Zawratu, przez Kozi, Granaty, aż po Krzyżne! Dla nie do końca wtajemniczonych – Orlą Perć uważa się za najtrudniejszy i najbardziej wymagający technicznie i kondycyjnie szlak w polskich Tatrach, na którym przez ostatnie 100 lat zginęło 120 osób. Czas przejścia przy dobrych, letnich warunkach to 6-8 godzin plus szlak podejściowy i zejściowy – nasz dzień w górach (od auta do auta) liczył 20 godzin. Niebotyczne ekspozycje, głębokie żleby, wąskie kominki i idealnie piękne graniówki – NO PO PROSTU MUSIAŁAM ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ LEGENDĄ! Dodam, że to już druga tatrzańska legenda tego roku – Chłopek nie był taki straszny – a Orla?

Gdzieś z Orlej Perci

To było moje wielkie górskie marzenie. Tyle już po Tatrach chodzę, że brałam to poniekąd jako punkt honorowy. Bardzo chciałam, ale jednocześnie się bałam, więc plany nie wychodziły poza sferę marzeń. A tu się trafiło w towarzystwie dwóch Szczygłów – i pyk – poszło, pojechało. Ogień, petarda, sztos i „ale jazz”, ogólnie to byłam tak zaaferowana, że aparat wyciągnęłam na całej trasie może z pięć razy. Priorytety były nie fotograficzne tego dnia 😉 Co było piękne – zero ludzi na szlaku, więc obyło się bez korków na szlaku – masakra, co tam musi wyrabiać się latem 😮 Momentami zapiera dech i jak to Mama moja powiedziała – serce mocniej może nie zabije, ale wzrokowo to strach. To tak dla równowagi od nucenia „ale jazz” albo „nas nie dogoniat” – przez pół drogi powtarzałam i zastanawiałam się, w jakiej bajce to było: „TYLKO NIE PATRZ W DÓŁ, NIE PATRZ W DÓŁ… Nie zatrzymuj się i nie patrz w dół… W dół nie patrz… nie zatrzymuj się i w dół nie patrz… O, nie, ja w dół patrzę!” – taki ze mnie był Osioł ze Shreka! Definitywnie Orla nie jest dla ludzi z lękiem wysokości i o słabych nerwach!! Przez cały czas – a szlak jest długi i wymagający – trzeba być na maksa opanowanym i skoncentrowanym na tym, co się robi. Zwłaszcza, gdy w żlebach po północnej stronie śnieg i lód, a Ty musisz patrzeć, by dobrze wbić kolce raków. Wrażenia i przeżycia wprost nie do opisania!

Jestem świrem, jestem harpaganem i hardcorem, Orla końcem października – to dla mnie jak +100 do lansu, ego wzrosło, co to ja nie jestem 🤘😄 Tak się to już czuje człowiek, który zmierzył się z Legendą i sobie poradził. Takie w stylu „Jak hartowała się stal” 😆

Szlak jest wymagający, ale piękny. Cieszę się, że przeszłam go wcześniej, zanim wzięłam tam Ewelinę. Jedno jest pewne – na Orlą wrócę. Siostry-Kozice muszą zmierzyć się z nią wspólnie. A z resztą muszę wrócić po zdjęcia. I skupić się na tym, gdzie jest Żleb Honoratka, bo schodząc nim jakoś nie skojarzyłam i nie zwróciłam uwagi na ten sławetny fragment. Drabinkę na Koziej Przełęczy przeszłam świadomie – ujarana tym, że wcale, ale to wcale nie jest tak straszna, jak piszą! I w ogóle całością.

Piękny był to dzień, ale we wtorek trzeba było wstać, iść do pracy i jakoś funkcjnować! Wyglądałam jak małe zombie, gdyby to był Halloween, nie musiałabym się przebierać 😆 wgl jakie to jest śmieszne – raz się nie pomalujesz do roboty i od razu wszyscy zwracają uwagę: Aga, co taka niewyspana? Ze dwa dni chodziłam trochę jak połamana, ale rower jest dobrą rehabilitacją na mięśnie, więc szybko wróciłam do formy 🙂

Orla była w poniedziałek, a w sobotę stwierdziłam, że Tatr mi mało, więc wzięłam Ewelinę i pojechałyśmy w stronę Zakopca. Miał być Szpiglas, ale tak jakoś spontanicznie zmieniłyśmy zdanie, uznałyśmy, że asfalt w dwie strony nam nie straszny i poszłyśmy na Rysy. Liczyłyśmy, że poza sezonem to i ludzi będzie mniej i ogólnie jakoś łatwiej znieść ten straszny odcinek. Łaa, znowu był czad. Ewe po sobocie ogłosiła swój własny „koniec sezonu na Tatry Wysokie” (ja nadal nic), uzasadniając to tym, że „przecież Szpiglas to nie Wysokie”, więc kto wie, co przyniesie nam jeszcze listopad. 😄 Ogólnie to tego dnia pizgało solidnie. Gdyby taki wiatr był w poniedziałek, Legenda Orlej pozostałaby niesprawdzona – jestem tego pewna. W pewnych momentach, zwłaszcza na grani tuż przed szczytem, miałam wrażenie, że wiatr mnie uniesie, a ja pofrunę sobie na jego fali jak (popieprzona) sikorka. Całe szczęście jednak nie uleciałam. Mimo końcówki października ludzi było całkiem sporo, trzeba było bardzo ostrożnie schodzić – serio aż nie chcę myśleć, co się tam musi wyrabiać w lecie!

Na Rysy raczej już się nie wybieram, nie czuję konieczności powtórki; ale za to w przyszłym roku mam plan, że za pierwszymi łańcuchami skręcę sobie w lewo i pozaszlakowo odwiedzę Niżne Rysy – o tak, to jak najbardziej! Pół drogi fascynowałyśmy się widokami Mięguszy z innej perspektywy i było tylko takie: o jaaa, toż to jest Czarny, przecież my tam byłyśmy, o tam, na samym szczycie! To jest w Tatrach najpiękniejsze – ten ogrom, widziany z innej perspektywy, stroma ścieżka wiodąca zakosami i świadomość, że się tam było. Kręci to do potęgi!

Tak więc przeszłam Orlą, z rozpędu skoczyłam na Rysy, a dosłownie trzy dni później Tatry znowu zasypało. Trzeci śnieg już niby zostaje, więc udało się oblecieć dosłownie w ostatnich podrygach jesieni.

Gdzieś pomiędzy tatrzańskimi szczytowaniami i adrenaliną, przez cały październik przewijały się spokojne, idylliczne Pieniny – do połażenia, do pozachwycania się. Udało mi się wziąć Mamę i Ewelinę i skoczyłyśmy sobie nawet na weekend. Oczywiście Agusia mistrz organizacji i logistyki, wycieczka wyszła przednia (polecam tego przewodnika!). W piątek z rana skoczyłyśmy na Rusinową Polanę i Wiktorówki – Mama była zachwycona, a ja jeszcze bardziej – raz, że widoki i teoretycznie nic więcej do szczęścia nie potrzebuję, a dwa – ja po prostu lubię, kiedy inni się cieszą.

W drodze na Rusinową Polanę

Po Rusinowej poszłyśmy jeszcze na wyżerę do Roztoki, po czym czerwoną strzałą skierowałyśmy się w stronę Łapszanki, która w ten weekend była naszą bazą wypadową. Łapszankę odkryłam dopiero w tym roku, byłam już tam kilkukrotnie i jakoś się nie nudzi to miejsce – podobnie zresztą jak Wysoki Wierch. W ogóle całe Pieniny nic a nic się nie nudzą! Zrobiłyśmy fajny szlak – 11km – pętelkę od Łapszanki przez Piłatówkę i Pawlikowy Wierch aż do Rzepisk i z powrotem na Łapszankę. Lubię takie łażenie po łąkach bez szlaku, więc byłam zachwycona, a Dziewczyny – cóż, tak za połową trasy to już nie miały wyjścia, musiały iść za mną 😄 Najlepsze było, jak śledziłam sobie szlak na mapce w telefonie i w pewnym momencie przed nami wyrasta straszna dzida. Hm. No cóż – jak tak szlak wiedzie, tak trzeba iść. Ruszyłam żwawo z kopyta, a tu nagle… Z gospodarstwa tuż przy ścieżce przez płot przeskakuje pięć indyków i biegnie w moją stronę, gulgocąc. Szybka ocena sytuacji: ja może (ale to może!) bym uciekła, cisnąć pod górę, ale poniżej została jeszcze Mama z Eweliną, a pomiędzy nami te wielkie indyki! Dodam, że moja czerwona kurtka raziła bardziej, niż wyblakłe rude włosy. Zawróciłam więc i uciekłam przed indykami z powrotem na dół. Mama chciała zrobić zdjęcie Agusi spieprzającej przed zgrają czarnych indorów, ale niestety przemknęłam tak szybko, że na zdjęciu załapały się tylko indyki na środku ścieżki. No i musiałyśmy obejść po łące obok naszą dzidę, by nie narażać się na gniew Bogu ducha winnych ptaszysk. To znaczy ja tak stwierdziłam, bo wolałam nie ryzykować. Ewelina za to odpłaciła się następnego dnia, gdy na szlaku w Kacwinie wyszły nam dwa psy – lepiej nie ryzykować, robimy wycof. TY UCIEKŁAŚ PRZED INDYKAMI! Ok, 1:1. 

Na sobotę miałam w planach pokazać Mamie Lubań, ale w piątek wieczorem stwierdziła, że po tych moich Rzepiskach to ona już nigdzie nie pójdzie, NOOO, MOŻE NA WSCHÓD SŁOŃCA NA ŁAPSZANKĘ, bo to 300m, ale nic więcej, bo tak w ogóle to ja jestem niepoważna, a ona nie ma 20 lat!!! Tak w skrócie. Poszłyśmy więc na wschód, pizgało złem niemiłosiernie, palce prawie mi odpadły, ale po powrocie dobra kawa nie jest zła i krew od razu lepiej krąży po takich wspaniałym narkotyku. Potem pojechałyśmy do Kacwina – chciałam odnaleźć kadr kapliczki Matki Boskiej Śnieżnej na tle Tatr, ale wyżej wspomniane psy na szlaku trochę nam pokrzyżowały plany, a z resztą światło było już do bani. W każdym razie wrócę tam sobie, bo przecież tego dnia miałyśmy chodzić NA SPOKOJNIE. Kacwin to urocza spiska wioska, jest cicho, idyllicznie, w takim miejscu chciałoby się mieć daczę.

Dobra, wszystko fajnie, ależ ile można to „na spokojnie”! W końcu Mama, Ewe i ja to jedna krew, jeden pieron w nas drzemie, a to o czymś definitywnie świadczy. Skończyłyśmy więc na Lubaniu, jak to zakładałam w swoich planach. 😄 A bo jeszcze za wcześnie wracać do domu, dzień ładny, to trzeba wykorzystać, a tam szlak przyjemny i wieża widokowa na szczycie… Mama podsumowała, że ona nie pojmuje, jakim sposobem, ale ja znowu postawiłam na swoim i wszystko wyszło tak, jak chciałam. Cóż, dar przekonywania z nutką lekkiej perswazji zawsze działa 😄

Złota godzina o poranku z Łapszanki

O matko, upisałam się znowu, a to ledwie wycinek tego, co ostatnio wyprawiam. Za dużo gadam. Btw – 16.11 będę miała prelekcję w Andrychowie – tą, która miała być w kwietniu 2020 roku, czyli po ponad 1,5 roku! Wtedy znowu się nagadam i co lepsze – znajdą się ludzie, którzy będą tego mojego gadania słuchać! Powspominam sobie kaukaskie wojaże, łezka w oczku się zakręci, ech… Dobrze, że mam te Tatry, bo inaczej bym chyba zgłupła! 🙃

PS. Żeby uzupełnić bilans kaloryczny po Orlej i Rysach kilka dni później, powinnam zacząć przyjmować pastylki z paliwem jądrowym, bo ciągle chodzę głodna. 🤘

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

 

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!