Dzikie wojaże

Serce na właściwym miejscu.

Lubię taką pogodę, gdy świeci słońce, wieje wiatr, a po niebieskim niebie przemykają białe baranki. Wprawdzie poranki wieją chłodem, a zmrok zapada prędko, jesień czuć już namacalnie, ale udaje się jeszcze użyć dnia. Przeleciał sierpień, wakacje dobiegają końca, co nie oznacza jednak, że to koniec sezonu – przecież jesień też jest piękna! A babie lato zwłaszcza.

Trzy wypady w góry w jednym miesiącu to wcale nie tak zły wynik. Marzę, by ta tendencja utrzymała się jeszcze chociaż we wrześniu! Choć i na złoty październik też mam chrapkę, a może nawet i o listopad bez śniegu uda się zahaczyć.

_DSC0598
Kwitnąca wierzbówka kiprzyca na Hali Gąsienicowej.

1) Na początku sierpnia całkiem spontanicznie wybrałam się na wschód słońca na Babią Górę. Spontanicznie z tego względu, że stwierdziłam, że nie ma co tego odkładać na zaś-nie-wiadomo-kiedy, tylko póki pogoda dobra iść za ciosem i jechać od razu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam i to było dobre. 😀 Być może sierpniowy wschód słońca o 5:19 nie był tak spektakularny jak ten z lutego, ale też było pięknie. Zawsze jest pięknie – czasami może być tylko bardziej! Samo wejście jednak super, nie ma to jak zebrać się o 00:30, wypić kawę i czarną nocą ruszyć w siną dal. Muszę jednak wschód powtórzyć – poczekam na jesień i mgły, przelewające się przez doliny, lubię takie nieoczywiste motywy na zdjęciach – robią robotę. W sumie zachód też bym mogła zobaczyć, widokami i Babią nie pogardzę nigdy w życiu! (choć Ewe nie podziela mojego dzikiego zapału).

_DSC0250f
wschód słońca na Babiej
_DSC0288
mały człowiek i góry

2) Przedostatnia sobota wakacji w prognozach wyglądała super. Miałam w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolnego, za święto, przypadające w sobotę, ale stwierdziłam, że szkoda dnia, a jak jest okazja, to lepiej skorzystać dwukrotnie, niż raz. Prosta matematyka, tyle jestem w stanie logicznie pojąć. 😀 Miałam z Eweliną chrapkę na Świnicę. Chciałam koniecznie zahaczyć przy okazji o kwitnącą Halę Gąsienicową i napatrzeć się na wierzbówkę. To właściwie było już postanowione, gdy TPN w czwartek wydał oświadczenie, że z powodu remontu szlak na Świnicę zamknięty do soboty włącznie. NO NIE. Ale oczywiście Agusia kombinator pierwsza klasa, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, rzut okiem na mapę i decyzja: JAK NIE NA ŚWINICĘ, TO SOBIE NA GRANATY PÓJDZIEMY. Miałyśmy iść tylko na Skrajny Granat, ale wleźć na pierwszy i nie przejść granią Pośredniego i Skrajnego to jakby grzech! Więc zamiast Świnicy przeszłyśmy trzy Granaty i to była po prostu bomba, sztos, jak mówi młodzież (zatrzymałam się na tym słowie, ale mogę się mylić, nie nadążam za nowinkami społecznymi). Była z nami nasza Mama, która w połowie drogi na Halę stwierdziła, że mamy nie zwracać się do niej per „Mamusiu”, bo to głupio. Wołałyśmy: „Margarito!”.

Hit wycieczki:

A: Mamuś, jak się czujesz?

M: Jak idę, to ok. Dopóki idę, jest ok!

Nabiera to głębszego sensu, jakby nie patrzył. Morał z tego taki, że trza cisnąć, ni ma co zasiadać.

Start z Kuźnic o pięknej godzinie 5:00, jeszcze ciemnawo było (masakra, jak już dnia ubyło!!), na Hali byłyśmy o 7 – wierzbówka bajeczna, wiem, że to miejsce oklepane wśród turystów, zwłaszcza w pełni kwitnienia, ale klasyki są fajne. A poza tym o tej porze tłoków nie spotka się raczej. 😉 Myśmy z Ewe miały cisnąć na Granaty, podczas gdy Margarita miała na nas czekać przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Dojście tam zrobiło na M. spore wrażenie. (na mnie nie, bo wiedziałam, że da radę!) Obawiała się przepaści, wskazywała ręką na Kościelec z pytaniem: –Wy tam?? –Nie tym razem 😀 a i tak najlepsze było:

A: Chcesz se tu zdjęcie zrobić?

M: Tak. Jakie to jest przerażające i gdzie doszłam!

_DSC0834
Przerażający Kościelec i Czarny Staw Gąsienicowy.

Co by nie doszła. Córki Kozice ma w końcu. 😉 Na sam koniec stwierdziła, że prawie 5h czekania na nas to była masakra, obeszła staw dookoła 3 razy, patrzyła na te przerażające szczyty, a tak wgl to ona mogła iść z nami! 😀 no ale czekała, a my poszłyśmy w górę.

Wgl tak z perspektywy stwierdzam, że dałyśmy czadu z tymi Granatami – w końcu przeszłyśmy fragment Orlej Perci! To robi wrażenie.:))) co lepsze – Ewelina być może nie lubi człapania w stylu Czerwonych Wierchów czy Tatr Zachodnich, ale tam, gdzie napotyka jakiekolwiek techniczne trudności – radzi sobie doskonale, wręcz lepiej ode mnie! Słynna szczelina pomiędzy Skrajnym Granatem – ot, taki duży, metrowy krok tam trzeba zrobić, trzymając się łańcucha, ale można obejść też ją dołem. Nieustraszona długonoga Ewe hop-siup i już na drugiej stronie, a ja spojrzałam, oceniłam, że chyba mam jednak za krótkie nóżki i jak mam możliwość, to chyba wolę dołem, skoro jest taka opcja, bo chyba jednak się troszkę boję, że nie celnę 😀 Sporo trudniejszych fragmentów, dziwiłam się ludziom bez kasków, w pewnych momentach bywało „przerażająco” , ale adrenalinka super, brakowało mi tego uczucia bardzo! A widoki – o mamusiu złota – najpiękniejsze, jakie (chyba) w Tatrach widziałam! To tak oczywiście do każdego kolejnego wyjścia, zapewne.

_DSC0693
Widok ze Skrajnego Granatu.

Oczywiście jak to ja, usiadłam sobie, chłonęłam te dzikie panoramy, zaniemówiłam totalnie, świata obok nie ma, ludzi nie ma, chwilo trwaj, czyli stan typowy, wszystko w normie, serce się ustabilizowało, bo jest na właściwym miejscu – jak to Ewe wcześniej stwierdziła.

Tak w ogóle to sobota ostro w dynię dogrzała – całe szczęście, że kiedy inni dopiero wchodzili, my już wracałyśmy, więc upał złapał nas praktycznie tylko na zejściu, co oczywiście wystarczyło. Tradycji musiało stać się zadość i oczywiście zjarało mi łopatki, łupię się „na motylka” 😀 a piwa w sobotę wieczorem chciało mi się jak nigdy indziej! 😉

3) Nie ma to jak zrobić sobie wolne w środę i skoczyć na szybki wypad w góry – musiałam wykorzystać przecież urlop za 15.08! Jakże wtedy łatwiej przetrwać czwartek i piątek 😀 Pogoda, mimo straszących wiatrem prognoz, oczywiście nam siadła. Tym razem, żeby życie miało smaczek, start o 5:00 z Palenicy – padło na Kozi Wierch, bo tam nas jeszcze nie było. Piękny szlak, jak szłam na Szpiglasa to zerkałam w tamtą stronę, a teraz wpatrywałam się w zakosy, prowadzące na Przełęcz. Idąc tam nie wyglądało to aż tak 😀

_DSC1082

Ze szczytu bajkowe widoki – smakuję Orlą Perć póki co po kawałku – przyjdzie czas, to sobie pyknę na raz, w całości! A Kozi Wierch – w sam raz dla Kozic, na zakończenie wakacji! Ale nie sezonu 😉

Muszę stwierdzić, że Ewelina (przypomnę – moja 11 lat i 5 dni młodsza Siostra) dała czadu tego roku. Po raz pierwszy była ze mną w Tatrach 3 lata temu – szłyśmy przez Gąsienicową na Kasprowy. Narzekała całą drogę, przeklinała mnie i moje wymysły, kładła się za kamieniem i chciała sama wracać, nie wiedząc gdzie – to był koszmar iść z takim wielkim dzieckiem-nudziorzem, miałam ochotę palnąć ją w dynię i zostawić na pastwę losu, na pożarcie misiom. Potem widok ze szczytu na Czerwone Wierchy dodał jej skrzydeł. Jakoś się przełamała i wcale nie miała dość, a raczej powoli-powolutku zaczęło się w niej tlić pragnienie czegoś więcej. Potem był Kasprowy zimą (kolejką), wiosną Kalatówki, potem zwiałam do Gruzji na całe dwa tatrzańskie sezony; jesienią zdobyłyśmy Kopę Kondracka, przed moim drugim wyjazdem w zimowych warunkach wlazłyśmy na Czarny Staw Gąsienicowy. W tym roku zaczęłam nadrabiać tatrzańskie zaległości – w większości z Eweliną jako towarzyszem. SIADŁO!!! I poszło. Tak właściwie przełomem stał się Szpiglasowy Wierch i pierwszy kontakt z łańcuchami. Teraz to byle trudniej, nie ma tendencji spadkowej! Fajnie, że moja młodsza Siostra też pokochała góry i – muszę to przyznać! – stała się moim pełnoprawnym towarzyszem dzikich wojaży – to piękne!

Pójdziemy na tą Orlą kiedyś, razem! ❤

_DSC0812-001

PS. Oczywiście koniec wakacji, to nie koniec sezonu :>

PS2. Dla wszystkich rozpoczynających rok szkolny – żebyście pochodzili całe 10 miesięcy, a nie musieli uczyć się online 😀

 

 

 

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

 

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!

Dzikie wojaże

«Paszła żara!» na koniec sezonu.

Gdzieś na początku czerwca wspominałam, że jak się karuzela zacznie kręcić, to obudzę się i ją zatrzymam gdzieś we wrześniu. Dzień dobry, wrześniu!

Wróciłam po raz kolejny z Elbrusa, rzuciłam plecak na podłogę i jakoś do mnie dotarło, że chyba pora zrobić porządek w tym burdelu na kółkach, poukładać rzeczy na swoje miejsce (cały sezon miejscem tym była właśnie podłoga, po co chować, jak za dwa dni musze znowu pakować? 😀 ), umyć, wyczyścić, OGARNĄĆ. Nie wiem jeszcze jak, bo ciężko dojść do siebie i do porządku po ponad 2,5 miesiąca w stylu niewiemjaksięnazywam 😉

Od ostatniego razu, kiedy to dwa tygodnie siedziałam w Rosji i zaliczyłam dwie nieudane próby ataku szczytowego, zdążyłam objechać jeszcze Swanetię, po czym znowu wróciłam do Bałkarii i, jak to mówi rosyjska młodzież – PASZŁA ŻARAAA! (*kulminacja jakiejś sytuacji) i w pięknym stylu po raz czwarty stanęłam na szczycie Elbrusa. A po raz siódmy na szczycie pięciotysięcznika 😉 to tak w kalejdoskopowym skrócie, a jak to wyglądało naprawdę…

_DSC8419.JPG
Bajkowy warun na Elbrusie. 

Za pierwszym wyjściem pogoda była tak fatalna, że nawet nie pakowałam ze sobą aparatu – nie pozostawiała złudzeń i nadziei. Było tak do bani, że w sumie to mnie aż bawiło – ciekawe doświadczenie – nie zawsze świeci słońce 😉 Przewodnik, Saszka, skomentował tą próbę ataku szczytowego: „Zdjęcie jakie ci zrobiłem jest jedyną rzeczą, która dziś dobrze wyszła”. Zdjęcie przedstawia ubawioną mysią mordkę w szarej zawierusze 😀 Ten sam przewodnik innym razem powiedział mi kolejną złotą myśl: „A wiesz po co ludzie chodzą na górę? Z braku pieniędzy – to przewodnicy – , lub z braku mózgu – to pozostali”. Szczere i prawdziwe. Ja chyba bardziej mózgu nie mam, że sama się rwę do góry.

Kolejnym razem zawracałam z 5400 i sprowadzałam w dół do ratraka człowieka, który źle się poczuł. Przeklinałam cały świat i rzucałam piorunami nie mniej niż burza, grzmiąca gdzieś w Karaczaju, oczywiście wszystko jakoś w głębi siebie, bo nie powiem – tu nie było nic śmiesznego, ale każdy odwrót w jakiś sposób boli. Miałam za to wspaniały spektakl – wschód słońca, a gdy reszta grupy, która stanęła na szczycie opowiedziała, że u góry nie było ani grama widoczności, poczułam drobną satysfakcję i koniec końców doszłam do wniosku, że to było przeznaczenie, że zawracałam. Niebo mi to wynagrodziło.

_DSC7145AAA.jpg
Kaukaz o wschodzie słońca. 

Wróciłam razem z Anią z Rosji, zupełnie niespodziewanie trafiło nam się pięć dni wolnego, więc, nie myśląc zbyt długo, spakowałyśmy się dość na przypał i bez głębszego planu pierwszą lepszą marszrutką wyjechałyśmy z Kazbegi. 😀 miałyśmy jechać do Pankisi, do Bakuriani, do Raczy , do Lagodekhi – czyli gdziekolwiek, gdzie nas jeszcze nie było, ale koniec końców, skończyłyśmy w miejscu doskonale nam znajomym, w Mestii. To też element przeznaczenia, dobrze, że nie pojechałam w sandałkach, a miałam jeszcze buty trekkingowe! Swanetia dobra na wszystko! To był cudowny czas, ostatnie dni sierpnia, w głowie grupa Kino i piosenka „Konczitsa leto”, tak bardzo prawdziwe w ten złoty czas… Bez żadnej spiny typu „muszę tam wleźć”, „muszę to”, „muszę tamto” – po prostu carpe diem, jest pięknie. Chciałam sobie przemyśleć kilka spraw, poszłam więc rana się trochę zmęczyć nad jeziorka Koruldi, a nawet sporo dalej; w sumie jedyny wniosek do jakiego wtedy doszłam, konwersując sama ze sobą to to, że… cholernie czuć już koniec sezonu. I chcę do Domu, do Polski. A tu jeszcze 1,5 miesiąca jakoś trzeba przeczekać. Byle się coś działo, nadal się kręciło na jakiś oparach, to będzie dobrze. Najwyżej znowu skończę w Swanetii i, popijając piwo, będę wpatrywać się w Uszbę i myśleć o Tatrach. A! Wygłosiłam jeszcze jedną głęboką myśl: „jeżeli chce się iść do przodu, to nie wolno stać w miejscu”. Ale wtedy byłam już po piwie, bo pewnych rzeczy na trzeźwo w Gruzji się nie da.

A’propos! W drodze na jeziora Koruldi odkrywa się jeden z najpiękniejszych widoków na moją ulubioną Wiedźmę wśród gór, Matterhorn Kaukazu, czyli  piękną Uszbę. Oczywiście miałam nosa, wychodząc po 6 – udało mi się napatrzeć, bo potem nadeszły chmury i zakryły cały widok. I tak sobie myślę – a kawałeczek dalej Elbrus, z którego to Uszba prezentuje się równie cudownie i majestatycznie jak ze Swanetii. Byłam „za górami”, a to tak jakby w przestrzeni „pomiędzy”. I wtedy z całą siłą dotarło do mnie, że „szczęście nie znajduje się z a  g ó r a m i – ono j e s t  w  g ó r a c h.

Wróciłam ze Swanetii, dupłam rzeczy na podłogę, a do plecaka spakowałam kupę sprzętu i już kolejnego jechałam do Rosji, na Elbrus. W międzyczasie hobbistycznie poprowadziłam grupę na Czeget (ja mam tak usrane z tym Czegetem, jak z Halą Gąsienicową – tysiąc planów i myśli, a i tak kończę zawsze tam!), a czekając na atak szczytowy nie wierzyłam własnym oczom (padał śnieg, a chłopaki lepili bałwana) i z uporem maniaka sprawdzałam prognozę pogody, która niezmiennie pokazywała lampę kolejnego dnia. Podchodziłam do tego sceptycznie, ale… naprawdę była lampa. Czyściuteńka noc, ale za to koszmarne zimno, myślę, że spokojnie w granicach 30* mrozu, w trzech parach rękawic miałam już wizję odmrożonych, czarnych paluchów, przez głowę zaczęły przelatywać mi myśli: „a na co mi to, zawracam, wschód słońca z 5000m też nie będzie zły, ostatnio wyszło na dobre” itp., itd, całe szczęście jednak zaczęłam powtarzać sobie mantrę „byle do wschodu” i… jakoś to poszło. I wlazło. Maaamusiu złota, to była bajka. Chyba najpiękniejszy warun, jaki mogłam sobie wyobrazić na Elbrusie, w życiu nie widziałam nic tak pięknego!! (Ale tylko do kolejnego razu 😉 )

_DSC8379.JPG
Wschód słońca na Elbrusie. 

Chciałam tym wejściem, po raz czwarty na szczyt Elbrusa, a po raz siódmy na pięciotysięcznik, w pewien sposób uwieńczyć ten cały pełen wrażeń sezon. Nu, paszła żara! I uwieńczyłam w piękny sposób. Piękniej nie mogłam sobie tego wymarzyć. Chociaż, szczerze mówiąc, do końca sezonu tak naprawdę jeszcze trochę zostało, coś jeszcze mogę  wykombinować, kto to wie, jakby się okazja nadarzyła… 😉 Ale póki co, na dziś dzień czuję się mega usatysfakcjonowana! Teraz pora odpocząć, odpowiadając w biurze na pytania turystów, jak dojść do kościółka, lub jakiej pogody należy się spodziewać, będąc w górach Kaukazu. (a w biurze nie siedziałam już ponad bite dwa miesiące!!! :O )

Nu, paszła żara! (kolejne głupie powiedzenie, które tak jakoś mi siadło, że teraz będę go nadużywać). Do następnego!  :))))) 

PS. Sucharek na koniec: wiecie, jak wygląda podryw „na alpinistę”? Mówi się z uśmiechem słodkiej idiotki: „A pokażesz mi, jak się zawiązać na tej linie?”

 

Dzikie wojaże

Kaukaska socjologia.

Przeleciał znowu czas jak wicher nad Kaukazem, już połowa sierpnia za nami.

Ostatnio (dokładnie 5.08, a to stosunkowo bardzo późno!) dotarło do mnie, jak co roku mniej więcej o tej porze dociera, że IDZIE JESIEŃ. A właściwie to już ją czuć w powietrzu, w kolorze światła, w liściach drzew. A jak szybko się ciemno robi! Aż w szoku byłam, taka wyrwana z czasoprzestrzeni, a tu już jesień na karku.

Pomyśleć, że ani się człowiek nie obejrzał, a tu jeszcze dwa miesiące i będę w domu. Może temu tak leci, że mnie w tym sezonie bardziej nosi – tu Gruzja, tu Rosja i tak w kółko. Mój „licznik wejść” na dziś dzień to remis dla Kazbeku i Elbrusa 3:3. A że sezon jeszcze trwa, za te dwa miesiące myślę, że jeszcze ulegnie zmianie. 😉 /piszę to w przededniu kolejnego planowanego ataku szczytowego na Elbrus/

Tak w ogóle to siedzę w Azau już kilka dni, w międzyczasie oczekiwałam w bazie na powrót dwóch grup, korzystam z cudownej pogody, odwiedziłam nieznany mi dotąd wąwóz Terskolski i wodospad „Męskie Łzy”, który robi dużo większe wrażenie niż „Dziewczęce Warkocze” 😉 , poza tym spontanicznie wlazłam na Czeget, gotując się i sapiąc w dzikim upale, potem jadłam tiramisu w malutkiej knajpce w stylu zakopiańskim, a skończyłam w lesie, obżerając się borówkami. Po drodze usłyszałam, żebym raczej nie uśmiechała się tak szeroko do chłopaków, obsługujących kolejkę, a w hotelu kochana pani Tatiana z recepcji aż klasnęła na mój widok, że nareszcie wróciłam, bo już miała do mnie dzwonić, bo bała się, że polazłam z rana, a jest już ciemno, mnie nadal nie ma i może mnie jakiś Bałkariec ukradł?!

-A to tu kradną dziewczyny? Niemiestną Polkę by nawet ukradli?

-Nawet?! Porwaliby i tyle!

Aha, spoko. Nie uśmiechaj się, dziołcha, bo cię Bałkarcy ukradną. W sumie to poczułam się, jakby mnie Mama skarciła 😉

W ogóle jak ostatni raz wchodziłam na Elbrus, to prowadziłam głębokie rozmowy z przewodnikiem.

-Aga, ile masz lat?

– 26. Jeszcze 26.

20 kroków później, przetrawił i pyta dalej:

-Aga, a masz męża?

-Nie, a co? Pewnie za stara już jestem!

-Niee, właśnie nie, idealnie…

Śmieję się, że to są 3 typowe kaukaskie pytania. Zawsze! 1) Jak masz na imię 2) Ile masz lat 3) A męża masz???????? Uczarowanie z tymi kaukazcami… Dochodzę do wniosku, że cały kaukaski świat jest po jednych pieniądzach, ale i tak Gruzini biją wszystkich na głowę. Może temu, że rosyjski kaukaz Północny jest muzułmański i religia jeszcze jakoś ich trzyma w ryzach… 😉

_DSC6470A.jpg
Wąwóz Terskolski. 

Ostatnio dwa razy, znowu tydzień po tygodniu byłam na Kazbeku. Co ciekawe – każdy raz jest jedyny i niepowtarzalny. W sumie to nawet się cieszyłam, jak wiało i nie było nic widać, bo przynajmniej mam porównanie, jak to jest, gdy pogoda nie jest sprzymierzeńcem. Kontynuując swoje liderskie funkcje, mogłabym stworzyć badanie społeczne pod tytułem: JAK TWOJE SAMOPOCZUCIE? Zadawane gdzieś w okolicach 4500m n.p.m. wzwyż. 😀 Odpowiedzi są przeróżne:

-bywało lepiej

-szału nie ma

-ciężko

-chu*owo

-średnio

-ni ryba ni mięso

-ani dobrze, ani źle

-a jak mam się czuć?

– (ze złośliwym wyzwaniem, wyplutym przez kominiarkę) A ty niby jak się czujesz??!!

A ja? A ja czuję się doskonale! I mimo dzikiej pizgawicy w ten dzień na Kazbeku, ja jak zawsze – im wyżej, tym lepiej! Co mam kłamać, lub ukrywać. Lubię konkrety, prosto z mostu.

W ogóle w ten ostatni raz, kiedy wchodziłam na Kazbek, w Meteo była taka super atmosfera – jak z zeszłorocznych wspomnień, kiedy byłam tam co dwa tygodnie. Cała śmietanka przewodnicka, wzięli gitarę, zrobili koncert, opowiadają coś zawzięcie, śmieją się, ja zmęczona po szczycie, ale siedzę z nimi, nic prawie nie rozumiem, ale śmieję się razem z nimi, bo ich wesołość jest ponad Wieżą Babel. Takie Meteo, taką właśnie Gruzję  to ja kocham.

Niech się kręci!

Dzikie wojaże

Jestem świrem. Dwa pięciotysięczniki w cztery dni.

Cel? Niekoniecznie. Raczej uwieńczenie drogi. Jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałabym, że kiedyś stanę na szczycie dwóch kaukaskich gigantów. Nad brzegiem Bajkału – owszem, ale jakieś niebotycznie wysokie wierzchołki?? Prawda, góry kochałam od zawsze, ale nie byłam wariatem, gotowym na jakieś ekstremalne wyzwania. Gruzja zmieniła w tym aspekcie wszystko. Żyjąc w Kazbegi od 13.04, Kazbek każdego dnia wabi mnie swym urokiem. To przecież taka trzy razy większa Babia Góra, którą co rano podziwiam z okna mojego rodzinnego domu. Przygotowywałam się więc mentalnie na spotkanie z Mkinvartsveri od połowy kwietnia i coraz śmielej myślałam o tym, że może i mi uda się stanąć na jego szczycie. Nadzieja matką głupich, a że głupi ma zawsze szczęście… 😉 Fizycznie – byłam jak kozica gotowa do skoku. Mówisz „DAWAJ!”, a ja stoję pierwsza w szeregu. Pierwszy raz na Przełęczy Arsza, jeszcze w śniegu po kolana, pierwsze spotkanie z lodowcem, pierwsza noc na Meteo, pierwsze przekroczenie granicy 4000 m n.p.m….Małymi kroczkami, ale „tylko do przodu i ani kroku w tył!”Technika strategiczno-oblężnicza. Wystarczy spuścić (Kozicę!!) z uprzęży i hoop, już jest. 😉 Takie przynajmniej miałam wrażenie, dlatego całą sobą chciałam się przekonać na własnej skórze JAK TO NAPRAWDĘ JEST.

„Szykuj się na Kazbek” – powiedziała mi kiedyś Ewa. Agusia oczy jak pięć złotych, w tęczówkach odbija się Lodowy Szczyt i nie może się doczekać! Szłam jako lider 23-osobowej grupy. Biegałam pomiędzy namiotami i każdego pytałam o samopoczucie, co wywoływało niemały zaciesz wśród grupy – oraz zdziwienie, skąd czerpię tyle energii 😉 Spędziliśmy dodatkowy dzień na Meteo, dzięki czemu nie tylko aklimatyzacja przebiegła dużo bardziej pomyślnie, ale i idealnie wstrzeliliśmy się w okno pogodowe. W międzyczasie jadłam arbuza z chłopakami z Bezpiecznego Kazbeku (<3) i piłam herbatę za herbatą. Ostatniego wieczoru miałam ogromny dylemat, czy w ogóle kłaść się spać – atak szczytowy rozpoczyna się zazwyczaj o godzinie 2 w nocy. Byłam tak podekscytowana, że gadałam jak najęta i daleko mi było do mojego śpiwora. 12:30 – nie wiadomo, czy mówić „dzień dobry”, czy „dobranoc”, zaspana jem śniadanie (zwał jak zwał) – kisiel wymieszany z owsianką (najlepsza bomba energii!). Cztery warstwy ubrań, słaby blask czołówki oświetlający drogę, krok za krokiem i ruszamy. CAVEDID, jak to mówią Gruzini. Na wysokości Czarnego Krzyża (ok. 4000 m)  mijamy ostatnie namioty – przed nami już tylko lodowiec. Nocą większość szczelin jest niewidoczna – to znaczy – człowiek nie zwraca na nie uwagi i dopiero, gdy musi  nad przepaścią, serce samo podchodzi do gardła. Dopiero wracając, mieliśmy okazję w pełni dojrzeć potęgę lodowca. Naprawdę, nie wyobrażam sobie iść tam samej, bez sprzętu, co niestety robią setki ludzi, zupełnie lekceważąc wszelakie zasady bezpieczeństwa. Tak złudnej rzeczy jak szczeliny na lodowcu nie ma.

Idziemy, mozolnie pnąc się do góry. W pewnym momencie nasz przewodnik zaczął nucić znaną kaukaską piosenkę „Jedziem, jedziem na diskoteku w sąsiednie sieło”. Mijająca nas grupa Rosjan przejęła pałeczkę i wkrótce wszyscy wspinali się w rytmie dyskoteki. 😉 Potem się dziwić, że jakieś dziwne rzeczy chodzą mi po mojej rudej głowie i nie mogą się wydostać!

Od wschodu słońca, który spotkał nas w okolicach Plateau (4400m), wszystko stało cieplejsze i piękniejsze. Wstąpiły we mnie nowe siły i świadomość, że teraz nic już mnie nie powstrzyma. Oczywiście będąc związanym na linie z innymi ludźmi trzeba stale zdawać sobie sprawę z tego, że w razie problemów jednego członka grupy zawrócić muszą wszyscy – ja czułam się tak wyśmienicie, że modliłam się tylko o siłę dla pozostałych! 😉 Na szczycie stanęło niemalże 100% grupy – aż 18 z 19 osób.

Tyle czekałam na tą chwilę. W sumie sama nie wiem, czego się spodziewałam na szczycie. Łez? Tańca radości? Było jedynie krótkie „O kurwa” i dziki oczopląs. I cicha duma, że dałam radę,. Małe rude, a zuch. Za to po powrocie do Meteo biegałam jak najarana, skończyłam arbuza (o matko, ależ taki arbuz smakuje po Kazbeku! Najlepsza rzecz pod słońcem!) i czułam, że wyglądam niczym wesoły kundelek, merdający ogonkiem. Zdaję sobie sprawę, że z góry byłam na wygranej pozycji. Dobra aklimatyzacja, pogoda jak żyleta, ciepło, doświadczeni przewodnicy… Przy takich okolicznościach nie mogło się nie udać. Przekonałam się „jak to jest”, ale tak naprawdę dalej nie wiem, „jak to jest”, bo takie warunki jakie miałam, trafiają się raz na miesiąc. Albo i dwa. Kolejne potwierdzenie tezy w moim życiu, że głupi ma zawsze szczęście. Co by się nie działo. I jeszcze wszyscy przewodnicy, którzy z nami szli, zgodnym chórem stwierdzili, że Aga to „nienormalnaja i prosto supier dziewuszka” – najlepszy komplement, jaki może usłyszeć kobieta, która właśnie wróciła z pięciotysięcznika 😉

Oczywiście najważniejsze w zdobyciu szczytu jest bezpieczny powrót. Wracając do Kazbegi chłopaki uczyli mnie mohewskiego – lokalnej gwary. Tak naprawdę nie jestem pewna poprawności tłumaczenia, oni uwielbiają robić sobie ze mnie jaja i ogromnie to ich bawi, gdy się potem denerwuję. Stwierdzili, ze mimo lisiej fizjonomii wcale nie jestem jak lis – zwykle brakuje mi chytrości. Więc w sumie jestem pewna, że wciskali mi kit. 😀

Zeszliśmy z Kazbeku i już kolejnego poranku ruszyliśmy w stronę Elbrusa.

Wyjazd do Rosji był dla mnie darem od losu i totalnym zaskoczeniem. Takim sto razy większym niż Kazbek. Tego się nie spodziewałam, gdy Ewa w połowie lipca powiedziała mi: „Musisz wysłać paszport do Polski i wyrobić wizę. Pojedziesz na Elbrus.” Znowu zrobiłam oczy jak pięć złotych i w duchu zaczęłam skakać z radości. Elbrus! Rosja!!!!! Nigdy nie pozbędę się miłości i sentymentu do tego kraju – w końcu pięć lat studiów równo ryje banię ;) Wreszcie mogłam sobie posłuchać czystego brzmienia rosyjskiego, a nie kaleczących Gruzinów, którzy mówią: „Eto haroszyj gałowa, paczemu ON balit?

Prócz wizy, największa trudnością w podróży do Rosji jest oczekiwanie na granicy, ale nawet to poszło bardzo sprawnie – trzy godziny to naprawdę nic (przypomniałam sobie moje 12h, kiedy wracałam z Kijowa). Witamy w Rosji, po raz trzeci. Ekstrim uze naczalsa!!! Marzyłam zobaczyć Kaukaz od strony rosyjskiej – mówisz i masz. Całą drogę, mimo deszczu, wchłaniałam widoki i cieszyłam się jak dziecko. Już tak długo jedynymi górami, jakie widziałam, były regiony Kazbegi, więc Osetia i Kabardino-Bałkiria były dla mnie miłą i zupełnie zaskakującą odmianą. Lasy, których w Gruzji nie ma dużo i dzika przestrzeń – to jest to, co zrobiło na mnie największe wrażenie.

Elbrus to wygasły wulkan. Czytałam kiedyś ciekaw artykuł Góreckiego, w którym opisywał, że Elbrus się budzi, a gdy wybuchnie, całkowicie zmieni panoramę Kaukazu i wszystkich sąsiadujących krajów. Ma dwa wierzchołki i jest ogromnym masywem. Oraz bardzo komercyjnym. Na wysokość 4900 m może wywieźć ratrak, a jeszcze wyżej – skuter śnieżny. Wystarczy zapłacić. Oczywiście 700 m przewyższenia do pokonania pozostaje, ale to i tak duże ułatwienie. Sporym wyzwaniem jest za to zimno. Znowu mieliśmy pogodę-żyletę, ale mimo to i tak chłód dał się we znaki. Jeszcze nigdy w życiu nie miałam na sobie tyle warstw, a wcale nie było mi za ciepło! Ot, tak w sam raz. Wschód słońca był bajkowy i znowu dodał skrzydeł. Na szczycie Elbrusa byliśmy juz o 6:50 lokalnego czasu. To było jak postawienie kropki nad i. Wyżej w Europie nie ma już niczego!!! 5642 m n.p.m. Przepiękny widok na Wysoki Kaukaz: Uszbę, Szcharę, Czeget, Dych-Tau… dla takich widoków warto się wysilać. Znowu prawdą okazuje się powiedzenie, że „życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością momentów, kiedy zapiera oddech”.

_DSC8028.JPG
Aga na szczycie Elbrusa (5642 m n.p.m) Wyżej w Europie już się nie da!

Czy czuję się zdobywcą? Nie, w żadnym razie. Alpinistką? Daleko mi, w pożyczonych butach i gore-texie. Czuję się jednak cholernie szczęśliwym i (na dziś dzień!) spełnionym człowiekiem. Tym większe podziękowania należą się Mountain Freaks! Wspominałam już, że kocham swoją pracę i możliwości, jakie mi daje? A że zawsze wychodzę z założenia, że jak dają, to trzeba brać… korzystam więc, jak tylko mogę! 🙂

Dzikie wojaże

Pogodynka stwierdza: idzie jesień.

Idzie jesień. Do takiego wniosku doszłam jakieś trzy dni temu, kiedy to, prowadząc transmisję na żywo z Witanowicami, spojrzałam na pole i stwierdziłam, że „o kurde, jest 20:20 a tak ciemno!” To spostrzeżenie tylko utwierdziło moje wcześniejsze przeczucia. To, że chmury nisko wiszą z rana, to, że jakaś rześkość w powietrzu, to, że jarzębina dojrzewa… Ludzie patrzą się na mnie, jak na wariatkę: „Przecież dopiero sierpień!”, ale ja wiem swoje 😀 co roku tak mam, że mój biologiczny zegar już z początkiem sierpnia stwierdza: wsjo, koniec, jesień blisko… Co wcale nie oznacza, że to źle! Po prostu stwierdzam fakt. 😉 Bardzo lubię babie lato, złote światło i rześkie poranki. Nic, tylko budzić się z kurami i biegać po górach!!!

Ostatnio jakoś sporo się tych przemyśleń mi nagromadziło. To tak akurat, tuż po półmetku, o którym wspominałam poprzednim razem.

Z perspektywy czasu i nagromadzonego doświadczenia upewniłam się w jednej rzeczy: absolutnie nie nadaję się do pracy biurowej. Choćbym jak bardzo się starała, nie potrafiłabym udawać, że jestem ułożoną i akuratną dziewczynką, która nigdy nie podniesie głosu. Pracowałam w biurze prawie 1,5 roku, ale byłam najbardziej roztrzepaną i rozklętą osobą w całej firmie – zupełnie niepasującą do otaczającej mnie rzeczywistości. Brakowało mi wrażeń i kontaktu z ludźmi – dlatego jestem teraz tu, gdzie jestem, czyli w Kazbegi. W centrum turystycznego sztormu. Tu też jest coś na kształt biura, które jednak z typowym biurem ma niewiele wspólnego, bo jest raczej czymś na kształt centrum dowodzenia. Tak bym to określiła 😀 Po całym tygodniu, równych 7 dniach bez przerwy, spędzonych w biurze, po najazdach turystów różnych maści i waści jakoś wcale nie czuję się wyprana, a raczej jeszcze bardziej nakręcona jak pozytywka. Ostatnio odwiedził nas sam Ryszard Pawłowski – mieć zdjęcie z słynnym himalaistą to nie lada gratka! I takie znajomości, że głowa mała! Cóż, taka praca i za to ją kocham 😀 😀 😀 Teraz przyszedł czas na reset przed kolejną grupą. Od 11.08, przez całe 11 dni czeka mnie spore wyzwanie, ale zrelacjonuję je przy następnej okazji, by było o czym opowiadać. A będzie o czym!!! 😉

38775468_1895410677194420_179251662689402880_n
Ryszard Pawłowski i dwie Agi 🙂

W naszym biurze Mountain Freaks jest się kimś na kształt Wielkiego Ogarniacza Wszechświata. Naszą dewizą jest: „Rzeczy niemożliwe robimy od ręki, na cuda trzeba trochę poczekać”. Ostatnio śmiałam się, że wpiszę sobie do mojego CV kilka istotnych rzeczy:

  • załatwianie noclegów, transportów i transferów (szerokorozumiana logistyka)
  • profesjonalne i ekspresowe składanie namiotów (to lubię najbardziej!)
  • bycie kucharzem polowym dla 20 osób, bez wcześniejszego nastawienia i przygotowania (czysta improwizacja)
  • wiązanie raków drugiej osobie w pozycji pucybuta (zawsze służę pomocą)

A, zapomniałabym znowu o jeszcze jednej istotnej rzeczy. Mam również idealne kwalifikacje na pogodynkę. Przychodzą ludzie z najbardziej głupkowatym pytaniem pod słońcem: A CZY WIESZ JAKA JUTRO BĘDZIE POGODA???? Często bez jakiegokolwiek hello, priviet, dzień dobry, wyliż mi żyć – po prostu JAKA BĘDZIE POGODA. Przewracam wtedy oczami i z ironicznym uśmiechem odpowiadam:

Nie mam pojęcia, Bogiem nie jestem, a że znajdujemy się w wysokich górach… Cóż. Rożnie może być. Prawdopodobnie będzie padać.

-Och, naprawdę?

Nie, na żarty. Centrum meteorologiczne i pogodynka Agusia przecież blefuje. Gdzieżby taka mała słodka dziewczynka mogła zmyślać. Jesień wyczuwam w każdej krwince, to pogodę też mogę przewidywać, a co – i tak zapewne będę miała rację! W każdym razie prawdopodobieństwo deszczu jest dużo wyższe, niż prawdopodobieństwo żaru z nieba. Cóż, dzień dobry, witamy w górach!

Taki młyn potrwa jeszcze pewnie koło miesiąca, potem turyści stwierdza, że już jesień i tłumy przestaną walić do naszych drzwi, a ja zapewne stwierdzę, że chyba wreszcie napiłabym się czaczy. Lub chociaż czaczaju. (kolejny, obok  kawy ze sgusionką, wynalazek rodem z Meteo. Czaczaj = czacza + czaj). Dla padniatia nastrojenia, bo brakuje mi adrenaliny, która tak bardzo uzależnia.

38635890_292587108164280_7981227521590951936_n.jpg
czasem zdarzają mi się chwile, gdy mnie wcina i nie wiem, jak mam zareagować.

Jestem tu już niemalże cztery miesiące. Upływający czas najbardziej widać po moich zdjęciach i ilościach śniegu na Kazbeku – jak bardzo się wszystko zmieniło. Jestem już zaprawiona w bojach, uodporniona na dziwne pytania (w większości!), ale i tak czasem zdarzają mi się chwile, gdy mnie wcina i nie wiem, jak mam zareagować.

Dzwoni kiedyś doi mnie nieznajomy numer. Łamaną ruszczyzną, słychać, że Gruzin. Ha! Że też od razu nie pomyślałam, że normalny Gruzin nigdy w życiu nie rozpocząłby ze mną gadki po rusku! Już wtedy powinno mi się zapalić czerwone światełko, ale nie, gdzieżby.

– Słyszałem, że organizujecie wycieczki do Truso i Juty, potrzebuję przewodnika na pojutrze. I jeszcze na Saberdze, trzeci dzień!

– Przewodnika? To trzeba do biura przyjść, załatwić.

– Ale ja od Niki mam numer!

– Dobra, to ja się zorientuję w dostępności i oddzwonię.

Profesjonalizm nade wszystko. 😉

Nie minęła minuta, zaś dzwoni ten sam. Jakby mu się ciut ruski poprawił, a w dodatku słyszę śmiech.

– To jak z tym przewodnikiem? A tak w ogóle to nie poznajesz mnie?

Zgłupiałam.

– Eeeeeeej, kto sobie ze mnie jaja robi??!! To żart, prawda???

Okazało się, że chłopaki z Meteo chcieli mnie nabrać i oczywiście im się to udało. Jestem zbyt łatwowierna, we wszelaki kit uwierzę. Komiczne, prawda? Odegram się, nie odpuszczę! Będą mieli Agnieszeczkę… 😛

Dobra, koniec moich pierdół na dzisiaj. (choć tak właściwie skrobię to od trzech poranków, bo przecież wieczorami mój móżdżek nie funkcjonuje tak jak rano). Do kolejnego razu, po 22.08!!! Dziś ubogo ze zdjęciami, zarobiona byłam i nie mam nic specjalnie nowego, ale następnym razem nadrobię 😀 (mam nadzieję, że będzie czym!) TRZYMAJCIE KCIUKI!