Dzikie wojaże

Złote światła września

Plan na wrzesień wykonany, częstotliwość zachowana, czuję się usatysfakcjonowana!

Choć łapie mnie nostalgia.

Przeglądam zeszłoroczne zdjęcia – właśnie byłam po raz ostatni na Elbrusie, czekałam na ostatnią – jak się okazało przewspaniałą grupę… Gdyby wszystko w tym roku działo się tak, jak to z jego początkiem było zaplanowane (ironia losu, już poznałam moc jej rażenia), to mój kolejny, trzeci sezon na Kaukazie właśnie powoli dobiegałby końca. Początkiem października wracałabym do domu. Tryb przypuszczający-warunkowy, nigdy niespełniony. Myślę sobie jednak, że po prostu tak miało być. W Kazbegi już taka jesień, ciemno… choć dwa lata pod rząd to październik dawał dużo więcej ciepła i słońca, niż nawet lipiec. A może wtedy po prostu człowiek żył już wolniej, niż w szczycie sezonu.

Kiedy po raz pierwszy tego sezonu jechałam w Tatry, o dzikiej porze 3:30 wyjazd z domu, jakoś po 4 leciała w radiu piosenka, którą słyszałam po raz pierwszy. Pomiędzy durnymi audycjami i audioksiążką wpadła mi w ucho, choć początkowo też wzięłam ją za głupkowatą. Tekst jednak okazał się mocny.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon, za Tel Awiwem białym jak welon (…) Tęsknię za pizzą w Weronie i Pizą i na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą. Za nocnym Santiago i Limą, za jazdą na stopa pustynią…”
I o tej 4 rano otwieram szeroko oczy i dopowiadam swoje:

Tęsknię za spacerami o wschodzie słońca na Cmindę Samebę, za włóczęgą na Kuro, za Swanetią tęsknię jak pieron, za mchlovani, które zjadłabym z trzęsącymi się uszami, tęsknię za kawą w Meteo…

A potem piosenka gra dalej:

„Ale jeszcze bardziej… Tęskniłam za Tobą, (…) nostalgia to błysk, do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

Ale jeszcze bardziej… tęskniłam za domem, za Polską – za moimi górami: Babią, Tatrami. Za ich przestrzenią, ostrymi graniami, za Halą Gąsienicową, za tymi wspaniałymi dniami, gdzie wstaję w środku nocy, jadę w siną dal, łażę cały Boży dzień, nie mając dość, nigdy dość, po czym wracając wieczorem do domu padam jak ścięta, a na następny dzień z owianą piegowatą gębą i podkrążonymi oczami wstaję i idę do pracy. O jak ja za tym tęskniłam, jak mi tego w głębi serca brakowało!

I tak sobie myślę, że takie chwile dają prawdziwe poczucie, jak smakuje życie. Że jak potęsknisz – docenisz.

Na Halę Gąsienicową wkracza jesień

Wrześniowa pogoda dopisała. Gdy cały weekend 12 i 13.09 prognozowano lampę, stwierdziłam, że coś z tym trzeba zrobić i tą pogodę odpowiednio wykorzystać, a wykorzystać można najlepiej w sposób jedyny i właściwy – pojechać w góry. Ewelina chciała godnie zakończyć sezon swoich wakacyjno-letnich wojaży, więc wybrałyśmy się na Kościelec. Informujemy o tym w domu:

M: Czy Kościelec to ta pierońska piramida nad Czarnym Stawem Gąsienicowym? – kiwamy głowami jak owieczki – I Wy tam pójdziecie? – kiwamy. – Przerażające.

Fakt, podejście na Kościelec robi wrażenie. Sama góra, nazywana przecież polskim Matterhornem, na pierwszy rzut oka wydaje się też trudna do zdobycia. Brak sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów czyni wejście jeszcze ciekawszym, zapewnia dreszczyk emocji, bo o trudnościach krążą legendy. W rzeczywistości – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Pogoda, mimo prognoz, wcale nie była lampiasta, ale było to dobrą odmianą dla poprzedniej wyprawy – na Granaty 3 tygodnie wcześniej, kiedy to na zejściu dogrzało nam do niemożliwości. Niespiesznym krokiem z Kuźnic 3 godziny do Czarnego Stawu, na Karb 40minut, a stamtąd na szczyt 50min i vuuuala. Szlak pięknie trawersuje górę, dzięki czemu – oczywiście przy dobrej pogodzie i suchej skale – idzie się naprawdę dobrze. Na szczycie meldujemy się coś koło 9:30, siedzimy co najmniej 20 minut, rozkoszując się widokami, ale szybki rzut oka w dół każe nam schodzić – na szlaku zaczynają pojawiać się prawdziwe tłumy. Całe szczęście udało nam się zejść praktycznie bez korków. Gdy siedząc na polance w stronę Zielonego Stawu spoglądamy w stronę piramidki, z której właśnie zeszłyśmy się – na szlaku aż roi się (!) od kolorowych mróweczek, czekających ze wejście/zejście. Masakra. Znowu nam się udało, jestem fuksiarzem!

To była fajna, niespieszna i niedługa na dobra sprawę wyprawa, wiedziałam, że na następny dzień, czyli w niedzielę, czeka mnie coś zdecydowanie dłuższego i trudniejszego, musiałam więc zaoszczędzić siły i masę energii. 😀

W niedzielę poszłam na Jagnięcy Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich. I po tym wejściu poczułam, że i ja zakończyłam swój letni sezon dzikich wojaży w Tatrach, starczy mi.  (teraz tylko niespieszne wędrówki w stylu Czerwonych Wierchów!)

Tatrzańskie warstwy

O matko, piękna góra, niesamowita. Idealna wysiłkowo i widokowo. Taka do połażenia i wspinania, bo długa i nieprosta. Absolutnie NIE dla każdego. Przekonałam się o tym, będąc świadkiem wypadku – na łańcuchach, w wąskim i stromym terenie pies idący z przodu strącił kamień, który uderzył w głowę (na oko) 4-letnie dziecko. Najpierw było słychać przeraźliwy krzyk, a potem widziałam, jak to dziecko znosili poniżej łańcuchów – głowa we krwi, cała rozwalona – nogi się pode mną ugięły. Nie tylko dlatego, że źle reaguję na widok krwi w ilości większej, niż rozcięty palec. Masakra – kto bierze tak małe dziecko w tak trudny teren – i to jeszcze bez kasku. Całą drogę szłam potem z tą myślą i tym widokiem w głowie, wstrząsnęło to mną. Tym bardziej, że, jak donoszą media, wrzesień w ilości wypadków śmiertelnych pobił lipiec i sierpień razem wzięte. To nie jest takie hop-siup, idę wszędzie-mogę-wszystko, o nie. Czasem wystarczy źle postawiony krok, chwila nieuwagi i staje się nieodwracalne. Dlatego nie ma co szaleć – góry poczekają, a jeżeli nie czuję się w czymś pewnie – lepiej odpuścić, nie kusić losu.

Niesamowicie nasyciłam się wrażeniami, widokami. Nieopisane wprost piękno, widoki takie, że głowa mała: panorama 360* ( mój brat klika w zdjęcie, obraca telefon i zastanawia się, dlaczego ta panorama mu nie działa – a to zwykłe zdjęcie, panorama była na żywo 😀 ), idzie kręćka dostać, a oczopląsu to już na pewno. Na szczycie siedziałam chyba z godzinę, pogoda była idealna, zdążyłam sobie zjeść, kilka razy zrobić rundkę wokół i z każdej strony palnąć serię zdjęć – w końcu światło nigdy nie pada tak samo.:) Naprawdę, uwierzcie mi – zapiera dech w piersiach. I znowu, jak w cytacie, jednym z moich ulubionych – Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

Tydzień później zaplanowałam sobie babski wypad – z Mamą i Eweliną pojechałyśmy w Pieniny. Wyciszyć się, odpocząć, niespiesznie pochodzić i nacieszyć się widokami. Znowu miałam farta – głupi zawsze ma szczęście – planując wyjazd, nie mogłam przewidzieć pogody, jak w wypadku moich szybkich, spontanicznych jednodniówek. Całkowicie zdałam się na los – a ten okazał się w 100% łaskawy!

Złota godzina na Wysokim Wierchu

Pierwszy raz byłam na Wysokim Wierchu (Margarita uparcie nazywała go cały czas Koprowym – nasłuchała się pewnie naszych bajani i nie wiadomo czemu tak jej to siadło) i po prostu się zakochałam – co za miejsce! Ławeczkę z widokiem na Tatry wyhaczyłam oczywiście na Instagramie, ale zobaczyć to miejsce na żywo – posiedzieć o złotej godzinie, pozachwycać się chwilą – no coś wspaniałego! I co najlepsze – ludzi po drodze i na samym spektaklu pt. zachód słońca – na palcach policz. Koprowy, tfuuu, Wysoki Wierch – okazał się zdecydowanym, definitywnym hitem tej wycieczki!

Wymyśliłam sobie jeszcze pieniński wschód słońca – najlepiej z Trzech Koron. Nie można jednak mieć wszystkiego – gęsta mgła, jak rozlane mleko, pozwalała na wyjście na szlak w okolicach 9, czyli zdecydowanie po złotej godzinie. Czyli jak dla mnie – już bez sensu. 😀 Poszłyśmy za to na Trzy Korony po południu, zahaczając o wieczorną złotą godzinę. Nie spodobało mi się czekanie ponad 40 minut na wejście na platformę widokową, no ale cóż. Nie po to tam szłyśmy, żeby z jeszcze innego widoku nie spojrzeć na Tatry! To był mój cel nr 1 tego wyjazdu – widok na Tatry z różnych perspektyw! Przy okazji tego dnia połaziłyśmy wzdłuż Dunajca (kolejnym razem to już trzeba tam wziąć rower – ooj, pośmigałby tam mój niebieściutki! Tyle możliwości, że więcej rowerzystów w Pieninach, niż pieszych!)

Widok z Trzech Koron

Na ostatni dzień już z samego rana powalczyłyśmy trochę z ostrym cieniem mgły i poszłyśmy na kolejną widokową platformę z widokiem na Tatry, zamek w Niedzicy i Czorsztyn. Też super sprawa. Wypoczęłam, nasyciłam się bardzo.

Póki co – kolejnych planów brak. Pora posprzątać pokój, schować sukienki, a wyciągnąć swetry i długie spodnie, bo zima blisko. 😉 łapie mnie chandra, kiedy widzę, jak szybko na polu robi się ciemno. Ale jakoś to będzie. Znowu za niedługo zacznę jak mantrę powtarzać – byle do wiosny. Chociaż liczę, że złota jesień też jeszcze pokaże swą krasę i będzie pięknie!

PS. Na sam koniec jeszcze słowa dwa o mojej nowej pracy. Nie jest ona być może tak fascynująca, jak kaukaskie sezony, ale też zdarza się wyłowić perełkę. Wgl to jest kolejna specyficzna branża, w której pracuję: poprzez introligatornię, branżę gastronomiczną, turystyczną, trafiłam w końcu do branży pszczelarskiej. Nie mając o tym seledynowego pojęcia. Byłam jak Kubuś Puchatek z małym móżdżkiem – pszczoła robi miód i tyle. A tu się okazuje, że to wcale nie jest takie proste. Są rożne gatunki miodu: znałam wcześniej wielokwiatowy, lipowy i rzepakowy, o miodzie ze spadzi iglastej, liściastej, faceliowym czy malinowym dopiero się dowiedziałam, jak przyszłam do pracy (gatunek miodu określa się na podstawie przeważającej większości pyłku danej rośliny w jego zawartości), a tu ludzie nie przestają mnie zaskakiwać, pytając, czy mamy w ofercie etykiety na takie twory jak miód chabrowy (chciałabym znaleźć dwu-hektarowe pole czystego chabru!!), szokiem dla mnie był miód niecierpkowy (plantacja kwiatów balkonowych?), a najnowszy hit, który musiałam sobie zapamiętać, to etykiety na miód z trojeści amerykańskiej. Hm. 80% trojeści pośród wielokwiatu:) Dodam, że jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Wyprodukowanie 1 kg miodu to praca całego życia ok. 350-400 pszczół. Zebranie jednego kilograma miodu wymaga ok. 60 tys. wylotów po nektar, podczas których pszczoły odwiedzają 12 milionów kwiatów (sporo tej trojeści i biednych niecierpków!). Robi wrażenie. Albo jeszcze dobre: dzwoni dziadziuś-pszczelarz i tak mi rzecze: -Pani, jaki beznadziejny rok, miodu mało… Po czym zamawia u mnie 10 paczek na wielokwiat, każda paczka to 100 sztuk, każda na jeden słoik miodu (!), a do tego 5 paczek lipy, 3 maliny… Marny rok jak cholera. Ale lubię te rozmowy.:)

Dzikie wojaże

Bilety na Szpiglas.

Obudziłam się w sierpniu i stwierdziłam, że już definitywnie przyszła jesień.

Dziwne jest lato tego roku. Tfu, w ogóle dziwny jest ten rok. Już się przyzwyczaiłam do tego, że można mieć plany, które z dnia na dzień się sypią. Potem łazi takie zombie z rudą głową o 6 rano po polach, które spać nie może, bo go nosi i o, cóż poradzi. Dobrze, że wreszcie zainwestowałam w porządny rower – mogę śmigać po swoich górkach-dolinkach i pięknie lata po chaszczach, na czym zawsze mi zależało 😀 A i tak ciągle mało.

Lato jest niemrawe – jednostajne, a ja kocham mgły, pajęczyny i rosę, która błyszczy w słońcu. Więc już lepsza z tego wszystkiego jesień, chociaż z drugiej strony dnia ubywa, ale nic na to nie poradzimy. Wiśnia traci liście, brzoza żółknie, astry kwitną – pozamiatane!

Lubię czasem sadomasochistyczne myśli typu: gdzie byłam i co robiłam rok, czy dwa lata temu. Byłam w narkotycznym ciągu pt. „Co niedziela pięć tysięcy”, Kazbek na zmianę z Elbrusem, włóczyłam się po Kaukazie, obżerałam się borówkami z lasu i spoglądając na te kaukaskie szczyty… tęskniłam za Polską, a zwłaszcza za widokiem na Babią Górę z moich Witanowic i za Tatrami. Ha. Uważaj, czego pragniesz, bo jeszcze się spełni 😛

Na Babią z tęsknym wzrokiem zerkam każdego dnia, a jadąc do pracy mam ochotę zboczyć z drogi na Zawoję, w Tatry na dobrą sprawę pojechałam dopiero początkiem lipca, ale tak czy siak – jest pięknie i mam tyle energii, że mogłabym pofrunąć. Bo biegać, to nie biegam, chyba, że uciekam przed psem, czy innym kozłem * (samiec sarny).  Mam rower. Wspaniale odmóżdżam się w ogródku, choć lato jest takie, że wystarczy dbać o to, co już samo rośnie, więcej pracy wróci na jesień:)

Sama sobie chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mnie cholernie nosi, że nie mogę usiedzieć na dupie, jeszcze bardziej niż zazwyczaj i doszłam do wniosku, że wiecie, czego się boję? Że znowu będzie jak w kwietniu, zamkną nas wszystkich w domach i będę się czaić, czy mogę z ogródka wyjść w pola, lub jechać do piekarni rowerem (okrężną drogą, żeby choć trochę spożytkować rozwalającą mnie energię). Jak jakiś skrytożerca. Myślę, że podobnie uważają dzikie tłumy ludzi, zmierzające nad Morskie Oko, czy stojące w kolejce na Rysy.

Ja mam na to sposób – jedyny właściwy, choć i tak będący sporym kompromisem – pobudka o 3 rano i szybka, acz intensywna jednodniówka.

Patrzcie, co udało mi się zobaczyć w lipcu:

1) Początkiem lipca, całkiem spontanicznie rzuciłam pomysł: A MOŻE ZIELONY STAW KIEŻMARSKI, bo tam jeszcze mnie nie było! Z pomysłów do realizacji, pogoda dopisała, chmurki dodały uroku, oczywiście nie byłabym sobą, nie wychodząc gdzieś wyżej i jak na pierwszy poważniejszy tegoroczny wypad w Tatry – byłam usatysfakcjonowana 😀

_DSC8885-01

2) Już dawno obiecałam Ewelinie, że pójdziemy razem na Szpiglasowy Wierch. Dawno – czytaj trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na Kasprowy, złapała bakcyla, a ja na dwa lata potem wybyłam na Kaukaz i na większe tatrzańskie wyprawy w okresie późno-jesienno-zimowym po prostu nie starczało ani dnia, ani czasu. To samo obiecałam ze Świnicą, ale to jeszcze przed nami 😉

Na Szpiglasie jeszcze nie byłam nigdy, czytałam jedynie chwytliwe artykuły typu NAJPIĘKNIEJSZY SZLAK W TATRACH – lubię sprawdzać wszystko na sobie, więc potwierdzam – jest pięknie. Wręcz bajecznie i cudownie bajkowo! Start o 5:00, szlak z Palenicy, przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch i zejście Ceprostradą do Morskiego Oka. Ewe dziwiła mi się, że od samego rana, na samą myśl o powrocie asfaltową, świeżo wyremontowaną autostradą z MOka do Palenicy jest mi słabo. Gdy zobaczyła dziki tłum, gdzie nie ma szpilki wetknąć, a na kwaśnicę w schronisku czekałybyśmy do wieczora – zrozumiała:)) W sumie to najbardziej zmęczył nas właśnie ten asfalt.

goo (2)
Przez Dolinę Pięciu Stawów na Szpiglasowy Wierch – im wyżej tym piękniej!

A w górach, z dala od tłumów, tak pięknie, taka cisza i spokój… Wgl hit – jeden koleś na szlaku stwierdził, że jesteśmy bliźniaczkami. Hm. Dzieli nas 11 lat, jedna ruda, druga blondynka, a poza tym to ja przy swojej młodszej Siostrze wyglądam jak uboga krewna, no ale ok, niech będą bliźniaczki.  Jeszcze inny zaczepia tekstem: „A bilet na Szpiglas panienki mają?” Ja oczywiście chcę już odparować, że co to on – strażnik TPNu i czy mam mu pokazać skrina biletów, że takie pytania zadaje, ale on się tylko roześmiał i dodaje: Tam tylko z uśmiechem wpuszczają, a to już macie!” Prawda, bez tego ani rusz, a ja jakoś nie potrafię być w górach z kwaśną miną – gęba sama się cieszy!

Bo jak tu się nie cieszyć, gdy takie widoki:

 

Schodząc Ceprostradą nie mogłam się napatrzeć na Mnicha. Ze Szpiglasa bardziej przypominał kupę kamieni (dosłownie, bez obrazy!), ale im bliżej, tym wrażenie stawało się bardziej imponujące. Machałam do ludzi na szczycie i słyszałam ich okrzyki radości:))) (Wgl się temu nie dziwiąc – sama bym się darła!).

goo (1)

 

3) Na Rysy pojechałam z wycieczką z miejscowego PPTK. Przełożone ze względu na „niepewną pogodę”, pojechaliśmy w jeszcze gorszą prognozę, ale to nie ja w końcu ustalałam termin, więc musiałam się dostosowywać do reszty. Ja to w ogóle mam manię: planując wyjazd w Tatry ma być żyleta. Po tylu kaukaskich wojażach, kiedy to dolało mi do suchej nitki wielokrotnie to muszę mieć warun. W 99% prognoza mi się sprawdza, jednak jest to wynik ślęczenia i wyciągania średniej na podstawie pięciu prognoz. ^^ Na Kaukazie byłam w pracy, nie miałam na nic wpływu; dziś – planując wypad – wpływ mam.

_DSC9881-03
Widok na Gerlach w drodze na Rysy.

Z wycieczką nie miałam, więc na Rysach byłam, ale na zejściu dociupało mi tak, że głowa mała. Wykręcałam skarpetki i wylewałam wodę z butów, czułam się, jak równy rok temu w drodze na Kazbek, z tą różnicą, że tu tego samego dnia wróciłam do domu, a tam rozkładałam namiot i kolejnego dnia maszerowałam dalej, wyżej. Aa, to wtedy utłukłam sobie palec kamieniem i jest taki ułomny do dziś, także tamtego sierpniowego wyjścia nie dam rady zapomnieć 😀 Najgorsze jest to, że miałam marne widoki, ale przynajmniej mam powód, by na Rysy wrócić – tym razem koniecznie od polskiej strony!:)

Tyle lipcowych tatrzańskich wojaży.

Tak w ogóle to stwierdziłam, że skoro jesień za pasem, nie będzie tak gorąco, kolory bajeczne, to muszę przystąpić do realizacji projektu, który siedzi mi w głowie już od wiosny. Zaczęło się od widoku Babiej Góry z mojej wsi, potem rozszerzyło się na Gminę, a koniec końców może uda mi się zahaczyć i o sąsiednie regiony. Będę szukać, kombinować, robić zdjęcia z różnych perspektyw. Byle tylko nie zamknęli – słuchając wiadomości w radiu, zaczynam się o to modlić co dnia 😀

Póki co skupiam się na szukaniu nietypowych ujęć typowych dla mnie widoków w promieniu 5 minut od domu 😉

Przed nami sierpień, liczę tylko na to, że:

  • pogoda będzie na tyle stabilna, że jeszcze uda mi się podziałać w Tatrach póki długi dzień – to dość istotne na dłuższe trasy;
  • obostrzenia nie wrócą (marzenia ściętej głowy, ale staram się pozbyć sceptycyzmu i być w tej materii optymistką).

Trzymajcie się ciepło, a ja idę robić botwinkę na obiad, bo kiedyś wzięło mnie na gruzińskie wspominki, a kulinarne fantazje mogę przeradzać w życie, więc korzystam!

Miłego!

PS. A na deser polecam tartę z borówkami lub crumble z papierówek z gałką lodów!

Dzikie wojaże

Swobodne zapiski z dzikich wojaży

Hej! Pozdrowienia z Witanowic! Jestem już w domu! 🙂 Po długich wojażach i powrocie do Polski samochodem z Gruzji, wreszcie jestem w domu, uf.

Mój tegoroczny powrót do domu, całe 3800km rozłożony został na kilka dni. Dzięki temu miałam okazję na spokojny, a przede wszystkim stopniowy powrót do Polski i do rzeczywistości, która mnie otacza. Zdążyłam przemyśleć sobie cały kaukaski, pełen wrażeń i dzikich wojaży sezon, który dobiegł końca, przy okazji pół swojego życia, skończyć genialną książkę Wodołazkina „Awiator” i również ją sobie przeanalizować w głowie, nauczyć się na pamięć kilku piosenek, mniej lub bardziej durnych i takie tam. W skrócie: droga nam się nie dłużyła.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2019-10-20 195050.jpg
Trasa naszej podróży do Polski. 

Z reguły jechaliśmy według zasady: cały dzień jazdy do bólu, a kolejny dzień odpoczynek i zwiedzanie. W ostatnim etapie nieco przyspieszyliśmy i ciachnęliśmy dwa dni jazdy pod rząd, by już szybciej znaleźć się w Polsce, w domu. Im bliżej, tym więcej myśli i ochoty, by po prostu już wrócić. Gdy przekroczyliśmy granicę Turcji i Bułgarii, zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już  P R A W I E  u siebie, gdy przejechaliśmy tzw Most Przyjaźni, oddzielający Bułgarię od Rumunii odśpiewałyśmy hymn Unii Europejskiej, na widok Lidla prawie się popłakałam, a potem to już po prostu poszło.

Podczas całej podróży prowadziłam swoje swobodne zapiski, dzięki którym udało mi się zachować jaki tako chronologię wydarzeń. I myśli. Czytajcie! :))))

Dzień 1, 14.10.2019:

Tak właściwie nasza długa droga do domu rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 12.10, kiedy opuściłyśmy Kazbegi, ale po dłuższym posiedzeniu w Tbilisi, w poniedziałek z rana wyjechaliśmy w stronę Batumi z przystankiem w Kutaisi; w sumie do pokonania 350km. Dalej nie zmieniłam swojego zdania na temat tego prowincjonalnego miasteczka, głównym celem którego jest lotnisko, a atrakcją fontanna z jelonkami na wybrukowanym rondzie w centrum. Nie przemawia do mnie, podobnie jak i z resztą groteskowe Batumi. O tak, groteskowe to dobre słowo. Wybujałe budowle pośrodku kamienistych plaż, kasyna co dwa kroki i syf jak to w Gruzji.  Może to już zmęczenie materiałem, ale strzelam focha na propozycję spędzenia jednego dnia dłużej na wybrzeżu Morza Czarnego, straszę opuszczeniem granicy na pieszo, byle znaleźć się już dalej od Gruzji. Czas na ostatnie zakupy, a dodatkowo chaczapuri po adżarsku dawkowane w ilości jedna sztuka na jeden sezon smakuje wyśmienicie, jak nigdy.

Dzień 2, 15.10.2019:

Popędzam wszystkich; perspektywa spędzenia jeszcze jednego dnia w Gruzji powoduje u mnie wzbudzoną nerwowość, naprawdę chcę już stąd wyjechać. Dodatkowo nie cierpię morza, więc to też mnie przeraża. Umawiamy się z Anią i Maćkiem, że wraz z przekroczeniem granicy w miejscowości Sapi przestajemy komentować nasz sezon, co było w Kazbegi tam i pozostaje, nie wymawiamy nazwy Gruzja, używając skrótu „państwo na G”, ogólnie przyjmujemy zasadę detoksu i dobrze nam to robi. Najlepsze dopiero przed nami i tego się trzymajmy, carpe diem! 🙂 Przez 300km jedziemy wybrzeżem Morza Czarnego, ten widok wcale nie działa na mnie kojąco, czytam, a raczej z pasją zaczytuję się w „Awiatorze” Wodołazkina i jakoś 900 km tego dnia przelatuje.

72960075_736699163471717_5596944541102899200_n
Maciek-kierowca, Ania-DJ i Agusia, królowa tyłów

Turcja zaskakuje od pierwszego wejrzenia. DUR to po ichniemu STOP, a TERESZKIER – dziękuję. Tyle z ich słownika udało mi się opanować. Aa, jeszcze YALA YALA, co znaczy szybciej-szybciej! Meczet znajduje się na niemalże każdej stacji benzynowej, raz, poszukując toalety otwarłyśmy jakieś drzwi i zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego w kiblu jest rozłożony dywan. Ups, to był meczet. Po drodze, pod wieczór zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpie na pierwsze spotkanie z turecką kuchnią: kebab przypominał mięso mielone w kształcie kiełbasy, był smacznie doprawiony i przede wszystkim nie śmierdział tak jak u nas na ulicy, więc spotkanie wypadło na plus, mimo, że nasza komunikacja zniżyła się do poziomu dna: oni do nas po turecku, a ja dostaję pomieszania umysłowego i z tej rozpaczy zaczynam do nich mówić po polsku: „Płow? Nie ma płowu? Nie ma? NIE MA?!” Okazało się, że faktycznie nie było.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już w nocy wjechaliśmy do Kapadocji, miasteczka Goreme.

Dzień 3, 16.10.2019:

Wczesnym rankiem obudziło mnie nawoływanie muzeina z pobliskiego meczetu do modlitwy. A tak właściwie jego darcie: wibrująco-świdrującym głosem, rozrywającym nocną ciszę. Witamy w muzułmańskim kraju, to taka Kabardino-Bałkaria do kwadratu. Było po 6, podrzemałam jeszcze chwilę, ale dziwne dźwięki jakby gazu nie pozwoliły mi pospać. Wyjrzałam przez okno i przetarłam oczy ze zdumienia: na niebie unosiły się dziesiątki balonów! Witamy w Kapadocji! Siedziałam jak zaczarowana, by nie budzić towarzyszy nie wychodziłam z pokoju, z perspektywy czasu tego żałuję, że nie poszłam na taras – nie mam dobrych zdjęć, ale w każdym razie co widziała panienka z okienka – to jej!

Cały dzień poświęciliśmy na niespieszne plątanie się po Kapadocji: miasteczku Goreme i Uchistar, nad którym króluje twierdza, położona na wzgórzu. Jest to definitywnie niesamowita kraina, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO zarówno pod względem kulturalnym, jak i przyrodniczym . Tufowe stożki zostały w dawnych czasach wykorzystane jako miejsce na klasztory, kościoły i domy, tworząc cały system podziemnych, skalnych miast. Upliscyche z państwa na G wymięka. 😉 Księżycowa kraina, zadziwiające. 

 

 

Dzień 4, 17.10.2019:

Do pokonania ponad 750 km, trzeba jednak przyznać, że tureckie drogi są w świetnym stanie. Kończę czytać „Awiatora” i nawet nie zauważam szybkiego upływu drogi. Zatrzymujemy się na kawę, szukamy sklepu i dochodzimy do wniosku, że w Turcji chyba jest prościej kupić traktor, niż zwykły jogurt. Mniej więcej w połowie obserwujemy przedmieścia Ankary, stosy nowych osiedli z kształtnymi domkami i masę innych budujących się konstrukcji. Tak, Turcja to kraj dobrze rozwinięty. Zupełnie, totalnie wbrew stereotypom!!! Jest dwa razy większa od Polski, zamieszkuje ją 80 milionów mieszkańców i co ciekawe – jest samowystarczalna niemalże pod każdym względem. Turcy mają upodobanie do białych samochodów, na widok bogatych i olbrzymich meczetów u ojca Rydzyka wystąpiłyby palpitacje serca, jednym słowem – mają rozmach, ni ma co. Węzły drogowe, mosty, tunel pod Bosforem – jedno wielkie wow, wow, wow.

Wieczorem dojeżdżamy do Stambułu, by dostać się do hotelu tkwimy w korkach, dzięki którym mamy szansę zaobserwować i zadziwić się tym miastem jeszcze nawet nie wysiadając z samochodu. Stambuł zamieszkuje ponad 15 milionów ludzi i to po prostu widać. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim mieście. Big city life na pełnej petardzie.

Dzień 5, 18.10.2019:

Stambuł powala na kolana. Jest esencją smaków, zapachów i niesamowitego kolorytu. Esencją – prawie jak mocna, czarna turecka herbata. Ja jestem jednak zwolennikiem kawy – równie silnej siekiery, podawanej w malutkich filiżaneczkach, obowiązkowo z kieliszkiem wody – dla oczyszczenia swoich kubków smakowych i dla pełnego rozkoszowania się tym niesamowitym smakiem i aromatem. Ach, po takiej kawie to można żyć! Tak samo jak po bakławie, ociekającej cukrem i miodem. Lepszej chyba nie jadłam.

 

Starożytne miasto Bizancjum, przemianowane później na Konstantynopol, na pograniczu dwóch kontynentów i dwóch kultur. Europa kontra Azja, chrześcijaństwo kontra islam. Sny o potędze, miasto rodem z baśni o 1000 i jednej nocy. Pamiętam lekcje historii, kiedy pani opowiadała o największej świątyni o dźwięcznej nazwie Hagia Sofia, którą w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono na meczet. Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet, ale w środku nie robi jakoś olbrzymiego wrażenia. Grand bazar to znowu miejsce prawdziwie arabskie, jak z wschodniej baśni – mieszanka kultur, zapachów, smaków. Głosy, barwy, aromaty i znowu ten potrzepany muzein, który drze się na pół miasta, a jego wibrujący głos echem odzywa się w kolejnych meczetach!!! Wrażenia niezapomniane.

_DSC3296.JPG
Koloryt Stambułu.

Wieczorem płyniemy promem po Bosforze: to cieśnina geograficznie oddzielająca kontynent europejski od azjatyckiego, na granicy mórz Czarnego i Marmara, będącego częścią Śródziemnego. Geograficznie i tylko teoretycznie, bo bywając na Kaukazie i wchodząc na Elbrus wiem, jak z tą Azją i Europą bywa. Nie wspominając o granicy kulturowej. A tak w ogóle jakie to jest wspaniałe – ucząc się o tym w szkole 15 lat temu w życiu bym nie powiedziała, że kiedyś zobaczę to na własne oczy! I będę się zastanawiać, czy podręczniki mają rację. Pierwszy most łączący Bosfor wybudowano w 1973 roku (dopiero!), ma długość 1000m, a codziennie przepływa pod nim około 160 statków. A’propos jeszcze Bosforu – największym hitem na promenadzie są budki, gdzie można kupić kanapki z wędzoną rybą. Po prostu kawał buły jak do hot-doga z listkiem sałaty, na który kładą rybkę, wyłowioną chwilę temu z morza. Ponoć smaczne, ale nie miałam odwagi spróbować, nie przepadam za takimi nowinkami 😉

Nade wszystko inne jednak – Stambuł to miasto kotów. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś o nich film i tak samo nawet bym nie pomyślała, że będzie mi dane sprawdzić prawdziwość tych scen w realu. „Kedi – sekretne życie kotów” – polecam, piękny film. Koty to naprawdę pełnoprawni mieszkańcy tego miasta. Są ich całe setki! Na ławkach, w parkach, na promenadzie, w restauracjach i hotelach; wylegują się, przeciągają w ciepłym słońcu, ludzie je dokarmiają, głaszczą – i dbają. Są czyste, zdrowo tłuściutkie,  widać, że Turcy je lubią. (za co ja też ich już lubię!) Raj dla kociej mamy, takiej, jak ja!

A, ciekawostka. W 1855 właśnie w Stambule swój żywot skończył nasz narodowy wieszcz, Adaś Mickiewicz.

Dzień 6, 19.10.2019:

Z samego rana, poniekąd chcąc ominąć dzikie korki, wyjeżdżamy ze Stambułu i kierujemy się z stronę granicy z Bułgarią. Gdy z daleka widać już powiewającą flagę Unii Europejskiej, zaczynam mieć wrażenie, jakbym była już NIEMALŻE w domu. Zanim jednak opuścimy Turcję, na granicy każą nam wypakować wszystkie graty z auta, poczekać, a samochód ma jechać na prześwietlenie. Ech, gdyby to było takie proste: „wypakować bagaże”: jest ich cała kupa na nasze trzy osoby, z czego Maciek jest chociaż jakoś zorganizowany, a my z Anią mamy po trzy plecaki i pięć reklamówek, z których wszystko się wysypuje 😀 ludzie patrzą na nas jak na jakiś dziwaków: co to, w Turcji na 4 dni, a tyle rzeczy, skąd??? Nie było wypisane na naszych twarzach, że wracamy do Europy po ponad pół roku i jeszcze wielkim shoppingu w Stambule, prawie jak uchodźcy, córki marnotrawne ;). Auto pomyślnie przechodzi rentgen i ruszamy! Zanim przekroczymy granicę bułgarską, jeszcze jedna szybka formalność: dezynfekcja samochodu. Jest to groteskowo zabawne: płacisz 3 euro za jeden psik ze spryskiwacza w szyby. Kolejne zabawne zjawisko czekało po drugiej stronie Bułgarii, na granicy z Rumunią: opłata 6 euro za przejechanie mostu. W skrócie przez Bułgarię mkniemy jak rumak na stepie z jedynym przystankiem na przysmak lokalnej kuchni, sałatkę szopską. Na wieczór jesteśmy już w Bukareszcie, stolicy Rumunii. Aa, na widok Lidla mam łzy wzruszenia w oczach. Głupie, ale prawdziwe!

Dzień 7, 20.10.2019:

Po Stambule już nic mnie bardziej podczas tej podróży nie zaskoczy, a na pewno tym miejscem nie będzie Bukareszt, stolica Rumunii, przypominająca prowincjonalne polskie miasteczko pokroju Łodzi czy Kielc. Nie mam żadnych oczekiwań, a tak właściwie to nawet mi się nie chce. Mogę określić to miasto trzema słowami: secesja, dekadentyzm i marazm. A mimo to jest w pewnym stopniu ciekawe. Kluby nocne ze striptizem na każdej uliczce, masa antykwariatów, po prostu brakuje tu klimatu i na co zawsze zwracam uwagę – kolorytu. Już nawet nie mam weny na chodzenie po mieście: coraz bliżej domu, niemalże na przedmieściach Polski to już się tylko o jednym myśli: byle szybciej, byle już dojechać!  W każdym razie Bukareszt ma zauważalny w sobie olbrzymi potencjał:  jak obudzi się po komunistycznym śnie dyktatury Ceausescu’a, trwającym definitywnie za długo, za kilka-kilkanaście lat może stać się piękną perełką na mapie Europy Środkowo-Wschodniej!

Dzień 8, 21.10.2019:

Jedziemy przez Rumunię. Swojsko, przyjaźnie, mimo, że wszystkie widoki podziwiamy zza szyby samochodu. Zbaczamy z autostrady, by przejechać rozsławioną Trasą Transfogarską. Liczy 151 km długości i po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, osiąga wysokość 2042 m n.p.m.. Widoki piękne, późna jesień, ale składane serpentyny nie robią na mnie tak przerażającego wrażenia jak na innych, opowiadających o nich. Stwierdzam w duchu, że po Gruzji to jestem zobojętniona na zawijasy, prędkość na drodze i kilka innych rzeczy. 😉 w każdym razie Rumunia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie – będzie trzeba kiedyś poświęcić więcej czasu na eksplorację jej górzystych terenów – w końcu to piękne pasmo Karpat! Postanawiamy tego dnia cisnąć do bólu, Węgry przejeżdżamy już po ciemku i przed północą meldujemy się w robotniczym hostelu w Koszycach na Słowacji. Wiem, że od domu dzielą mnie niecałe 4 godziny. Zasypiam z myślą, że to ostatnia tułacza noc – kolejną owinę się już swoją pierzynką.

Dzień 9, 22.10.2019:

Zrywam się skoro świt. I myślę tylko o tym, by już być w domu. Granicę Polski razem z Anią przebiegamy – i obie mamy łzy wzruszenia w oczach. Jaka ta Polska jest piękna… Gdy widzę znak rzeki Skawa, ze śmiechem stwierdzam, że teraz to już nic by mnie nie powstrzymało, bo mogłabym sobie skleić tratwę i wraz z nurtem rzeki spłynąć do Witanowic, mimo, że nie cierpię wody. Albo zaszłabym na piechotę! Zesraj się, a nie daj się! Całe szczęście Maciek odstawia mnie jednak samochodem, w sam raz na obiad. I jem tą pomidorówkę, a w duszy beczeć mi się chce ze szczęścia.

Wiecie co? Wszędzie dobrze, naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Ale w domu najlepiej. Pod każdym możliwym względem.  Każ-dym. Przeżyłam tak jakby dwie wiosny, teraz wróciłam na drugą jesień – tylko lato jakoś mnie ciągle omija, bo znowu zima przed nami!

Długi powrót do domu tak naprawdę uświadomił mi, jak wiele mnie od niego dzieliło. Wiele kilometrów i wiele różnic: czasowych, kulturowych, mentalnych, gospodarczych, wszelakich. Że to fakt, są 3 godziny samolotem, ale kilometrów tak czy siak pozostaje prawie 4000 i to wcale nie jest takie hop-siup. Całe piękno właśnie właśnie w tej drodze i jej odczuwaniu!

Teraz przychodzi pora na nadrabianie zaległości wszelakich: kulinarnych, towarzyskich i każdych innych. Znikam na jakiś czas!:))))

PS. I już planuje kolejne dzikie wojaże, a jak!!! 😉