Dzikie wojaże

Wzdycham do wiosny.

Praktycznie koniec kwietnia, a Kazbegi dalej tkwi głęboko w czarnej d…, to znaczy, przepraszam – w bialutkiej zimie. W zeszłym roku kwiecień był piękny, a teraz jakoś nie może się wykluć ta wiosna. W Polsce +20*C, bzy, tulipany, zawrót głowy… Cóż. Ja mam swoje zawroty głowy, a na wiosenne westchnięcia przyjdzie pora gdzieś w połowie czerwca zapewne. Kiedy sezon nabierze rumieńców. 😉 w każdym razie definitywnie jestem dzieckiem kwiatów i złotego światła, zgłaszam głęboki sprzeciw, żeby zima trwała pół roku! Tak nie może być!

Sezon póki co powoli się dopiero rozkręca, bardzo powoli. Już jednak kilka ewenementów wyjrzało. Moje przygody z klientami nie są może tak spektakularne (omijają mnie NA SZCZĘŚCIE pytania, co można tu w aptece kupić na hemoroidy, lub czy autem da się wjechać na Kazbek), ale zdarzają się jednak specyficzne ciekawostki, jak chociażby z zeszłego sezonu:

-Czy skoro kilki trekkingowe kosztują 10 lari, jak wezmę 1, to zapłacę 5 lari?

Ech, bywajet takoje. (Znowu się przestawiłam na rosyjski, miewam problemy z ojczystym językiem, więc wybaczcie mi nieskładną składnię i wszelakie rusycyzmy, to zupełnie nieświadomie!).

W zeszłym tygodniu leje jak z cebra, a tu do biura wchodzi jakiś Gruzin. Pomyślałam, że to na pewno Megrel, bo był rudy, a nie, jak typowo większość „a taki czarny z brodą”. Zagadał po rosyjsku, przegląda pocztówki, magnesy, pyta o jakieś bzdety jakby pierwszy raz przyjechał z tej swojej Megrelii w góry, patrzy tak dziwnie, w końcu wybrał suwenirów za 35 lari, zapłacił i wreszcie pyta: „Yyyy…. A jak masz na imię? Znajdę Cię na instagramie?” Ma szczęście, że tyle kupił, firma zarobiła, to mu tego insta podałam, a dla mnie będzie jeden obserwujący więcej, dzięęęęęki 😛

Albo jeszcze inna sytuacja. Ta to w ogóle kosmiczna i komiczna była. Siedzę sobie w budce kontemplacyjnej, ludzi mało, przeraźliwie zimno, więc opatulona moją folkową chustą, zarzuconą na ramiona i tak dumam. Weszli jacyś Polacy, kupili magnes pierdołkę, a za nimi stał koleś, uśmiecha się z niedowierzaniem i wielkie oczy robi, jakby… jakby też był Polakiem, ale okazał się jednak Białorusinem. Zdziwił się, jak usłyszał polski, jakoś tak sobie pomyślał, że polski to moje hobby, a sama na pewno pochodzę z jakiejś południowej republiki Rosji, stąd moje nieczyste naleciałości w czystym rosyjskim i tak mu się skojarzyło z jakąś folkową bajką, bo siedzę sobie taka w chustce, z rumieńcami, uśmiechnięta, a takich Rosjanek przecież już gdzieś w Moskwie czy dużym mieście nie ma! Stąd jego zdziwienie. Ha, dobre! Kiedyś już jeden Rosjanin nazwał mnie Calineczką, ale ta wersja to już w ogóle totalnie bajkowa. Magiczny realizm. 😉

_DSC9857.JPG
Owce wychodzą na ulice!

Takie siedzenie i kontemplowanie jest jednak dla mnie niezwykle męczące, poprzednie dwa dni wolnego tuż przed naszymi świętami spędziłam na czytaniu książek i oglądaniu rosyjskich filmów wojennych, potem 4 dni pracy i kolejnych wolnych już nie mogłam spędzić siedząc na miejscu, więc czym prędzej spakowałam manatki i z racji tego, że w górach śniegu po pachy, pojechałam wygrzać się w tbiliskim słońcu. A przy okazji załatwić tysiąc spraw, bo przecież oferta handlowa w Kazbegi dalej nie należy do zbyt bogatych, chociaż z naszym kazbeckim „supermarketem” niewiele więcej już trzeba. 😉  Niewyobrażalnie wprost tego mi było trzeba. Tego oczopląsu i wygrzania się w ciepłym słonku. Te trzy tygodnie w Kazbegi dały mi trochę w kość.

Trasa Kazbegi-Tbilisi już prawie tak, jakbym jechała z Witanowic do Krakowa – tak znajoma, że wiem, kiedy rozłożyć książkę, bo zakręty się skończyły i tak dalej. Jakieś pół godziny po Gudauri rozpoczyna się inny świat – w przenośni i dosłownie, Z krainy śniegu, swym białym blaskiem kłującym w oczy, do krainy kwitnących drzew i szalonej zieloności. Idę sobie swoim długim, raźnym krokiem, rudy włos faluje na wiaterku, a jakiś koleś wrzeszczy za mną:

– Dziewuszka, kuda ty tak spieszysz? Adnoj nie grustno? (gdzie tak pędzisz? Samej nie smutno?)

-Niet! Adnoj atliczna! (nie! Samej jest super!)

Zatrzymałam się u Nino, mojej pani profesor, z którą mieszkałam podczas Erasmusa w Tallinnie. To już 6 lat na jesień będzie, jak się znamy! Co najpiękniejsze – wciąż się spotykamy i zawsze będąc w Tbilisi, mogę liczyć na jej gościnę. U niej tak zawsze cudnie po domowemu, skromnie, ale przytulnie. I jeszcze taki pyszny placek na maconi z dynią Nino zrobiła, że szok! Nic więcej do szczęścia nie było trzeba 😉 Będąc w Tbilisi skoczyłam sobie na wzgórze Mtatsminda, gdzie znajduje się wieża telewizyjna i cały park rozrywki. Tak jakoś jeszcze nigdy wcześniej mnie tam nie zaniosło, tylko oczywiście pokręciłam drogę i wlazłam w jakieś skały i było tak stromo, że niemalże na tyłku zjeżdżałam. Agusia zawsze udana. 😀 Zrobiłam wielkie koło, godzina 19, a ja cały czas w bluzce bez rękawów, ludzie szepczą: a tebe nie cholodna???? – a mi było tak niewyobrażalnie wspaniale, że szłam i cieszyłam się do samej siebie, och i ach. Tak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba!

_DSC9815.JPG
Widok z Mtatsmindy.

 

Chciałam też zobaczyć, jak wygląda David Gareja – po zeszłorocznej majówce to miejsce wiosną tak wryło mi się w banię, że musiałam, koniecznie. I znowu było pięknie. Troszkę inaczej, niż rok temu, bo jeszcze nie było tego bujnego kwitnienia, ale mam kolejną garedżyńską odsłonę tego, jak może wyglądać kosmos. Oczywiście spotkałam swoje koleżanki Agamki, moje stałe modelki. W Dawid Gareji akurat przechodziły protesty – znowu chodzi o teren przygraniczny Gruzji i Azerbejdżanu, nie mogą się dogadać, stąd spora liczba patronujących żołnierzy z kałasznikowami, którzy jakoś nie budzą zaufania. Ale do Agamek musiałam sobie skoczyć!

_DSC0092AA.JPG
Koleżanka Agamka 🙂

Wiosna jest już 50 km za Kazbegi, 20 minut za Gudauri. To całkiem blisko, prawda? Bliziutko, więc jest więc nadzieja. Z każdym dniem, z każdym promieniem słońca będzie tylko lepiej i tylko piękniej. To też kwestia pozytywnego nastawienia i muszę się tego trzymać. Ach, byle już w góry skoczyć…!

PS. Zrobiłam coś szalonego – kupiłam bilety lotnicze na dłuższe czerwcowe wolne w miejsce, o którym marzę już od lat!!! Nie mogę się doczekać – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi w te dni! Bo nie ma to jak odhaczać marzenia jako „zrealizowane”. 😉 Relacje z mojego kolejnego dzikiego wojażu już po 7.06!!! :))))))))))))))))

 

Dzikie wojaże

10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

To były moje pierwsze święta poza domem. Smutno trochę – niby widzisz i gadasz, ale tego nie poczujesz, za nic w świecie. A jakbym sobie takiego baranka ucieranego wciągnęła… Z rodzeństwem zawsze pożeramy go na trzy i kłócimy się przy stole, kto zje głowę, kto środek, a kto zad. 😀 Ale cóż, jestem tu, gdzie jestem, plusem jest to, że w niedzielę świętujemy po raz kolejny, tym razem Paschę prawosławną, więc poniekąd to podwójne świętowanie.

Już dawno chodził mi po głowie pewien artykuł. Korzystając z wolnych dni i beznadziejnej pogody (bez komentarza na ten temat. W zeszłym roku czuć było wiosnę, a teraz nadal tkwimy w głębokiej zimie) wreszcie udało mi się przelać słowa z głowy na papier. Poczytajcie sobie pełen spostrzeżeń tekst, pod tytułem 10 powodów, dlaczego lepiej NIE przyjeżdżać do Gruzji.

_DSC4192BBBBBB

Muszę przyznać, że jeżeli jest na tym świecie coś, w czym można zakochać się od pierwszego wejrzenia, definitywnie może tym być Gruzja. Tak się stało i ze mną – wpadłam, jak śliwka w kompot, od razu po same uszy. Do dziś czasami przeklinam tę chorą miłość. Przecież mogłabym sobie za obiekt westchnień wybrać cudowną Chorwację z palmami i lazurową wodą, lub chociażby, jakbym się bardzo na ten Wschód uparła to jakiś Lwów czy Petersburg i wracać tam z utęsknieniem, chodzić po knajpkach, popijać kawę i zagryzać ciasteczkami, bo ach, jakie oni mają tam słodycze! Ale nie. Jeżdżę do Gruzji.

Przysłowiowe dziesięć argumentów równie dobrze może rozwinąć się w metaforyczną nieskończoność. Gruzja wciąga jak narkotyk, a te są powszechnie złe i szkodliwe. W dodatku całkowicie bezsensowne. (A mimo to ludzie je zażywają, prawda? Coś w tym jednak musi siedzieć głębszego, na mocniejszą rozkminę). Przekonałam się o tym sama, kiedy po raz pierwszy poczułam wilgoć poranka na lotnisku w Kutaisi i konia, pasącego się tuż przed jego budynkiem. Od razu stwierdziłam: coś tu nie gra. Delikatne odchylenie od normalnego obrazu postrzegania świata. Na pytania: „Tęsknisz za Gruzją?” reaguję uniesieniem brwi i ironicznym uśmieszkiem. Tęsknić to ja mogę za karpatką, albo piwem z sokiem w upalne popołudnie. A mimo to wciąż tu wracam i czasem aż za głowę się łapię, dlaczego to robię i po co mi to?

            Jednym z głównych powodów, dla których do Gruzji nie powinno się jechać jest życie według zasady, przepraszam bardzo za to dosłowne i wulgarne zdanie, „miej wyjebane, będzie ci dane”, która jest chyba ich narodowym motto. Jasne, mogę się zgodzić, że czasem to jest fajne, spontaniczności nie mówię nie, ale tylko wtedy, kiedy nie jest głupotą. Nie ma co się starać, napinać, a co najważniejsze planować, bo to i tak się w Gruzji nie uda – po prostu żaden plan nie ma planu bytu. To trochę życie według zasady fatum – żyjesz tak, jak żyjesz, nic nawet nie starając się zmienić, bo i tak los jest z góry przesądzony. Walka z losem? To niczym walka z wiatrakami. Możesz się starać, napinać, prosić i zawodzić, tylko… Po co? Miej wyjebane. Wstawaj po południu, pij wino, hulaj dusza. Na dłuższą metę, lub, co gorsza, współpracę – niewykonalne, po prostu nie da się tak żyć. Żeby oszczędzić sobie nerwów, to naprawdę jest jeden z głównych powodów, dla których Gruzja nie nadaje się dla każdego.

            Idąc za zasadowym ciosem, nie warto też odwiedzać tego kraju ze względu na życie według zasady „przewróciło się, niech leży”. Niektórych to może straszliwie drażnić, a widać to gołym okiem, bo wręcz nie sposób tego przeoczyć. Przy górskich drogach ujrzeć możemy masę różnych dziwnych pamiątek, jak chociażby traktor do odśnieżania, który odmówił posłuszeństwa. I tak stoi już od lat, aż go rdza żre. Stoi i straszy. Jakby nie można było coś z tym zrobić! No ale po co… nie wspomnę nawet o konstrukcjach budowlanych, przyprawiających o palpitację serca inżynierów budownictwa. Ludzie nie dbają o nic – nie ma ogródków przed domem, nie ma kwiatów, sprzątniętych ulic… Są za to wszechobecne śmieci (powoli wygląda to jak jakiś armagedon! Śmieci w rzece, śmieci na ulicach, śmieci przy bazie wspinaczy na Kazbek, śmieci wszędzie!), kurz, pył. Okropne niedbalstwo.

            Powód numer trzy: chaos. Wszechogarniający i wszechmocny. Paraliżujący. Dobrym przykładem są drogi i drogowa dżygitowka. Niby są jakieś zasady ruchu drogowego, ale to tylko teoria. Praktyka całkowicie odbiega od jej wyobrażenia. Tak właściwie, to każdy jedzie jak chce. Wszyscy na siebie trąbią (czasem szybkie „trąb” przetłumaczyć można jako „hej! Usuń się, bo jadę”. Kolejne krótkie „trąb” = „dzięki!”. Długie „trąąąąb” – coś w stylu „spadówa chamie!” Cały słownik trąbnięć można by stworzyć.), tysiące aut (a drogi, o dziwo, tu szerokie), gwar – jeżeli ktoś chciałby zobaczyć i wyobrazić sobie, czym jest chaos, Gruzja jest tego idealnym, naocznym przykładem. Chaos panuje też w innych dziedzinach, jak na przykład gastronomia. Do knajpy przychodzi duża grupa, składamy wspólne zamówienie (czyli jednolite dla wszystkich), ale i tutaj wkrada się nieprzewidywalny chaos, który w stresujących chwilach opanowuje gruzińskie mózgi, paraliżując je skutecznie i wyłączając z działania.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n

            Cztery: życiowe nieogarnięcie. Poniekąd jako kontynuacja przykładu powyżej, czyli restauracji. Kiedy w końcu udało się przygotować to, co zamówili klienci, nastaje chwila (dłuższa chwila) ciszy i znowu ten wzrok ciemnych oczu, jak cielęcia na malowane wrota. Co robić teraz? We mnie zaczyna się już gotować. Przecież trzeba to roznieść! Ludzie głodni, czekają na śniadanie, a ci stoją i nic. Albo jak zaczynają roznosić, to totalnie mylą zamówienia. (Zamówionym było takie samo chaczapuri i sałatka dla wszystkich + kawa/herbata. Więc to z kawą i herbatą okazał się największy problem). Nie wiedzą, zapomniały co dla kogo, więc stoją i nie robią nic. A ja wtedy błyskam piorunami i myślę sobie: ludzie, ogarnijcie się choć minimalnie, tu nie trzeba wiele! Troszeczkę zaangażowania! Może to ja jestem harpagan i narwaniec pierwszej klasy, robienie wszystkiego na JUŻ mam we krwi i rodzinne, no ale tak obiektywnie rzecz ujmując… to są nieogarnięci.

            Mało? Mam kolejny argument – sławetne „nie da się”. No nie da się i już! W Gruzji problematyczny jest nawet wydruk ulotek. Serio. Jakoś tracę cierpliwość, kiedy po wymianie 15 maili na pytanie, czy już na pewno wszystko jasne, zastaję informację: „ale tam jest tak dużo załączników (4) i nie wiem jak to połączyć”. a, co lepsze! Poprzednia drukarnia mówi, że potrzebują szerszych plików. Ja: A nie da się obciąć w programie? Nie, nie da się. Ja: no ok, ale w Polsce drukowaliśmy już na tych właśnie plikach! A oni: widać polskie drukarnie są jakieś inne. O.O nie skomentuję, kto tu jest jakiś inny. Serio, krew mi wtedy ścina i walę łbem o kant stołu. Liczenie do miliona też nie pomaga. Mimo, że powinno, bo powinnam już tą rzeczywistość trochę rozumieć. Owszem, może i tak, no ale… nie mogę. Ten naród mnie wykończy.

            Gruzińskie zamieszanie potrafi wyprowadzić z równowagi. Ten robi to, drugi tamto, wygląda, jakby dużo się działo, ale tak naprawdę… nie dzieje się zupełnie nic. Bo gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Stoi sześciu Gruzinów nad wiadrem białej farby. Jeden dolewa mieszalnik, drugi miesza, cała reszta patrzy. Zanim farba uzyska w miarę odpowiedni kolor, mija jakieś 40 minut. A co się okazuje potem?  Ha, zdziwko! Ściany są całkowicie innego koloru, lub, co gorsza, Gruzinów poniosła ich kaukaska fantazja i na ścianach widzimy panterkę. Bo przecież oni wiedza lepiej!

            A wiecie, co jeszcze doprowadza moją krew do wrzenia? Ich wielkie, ciemne, dziecinnie zdziwione oczy, o których już gdzieś wyżej napomknęłam. Faktura? Jaka faktura? Co to faktura? Niemożliwe, że poprzednio coś takiego u nas dostaliście. (Cały czas gapiąc się z tym naiwnym zdziwieniem jak cielę na malowane wrota). My nie wystawiamy faktur. Serio. Jest to tak szczere i naturalne zdziwienie, że niejeden już na te oczyska się nabrał i porządnie naciął. Jeżeli nie chcecie paść ofiarą takiego psychologicznego oszustwa, bo te ich oczy ciemne takie ładne kaukaskie, a jak szczerość z nich płynie, to kategorycznie odradzam wszelakie załatwianie czegokolwiek z Gruzinami i tym bardziej dowodzenie swojej racji! To zawsze kończy się Waszą druzgocącą klęską!

            Jeszcze a’propos dowodzenia swojej racji. Uchowaj Boże tych, którzy zaczynają kłótnię z Gruzinami. Narodową cechą Polaków jest narzekanie, a Gruzinów obrażalstwo. Gruzin ma zawsze rację, bo jest Gruzinem, a jeżeli racji nie ma, patrz punkt pierwszy. Ich narodowa duma nie pozwala na udowodnienie tego, że są w czymkolwiek gorsi, albo że się mylą. No nie przegada, żadnymi argumentami. W pewnym momencie Gruzin po prostu się obrazi, śmiertelnie się obrazi. Po czym, po kilkunastu minutach, z triumfalnym błyskiem w oku zapyta: „No i dlaczego się przestałaś odzywać, obraziłaś się?”

31090124_1837291696321442_918883186_n.jpg

            To już chyba ósmy powód z rzędu, a jaki istotny. Czas! Poczucie czasu w Gruzji nie funkcjonuje. Jest gorzej niż we Włoszech i Hiszpanii razem wziętych. Jeżeli jesteście punktualni jak Niemcy biegnący na biznesowe spotkanie, Gruzja definitywnie doprowadzi Was do rozstroju komórek nerwowych, a może i stanu przedzawałowego – nie polecam! Gruzinów trzeba traktować jak przedszkolaków i na zapas podawać im godzinę stawienia się w pracy gdzieś godzinę wcześniej, niż ta ustalona – przecież to pewne, że i tak się spóźni, więc chociaż się wyrówna… Najgorsze jest to, że można to powtarzać w nieskończoność – nie spóźniaj się, turyści będą zdenerwowani! Nic sobie z tego nie robią i do pracy stawiają się niesamowicie spóźnieni, ale zawsze z tym samym beztroskim uśmiechem, mówiącym: przecież nic się nie stało! Jednakże, by pogłębić stan przedzawałowy mogę ostrzec, że zawsze może być gorzej, gdy zamiast spóźnienia, Gruzin nie pojawia się wcale. I o, tyle.

            Dziewięć – gruziński letarg. To jak zastygły żar, unoszący się w powietrzu podczas upalnego dnia gdzieś w ciasnej ulicy Tbilisi. Niestety jednak rozprzestrzenił się na cały kraj i często w Gruzji możemy przyuważyć grupkę kilku mężczyzn, siedzących na ławeczce przed rozwalającą się chatką, których jedynym zaangażowaniem jest obgryzanie pestek słonecznika i zawody w stylu „kto dalej splunie”. Totalne zawieszenie w czasoprzestrzeni. Niech się dzieje wola nieba, a choćby z nią i trzęsienie ziemi! Faktycznie ma to związek z czasem. Może ich spóźnialstwo to po prostu odwieczne pokłady stoickiego spokoju, który drzemie w ich ciałach i głowach?

            Powód dziesiąty, setny i tysięczny pewnie by się znalazł, gdybym dłużej pomyślała. Już zupełnie przekonana jestem, że po kolejnym sezonie, intensywnie przeżytym na gruzińskiej ziemi, znajdę ich jeszcze całą masę, gdyż Gruzja jest krajem, który nigdy, ale to przenigdy nie przestanie zaskakiwać! Definitywnie Gruzja nie jest dobrym krajem dla każdego, kto planuje swój urlop w jakimś „egzotycznym kraju”. Po co w ogóle się wściekać i walczyć z wiatrakami, myśląc, co ja bym tutaj zmienił i w jaki sposób to przeprowadził? A bo brud, bo jeżdżą jak wariaci, bo drogo i nie dostałam nic za darmo, bo oszukali, bo kurs wymiany jest droższy na prowincji – ileż takich historii przyszło mi się nasłuchać, naprawdę, uwierzcie mi! Dlatego właśnie odradzam. Po co się denerwować, jak nasze nerwy i tak niczego nie są w stanie zmienić?

_DSC3917.JPG

            Ale… jest jedno, malutkie ALE. Gruzja jest absolutnie fascynująca. Mnie zafascynowały głównie góry Kaukazu, do których mityczni bogowie przywiązali Prometeusza za chęć pomocy niesionej ludziom. Gruzję kocha się nie tylko za zalety, jakimi są głównie przyroda i mimo wszystko niezwykle przyjaźni ludzie, ale przede wszystkim pomimo wad. Nikt nie jest idealny, takie twory nie mają prawa bycia. Wiele ludzi planuje swoje wakacje w Gruzji – to też zazwyczaj sprawdza się słabo, bo to, że GPS pokazuje 3 godziny czasu, nie oznacza, że droga będzie przejezdna, że po drodze nie zatrzymamy się na piknik i że nagle z tego pięknego poranka nie zrobi się wieczór. Czasem po prostu jedyne co trzeba, to dać się porwać. A potem tylko już niech się dzieje!

I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dzikie wojaże

Niech się dzieje!

6.04.2019

W przede dniu kolejnego wyjazdu do Gruzji, zebrawszy wszystkie rzeczy, czas zebrać i myśli, a trochę ich jednak jest. Znowu rzucam wszystko i lecę w świat daleki. Ale tak naprawdę w głębi serca wiem, że „NIE BYŁOBY DROGI, GDYBY NIE BYŁO DOKĄD WRACAĆ, NIE BYŁOBY DOKĄD JECHAĆ, GDYBY NIE BYŁO MIEJSCA, Z KTÓREGO SIĘ WYRUSZA”.

A definitywnie tym Miejscem jest mój Dom rodzinny, moje ukochane i najpiękniejsze Witanowice, a jak ktoś nie zna, to można i dodać Wadowice. Szykując się na ten wyjazd nie zapomniałam już o fladze – spodziewajcie się zdjęcia ze szczytu z biało-czerwoną flagą i podpisem „WADOWICE” 😉

_DSC7792.JPG
Witanowice i królująca nad pejzażem Babia Góra.

Zawsze jak jakiś obcokrajowiec pyta, gdzie mieszkam, mówię najprościej – w górach. Przecież i tak nie ogarną różnicy pomiędzy Beskidami, a Tatrami. A’propos – w zeszłym tygodniu udało mi się raz jeszcze skoczyć w Tatry – musiałam się napatrzeć na kolejne 7 miesięcy. (tak samo jak musiałam się najeść, napiec, nagotować itd. Takich rarytasów w Gruzji nie ma. :P) Niby zima, a jakby lato! Zrobiłyśmy Halę Gąsienicową przez Boczań, Czarny Staw, z powrotem Hala i przez krokusową Dolinę Jaworzynki do Kuźnic, po drodze zahaczając o pizzę. 😀 cała, caluteńka droga w krótkim rękawku i z podwiniętymi do kolan spodniami! Ludzie gapili się na mnie jak na kosmitę, ale serio – upał niesamowity. Oczywiście, by tradycji stało się zadość, zjarałam się jak niebożę stworzenie, pierwsze koty za płoty, teraz (może) będę łapać już brąz. Łapcie kilka zdjęć, popatrzcie, jak pięknie!!

Tyle Tatr, czas na Kaukaz. Tym razem Kalkulator dat wyliczył że pomiędzy datą 7 kwietnia 2019 r. (niedziela) a datą 20 października 2019 r. (niedziela) jest 196 dni, co stanowi 6 miesięcy i 13 dni”. Super.

Pamiętam, jak to było rok temu. W sumie to nie chce mi się cytować, bo myśli podobne, odsyłam więc do wpisu. 

Dziś już mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Przez co i, choć zupełnie nieświadomie, dużo bardziej przeżywam. Taka już jestem, że może nie widać na zewnątrz, ale w środku siedzi wszystko i się kłębi jak chmury nad górami. Będzie jednak dobrze. Jak się już zabiorę z tymi bagażami, które ważą więcej niż ja (2x23kg+1x8kg), wylezę z pociągu, jakimś cudem przeteleportuję się na lotnisko, raz jeszcze przepakuję i oddam to w cholerę do samolotu – już będzie dobrze.

Potem już poleci po petardzie, na przypale albo wcale i tak dalej.

GRUZIŃSKI SEZON DZIKICH WOJAŻY VOL. 2 WŁAŚNIE SIĘ ROZPOCZYNA! NIECH SIĘ DZIEJE! 🙂

_DSC9062
Koń by się uśmiał!

PS!!! Jeżeli ktoś z Was ma instagrama, zapraszam na mój profil @agawielinska , gdzie na bieżąco wrzucam głupio-śmieszne relacje 😉