Dzikie wojaże

Porcja ciepłych złudzeń

Z Comą na głośnikach wspominam, jak kosmicznie dłużył mi się marzec zeszłego roku. Nie byłam wtedy ani razu w górach, pogoda była do bani i tak jakoś miałam ochotę się wystrzelić w kosmos. „Dla mnie też za długa zima i zła”. W tym roku o niebo lepiej. Pomijając fakt wojny na Ukrainie i drogiej benzyny. Za to ogłosili koniec pandemii, tak dla balansu. 😆

Babia Góra, 5 minut od domu

Myślę, że Tłusty Czwartek tego roku zapamięta większość z nas. Kiedy my tu sobie jemy pączki oblane lukrem na śniadanie, obiad i podwieczorek, a w sąsiednim państwie, w sercu Europy wybucha wojna. Było to dla mnie bardzo ciężkie, ponieważ, można powiedzieć, znam ludzi z obu stron frontu. Rosjan – otwartych, gościnnych, z którymi można było porozmawiać o przepisie na ciasto, jak i literaturze, ale i Ukraińców – tak samo – otwartych, gościnnych. To ludzie tacy jak my. A tu nagle wojna. Rosja, „moja” Rosja atakuje Bogu ducha winną Ukrainę. Zaczyna się propaganda, a ja, przeglądając rosyjskie nagłówki nie wierzę w to, co widzę. Znajomy przewodnik spod Elbrusa przyznał, że jest mu wstyd, że ma rosyjski paszport. Wstrząsnęło mną to wszystko, cały pierwszy tydzień żyłam tylko tym, „co na wojnie”, żal mi było zwierząt w zoo i na ulicach, żal mi było nawet zniszczonego samolotu Mrija (nomen omen – „mrija” to po ukraińsku „marzenie”)! W końcu stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć, bo nie jestem w stanie funkcjonować, a umartwianie się nic nie da, bo doszłam do wniosku, że widząc coś takiego jeszcze bardziej trzeba się cieszyć tym, co się ma. I doceniać, bo można to wszystko stracić przez jednego szaleńca w kilka minut. Poszłam sobie kiedyś w tygodniu na Babią Górę, spizgało mnie konkretnie, przeczyściło łeb i wróciłam do siebie. Dzisiaj jedynie szybki research, najlepiej w postaci memów. Moim hitem są definitywnie te z traktorami i czołgami, ale wielkie brawa również dla Gruzinów, którzy na prośby Rosjan o dotankowanie okrętu na Morzu Czarnym odpowiedzieli, jak to oni, z humorem: Cóż, jak się skończy paliwo, to będziecie musieli wiosłować…

A jeszcze nie tak dawno czytałam książkę o Donbasie i pisałam recenzję – dziś nabiera to innego znaczenia… https://arytmia.eu/apartament-w-hotelu-wojna-reportaz-z-donbasu/

Tatry z Babiej Góry i smog w dolinie

Pierwszy weekend marca, tuż po odświeżeniu i resecie głowy, wybrałam się z Matim na wschód słońca na Babią Górę. Myśleliśmy najpierw o wschodzie na Kasprowym, ale że była sobota godzina 19, na ustalenia trochę późno, bo wypadałoby jechać tak o 22, padło na Babią. A bo zimą w tym roku nie byłam, a że w sumie blisko, no to jazda. Kurde. Trzeba było jechać na ten Kasprowy. Babia tego dnia była po prostu za nisko. W totalnej mgle, choć oko wykol, a na kamerkach TOPR w Tatrach – piękne słońce, a w dole inwersja. Morze chmur. Ale jakoś tak stwierdziłam – no i dobre. Tak miało być. Ważne, że wyszłam z domu i się wyrwałam. W sumie to śmiać mi się chciało. Miałam omrożone rzęsy (mimo, że nie było zimno), a ludzie na szlaku w drodze powrotnej się zatrzymywali i mówili: o jeju, jakie ma pani piękne rzęsy! Miałam bekę, bo w życiu nie słyszałam komplementu na temat swoich rzęs, które raczej do zbyt okazałych nie należą! 😂

Zgredek ze zmrożonymi rzęsami

Na wschód słońca na Kasprowy pojechaliśmy tydzień później. Pobudka 23:20, wyjazd o północy. Mocna kawa i można działać (ta kawa w drodze to powoduje, że śrubki mi wskakują na właściwe obroty i jestem jak nakręcona). Wschód wschodem, ale tak stoję i patrzę się na piękną Świnicę w zimowej szacie – zdjęcia bez szału, bo jakoś tak nie mogłam się skupić … Pokręciłam się, pomyślałam i skończyłam na taternickim wierzchołku Świnki. 😄 Łaaaa, co za ogień! Tego mi trzeba było! Taką zimę to ja lubię 🤩 Oczywiście przeżyłam pierwsze zjaranie tego roku. Jak na połowę marca – takie konkretne. Potrzebowałam witaminki D, ale to już taka dawka końska! Tak, zapomniałam kremu z filtrem. Nie uczę się na błędach, tak aż do kolejnej powtórki.

Naładowana adrenaliną i pozytywną energią już w niedzielę wieczorem powtarzałam sobie, że tylko spokojnie, byle do piątku… Pogoda piękna, więc grzech nie wykorzystać! I tak jakoś z rozpędu kolejny weekend też pojechałam w góry. Nie ma to jak pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitać w Tatrach i to w tak zimowej scenerii! 😉Spełniłam swój mały górski cel – Zadni Granat zimą. Uwielbiam widoki z Orlej Perci, nie mają sobie równych! Nie widziałam ich aż od końca października – stęskniłam się! Plażing smażing na Granacie, ludzie płacą za solarium, a ja to mam za free. Mądrzejsza jednak o zeszłotygodniowe doświadczenia spakowałam krem, więc mogłam opalać się bez ryzyka flagi na czole. Dupa. Co z tego, że ryj w miarę posmarowałam, jak spaliło mi szyję (jakby mnie kto przyduszał) i ręce (bo było tak ciepło, że miałam podwinięte rękawy)? Nie, definitywnie nie uczę się na błędach – i tak za każdym razem coś mnie jednak zaskoczy. Przypomniało mi się, jak w Gruzji spaliłam się pod kolanami, a będąc w Baku odbiły mi się wiązane sandały. 1,5 godziny na szczycie, a mogłabym tak do zachodu zostać, tak było fajnie. Oczywiście zdjęć tysiąc pięćset, bo przecież kolory się zmieniają, chmurki przemieszczają, wychodzi dusza impresjonisty, a potem szukaj najlepszego kadru! Ładowanie baterii – in progres… 🔥

Marzec jeszcze iście zimowy, jakoś ta wiosna nie może się wykaraskać, ale zaczęły się powoli prace ogródkowe i rozsady – trzymajcie kciuki za ciepły sezon i moje dzielne arbuzy! Ostatnio miałam też fajne spotkanie z sarnami – poszłam kawałeczek w pola, stałam za krzakiem tarniny, a tuż przede mną stado 13 osobników. Napatrzeć się i nacieszyć nimi nie mogłam! Pomiędzy pracą a weekendowymi wypadami w góry udało się również przeciupać na rowerze całe 104 km po swoich okolicznych górkach-pagórkach. Trza cisnąć, forma sama się nie zrobi. Ostatnio w rozmowie z kim (już nie pamiętam z kim, za dużo gadam) stwierdziłam, że zima fajna, ale mimo wszystko ja już czekam na suchą skałę. – Co to jest Sucha Skała? Gdzie ten szczyt?

Doczekałam się wreszcie zmiany czasu. Miała być po raz ostatni, ale ponoć weszła ustawa, że Unia Europejska ma podjąć decyzję, który czas pozostawia do roku 2026. Przedłużone ze względu na pandemię i wojnę – jako argumenty na wszystko… W każdym razie – godzina 19 i dopiero zachodzi słońce! To bardzo budujące – i ileż czasu po pracy, który można dobrze zagospodarować! Starczy i na ogródek, i na rower, i na zachody słońca… Nie jechałam w Tatry, ale ujrzawszy w niedzielę rano z ogródka Babią Górę – wreszcie wróciła szalona przejrzystość – pierwsze co, to poszłam w pola, po czym postanowiłam, że ja tego tak nie zostawię, nie usiedzę i po szybkiej kalkulacji pojechałam z Eweliną na Potrójną. Biedne dziecko miało się uczyć do matury z matematyki (z matematyki na humanie – bez komentarza……………….), a zła starsza siostra je drastycznie wyrwała z tego transu i nakazała żwawy spacer na jakąś górkę! 😉 Potem jednak bardzo cieszyła się, że się ze mną wybrała, bo było pięknie. Gdybym ja miała taką starszą siostrę, która by mnie tak wyciągała… 😆

Babia Góra z Potrójnej

Przeleciał marzec szybko. W prognozach na najbliższe dni jakieś załamanie pogody na horyzoncie – no tak, kwiecień plecień, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i jakoś to przetrwać… A z drugiej strony nabrałam smaczka na zimowe Tatry, może uda się zrealizować jeszcze jeden mały cel… Tak na majówkę w zimowych warunkach na przykład 😆 Bo to, że śnieg będzie leżał do końca czerwca, to standard. Pożyjemy zobaczymy. Życie uczy, że plany to można mieć…

W każdym razie – wiosna jest bliżej niż dalej, jest praktycznie tuż za rogiem i tylko czeka, by buchnąć całą mocą zieleni i nadziei! Tego się trzymajmy!

PS. Co do tego zdjęcia:

Mama: Jak to zdjęcie zrobiłaś? Przecież nie padało. Pokazujesz inną rzeczywistość.

Aga: Nie, ja tylko ją czaruję. Spryskiwaczem.

Dzikie wojaże

(Nie)normalny odpoczynek

Bujanie się w hamaku w pozycji półleżącej, trzymanie laptopa na kolanach i pisanie notki na bloga niesie ze sobą kapkę wyzwania. Korzystając jednak z ciepłego i leniwego wieczoru i natchnienia, które czuję jak we mnie nabrzmiewa, postanowiłam stawić mu czoło. Więc piszę. Jakby mi ktoś tylko jeszcze podał zimne piwo z sokiem, byłabym już w pełni usatysfakcjonowana. 😉 a tak to mam tylko ostrężnice, które mogę podjadać wprost z hamaku. I przy okazji podglądać młode wróble, bawiące się tuż obok.

Lato w pełni. Tak właściwie to już bliżej jesieni, bo dzień (chcąc nie chcąc) coraz krótszy, a z resztą właśnie dziś zakwitły zawilce japońskie, które uważam za niechybny znak zbliżającej się jesieni. Coraz ciemniej, coraz większa rosa o poranku, gęstsze mgły no i znowu trzeba się będzie ułożyć w norze i oczekiwać na zimowanie. Tfu. Na razie jednak lepiej o tym nie myśleć, za dużo jeszcze rzeczy do zrobienia!

Korzystam jak mogę i kiedy tylko mogę. Mam jakąś straszliwą potrzebę gonienia, robienia czegoś, poznawania. Cóż. To chyba prozaiczna potrzeba, zwana z niemieckiego Wanderlust – jedyne słowo w tym języku, które niesie ze sobą głębszy sens i coś fajnego 😉 A tak właściwie to czysta radość z życia i cieszenia się każdą chwilą. Nie chcę sobie mówić, że jestem po prostu uzależniona od wrażeń i doświadczania emocji 😀 A adrenalina uzależnia.

A poza tym, to tak po ludzku cholernie brakuje mi podróży i wyjazdów.

Ostatnio Ewelina pyta się mnie:

– Dlaczego Ty nie możesz odpocząć jak normalny człowiek?

Patrzę na nią krzywo:

Co masz na myśli, mówiąc „normalny człowiek”?

No, po prostu poleżeć, poczytać książkę, a nie tak jak Ty…

To mnie młodzież podsumowała… 😀 a ja „tylko jedno w głowie mam…”, taki nienormalny człowiek.

Btw, stworzyłam quiz.

Pytanie: Dlaczego chodzę po górach?

A) Dla widoków i zdjęć;

B) Żeby się zmęczyć;

C) Bo mogę jeść słodycze bez opamiętania;

D)Wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

Zgaduj-zgadula! 😛

Już powoli zaczynam tracić rachubę, gdzie i kiedy byłam od ostatniego wpisu. Leci ten czas jak oszalały, to wszystko przez to. Dobrze, że z każdego wypadu mam zdjęcia, dzięki czemu chronologia pozostaje w miarę zachowana 😀

Początkiem lipca byłam w Tatrach Zachodnich, na Starorobociańskim Wierchu. Prognozy nie były szałowe, sam szczyt też nie jest tak szałowy, że miałabym tam ochotę wracać raz po raz, zazwyczaj Tatry Zachodnie jakoś tak podświadomie omijam, ale miałam wtedy taką potrzebę po prostu wyjść i się ruszyć. W sumie intuicja dobrze mi podpowiedziała i bardzo się cieszyłam, że zupełnie spontanicznie zdecydowałam się wtedy pojechać.

Tatry Zachodnie niekoniecznie są moją ulubioną częścią, ale jedna rzecz „zrobiła mi dzień”: stado kozic na szlaku, już na zejściu ze Starorobociańskiego. O matko. To spotkanie wynagrodziło mi za te wszystkie dzikie kilometry, kiedy duży obiektyw turlał się po dnie plecaka, nawet niewyciągnięty, wszystkie trudy – dla takich chwil warto dźwigać, warto się męczyć, warto się uganiać, wszystko warto! Myślałam, że się pobeczę, kozice były tak blisko, zrobiłam im  t a k i e zdjęcia, że po prostu brak słów. Dzika sesja roku ❤  Oto właśnie, dlaczego należy ufać spontanicznym decyzjom. Bo karma wraca!

Czy Wy też widzicie, że ta kozica się uśmiecha?

Tydzień później, znowu plątam się jak kot z zatwardzeniem, nie mogę usiedzieć na dupie, gdzie by tu pojechać, co by tu zrobić, pogoda spoko, o nieeee, ja muszę coś ze sobą zrobić zaraz, już, natychmiast, bo eksploduję! Tak mniej więcej wygląda gonitwa moich myśli, kiedy łapie mnie Wanderlust 😉 Skończyłam więc na wschodzie słońca na Babiej Górze. Królowa tego dnia pokazała swój pazur – w każdym razie to było dla mnie coś nowego, niż żyleta, którą zazwyczaj mnie darzyła. Jednym słowem – działo się. Warto było wstawać, definitywnie! Wyjście na Babią o dwóch cukierkach, powrót do domu wprost na śniadanie, a potem kawusia – idealny początek jakże długiego dnia! Kto rano wstaje… (wybierz swoją wersję, skreśl niepotrzebne) a) temu Pan Bóg daje b) ten ma dłuższy dzień c) ten chodzi niewyspany. 😛

Wspominałam już kiedyś, że uwielbiam Kalendarz Świąt Nietypowych? Obchodzę m.in. Dzień Piegów, Dzień Kota (oczywiście, a jakby!), Dzień Pizzy, Dzień Czekolady… A 23.07 przypada jakże ważne święto – Dzień Włóczykija! To jak dzień urodzin – nie mogłabym go spędzić w pracy! Dlatego zaplanowałam sobie dwudniowy urlop i wypad w Tatry. Nie licząc na zbyt wiele zadzwoniłam do Schroniska w Roztoce z pytaniem o wolne miejsca i – nie wiem jakim fartem, ale udało się zaklepać nocleg! Taaa, tutaj oczywiście działa prawo „głupi to ma zawsze szczęście”.

Plany na te dwa dni w Tatrach były bardzo ambitne, pogoda je jednak zweryfikowała dość skutecznie. 😉 Powiem tyle – nie planowałam w ogóle iść na Rysy, ale jakoś tak fatalnie, jak tylko pojawiam się w ich okolicy, sprowadzam jakąś złą aurę 😉 nie puszcza mnie ta Góra! 😉 Schodzimy z Czarnego Stawu pod Rysami, walcząc z ostrym cieniem mgły, mijamy tłumy ludzi, walczących o życie z każdym oddechem pod górę i totalnie, ale to totalnie nie pojmuję setek tak samo brzmiących pytań: to Wy już wracacie z Rysów? Nie, nie miałyśmy Rysów w planach, nie, nie byłyśmy dziś na szczycie; tak, zadecydowałyśmy o odwrocie, bo życie nam miłe. Ja pieprzę. Czy tylko Rysy są w tych górach??? Mimo niepogody, mgły i śliskiej skały mamy uparcie pchać pod górę tylko po to, żeby „zdobyć”. To nie jest moja filozofia gór. Ja tam wrócę – mogę to zrobić z dnia na dzień, wyhaczajac suchy dzień i pogodę-żyletę. Tego dnia pogoda była ostro dla koneserów. 😀 Ewelina za to jaka zachwycona – stwierdziła, że takich Tatr to ona jeszcze nie widziała! Tajemniczych, zasnutych mgłą, mrocznych. To było dla niej coś nowego. Czwartek spędziłyśmy więc na błąkaniu się w okolicach Czarnego Stawu, obchodząc Morskie Oko dookoła (ha! Tego jeszcze nigdy nie robiłam!) czy leżąc na skale w Dolinie za Mnichem i podglądając wspinaczy. Takie bezcelowe łażenie miało w sobie dużo uroku. Takie – nic nie muszę, nie mam na dziś innego celu, jak przenikanie gęstych chmur i tatrzańskich warstw. Dobry był ten dzień. A żarcie w Schronisku Roztoka kosmicznie smaczne.

Na piątek, ww. Dzień Włóczykija, plany również były ambitne, nauczone jednak doświadczeniem dnia poprzedniego, nie nastawiałyśmy się na zbyt wiele. Szłyśmy z myślą, że nie wiadomo gdzie i czy w ogóle zajdziemy. Tym razem jednak szczęście nam dopisało i udało nam się złoić porządny kawał moich ukochanych Taterek. Mimo początkowej mgły, pożerających wszystko ponad Doliną Pięciu Stawów, pod Zawratem wszystko się rozwiało i ukazało spektakl, godny Teatru Bolszoj. Co najmniej! Widoki dodały mi skrzydeł, a szlak Zawrat-Świnica przy takich warunkach to czysta petarda. O matko, ile ja się przeżywałam: o jak pięknie, o ja nie mogę, dawaj zdjęcie, o ja dupcę, zróbmy fotostop, o matko i tak w kółko. Dobrze, że na szlaku (jednokierunkowym!) takie cudowne pustki i mogłam sobie wzdychać ile tylko dusza zapragnęła. A było do czego, popatrzcie z resztą sami:

Na szczycie Świnicy zameldowałyśmy się o 8:30, mając go praktycznie dla siebie. Po jakiś 20 minutach zaczęli zjawiać się pierwsi ludzie, a od strony Świnickiej Przełęczy było widać coraz większy tłum. To był znak, żeby się zwijać na dół. 😀 To było zejście z serii: na dobicie. Po przejściu szlaku Zawrat-Świnica śmiem stwierdzić, że to jedna z piękniejszych (o ile nie najpiękniejszych! tras, jakie przeszłam w Tatrach – zarówno pod względem widokowym, jak i technicznym (ah, te trudności – czujesz w kościach, że żyjesz, ale nie masz wrażenia, że zaraz się posrasz po gaciach). A Świnica to definitywnie szczyt, na który mogę powracać bez znudzenia. Prawie, jak na Szpiglas. 😉

Dobra, koniec moich westchnień, starczy jak na jeden raz.

Powiem Wam jedno: tak trzeba żyć!

Dzikie wojaże

Przezimowałam.

Przezimowałam. Tak, dosłownie – jak niedźwiedź w swoim barłogu duchowo przespałam najgorsze. Bo zima jest dla mnie najgorsza. Jestem dzieckiem światła i kwiatów, a poza tym to tak całkiem po ludzku i normalnie dobija mnie krótki dzień, konieczność codziennego odmrażania auta (ale chociaż szyb nie muszę skrobać, bo zainwestowałam w taką szmatę, całe 12zł) i nieodśnieżonych dróg (a moja droga do pracy prowadzi przez górki-pagórki i serpentynki, witamy w górach). Także mam już serdecznie dość „białego puszku”, „białego szaleństwa” i całego tego „zimo trwaj”. Dupa. Miejsce zimy jest w górach. Tam pełnią serca i szczerym zachwytem odrywam się od dolin i od rzeczywistości i doceniam jej piękno. Mroźnym, rześkim powietrzem to aż miło się zachłysnąć! Chociaż nie powiem, trochę na sankach w tym roku pozjeżdżałam, ostatni raz taką frajdę chyba miałam 7 lat temu, w Laponii 😀

Ostatni raz w Tatrach byłam tuż przed świętami – ale to taka zima-nie-zima była. Na Kasprowym prawie w ogóle śniegu nie było. Co totalnie nie umniejsza faktu, że zupełnie niespodziewanie i bardzo spontanicznie pod koniec tego szalonego roku 2020 weszłam na Świnicę. Co za piękna góra! Widoki oczywiście powalające, dziki oczopląs 360* i cały czas miałam w głowie tylko jedno: ależ tam będzie petarda latem! 😉

Grudniowa Świnica.

Potem, równe dwa miesiące ZIMOWAŁAM. To znaczy zaklinałam rzeczywistość, pożerałam książki, piekłam i gotowałam. W środku to mnie rozsadzało, no ale czasem nie ma się na to wpływu. Przepadłam w archiwum, dużo wspominałam Gruzję i takim to sposobem zleciał styczeń i luty. A! Jedyne, czego dokonałam w styczniu, to odkryłam super miejscówkę, godzinkę autem od domu – Koskową Górę. Coś czuję, że znalazłam dobry i w miarę szybki punkt obserwacyjny na wschód słońca z widokiem na Tatry 😉 Udało mi się jeszcze w jeden ładny styczniowy dzień przetorować szlak w pola i zrobiłam swoje standardowe ujęcie, tym samym uzupełniając kolekcję „4 pory roku z widokiem na Babią” – to z tej serii. Potem przyszła zawieja i beznadzieja.

Witanowice: cztery pory roku z widokiem na Babią.

Dopiero 20.02 zaświeciło słońce. Dzień wcześniej, w piątek, wychodząc z pracy, rześki powiew wiosny uderzył w twarz. Stwierdziłam więc, ni to do eteru, ni to do siebie, że to koniec zimy, czas wyciągnąć adidasy. Najwspanialszy w tym wszystkim jest powiew nadziei. Z każdym dniem coraz jaśniej, będzie coraz piękniej, jeszcze chwila moment i wszystko buchnie zielenią – to naprawdę dodaje skrzydeł. Przynajmniej mnie bardzo dodaje.

JESTEM JAK URUBKO, Z KOŃCEM LUTEGO OGŁASZAM KONIEC ZIMY – WITAJ WIOSNO!

O matko, już bym robiła wszystko na polu. Przycinała, kopała, sadziła, wszystko. Trzeba jednak jeszcze trochę poczekać, ale to bliżej niż dalej. Póki co jedynie przyniosłam granaty z zimowli i wystawiłam w salonie, niech cieszą się słonkiem. W piątek posadziłam też już arbuzy, niech rosną! 😀

Nosiło mnie tak w tą słoneczną sobotę z powiewem wiosny, przedostatnią lutową, stwierdziłam więc spontanicznie, że trza by w góry pojechać, co by to słonko wykorzystać. Ale pytanie i szybka rozkmina, gdzie jechać, by:

● wykorzystać pogodę, ale nie chodzić w topniejącej ciaparze,

● ominąć korki powrotne na Zakopiance,

● żeby nie było bardzo daleko,

● ominąć dzikie tabuny ludzi na szlaku,

● najlepiej jeszcze skorzystać coś potem z popołudnia w domu.

Odpowiedź jest jedna: WSCHÓD SŁOŃCA NA BABIEJ GÓRZE. Wyszło to bardzo spontanicznie, Ewelina jeszcze nigdy nie była na Babiej (najwyższa pora!), lubi zimę, więc z radością podchwyciła moją ideę wschodu.

Pobudka o 2:30, wyjazd po szybkiej kawie i jaju pół godziny potem. Ależ miałam Power! Jeszcze nigdy chyba nie zdarzyło się, żeby idąc o tej porze nawet ziewać mi się nie chciało! Byłam wyspana i pełna energii jak po 10 godzinach snu! (a może nawet bardziej :D) Ewelina też zasuwa jak czołg, nastraszyłam ją nieco pierwszym podejściem, że dzida, że się upoci, a ona mi z fochem:

– To podejście nazywałaś tą straszną dzidą?

– No to.                     

– Pfff.

– Co, to radość, czy pretensja? Zawiedziona jesteś?

– No trochę tak!

Ona będzie lepsza niż ja w górach, serio 😀

No. Idziemy więc jak małe czołgi, przystanęłyśmy na chwilę na Sokolicy, zaczynamy się zbierać do dalszej wędrówki, kiedy dogoniła nas dość duża grupa. Jedna pani krzyczy na pół Góry:

– KTO CHCE BATONIKA PROTEINOWEGO? Proteinowego! Chcecie? PRO-TE-I-NO-WE-GO!

Hmmm. Ja podziękuję. Nigdy. Tylko czysty cukier, najlepszy narkotyk! (Choć obecnie poszczę i obyłam się bez ani jednego cukierka – nawet w górach! do Wielkanocy jeszcze miesiąc!)

Oczywiście intuicja mnie nie zawiodła, poraża mnie to, jak bardzo powinnam jej słuchać! Warun na Babiej bajeczny i nie do opisania. Jak zawsze zachłystuję się widokiem i stwierdzam, że „tak pięknie to jeszcze nie było!” Lepiej spojrzeć na zdjęcia, może one oddadzą to lepiej!:))))))))

Niedługo minie rok, odkąd świat się zatrzymał. Wtedy było ciężko w to uwierzyć, że z dnia na dzień zamykają się szkoły, kina, restauracje, dziś – „jakoś” nauczyliśmy się z tym żyć. Byliśmy – i wciąż jesteśmy – świadkami historii, która dzieje się tu i teraz. Pamiętam, że od początku marca powoli zaczęło się sypać: przestałam chodzić do pracy, bo praca po prostu się skończyła. Spoko, przecież i tak miałam lecieć do Gruzji – tak sobie mówiłam. Swoją drogą, nie mogłam uwierzyć w małpi rozum rządzących i poniekąd społeczeństwa, na akord robiącego zapasy środków higienicznych, mąki i i ryżu. Słyszałam historie o brakach mydła i papieru toaletowego w sklepach, śmiałam się z tego, jak niewierny Piotr, do czasu, aż nie zobaczyłam na własne oczy.

W czwartek, 12.03, kiedy sypło się już wszystko, byłam w mieście, dziwnie opustoszałym i miałam wrażenie zbliżającej się apokalipsy, choć wciąż raczej mnie to bawiło – było wręcz groteskowe. Na rynku stał policyjny radiowóz, a straż miejska przeganiała młodzież z ławeczek, bo „skoro szkoły zamknęli, to teraz mają siedzieć w domu”. Irracjonalna rzeczywistość, wprost nie do pojęcia. #zostańwdomu stało się hasłem wiosny, absurd gonił absurd, zaś największym było zamknięcie lasów i parków narodowych. Wiosna buchnęła pełną mocą, był idealny czas rower, więc by nie narażać się na mandat jeździłam do piekarni, ale okrężną drogą. Przestały się pojawiać reklamy hitów filmowych typu „już od kwietnia w kinach” i ogólnie stało się tak jakoś… ciszej. Gospodarka zamarła, poniekąd zamarł cały świat, z zamkniętymi na cztery spusty granicami. W wakacje trochę wróciło do normy, ale potem cyrk powrócił ze zdwojoną siłą i trwa do dziś, nie wiadomo, co będzie dalej, bo straszą, że KOLEJNE JUŻ APOGEUM NADEJDZIE Z KOŃCEM MARCA – w sam raz na Wielkanoc. Cóż. Będzie, co ma być. Jak nie drzwiami, to oknem.  „Sytuacja jest dynamiczna” – ciągle i niezmiennie.

Pojechałabym już gdzieś dalej, choć na kilka dni uciekła z Polski, wyrwała się; kończy mi się sgusionka, zjadłabym sobie takiego lwowskiego crossainta i popiła czekoladą z manufaktury, w Gruzji nadal czeka na mnie torba z ciuchami i moją czarną bluzą z kapturem, chyba, że ją myszy zjadły, no ileż można żyć zamiennikami. Pożyjemy zobaczymy, jak tym latem nas ustroją w tym cyrku 😀  

Póki co – ogłaszam koniec zimy, wyciągnęłam już swoje neonowe adidasy i nie zamierzam ich chować! Tego się trzymajmy!

Ewelina na szczycie Babiej Góry: wejście zimowe, bez tlenu.