Dzikie wojaże

Szukam świata, gdzie jedna jaskółka czyni wiosnę

Zima mnie męczy. Jak co roku – okropnie męczy. Fizycznie, bo się nie wygonię, ale jeszcze bardziej psychicznie. Wystarczy jednak, że na chwilę przyświeci słońce, ja od razu – jak słonecznik – obracam się w jego stronę, nastawiam się na jego zbawienne promienie i jakoś mi lżej, cieplej na duszy. Ogólnie jednak szarą-burą zimę znoszę fatalnie. Z każdym rokiem mam wrażenie, że coraz mocniej się to na mnie odbija. Tak w ogóle, to 1.01 Nowego Roku obudziłam się po imprezie w schronisku na Turbaczu, a mój głośnik w głowie huczał piosenkę „Kryzysowa narzeczona”: „mogłaś już być na dnie – a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się – co straciłaś…” Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie i stwierdziłam, że fajnie tak powitać 2022 rok.

(Kolejną sytuacją tego roku, która mnie rozbawiła, był świstak, który co roku w Ameryce przewiduje nadejście wiosny. Biedakowi zmarło się dzień przed sprawdzianem. Tak naprawdę nie jest to śmieszne, tylko straszne, ale cóż – elementy tragikomedii widoczne są gołym okiem także w XXI wieku. Rok 2022 zapowiada się ciekawie!).

O ile pierwsze dwa tygodnie stycznia były jeszcze w miarę dobre, o tyle praktycznie kolejne 4 tygodnie dały mocno popalić. Zimno, pizga złem, jakby chciało nas pochłonąć. Byłam już na takim etapie, że warczałam na sam dźwięk słowa „śnieg” – kazałam zastępować go wyrażeniem „białe gówno”. Tak w ogóle to doszłam do wniosku, że jedynym wyjściem z tej sytuacji byłoby dla mnie na okres zimowy wyemigrować w jakąś inną strefę – nie musiałoby być ciepło, ważne, by nade wszystko było słonecznie i jasno! Hm – może jakaś Madera? Tam mnie jeszcze nie było 😝

Łapię złote okruchy światła

Dokładnie 4.02 jak zawsze przed 7 w robocie otwarłam okno dla natlenienia atmosfery, usiadłam przed kompem i…usłyszałam donośny śpiew ptaka. I tak mnie wtedy pikło – kurde, wiosna. Jeszcze nieśmiała, ledwie „to dopiero przedwiośnie nasze”, ale to jest przecież znak! A znaki się szanuje! Będzie już tylko lepiej i tego się trzymajmy! Przy okazji przypomniał mi się pewien tekst – do którego nawiązałam w tytule tej notki, bardzo trafny na dzisiejsze czasy:

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
– Jarosław Borszewicz

Btw, oczywiście jak co roku dokarmiamy ptaki w ogrodzie. Poszło już jakieś 15 kg słonecznika (to tak lekko licząc), nie licząc gratisowych jeżówek, ogników i berberysów, czyli pozostałości po owocach lata. Odwiedzają nas turkawki, sikorki, wróble i mazurki, czyże, dzwońce, szczygły, zięby, a nawet grubodzioby! Wszystkie ptaszoły mile widziane, serdecznie zapraszamy do stołówki – ŻARCIE FREE! – taki baner mógłby wisieć na naszej pergoli albo bramie 😀 my za to mamy pociechę, a czasem nawet jakieś zdjęcie się trafi.

Modraszka

Zima zimą, ale nie jest tak, że tylko siedzę w domu i zamulam. Kiedy tylko warunki pozwalają – dzida w góry, albo na rower (też już przeorany, na całego – po polach, po stawach) Ostatnio wzięłam pojechałam do piekarni, ale wracałam okrężną drogą przez moje górki-pagórki i objeżdżając stawy – zamiast 1,5 km wyszło 9 😅 Cóż – trza cisnąć, nie ma lekko, a mnie zaczyna znowu nosić sakramencko… Takim to sposobem, mimo wszelkich niedogodności pogodowych, w górach spędziłam już 6 dni tego roku, wróży to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę praktycznie martwy sezon.

W długi weekend styczniowy (człowiek nie zdążył się zmęczyć robotą w nowym roku, a tu już wolne było…) wzięłam Mamę, Ewelinę, Nikusia i jabłuszko z allegro za 5zł i pojechałyśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję. Szybki, przyjemny spacer, widoki piękne, zima to jedyna pora roku, podczas której warto iść na Gęsią tylko dla Gęsiej (chociaż Ewelina wzbraniała się rękami-nogami, taką ma biedne dziecko traumę, kiedy schodziłyśmy z Krzyżnego przez Pańszczycę i Gęsią Szyję właśnie) 😄 O matko, ale się wyszalałyśmy na tych jabłuszkach… Jak stare dzikie konie! Aż zadki bolały! Dobrze, że byłyśmy na tyle wcześnie, że było pusto i mogłyśmy szaleć bez opamiętania i omijania bąbelków z sankami – nikomu się krzywda nie stała 🤪 Pobawiłam się jeszcze aparatem – tak na spokojnie, MYŚLĄC NAD ZDJĘCIEM (co nie zawsze mi się zdarza… a raczej rzadko) i osiągając zamierzone efekty. Takie czary mary i voilà! Takich zdjęć z Gęsiej Szyi w Internecie raczej nie znajdziecie! Na zdjęciu z lewej – Wysoka, na zdjęciu z prawej – Gerlach, Król Tatr 🏔

Potem był wschód słońca na Gorcu. Tydzień później wschodzik na Lubaniu – ten to się nigdy nie znudzi! Potem na 4 tygodnie przyszła dupówa, podczas której jedyną pociechą były książki, ptysie i beza. Przypominam sobie, że w sumie rok temu sytuacja wyglądała bardzo podobnie – fajna zima, szaleństwo na sankach, a potem czarna dziura, lisia nora i byle to jakoś przezimować. Kolejny argument na emigrację w jasne strony świata 😉

Kiedy wreszcie w prognozach ujawniło się stabilnie świecące słoneczko – i to w dodatku w weekend, a nie dzień roboczy! – wiedziałam, że to znak, a, jak już wspominałam, znaki trzeba wykorzystywać. W sobotę po południu zaplanowałam szybki babski wypad w Beskid Wyspowy – na zachodzik na Polanę Stumorgową pod Mogielicą. Zauroczyło mnie to miejsce, dlatego bardzo chciałam się nim podzielić z Eweliną. Szczerze mówiąc spodziewałam się błota na połowie szlaku, zaskoczyła mnie jednak ilość śniegu – jakość w sumie też. Ewelina przezornie wzięła ze sobą jabłuszko i wyszalała się jeszcze bardziej, niż na Rusinowej Polanie. Oczywiście Agusia też musiała przetestować. Z całego serca polecamy więc jabłkowanie na Stumorgowej! Mało ludzi, długi, dobry zjazd, bolące dupsko i od razu czujesz, że żyjesz! 😆 A zachód z widokiem na Tatry, a z drugiej strony na mojego ulubionego Ptysia – piękny. Wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, znowu będzie trzeba tam uderzyć!

W niedzielę powitałam wschodzące słońce po słowackiej stronie, na Przełęczy pod Tokarnią (za Wysokim Wierchem). Oczywiście znowu pierwsza myśl – kurde, wiosną, tak najlepiej kwietniową porą – tutaj będzie petarda… Opętała mnie ta wiosna już na samym przednówku, jak co rok!

Wszystko fajnie, ładne nawet te zdjęcia, klimatyczne, ale serio – DAJCIE MI WIOSNĘ, bo rzygam już tym białym tłem i rudą trawą. Jestem zdania, że dużo lepiej wyglądają ośnieżone góry w kontraście z zielonymi polami, po których igra światło z cieniem, z łąką kwitnących mleczy, z dmuchawcami, wirującymi na wietrze... Póki co cieszę się każdym promykiem słońca, każdym zielonym ździebełkiem, chodzę do lasu co drugi dzień, by sprawdzić stan kwitnienia przebiśniegów i wypatrzeć pierwszego zawilca – takie drobiazgi, składające się na ogólny odbiór świata. 💚

Byle do wiosny. Trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że kolejna porcja zdjęć będzie już bardziej świetliście-kolorowa!

PS. W tym tygodniu czeka nas najważniejsze święto lutego, zaraz po Dniu Kota – TŁUSTY CZWARTEK! Ja już piję ziółka, by przygotować swój trzeci żołądek na ich godne przyjęcie… Już teraz życzę Wam smacznego! 😋

PS2. Zrobiłam coś szalonego, tak totalnie w moim stylu. Z serii: pół dnia w robocie myślę, co by tu oddupcyć.

W Walentynki (których nie lubię i kategorycznie nie obchodzę) poszłam za głosem serca i… kupiłam bilety do Gruzji.

Piszę do Brata:

– Mam dla Ciebie newsa, ucieszysz się.

Jakiego?

Na Dzień Dziecka dostaniesz pół litra czaczy!

Nie wiem, czy to już ten czas, kiedy mogę się zacząć jarać? Bo beczeć będę w samolocie 😉 Ale to dopiero za 90 dni (19.02). Powiedziałam sobie w tym roku, że będę publikować na instagramie tylko aktualne zdjęcia, dlatego folder „SAKARTVELO” jest dla mnie folderem zamkniętym. Powstanie nowy, tegoroczny! Po niemalże 2,5 roku znowu stanę na gruzińskiej ziemi. Mogę się już jarać, mogę??!

Dzikie wojaże

Gruzińskie zimowisko.

Dawno minęły już w moim życiu czasy ferii zimowych. Moja podstawowa matematyka w liczeniu na palcach chyba by już tego nie ogarnęła. 😀 Nie no, może troszkę przesadziłam, w każdym razie nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam ferie zimowe, nie wspominając o wyjazdach-zimowiskach, z których to jedynie przypomina mi się mój zimowy wypad do Zakopanego w 3 klasie podstawówki, kiedy ze skoczni zjeżdżałam na jabłuszku. 😉

Jak zawsze w takich sytuacjach, jakimś cudownym trafem, wszystkie znaki na niebie i wszystkie drogi prowadzą do Gruzji. 

Oczywiście wszystko z i dzięki Mountain Freaks .

_DSC5329.jpg
Mkinvartsveri zimową porą. 

Przyjechaliśmy z lotniska do Kazbegi, po czym zaczął ostro sypać śnieg. Przełęcz Krzyżowa stała się nieprzejezdna, a Kazbegi odcięte od Gudauri i reszty świata, bo nawet od drugiej strony – granicy z Rosją, też było zamknięte. Tak więc po ptokach. Nauka nart na stokach najpopularniejszego kurortu na Kaukazie zeszła na drugi plan.

Nie można jednak powiedzieć, że nudziliśmy się w Kazbegi – co to, to nie! Były sanki, grzane wino, jeszcze więcej wina, a i narty w końcu miałam na nogach i nawet ćwiczyłam freeride! Byłam tym trochę przerażona, parę razy prawie wpadłam w krowę na ulicy (!!!), ratowałam się zaspami na poboczach – stoki Gudauri okazały się jednak i mimo wszystko dużo prostsze do ogarnięcia 😉 Zjazd z Monastyru św. Eliasza, Agusia dzień drugi nart na nogach, Ania skomentowała „Widać, że my to jednak jesteśmy ludźmi bez rozumu”. Cóż. To drobny niuans gruzińskiego pojmowania rzeczywistości.

Tak więc Kazbegi odcięte od wszechświata, ale zimowy widok na Kazbeczek działał jakoś ciepło na serduszko i jak dla mnie, to mogłam tam siedzieć cały tydzień i się wpatrywać. Znowu cały czas mi kołatało: i ja tam byłam, tam, na samiuśkim szczycie… Niewyobrażalne, a jednak dokonane. 🙂 

_DSC5961.jpg
Kazbek w promieniach wschodzącego słońca. 

W końcu jednak zeszła duża lawina, droga została odśnieżona i mogłam zobaczyć, jak wygląda jazda bez trzymanki na stoku narciarskim. I nawet mi się to spodobało! Ale i tak stwierdzam, że jakoś pewniej czuję się, stąpając po ziemi na własnych nogach, a nie poziomych szczudłach, a poza tym podczas wjazdu kolejką można czasem zasnąć. 😀 Chyba, że spróbowałabym podejścia na skiturach, ale to już inna bajka!

Pogoda jak złoto, widoki miażdżą, czego chcieć więcej? Na co mi Alpy, skoro mogę mieć cały Kaukaz na wyciągnięcie ręki?

_DSC5873-01.jpeg
Widok ze szczytu Kudebi.

Śmieję się, że skoro już jako tako jeżdżę na nartach, to mogłabym spróbować na jakimś stoku w Polsce, ale to nie byłoby to samo. Stwierdziłabym jeszcze, że za krótki, za płaski, za wąski czy coś jeszcze i co mi z tego? Jak narty, to tylko w Gudauri! Tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie – różne stopnie trudności (nawet dla takiego początkującego przedszkolaka jak ja!) , długie trasy na przewyższeniu pomiędzy 1900 a 3300m n.p.m. – taki zjazd z Sadzele do samego miasteczka to grubo ponad 40 minut!

Poza tym Gudauri ma świetną infrastrukturę rozrywkową – kawiarnie, knajpki, a nawet włoską restaurację! Żyć nie umierać i popijać grzańcem! My jakoś oczywiście, z racji profesji i znajomości, częściej przesiadywaliśmy u ziomków z Rescue, których znaczna większość to znajomi przewodnicy z Kazbeku i zawsze można było liczyć u nich na ciepłe i miłe przyjęcie. Ich jedna z baz – na 2700m, tzw BBC (Beberi Biczebis Sostavi – „drużyna starszych chłopaków”), kolejna na szczycie Kudebi na wysokości 3006m, (obok gruzińskiej flagi) – klimat Meteo, tyle że o niebo czystsze, no i bliżej do cywilizacji 😀 poczułam tą atmosferę, powspominałam bazowe chwile i z naładowanymi bateriami – czekam na więcej, w sezonie!

Póki co cieszmy się Polską. ;)))